A+ A A-

Z futbolowej biblioteki

Ostatnio w księgarniach zaroiło od wspomnień przegranych sportowców, którzy skręcili w ślepą uliczkę, zniweczyli talent w knajpie a majątek przepuścili w kasynie. A tu profesjonalista pełną gębą, postać absolutnie antytabloidowa. Czy jego historia może wciągnąć, zaintrygować? Czy nie będzie sztampowa?

 

Do tej pory w medialnych opowieściach o nim dominowały gole strzelane Realowi czy pobijane rekordy Guinessa. Nas interesowało, jak chłopak z podwarszawskiego Leszna wyważał kolejne drzwi, zanim stał się jednym z najlepszych napastników na świecie. (...)
W Pruszkowie miał taki moment,  że chciał rzucić profesjonalną piłkę, postawić na studia i dorabiać grą w lidze okręgowej. Na szczęście dał sobie pół roku i już nigdy nie wrócił do tego pomysłu. Nie byłoby tego Roberta Lewandowskiego bez dwóch nieszczęśliwych wydarzeń z młodości: śmierci ojca i wyrzucenia z Legii. Jego nauczycielka z liceum zauważyła, że wymusiły na nim traktowanie życia na serio już w tak młodym wieku. Chciał spełnić marzenie ojca: zostać wybitnym sportowcem. I udowodnić, że Legia koszmarnie się pomyliła. Nigdy nie przyznał wprost, że policzek wymierzony przez trenerów warszawskiego klubu był impulsem, by dążyć do celu i doczekać dnia, w którym głośno nie powie, lecz pomyśli: „Bardzo się pomyliliście”. (...)
Najdalej ze wszystkich miał „Bobek” – 30 kilometrów z Leszna. Mówili na niego też „Główka”, bo zdobywał ją wiele bramek. Najniższy, a wyskakiwał niemal najwyżej z nich. Wiedział, kiedy nadstawić głowę, żeby odbiła się od niej piłka.
Wszyscy się dziwili, jak taki mizerak radzi sobie wśród rosłych przeciwników. Nawet strój z trudem można było mu dopasować. Grał w koszulkach, których krótki rękaw sięgał mu niemal do dłoni, a spodenki musiał zawijać dwa razy w pasie, żeby nie spadały.
-Jedz boczek, to urośniesz – słyszał od Krzysztofa Sikorskiego, trenera Varsovii.
Koledzy żartowali z jego wystających żeber. „Bob Budowniczy” – czasem na niego wołali. „Bob” od „Bobka”, a „Budowniczy” od specyficznej budowy ciała. Lewandowski śmiał się z siebie razem ze wszystkimi. (...)
Jego wygląd był mylący. Przed meczem inni mogli go lekceważyć i wytykać palcami, bo nie dość, że mały, to jeszcze poruszał się niezgrabnie. Wydawało się, że przebierając nogami przypominającymi szczudła, zaraz się przewróci.
-Pamiętam nasz pierwszy wyjazdowy mecz. Jechaliśmy autokarem, wszyscy czuliśmy się tacy ważni. Jak prawdziwi piłkarze. Wyszliśmy na boisko, przeciwnicy ignorowali „Bobka”. Pewnie myśleli, że nie może im zrobić krzywdy. A on dostał piłkę na połowie, bez problemów okiwał kilku z nich i strzelił gola. Był taki mały, że niemal przebiegał im pod nogami. Wygraliśmy 2:1. Rodzice chłopców z tamtego zespołu z niedowierzaniem kręcili głowami, że taki szkrab tyle umie. Nie tylko zresztą oni, to się powtarzało – opowiada Michał Gryz, były piłkarz Varsovii. (...)
W  Varsovii ćwiczył na boisku, które potrafiło się zapaść, przebierał się w wychłodzonym baraku, w którym rozpanoszył się mróz, a obmywał się lodowatą wodą. I nie narzekał. Nagle trafia do innego świata, wyjeżdża na turniej do włoskiego Abano. A tam Fiorentina, Roma czy Sunderland. Przybysze z Polski są egzotyczną ciekawostką. „Rekrutujemy pięć  tysięcy dzieciaków, później robimy selekcję, zostaje pięćdziesięcioro najzdolniejszych. Przy każdym zespole mamy po kilku trenerów” – chwalą się szkoleniowcy Romy. (...)     
„Bobek” był nieśmiały, a mimo to odgrywał ważną rolę w drużynie. Zawdzięczał to tylko sobie i temu, co potrafił zrobić z piłką. Dzieci są świetnymi  obserwatorami, hierarchię w ich zespołach, nieskażoną jak u dorosłych siecią zależności czy powiązań, kształtuje jedynie boisko. Liczy się to, kto jak gra. W szatni możesz siedzieć z boku  i się nie odzywać, ale jeśli dużo potrafisz, zostajesz szybko zaakceptowany. Tak jak „Bobek”, który był wycofany, ale strzelanymi golami i prezentowanymi umiejętnościami zapewnił sobie właściwą pozycję. (...)                                      
Z ulgą opuścił budynek, zrobiło mu się już w nim zbyt duszno. Promienie lipcowego słońca oświetliły jego twarz, kiedy z oddali dostrzegł Wiesława Golonkę, nauczyciela WF z jego liceum im. Orląt Lwowskich, zawsze przyjaznego Robertowi.
Golonka szykował się do wizyty u szefów akademii  Legii. Ucieszył się na widok Lewandowskiego, ale radość zaraz ustąpiła miejsca niepokojowi, kiedy zobaczył zapłakanego ucznia.
-Co się stało?
-Wyrzucili mnie...
Jak to?
Robert chaotycznie zrelacjonował przebieg rozmowy z Mazurkiem. Golonka. Który na każdą okazję ma przygotowaną odpowiedź, tym razem nie miał żadnej. Mierząc się z roztrzaskanymi nadziejami chłopaka, był bezradny. Próbował go pocieszać, ale czuł, że nie jest w stanie ułożyć żadnego zdania, które okazałoby się właściwe w tej sytuacji.
Lewandowski wyciągnął telefon, wybrał numer Adriana Stępnia, z którym zaprzyjaźnił się w Legii. Stępień już wcześniej wiedział, że nie zostanie w Warszawie, a w perspektywie miał grę w Arce. Akurat był w drodze do Gdyni.
-Słuchaj kontraktu ze mną nie podpisali – rozpoczął Lewandowski.
-Co ty gadasz? – Stępień zaczął się śmiać, przekonany,  że to żart. Cisza w słuchawce kazała mu jednak pomyśleć, że to co wziął za dowcip, dowcipem nie było.
-Ale… Ale co się stało?
Lewandowski już nieco bardziej precyzyjnie niż Golonce opowiedział, co usłyszał. (...)

Tyle na zachętę fragmentów  z książki  Łukasza Olkowicza i Piotra Wołosika „Lewy jak został królem”. Kto lekturą się zaciekawił niech biegnie do księgarni, klika w internecie w odpowiednie zakładki do złożenia zamówienia  lub bierze udział w naszym czarno-eLkowym typerze z Euro 2016. Na najlepiej typującego  czeka  książka  z dedykacją  i podpisami  autorów. Instrukcja typera.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1