A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 44

Napoleon Bonaparte bardziej obawiał się trzech gazet, niż stu tysięcy bagnetów. Z naszymi dziennikarzami sportowymi jest kłopot, gdyż to oni bardziej się boją, niż ktokolwiek ich.

 

Nie chodzi tylko o to, że ich zdaniem ta drużyna, która akurat wygrała jest na topie, a ta która akurat przegrała, sięga dna i że kto piłkę prosto kopnie to gwiazda, a ten, kto krzywo to patałach, ale przede wszystkim o akcyjność, doraźność i manipulatorstwo. Dla tego przykładu taki PS ma zwyczajnie za dużo stron, w internecie powinien być jakiś limit informacji o piłce itd. Jak jest za dużo przestrzeni to pismactwo czuje się w obowiązku, aby ją napełnić, na ogół byle czym, a że mało o wie to zmyśla, albo udziwnia tę bazgraninę. Należę do tych, którzy pamiętają czasy niezależnych dziennikarzy sportowych. Większość dzisiejszych w ogóle nie wie co to za zwierzę. A niezależny dziennikarz to był ten, który samodzielnie pisał to co uważał za sensowne i potrzebne. To o jego łaski zabiegali prezesi, trenerzy i piłkarze. Jak któren miał coś ciekawego do powiedzenia to w napisanym tekście jednym zdaniem o takim wspomniano, no może dwoma. Nie do pomyślenia było, aby nawet najbardziej prominentni ludzie piłki znali wcześniej i ustalali pytania, a potem cenzurowali wypowiedzi. Przy czym ta niezależność miała swoją wadę, a mianowicie przejawiała się głównie w krytycyzmie. Oczywiście dziennikarz, który nie był powiązany jakimś interesem z rozmówcą, mógł sobie na to pozwolić. Niestety często krytyki były przesadne i przybierały formę nagonki. Tak jakby całe środowisko dziennikarzy sportowych jednoczyło się przeciwko komuś lub czemuś. Doświadczyli tego ciężko trenerzy tacy jak Kazimierz Górski (!), Ryszard Koncewicz, Jacek Gmoch, Ryszard Kulesza, Antoni Piechniczek oraz zawodnicy - Kazimierz Deyna, Jerzy Gorgoń, Antoni Szymanowski, Zbigniew Boniek czy Dariusz Dziekanowski. Przy czym ja jako czytelnik miałem przekonanie, że to są ich, dziennikarzy poglądy, że oni naprawdę tak myślą, tak czują i nie wykonują czyichś  poleceń. Mogłem mieć inne spojrzenie, ale ich punkt widzenia szanowałem.

Dziś takiego przekonania nie mam, mam za to przeświadczenie, że zdecydowana większość piszących o piłce nie ma dostępu do źródłowej informacji. Bo to oni stali się tymi proszącymi, którym rzuci się jakąś informację jak psu ochłap, a jak ładnie pomerda to i dwie. Potworzyły się rodzaje dworów  z pismakami w roli lokajów. Kto dobrze i wiernie służy, ten zasłuży na jakąś sensacyjkę lub, aby ponieść ją jako rewelację rozradowanej publice. Lecz za to wymaga się, aby w obronie, wobec często wydumanego zagrożenia, dziennikarz walczył z wrogami swego dobrodzieja szczekaniem, kąsaniem po łydkach, a nawet skakaniem do gardła. I ja nawet jakoś rozumiem te transakcje nieomal handlowe, bo szpalty czymś trzeba zapełnić, a tworzywa brak. Cóż z tego, że po dniu, albo po kilku, okazuje się, że w tekście treści tak naprawdę nie było, albo była fałszywa. Codziennie musi lecieć nowy kabarecik. Ja nie twierdzę, że pismactwo ma nie być lojalne wobec swego rozmówcy, że nie może się mylić, bo to wszystko rzecz ludzka. Ja tylko twierdzę, że wielu z nich się pomyliło z wyborem zawodu.

W zawodzie dziennikarza sportowego jest zresztą kilka charakterystycznych typów, które mają jedną wspólną cechę, a mianowicie napisanie kilku zdań poprawną polszczyzna przekracza ich możliwości. Redakcje tworzą coraz mniejsze teksty, dają coraz większe tytuły, a nawet rozbijają pustosłowie na kilka stron w internecie, zapełniając je głównie reklamami. Tak jak np. niektórzy komentatorzy czarnej-eLki posługują się językiem z prawidłową składnią, bogatym słownictwem, i metaforą, tak w prasie coraz tego mniej. Niby normalne pisanie stało się sztuką. Zamiast kultury słowa używa się znoszonych chwytów erystycznych, które mają to do siebie, że czasami śmieszą, ale przede wszystkim mają osłonić pustkę myślową piszącego.

W sumie od ponad 20 lat najbardziej znany jest widziany w C+ typ facecjonisty, wiecznie rozradowanego i zadowolonego ze wszystkiego, a już najbardziej z tego, że jeszcze jakieś mecze się odbywają. To oni kiedy korupcja do 2005 roku toczyła jak robak i zżerała jak rak polską piłkę, wychwalali pod niebiosa tych prezesów, trenerów i piłkarzy, którzy a to w cuglach wygrywali wszystko, a to cudownie ratowali się przed spadkiem. Nie mogli nie wiedzieć, że z przysłowiowego gówna się bicza nie ukręci, a więc, że to śmierdzi. U nich było, i nadal jest, jak w bajkach Disneya - kolorowo, łagodnie i pogodnie. Problemów nie ma, bo po co psuć ten stan rozradowania, a jak się pojawiają to są zbywane jako coś mało istotnego. Z upływem lat ludzie dorośleją, dojrzewają, a oni przeciwnie, systematycznie dziecinnieją.

Drugi typ to ten, który pragnie newsa. Niczego nie ogląda, a już osobliwie stroni od tych durnych meczyków. Błądzi i błąka się, szukając. Sensacji. Jakiegoś transferu, jakiejś bijatyki, jakiś niezapłaconych podatków, jakiejś szokującej wypowiedzi, jakiejś ploteczki itp. To on jest najbardziej nadającym się do manipulowania przez menedżerów i do rozsiewania insynuacji, gdyż gra na podrzuconym mu bębenku. Większość z tego czym się go raczy, nie sprawdza, ale nikt nie ma mu tego za złe, bo karuzela jednak się kręci. My chyba naprawdę do takiego plotkarskiego nas traktowania już ostatecznie przywykliśmy.

Jest też gatunek dziennikarzy z ambicjami, którzy chcą być na czasie, pragną pojąć, a zrozumiawszy, podzielić się wiedzą z czytelnikami. To oni analizują, oceniają  i to oni przed tymi, którzy tego chcą odkrywać szerszą przestrzeń, nie tylko tę jaką tworzy boisko. Niestety jest to gatunek wymierający.

I niestety mamy również do czynienia z obrotnymi, cynicznymi i zdemoralizowanymi cwaniaczkami. Uważam ich za szkodników, gdyż udając, że mają zasady i że w ich obronie stają w szranki, w istocie służą złej sprawie, bo piłkę nożną sprowadzają do kloaki, gdzie nie ma niczego wartościowego, a są w niej wyłącznie siebie warci drobni oszuści i pozerzy. W 2016 roku ich teksty w dużej mierze odcisnęły piętno na postrzeganiu naszego futbolu. Robert Lewandowski obrywa rykoszetem za menedżera, który nie staje karnie w szeregu, a ośmiela się nawet być przeciw jedynemu słusznemu władcy. Sam Robert ma status niemal bohatera narodowego i póki co nie można mu zrobić nic, ale… czas zrobi swoje. Kiedy Wisła krakowska wypłynęła na spokojniejsze wody to nowe władze klubu uznały, że trener do niej nie pasuje. Nie dlatego, że zły, ale że z Warszawy i do tego drogi. Sekowanie go przez zarząd nie przyniosło efektów, więc sięgnięto po wypróbowaną metodę, niech go prasa obsmaruje, niech go utopi. I pokazało się kilka artykułów, z których między wierszami można było wyczytać tezy o braku honoru. Wdowczyk przetrwał ataki, odszedł kiedy sam zechciał i złożył godne oświadczenie. Oni nie tylko piszą. Oni także są tak wytresowani, że wiedzą kiedy nie mówić i nie pisać. Bodaj 9 grudnia 2016 roku w siedzibie PZPN zorganizowano wigilię podczas której doszło do towarzyskiego skandalu. A mianowicie połączono ją z jubileuszem 70-tych urodzin Włodzimierza Lubańskiego. I on to wymieniając trenerów z którymi pracował, „zapomniał” wymienić Jacka Gmocha. Ten uznał to za afront i jak to on, z przytupem towarzystwo opuścił. A tu ani słóweczka. Cień na władze PZPN paść nie ma prawa i tyle. Przy okazji wyborów na prezesa PZPN ujrzeliśmy pokaz prostactwa i włażenia Zbyszkowi Bońkowi po palcu, gdzie każdy wie. Ja tego do końca rozgryźć nie zdołałem. Przecież Boniek musiał wygrać, bo był najlepszym kandydatem. Ja nie wiem czy ktoś Bońkowi wmówił, że jego pozycja jest zagrożona, czy sam nie czuł się pewnie, ale to co mówiono i wypisywano pod adresem jego kontrkandydata było haniebne. I nie chodzi tu tylko o ordynarne kłamstwa i inwektywy, ale o podważanie jego godności i dorobku zawodowego. Pan Wojciechowski jest jednym z najbogatszych Polaków, a majątek zdobył w sposób uczciwy, budując mieszkania. Miał to nieszczęście, że namówiono go do zakupu Polonii, w której traktowany był jak dojna krowa. A kiedy ta rola mu się znudziła, oskarżano go o winy niepopełnione, zamiast obwiniać tych, którzy na jego hojność nie zasłużyli. Ale to staje się  przyczynkiem do wskazania, że nadreprezentacja byłych kopaczy w mediach staje się szkodliwa. Nie tak dawno mieliśmy do czynienia z prowokacją przeciwko Ruchowi Chorzów. Też w sumie nie wiem czy w tej sprawie chodzi o „dobijanie watahy” za poparcie niewłaściwego kandydata przez Ruch, czy o zastraszenie środowiska klubów Ekstraklasy przed zapowiedzianymi zmianami w statucie. W każdym razie w kilku mediach ukazały się artykuły jak to Ruch łamie zakaz przekraczania maksymalnych kwot wynagrodzeń piłkarzy i jak nie stosuje się do zakazu opłacania zawodników z innych źródeł niż budżet klubu. Tak robi duża część klubów. O tej praktyce wiedzą w PZPN i mając świadomość, że współpracująca z Ruchem fundacja jest prawnie podmiotem od klubu niezależnym, wszczęto na podstawie doniesień medialnych postępowanie przed Komisją Licencyjną. I tu nie chodzi o takie czy inne praktyki PZPN, ale o to, że niektóre media dają się wykorzystywać do niecnych celów.

O takich pisał poeta /Zbigniew Herbert/:
„... Unikaj tych, co w swoim gronie
Pograwszy w polityczne konie
Gdy na kominku ogień płonie
Wołają: lud, a szepcą: miazga
Wołają: naród, szepcą: gie.
Myślę, że robią bardzo źle
Bo upajają się pozorem
Sami są tylko meteorem
I lata ich czekają długie
Gdy ich obracać będą pługiem
I dużo wody minie w Wiśle
Nim o nich znowu ktoś gdzieś piśnie”.

W skrócie rzecz ujmując, upada to co jest istotą zawodu dziennikarskiego, a mianowicie służba społeczeństwu, jego informowanie i edukowanie. Zamiast tej służby pojawia się coraz częściej lokajstwo wobec kacyków sportowych, politycznych czy finansowych. I to ten klientelizm staje się zmorą dziennikarstwa i problemem wartościowych dziennikarzy, pozbawiając ten zawód wartości, wiarygodności i godności.

Dyskusja (19)
1niedziela, 15, stycznia 2017 13:11
iocosus
O tempora, o mores! - Zbyszku prawie tak jakbym słyszał to zawołanie, gdy czytam: „Należę do tych, którzy pamiętają czasy niezależnych dziennikarzy sportowych. Większość dzisiejszych w ogóle nie wie co to za zwierzę. A niezależny dziennikarz to był ten, który samodzielnie pisał to co uważał za sensowne i potrzebne.” - nie obawiasz się nieco, że odwoływanie się do tego co było, na zasadzie przeciwstawiania „kiedyś – wspaniale, dziś – schodzimy na psy” jest właśnie odwiecznym idealizowaniem przeszłości służącym piętnowaniu teraźniejszości. Nie to żebym z tego czynił jakiś wielki zarzut, w sumie cyceronowskim upadkiem obyczajów samemu mam zamiar również się nieco później perfidnie posłużyć, a ty też Zbyszku przecież uczciwie przywołujesz że i w tej przeszłości „nagonki dziennikarskie” bywały, ale taka mnie refleksja nachodzi że w każdym z nas jest jakaś chęć poszukiwania przykładu, wzorca w latach minionych i mhm, czyhają tu na nas pułapki.

Nie to że mam zamiar wychwalać obecne dziennikarskie obyczaje, ale to przecież jacyś w pełni dyspozycyjni pismacy z przeszłości w swoim czasie „jedynie słusznym” uszyli buty Deynie w „Żołnierzu Wolności”. O aferze na Okęciu z Młynarczykiem tez się mówi że była „nakręcana” wykorzystywana przez ówczesne media. Z Gmocha się śmiano że był pupilkiem władzy i że nie wolno o nim krytycznie pisać w imię „propagandy sukcesu”, transmisje z Mundialu’82 ponoć puszczano z jakimś sekundowym poślizgiem żeby wycinać transparenty „Solidarności” umieszczane na trybunach. Czas zakłamania, lokajstwa, serwilizmu tworzący również z dziennikarzy sportowych cyników i hipokrytów. Owszem byli tacy którzy dochowywali wierności zasadom (Bogdan Tomaszewski, Tomasz Hopfer) były legendy sportowego dziennikarstwa Jerzy Zmarzlik, Lech Cergowski ale w sumie tej przeszłości to ja bym za bardzo nie gloryfikował. Niedawno zmarł Bogdan Tuszyński R.I.P. (uwielbiałem jako dzieciak jego głos w radiu) oto fragment jego wywiadu odzwierciedlający „tamte czasy”:

„Dialog Tuszyńskiego i Edwarda Ochaba, w 1956 pierwszego sekretarza KC PZPR:
Tuszyński: Chciałbym zapytać pana, widuję pana często na tego typu imprezach, wśród sportowców, jakie jest pana zdanie na temat tak wielkiej imprezy, jaką jest wyścig „Trybuny Ludu”, „Neues Deutschland” i „Rudeho Prava”?
Ochab: Może najpierw formalna uwaga. Ja jestem komunistą, nie lubię, jak do mnie mówią „pan”, zwłaszcza jeśli przedstawiciele naszej socjalistycznej instytucji tak się do mnie zwracają. No ale niezależnie od tego, mogę powiedzieć wszystkim radiosłuchaczom, że Wyścig Pokoju, moim zdaniem, ma duże znaczenie…”

Być może dziś duża część dziennikarzy jest dyspozycyjna względem (w skrócie) komercji, ale w przeszłości duża cześć dziennikarzy była dyspozycyjna względem „socjalistycznej instytucji”. Ideowa dyspozycyjność kiedyś, nie była mniejsza od „dyspozycyjności merkantylnej” obecnej. Tak mi się zdaje? Albo wytykając „dziś” to nie można zapominać o tamtym „wczorajszym”. Zbyszku jak z własnej bardziej doświadczonej perspektywy te zależności postrzegasz, ja byłem w latach siedemdziesiątych dzieciakiem, a w osiemdziesiątych dorastającym młodym człowiekiem?

Tyle na razie, muszę kończyć, ale obiecuję że w tym wątku jeszcze samemu zakrzyknę: O tempora, o mores! Wink
2czwartek, 19, stycznia 2017 02:06
a-c10
@ Iocosus:

Jak być może wiesz, na paniedzieizm patrzę mocno sceptycznie. Nie uważam, aby trawa zawsze i wszędzie była zieleńsza, niż obecnie. Ba, wbrew mocno zakorzenionemu w naszej kulturze narzekactwu żywię głębokie przekonanie, iż dzisiejszy, rzekomo doszczętnie zdegenerowany świat pod wieloma względami jest najlepszy w historii. A i pod paroma innymi bywał drzewiej znacznie bardziej paskudny.

M.in. dlatego w dużej mierze się z Tobą zgodzę. Serwilizm istniał, istnieje i będzie istniał. Od zarania dziennikarstwa trafiali się w tym zawodzie osobnicy, których rzetelne relacjonowanie rzeczywistości istniało znacznie mniej, niż usłużne merdanie ogonkiem w oczekiwaniu na to, że jakiś możny pan raczy podrapać ich za uszkiem. A z mojej perspektywy nie ma większej różnicy, czy dany pismaczyna wysługuje się pierwszemu sekretarzowi PZPR, czy też może pierw... eee... prezesowi PZPN.

Nie oznacza to jednak, że Zbyszek nie ma racji. Drzewiej bowiem - jak sam przecież trafnie zauważasz - poza lokajami i podlizuchami istniał ktoś jeszcze. Istnieli ludzie, których czytając/słuchając mieliśmy wrażenie, że czytamy/słuchamy to, co oni naprawdę uważają, nie zaś to, co ktoś tam chciałby, aby uważali. OK, w iluś tam przypadkach było to pewnie li tylko wrażenie, a jego wywoływacze różnili się od innych serwilistów jedynie tym, że potrafili się udatnie maskować. Dziś jednak nie umieją nawet tego. Nie wiem, jak Ty, ja natomiast często łapię się na tym, że z danego artykułu czytam tylko tytuł, względnie nagłówek, po czym od razu pędzę do podpisu. Po co mam przyswajać resztę, skoro z ogromnym prawdopodobieństwem jestem w stanie przewidzieć z czego się ona składa? Szkoda czasu, szkoda oczu.
3czwartek, 19, stycznia 2017 03:11
a-c10
@ Zbyszek:

O ile - jak już pisałem - z ogólną wymową tekstu raczej się zgadzam, tak już przyczyny diagnozujesz, moim zdaniem, cokolwiek błędnie. Jasne, trwająca od lat nastu (i raczej nieodwracalna) zapaść telewizji oraz - zwłaszcza! - mediów papierowych niewątpliwie ma swoje źródło w gwałtownym rozwoju internetu, do którego z początku nieśmiało, potem zaś lawinowo przeniosła się zarówno informacja, jak i publicystyka. Zauważ jednak, że ów internet co najmniej tak samo szeroki, jak w Warszawie, jest także w Berlinie, Buenos, Londynie, Madrycie, Nowym Jorku, Paryżu, Rzymie i paru innych miejscach. Jasne, tam też publikuje się całe masy chłamu. Masy tekstów pisanych na kolanach i na kolanie; z uwzględnieniem życzeń zleceniodawcy, za to bez poszanowania języka. Ale oprócz tych mas pokazuje się też coś innego: prace ludzi, którzy jak najbardziej przyjaźnią się z gramatyką, fleksją i składnią, dzięki czemu sklecenie paru sensownych zdań nie stanowi dla nich przesadnego wyzwania. Ludzi, którzy - w najprostszym skrócie - wiedzą, co mówią/piszą, a nie tylko piszą/mówią, co wiedzą (albo zapłacono im, żeby wiedzieli). I nawet, jeśli nie zawsze się z nimi zgadzamy, nie zawsze podzielamy ich punkty widzenia, to z obcowania z ich dziełami można na ogół czerpać sporą przyjemność. U nas, niestety, praktycznie takich autorów nie ma.

Dlaczego? Skoro sieć niewinna, skupmy się może na ludziach? Na początku uderzyłeś, Zbyszku, w Canal. To niejako Twój signature moveWink a ja uśmiecham się tylko pod nosem, bo tak, jak Tobie wadzą ich facecje, wielu abonentów zżyma się na nadmierny krytycyzm i ponuractwo Smokowskiego i s-ki. Jak nie kijem go, to pałkąSmile Ale nie zamierzam się kłócić, nawet z wrodzonej przekory. Nie w sytuacji, gdy bez względu na rzeczywisty, czy rzekomy wyraz twarzy stacji z plusem razi mnie kreowanie przez nią na ekspertów ludzi, którzy nigdy takiego zaszczytu nie powinni dostąpić. Ot, żeby daleko nie sięgać, weźmy takiego Kamila Kosowskiego. Owszem, grał facet w piłkę i to nawet nie bez sukcesów. Sęk w tym, że podczas kariery zawodniczej otwartym tekstem przyznawał, że go ta piłka wcale nie interesuje. Jak nie grał, to nie oglądał. Znacznie bardziej go zajmowały tzw. uroki życia. Byłby więc pewnie niezłym autorytetem w kwestii np. klasy agencji towarzyskich w Zabrzu, Krakowie, Weronie, Kadyksie i gdzie tam jeszcze zdarzyło mu się pomieszkiwać. Ale żeby przydawać wagi jego wypowiedziom na temat boiskowych wydarzeń...?!

Wśród canalowych specjalistów znajduje się też m.in. niejaki Krzysztof Przytuła. On też kiedyś grał (choć gorzej, niż Kosowski), a potem nawet próbował czynnie uczyć grać. To ostatnie wychodziło mu na tyle tragicznie, że bez żalu popędzono go z kilku niskoligowych klubów. Dziś przypuszczalnie nie znalazłby roboty jako trener nawet w LZSie. Co w żadnym wypadku nie przeszkadza mu recenzować tonem nie znoszącym sprzeciwu pracy szkoleniowców z Ekstraklasy, czy nawet Ligi Mistrzów.

Czy to oznacza, że ten cały Smokowski (czy kto tam inny odpowiada w C+ za rekrutację) jest idiotą? Niekoniecznie. Może po prostu facet nie ma spośród kogo wybierać? W końcu jak znaleźć kogoś sensownego wśród ludzi, którzy piłkę kopali w czasach, gdy wyniki spotkań decydowały się nie na boisku, a na przydrożnym parkingu, bądź pod restauracyjnym stolikiem, zaś ideał piłkarza stanowił nażelowany pseudogwiazdor, zainteresowany niemal wyłącznie tym, by sobie - pardonnez moi - popić, poruchać, radia posłuchać?

Co do PeeSów i im podobnych: w takiej Anglii roczne uposażenie szanowanych publicystów piłkarskich (jak najbardziej także tych internetowych) liczy się niekiedy w setkach tysięcy funtów. Albo i lepiej. Oczywiście, na podobną gażę mogą liczyć tylko ci naprawdę najlepsi. Niemniej jednak, jest to jakoś tam do osiągnięcia. A nawet, jeśli nigdy nie dobijesz do klawiaturowej ekstraklasy (czy raczej premier league), ale myśl i słowo cię nie gryzą, to możesz śmiało się ze swej pisaniny utrzymać. W Polsce redakcje zatrudniają za marne grosze studenciaków, bądź zgoła licealistów dorabiających do kieszonkowego. Czemu więc się dziwić, że ich teksty prezentują poziom szkolnej gazetki?

A nawet ci, którym pryszcze nie psują już twarzy, toną w zalewającym nas z politycznej góry schamieniu rozsianym. Obawiam się, że mi naczelny po łbu nałoży za podobne analogieWink ale taki choćby trwający już od jakiegoś czasu spór pezetpeenowskiej wierchuszki z ESA jako żywo przypomina mi durnowate wojenki z ul. Wiejskiej i okolic. Czemu więc się dziwić, że ludzie, których aromat szamba nie przyciąga, a wręcz przeciwnie, obrzydza i odpycha, nie chcą mieć z tym nic wspólnego?

Wprawnych dziennikarzy (czy nawet kandydatów na takowych) odstręczają niskie płace. Ludzi o sztywnym, hmmm..., jakimkolwiek bądź kręgosłupie moralnym odrzuca konieczność nurzania się w odchodach i wysługiwania różnym indywiduom. Summa summarum do rangi poważnego medium urasta takie Weszło!, które z jakkolwiek rozumianą służbą społeczeństwu ma akurat tyle wspólnego, co piszący te słowa z Wisłą Kraków.
4sobota, 21, stycznia 2017 08:27
iocosus
O tempora, o mores!
W temacie kondycji mediów taki kamyk do ogródka wrzucę. Wojtek Kowalczyk poczynił na tt wpis, który został nagłośniony i przez inne media, a dotyczył oceny pracy Dariusza Szpakowskiego. Do wyrażonego zdania odniósł się i Tomasz Hajto:

„Wojciech Kowalczyk‏@W_Kowal
TVPiS nie zawodzi.W piłkę ręczną jesteśmy najlepsi,tylko coś tam,coś tam zabrakło.Ślepi tabeli nie widzą.Szpakowski dureń totalny.
Tomek Hajto ‏@TomekHajto7
@W_Kowal Wojtek walisz na całego ja cię naprawdę lubię szacun najbardziej bezpośredni ekspert.”

No i co jest teraz dowodem upadku mediów? Mhm, ta bezwzględna ocena Dariusza Szpakowskiego w telewizyjnym studiu, czy też raczej forma wyrazu, którą posłużył się Kowal? Żeby było zabawniej, w omawianym wątku ćwierkającym pojawiły się jeszcze takie wpisy:

„Danny8971 ‏@Danny8971
@TomekHajto7 ale jest roznica miedzy bezpośredniością a chamstwem @W_Kowal
Tomek Hajto ‏@TomekHajto7
@Danny8971 @W_Kowal Zgadzam się”

Pozwolę sobie na interpretację, user Danny8971 uznał wpis Kowala za chamski, pan Tomasz Hajto się zgodził, no i teraz nie wiem, czy przestał darzyć Kowala za ten wpis szacunkiem i uznaniem jako „najbardziej bezpośredniego eksperta”, czy też raczej wręcz przeciwnie, zgadzając się z tezą Dannego wyraził pogląd że granicy między bezpośredniością a chamstwem Kowal jednak nie przekroczył? Jest jeszcze trzecie wytłumaczenie, że pan Tomek nie zajarzył, o co Dannemu chodziło, wtedy by jednak według mnie podlegał pod określenie skierowane przez Kowala wobec Szpaka. Mhm, a czy przez taką sugestię wyrażoną wszak publicznie na c-L ja też podpadam pod przekraczanie granicy bezpośredniości z chamstwem?

Kowal jest personą medialną, a TT to medium publiczne, czy zabierając na nim głos jesteśmy zwolnieni z odpowiedzialności za słowo i jak w dzisiejszych „cyfrowych” czasach wyznaczać granicę pomiędzy bezpośredniością, wyrazistością i dosadnością poglądu, a zwyczajnym chamstwem. I czy my internauci zarzucając to i tamto dziennikarzom, sami nie powinniśmy się wpierw uderzyć mocno w pierś za upadek poziomu dyskusji publicznej, do której obecnie dzięki ‘cyfryzacji mediów’ jesteśmy dopuszczeni, ba, bierzemy w niej aktywny udział i tym samym wpływamy na jej standardy? (Zbyszek, to skierowana w ogół refleksja, żebyś broń Panie Boże nie pomyślał że odnosi się w jakimkolwiek stopniu indywidualnie wobec Ciebie – tak tylko, rozważając i takie kwestie, dzięki podjętemu wątkowi tu sobie mędrkuję)

Szczerze powiedziawszy to o Szpaku w wielu momentach miałem podobne zdanie jak Kowal, ale też „wyrazistości i dosadności” w zaprezentowanej formie mam trochę dosyć, bo ona zabija, a nie otwiera dyskusję, w zasadzie „ocenianego” zwalnia z odnoszenia się do takiego poglądu, bo ma oczywiste prawo do poczucia się obrażanym. Na poziomie inwektyw dyskusja nie istnieje. Kowal nie unika dosadności w swoich wpisach i to na poziomie wulgarności większej niż w omawianym zaledwie „durnowatym” przypadku. No i co, mieć o to do niego pretensje, wyzłośliwiać się nad nim że „nieuk” lub „pijak” zatem żul i na TT szydło właśnie wychodzi z worka? Jeśli nie Szpak to Kowal ma być dowodem upadku ‘sportowych mediów’, a może to „signum temporis”?

Jak mieć pretensję do byłego piłkarza - „nieuka” z warszawskiego Bródna - skoro profesor fizyki, były poseł na sejm, sędzia trybunału stanu w wieku statecznym i godnym na tym samym twitterowym forum o szefowej informacji publicznej telewizji napisał: „głupia cipa”? Co prawda wydał „polubowne” oświadczenie: „ Czyje wrażliwe ucho razi "głupia cipa"', ten może to zmienić na "tępa propagandzistka". Mnie tam za jedno” ale jedyne co osiągnął pan profesor to fala „kutasów”, „chujów”, „SB-eckich kurw” płynąca i wzbierająca w jego kierunku. No i co z tego, że i moim zdaniem choćby retuszowanie obrazków przeznaczonych do publicznego przekazu powoduje jak najgorsze skojarzenia, skoro o tym nie pogadasz na poziomie cip i kutasów.

Tak wygląda dziś publiczny dyskurs. Nasz światek sportowy i w nim debatowanie są jego odbiciem. Przy tym mimo wszystko obecna „wulgarna dosadność” nie jest największą bolączką, kto chętny, a nie świętoszkowaty i zakłamany niech sobie przeczyta pewną netową rozprawkę z takimi oto refleksjami:
„Dużo się ostatnio, kurwa, gada o kulturze języka, wypowiedzi, dialogu i takich tam. Generalnie nie jest fajnie, że ludzie przeklinają i co drugie słowo to chuj, kurwa, ja pierdolę albo chociaż dupa. Równie niemile widziane są pizda, cipa, fiut, kutas i inne organy. Na co dzień, na przysłowiowej ulicy, w domu, biurze, knajpie, jak najbardziej, to jeszcze ujdzie, czasem wręcz wypada. Nawet Miodek stwierdził kiedyś, że jeśli przekleństwo podkreśla wagę wypowiedzi, zamiast robić za przecinek, jest dopuszczalne i nie trzeba zaraz szat rozdzierać. Co innego jak człowiek przekleństwem papier zbezcześci. W słowie pisanym przeklinać nie wolno. Nie wolno kurwa i już! Prawie nie wolno. Jakoś tak bowiem jednak jest, że niektórzy używają i płazem im to uchodzi. (…)Problem największy z mediem największym, czyli z internetem. Tu niby wolno więcej, przynajmniej poza i na krawędzi oficjalnego obiegu. Jednak nie wszystko wolno, nie zawsze wolno i nie każdemu wolno. Czy zatem istnieją jakieś wytyczne, które choćby intuicyjnie, niepisaną będą zasadą, dżentelmeńską umową, umową społeczną, która wskaże, pokaże, ustali, pokieruje jakoś tym dzikim przekleństw potokiem, koryto mu skopie, tamy pobuduje? Na razie bałagan zdaje się panować, choć pozorny to bałagan, bo skoro jednych za bluzgi opierdalają, a innych chwalą, lub chociaż nie ganią, coś w tym jednak kryć się/ukrywać musi. (…)Więc jak to jest. Co i komu wolno, a w myśl jakiej zasady się to odbywa. Nie wiem czy choć ślad planu odnajdę, czy kawałek chociaż zasady jakiejś zza zasłony wystającej dostrzegę, gołe pięty spod łóżka wystające, uchylone szafy drzwi... Ciężko ludzie, ciężko, bo wszystko na to wskazuje, że rządzi się rzecz przypadkiem i chwilowym nastrojem, i nijak nie wiadomo jak chuja użyć, by nie zostać chujem. (…) Sztuka sama w sobie jest tylko pustym słowem, z człowieka i jego życia sztuka wyrasta, wychodzi, człowieka i jego życie w sobie więc zawiera. Prześladowano niegdyś Joyce'a za trzepanie w Ulissesie, książce co jej nikt nie rozumie, choć każdy komentuje. Nie pokazywał niegdyś muzyk dupy na koncercie. W teatrze dawnym, bohater jeść, pić, chędożyć na scenie nie miał prawa. Dziś się przejadło i nudą wieje, pokazywanie penisów, tyłków, nerek i wątroby. O pornografię otrzeć się to musi, lub religijny wątek, by się ktoś bardziej zainteresował. Wtedy czasem, naprawdę tylko czasem, media wyprodukują na siłę skandal. Chuj w piśmie natomiast dalej razi, i chujem się nieodmiennie publika podnieca. Głupia cipa delikatność ludzką zniesmaczy, świętość słowa zbruka, poszarga wartości, gdy po seansie Piły 16 i Hostelu 4, zapragnie człowiek z kulturą poobcować. Pan ''cipa'' napisałeś, pan sobie sam świadectwo wystawiłeś, pan jesteś wulgarny i nieobyczajny, ja się mojemu dziecku, z pana dzieckiem, bawić więcej nie pozwolę!
A cipa jak cipa, chuj jak chuj. Papier wszystko przyjmie, czytelnik nie musi. Byle był czytelnik czytelnikiem, nie cipą głupią właśnie, co go cipa w oczy kole, jeśli napisaną jest cipą. Takim co ''matko święta i anieli wszyscy!'' na widok cipy zakrzyknie, oburzy się, słusznym gniewem zapłonie, a co mu ręka lata w domowym zaciszu, gdy sobie cipę na ekranie puści.”

http://www.kontrowersje.net/tresc/natenczas_wstal_poeta_i_rzekl_chuj_wam_kurwa_wszystkim_w_dupe_kultura_jezyka_mowionego_w_pismi?page=1/?mobilizer=44df3ffdf67501949112d3235b1827fd

Mhm, jeżeli przyjąć że nie w wulgarności leży problem, to gdzie zatem „dyskusyjny” pies jest pogrzebany? Mam swoją teorię, ale c.d.n.
5sobota, 21, stycznia 2017 19:22
Zbyszek
@Iocosus,@ A-c10.
Na początek odpowiem starym dowcipem /tak, wiem,że powinno się zabronić ich opowiadania/. "Odbywa się rozprawa rozwodowa. Sala sądowa pełna mężczyzn.Sędzia pyta powoda ; dlaczego chce się rozwieść z żoną. Bo mi seksualnie nie odpowiada. A tłum :jak to ?,nam odpowiada, a jemu nie?".
Ja nie gloryfikuję czasów słusznie minionych, ja tylko porównuje jakość i klasę dziennikarzy mając świadomość z czego ona wynikała. Jak to wyraził był w swoich pamiętnikach M. F. Rakowski/ niestety nie w tej edycji, która była wydana w Polsce, ale w jej wydaniu amerykańskim/ : "nie można być niezależnym dziennikarzem w tym ustroju. Zawsze trzeba iść na ustępstwa wobec władzy. Chyba,że się jest dziennikarzem sportowym".To oddaje istotę mediów tamtych czasów. a mianowicie ci , którzy pisali o polityce, ekonomii, gospodarce, kulturze musieli baczyć,aby pryncypiów ustroju nie naruszać od czego wolni byli w znacznym stopniu piszący o sporcie.
Stąd też brała się ich nadmierna krytyczność, gdyż niejako robili za tych, którym krytykować w innych dziedzinach zabroniono.Ale też przyznajmy, jakie to były pióra. Taki Krzysztof Mętrak jednym tekstem w " Życiu literackim " sprawił,że Jacek Gmoch został selekcjonerem,po drugim ogłoszono "Szczękę " geniuszem,a w trzecim go obalił. Takie pisma jak PS, Tempo, Sport, Sportowiec, Piłka nożna czy Boks czytało się też dla samej przyjemności czytania o sporcie.Dziś tego jest coraz mniej. Nie tylko klientelizm zabija etos tego zawodu,ale prymitywizm, banalność w myśleniu i nieporadność w pisaniu. Więc nie chodzi o porównywanie do jakiegoś wzorca,ale porównywanie niejako w pionie ludzi i ich tekstów.
I ja nie pisałem o dziennikarzach np. politycznych, bo to zupełnie inna bajka. Oni niejako z natury muszą być subiektywni, bo mają swoje poglądy i niejako je eksponują.Nie ma takiego poglądu politycznego, którego wyznawcami byliby wszyscy. To trochę tak jak z samochodami. każdy chwali swój jako najlepszy i gdyby tak rzeczywiście było to produkowano by tylko jeden model jednej marki . A przecież tak nie jest.Smile.
Natomiast tych wolt i drastycznej różnicy w podejściu do spraw sportu nie da się niczym usprawiedliwić akurat w tej dziedzinie ludzkiej aktywności.
Bo ona jednak powinna być oparta o naczelną zasadę sformułowaną już ponad 120 lat temu , a nazywa się ona fair play.
Oczywiście jest w tym jakieś moje marzenie o idealizmie,ale ja nie uważam tego za swoją wadę,ale za zaletę.

Absolutnie nie zaprzeczam,że uważam Kanał za antyprzykład dziennikarstwa sportowego. Nie tylko z tych powodów o których piszecie sami .Ja mógłbym podać dziesiątki przykładów szkodnictwa wołającego o pomstę. Ograniczę się do dwóch dla mnie charakterystycznych . Pierwszy to ponad miarę honorowanie w 2006 roku Grzegorza Piechny, a już szczególnie ułożenie na jego cześć piosenki jak by był jakimś bohaterem i wzorem do naśladowania.Piłkarze Korony, którzy zostali namówieni do śpiewania tej głupoty nie mogli powstrzymać się do śmiechu. To ten sam "król" polowania w II lidze, w której Korona kupiła wszystkie mecze, to ten sam facet, który mawiał,że "bez picia nie ma życia", to ten sam, którego ulubionym zajęciem było plucie na małych chłopców podających piłki. to ten sam, który w życiu piłkarskim raz odpowiedział poprawnie na pytanie dlaczego strzelił gola " Bo ona przyszła, naszła i weszła". Znowu,żeby była jasność, ja nie uważam go za najgorszego.Ja po prostu negatywnie oceniam pismaków, którzy kogoś takiego kreują jako wzorzec piłkarza.
I drugi przykład ,tym razem wyjątkowego draństwa to oskarżanie Roberta Gadochy o wzięcie jakiś mitycznych dolarów podczas MŚ w 1974 roku bez cienia dowodu.To akurat Smokowski jest tym oszczercą, który nie tylko tę brednię powtarza z maniackim uporem ,ale i w filmie dokumentalnym o Mistrzostwach w RFN nie wiadomo po co o tej brudnej plotce mówi.
Ja im zarzucam całkowity brak odpowiedzialności charakterystyczny dla całkiem małych dzieci. Oni w sensie wiekowym dziećmi nie są, więc jedyny wniosek to taki,że nie dorośli.Smile.

Wobec innych negatywnych zjawisk jakie w 2016 roku się nasiliły to ja mam pretensje, o to,że środowisko dziennikarskie tym ,którzy ewidentnie łamią etykę tego zawodu nie dają odporu.Z tego też powodu odium tego co np. mówi Kucharski spada na nich wszystkich.Przez to właśnie całe pismactwo traci autorytet i wiarygodność.I sami podcinają niejako gałąź na której siedzą. Tracąc czytelników i słuchaczy tracą podstawy finansowe znośnego bytowania i stają się łatwym łupem tych, którzy płacąc żądają giętkich karków i usłużnych piór i języków. i tak kółko się zamyka. Tylko,że jest to równia pochyła wiodąca do upadu. A może on już nastąpił tylko ja ślepiec jego nie zauważyłem ?. Smile.
6niedziela, 22, stycznia 2017 14:38
iocosus
Zbyszku, chyba jesteś tak uprzedzony do Smoka jak ja do Szpaka. Wink

W kwestii „przykład ,tym razem wyjątkowego draństwa to oskarżanie Roberta Gadochy o wzięcie jakiś mitycznych dolarów podczas MŚ w 1974 roku bez cienia dowodu.To akurat Smokowski jest tym oszczercą, który nie tylko tę brednię powtarza z maniackim uporem ,ale i w filmie dokumentalnym o Mistrzostwach w RFN nie wiadomo po co o tej brudnej plotce mówi.” - robienie ze Smoka głównego rozprowadzającego i rozpowszechniającego tamtą kwestię według mnie jest grubą przesadą. O przypadku Gadochy swego czasu było bardzo głośno, trąbili o tym „wszyscy” z kolegami ‘orłami Górskiego’ na czele.

„Były bramkarz piłkarskiej reprezentacji Polski Jan Tomaszewski wciąż wypomina koledze z kadry, że nie podzielił się piłkarską łapówką od Argentyńczyków na mistrzostwach świata w 1974. Wersję Tomaszewskiego potwierdza była żona Roberta Gadochy.
- Mój były mąż okradł swoich kolegów z reprezentacji Kazimierza Górskiego podczas mistrzostw świata w 1974 roku! Wiem, co mówię, bo sama odbierałam od niego w Niemczech pieniądze, które argentyńscy piłkarze przekazali naszym zawodnikom, żeby zmotywować ich do pokonania zespołu Włoch. Tyle tylko, że całą kasę zagarnął dla siebie Robert, nie dzieląc się z kolegami - mówi Irena Gadocha.
- Robert obiecał, że on i jego koledzy zrobią wszystko, żeby pokonać Włochów. Tyle tylko, że umowę zachował w tajemnicy przed resztą drużyny. Oprócz niego nikt nie wiedział, że za pokonanie Włochów jest dodatkowa nagroda pieniężna - dodaje. Polacy wygrali wtedy dwa pierwsze mecze grupowe i mogli sobie "odpuścić" mecz z Włochami, ale od ich dobrej postawy zależała dalsza gra Argentyny.
- Nigdy nie podam ręki temu złodziejowi! Nie chodzi już nawet o te pieniądze. A niech się nimi udławi! Gorsze jest to, że przez takiego skur... graliśmy całe mistrzostwa w dziesiątkę! Bo zamiast skupić się na grze, on cały czas myślał tylko o tym, żeby ta jego machlojka się nie wydała - komentuje sprawę sprzed 32 lat Jan Tomaszewski, który wtedy stał na bramce polskiej drużyny." (Fakt 14.07.2006)

Żeby nie było że jedyny plotkarz to „wielka gęba”- „Tomek”.

„Wygrana Polaków leżała w interesie Argentyńczyków, którzy postanowili dodatkowo umotywować "Orły Górskiego". Oficjalnie po wygranej przysłali naszej drużynie 10 skrzynek z jabłkami, ale wcześniej, przed meczem, w inny sposób starali się sprawić, by Polacy nie odpuścili meczu z Italią.
Działacze z Argentyny postanowili przekazać biało-czerwonym 24 tysiące dolarów. - Ustalili, że każdy zawodnik i dwaj trenerzy ze swojej premii za zakładany awans do drugiej rundy oddadzą Polakom po tysiąc dolarów. W sumie 24 tysiące dolarów. Do przekazania ich zobowiązał się Ayala - opowiadał sześć lat temu obecny prezes PZPN Grzegorz Lato.
Ayala dał pieniądze Gadosze, ale nie 24, a 18. Resztę zostawił sobie, za fatygę - zdradził Lato, który swego czasu grał z Argentyńczykiem w jednym klubie i tam wszystkiego się od niego dowiedział.
Z kolei Gadocha wziął pieniądze i nie podzielił się z resztą drużyny. Zawodnicy trenera Kazimierza Górskiego dopiero po latach dowiedzieli się o tym, że doszło do "transakcji". (…)Wielu jego kolegów do dziś nie wybaczyło mu tego, że oszukał ich i zdradził. (wp.pl 09.10.2010)

„Sprawa wyszła na jaw, bo Ruben Ayala grał po latach w jednym klubie z Grzegorzem Latą. I to właśnie obecny prezes PZPN w rozmowie z naszą gazetą ujawnił w 2004 r., co się stało.” (Przegląd Sportowy 10.07.2010)

Czyli jeżeli już to twórcą „plotki” jest Grzegorz Lato, a rozpowszechniły ją media w których Smok nigdy nie pracował. Tyle w tej chwili mojego sprostowania w tej sprawie.
7niedziela, 22, stycznia 2017 18:43
Zbyszek
@Iocosus.
Ja nie jestem do nikogo uprzedzony. Ja tylko wymagam od tych , którzy wydają się być inteligentniejsi lub mają więcej do powiedzenia - więcej.
Natomiast co do Szpakowskiego to on jak komentuje mecze to rzeczywiście zbyt często bredzi,ale obejrzyj na TVP Sport jego program "4-4-2". Jest to poziom nieosiągalny dla innej tego typu publicystyki jak "Cafe futbol " czy "Stan futbolu".
Odnośnie "afery" z MŚ w 1974 roku to niestety nie mogę powoływać się na dokumentację, choćby prasową gdyż moja osobista podczas remontu kompleksowego mieszkania w początku 2013 roku wyrzuciła ją do śmietnika jako starą i zbierającą kurz. Dziś skazani jesteśmy na internet, a w nim mamy te fakty prasowe po 2005 roku.Więc, aby pisać o tym co było wcześniej trzeba sięgać do swojej pamięci. U nas o takiej możliwości napisał w jednym z felietonów w "Sportowcu" Paweł Zarzeczny chyba w 1993 lub 1994 roku. Dziwnym trafem sprawa żadnego rozgłosu nie nabrała, gdyż potraktowano to chyba jako żart.,A oskarżyciel Lato w 1995 roku w rozmowie z redaktorem Malickim z Tygodnika "Znak" mówił,że Włosi w przerwie meczu chcieli nas przekupić,ale myśmy się nie zgodzili to i mógł szepnąć o szmalu od Argentyńczykow. .Po wypowiedzi Laty z 2004 roku, który nie wymienił Roberta i komentarzu Tomaszewskiego, który jak to on powiedział,że wiedział od zawsze i podejrzewał Roberta, Gadocha obraził się,zrezygnował z występów w "Orłach Górskiego" i zaszył się na Florydzie, choć często przylatuje do Krakowa.I znowu ucichło. Sprawa z powrotem nabrała życia po wypowiedzi b.żony Gadochy, z którą z jej winy był po rozwodzie , a której Gadocha sprzedał w 2007 roku dom w którym mieszkała. To ona oskarżyła piłkarza,że oszukał kolegów. Trzeba dodać,że większość ekipy z 1974 roku nie wierzy w te oskarżenia i Tomaszewski, Lato i Szarmach są wyjątkami.I teraz mamy wybór czy wierzymy większości nie tylko piłkarzy,ale trenerów , lekarza, oficjeli czy tym 3 wyrzutkom i jednej pani, która ma swój w tym interes. Ale nie chodzi tu tylko o kwestie wiary,ale zwykłego zastanowienia się nad prawdopodobieństwem oskarżeń.
Otóż Lato rzeczywiście grał z Ayalą w Meksyku w latach 1982-84, tylko ,że Lato jest antytalentem językowym i chyba z nim rozmawiał na migi, bo hiszpańskiego nie zna. Na dodatek Ayala nigdy oficjalnie tych rewelacji nie potwierdził, bo nikt nawet go o nie, nie zapytał.
Lato twierdzi,że było tego 24 tys. USD / przed ponad 10 laty mówiło się o 15 tys, a za kolejne 10 lat będzie tego ze 150 tysięcy/. i że każdy z ekipy Argentyny złożył się po 1000 USD. Ja już pomijam fakt,że w tamtych czasach była to duża kwota odpowiadająca mniej więcej dzisiaj 20 tysiącom i że większości piłkarzy Argentyny grających w tym kraju na co dzień nie było stać na jej wpłacenie,ale przecież fakt tak powszechnej składki ktoś inny by potwierdził. Nikt tego nie uczynił.
Ktoś musiał te pieniądze przekazać i tu przyznaje się do tego niejaki Boćwińsky, który mętnie powiada,że poznał Gadochę jak był pracownikiem lotniczej linii Argentyńskiej. O ile mnie pamięć nie myli to Polacy latali LOTem, więc chyba go poznał na odległość. Twierdzi on,że przekazał te pieniądze Gadosze na spacerze w Murrhardt w torbie turystycznej.On też ma pretensje do Gadochy,bo ponoć załatwił mu grę w Stanach i ten miał mu dać prowizje,ale się wypiął.Ma tu konkurencję, bo jeden z dziennikarzy zaklina się,że pieniądze przekazał asystent trenera Hektor Riala.Ale nie mówi komu.Tylko,że to wszystko to banialuki. Ci co to przyjmują jako prawdziwe nie znają realiów tamtych czasów.W 1974 roku nasi reprezentanci byli na wolności,ale jak by w odosobnieniu. Na teren ośrodka, w którym mieszkali w pensjonacie "Sonne Post"w Murrhardt nikt postronny nie miał wstępu,a na jego terenie mieli wszystko: boisko,odnowę, jadalnię i miejsce do spacerów. Chodzili wszędzie całą grupa pod osłoną panów z wiadomego resortu. Na mecze jeździli autokarem, po meczu wracali tak samo. Do szatni nikt nie miał dostępu. Więc jak i kto je przekazał.?.
Ponadto ten kto je przekazał powinien mieć pokwitowanie dostarczenia gotówki. Tego koronnego dowodu nie ma.
A najbardziej podła jest wypowiedź Tomaszewskiego, bowiem Robert Gadocha w MŚ w 1974 roku został jednogłośnie uznany najlepszym skrzydłowym imprezy. Nie strzelił sam bramki,ale miał 7 asyst. Został wraz z Tomaszewskim, Deyną i Lata wybrany do 11 Mistrzostw.
A Gadocha miał największą pretensje do tych, którzy znając go w te bzdury uwierzyli. Bowiem on był bodaj jedynym ,który całkowicie poświęcał się dla drużyny, zawsze grał dla innych, był trudny we współżyciu, bo nie znał się na dowcipach i wszystko traktował serio ,ale nie był pazerny na mamonę.
Do Francji do FC Nantes wyjechał w styczniu 1975 roku wcześniej niż zezwalał przepis,gdyż ponoć sekretarz FPK prosiło o to samego Gierka. Tam odniósł bardzo poważaną kontuzję i już tak naprawdę do gry na wysokim poziomie nie powrócił.
Jedno jest pewne,że Argentyńczycy po meczu przekazali nam dwa kosze ichnich jabłek, a że one są zielone to komuś w główce się pomieszało, bo w tamtych czasach na dolary nie mówiło się "dolary", ale właśnie "zielone".
I w tej sprawie nie chodziło o to czy było tak czy siak,ale o elementarną rzetelność, uczciwość i przyzwoitość dziennikarską i że tak powiem ludzką.
Tylko tyle. Chyba za dużo nie wymagam.
8niedziela, 22, stycznia 2017 22:30
a-c10
@ Zbyszek:

Gdybyśmy my dwaj usiedli przed kamerą i zaczęli sobie gaworzyć o czymkolwiek związanym z piłką, to bez względu na montaż i inne takie (o braku reżyserii nie wspominając) powstałby z tego materiał przewyższający wszystkie cafefutbole, stany i czteryczterydwy razem wzięte. Nie dlatego, żeśmy niby tacy genialni. Po prostu konkurencja żenująco słaba.

Nie ma więc sensu, w moim własnym odczuciu, kontrastować Smokowskiego ze Szpakowskim. Ten drugi po prostu bredzi. Zarówno jako komentator, jak i - pożal się Boże - publicysta. I to z bardzo prostego powodu. A raczej dwóch powodów. Po pierwsze, facet ewidentnie zatrzymał się w momencie, gdy telewizyjny dziennikarz sportowy mógł wcisnąć widzowi każdą bzdurę. Internetu nie było, powszechnego dostępu do zagranicznych mediów też nie, dało się zatem paplać cokolwiek ślina na język przyniosła, a i tak nikt nie był w stanie tego zweryfikować. +/- w tym samym okresie niejaki Tomasz Wołek zrobił z siebie autorytet od piłki latynoskiej. Śmiechu warte. Po drugie natomiast, mój głupkowaty (oj, naprawdę głupkowaty...) pies wie o współczesnej piłce więcej od Szpariusza. Wiesz dlaczego? Bo od czasu do czasu ogląda jakieś mecze. Również takie, których akurat nie komentuje.

To wszystko jednak absolutnie nie oznacza, że zamierzam wychwalać Smoka pod niebiosa. Wręcz odwrotnie. Choć generalnie go jakoś tam nawet cenię i na pewno nie określiłbym mianem antyprzykładu dziennikarza sportowego, wciąż jednak irytuje mnie jego niepokojąco często manifestowana skłonność do uznawania obiegowych plotek, bądź nawet zwykłych banialuk za prawdę objawioną. Ot weźmy właśnie taką "aferę dolarową". Twoja argumentacja wydaje mi się spójna i logiczna. Od siebie dołożę jeszcze dwie rzeczy: otóż Roberta Gadochy osobiście, rzecz jasna, nie znam. Znam natomiast kilku starszych kibiców Garbarni, którzy wspominają go jako młodzieńca chadzającego raczej własnymi ścieżkami, poważnego aż do mrukliwości, czy nawet gburowatości, generalnie nie stroniącego od ludzi, ale też na pewno nie szukającego akceptacji. Żadna tam gwiazda socjometryczna. Wydaje mi się, że taki człowiek mógł raczej średnio pasować do popularnego tak dziś, jak i te 40-50 lat wstecz archetypu piłkarza-playboya. A, jak powszechnie wiadomo, tych niepasujących to raczej się nie lubi i mało kto miewa opory, by ich za plecami obsmarowywać. Szczególnie ktoś taki, jak Jan Tomaszewski, po zakończeniu zawodniczej kariery imający się dosłownie wszystkiego, byleby tylko pozostać na świeczniku.

Co więcej, piszesz o nie zgadzających się kwotach. No właśnie. Kiedyś było dziesięć kafli, dziś dwadzieścia parę... Za lat kilka niechybnie okaże się, że dlaczegóż właściwie nie milion? Panie kochany, inflacja jak się patrzyWink Mnie jednak interesuje coś jeszcze: jak sam wspominasz, te czterdzieści parę lat wstecz kilka tysięcy baksów to był naprawdę pokaźny kawałek grosza. Ja nie wiem, czy reprezentantów Argentyny nie było stać na takie zrzutki. Może było. Wiem natomiast, że nie puściliby płazem, gdyby jeden z nich podług własnego widzimisię zdecydował, że zaharapci sobie sześć kafli "za fatygę". Rozerwaliby go na strzępki. Afera byłaby jak stąd do Mendozy. Tymczasem w Mendozie - sprawdzałemWink - nic o tej hecy nie wiedzą.

Kończąc wątek, w jednym zgodzę się z Iocosusem: to nie Smokowski wymyślił tę plotkę. On ją tylko (i aż, niestety) kolportował.

@ Iocosus:

Niecierpliwie czekam na c.d. Póki co, w temacie czystości mowy napiszę tylko tyle, że (jak zapewne zdążyłeś zauważyćWink) purystą językowym nie jestem. Oj, wręcz przeciwnie. Nie ukrywam, że ciut przy za często zdarza mi się używać słów powszechnie uznawanych za nieparlamentarne, a także - niestety - kaleczyć polszczyznę na różne, znacznie bardziej bolesne sposoby. Czasem jednak, ba, tam czasem, zatrważająco często ostatniemi czasy miewam wrażenie, że mój własny, koślawy język przy tym oficjalnie w mediach używanym jawi się niczym jakieś ą-ę.

Nie rozumiem natomiast dlaczego akurat po takim Kowalczyku miałbym oczekiwać retorycznej estetyki, czy też zgoła kultury osobistej. Z całym szacunkiem dla jego boiskowych osiągnięć, mowa przecież o typie spod znaku ładującej frajerów w dupę lokówy, hm?
9poniedziałek, 23, stycznia 2017 14:25
iocosus
@ Zbyszek & Albiceleste & „zielone” jabłka?

Słuchajcie ja nie przesądzam, czy ‘Piłat’ przytulił kaskę, czy też nie. Gdybym miał jednoznacznie odpowiedzieć, wziął czy nie? Odpowiedziałbym – nie wiem. Zatem „prokurator” ze mnie kiepski. Natomiast w całej kwestii mam nastepujące swoje wnioski.

1. Jeżeli kogoś uznać za plotkarza lub kolportera plotek to wzmiankowanego przez Zbyszka Pawła Zarzecznego, to on tylko z zasłyszanych, pokątnych informacji, wychodzących albo od Ireny Gadochy, albo od „Orłów Górskiego” (poczynionych na offie, znając życie, być może przy jakiejś zakrapianej okazji) zasugerował publicznie jak przytacza Zbyszek, to i owo, tylko że potraktowano to niepoważnie ponieważ nikomu nie przyszło do głowy możliwość weryfikacji tych rewelacji. Nie wiem, tylko przypuszczam, dla ‘Orłów’ to była tajemnica „szatni”, wątpię żeby Lato rewelacjami meksykańskimi z kolegami z kadry się nie podzielił, ale trzymali to dla siebie. Z etykietką ‘kabla’ nadającego na kolegę z murawy nikt nie chciał się mierzyć. Jednych sprawa pewnie wkurzała i irytowała jak Tomaszewskiego inni wzruszali na to ramionami jak Kasperczak, ale wszyscy oficjalnie (pod nazwiskiem) pary z gęby nie puszczali, aż do 2004 roku. Żona jak to żona po rozwodzie, jej wiarygodność gdy jedzie po byłym mężu jest ograniczona, a pranie rodzinnych brudów publicznie nikomu chwały nie przynosi.

2. W 2004 roku sprawa zaistniała na forum publicznym dzięki Argentyńczykom.
„Kilka dni przed wyznaniami Laty na łamach "Ole" ukazał się obszerny artykuł poświęcony wydarzeniom sprzed 30 lat. Jego autorem był Mariano Murphy. W artykule cytowane są słowa Hectora Vegi Onesimy, wysłannika dziennika gazety "El Grafico" na mundial w 1974 roku.

"To był przypadek. Po konferencji prasowej z Górskim poszedłem do sali restauracyjnej. Zauważyłem tam jedną z najważniejszych figur reprezentacji Polski - Gadochę. Stał w towarzystwie przedstawiciela linii lotniczych PanAm. Tego ostatniego poprosiłem o tłumaczenie. - Zapytaj, czy dadzą z siebie wszystko w meczu z Włochami - powiedziałem. Gadocha odrzekł, że to zależy od Argentyńczyków. Aluzja była łatwa do zrozumienia" - wspominał tamte wydarzenia Onesime, który powiadomił o tej ofercie argentyńskich piłkarzy. ( Życie Warszawy 2004)
Zrobił się szum, w którym Lato daje „Przeglądowi Sportowemu” wywiad, który później tak wspomina: „Przekonałem się, że jak czasem dajesz wywiad, to mówisz jedno, a potem czytasz drugie. O sprawie dowiedziałem się od argentyńskiego piłkarza, gdy grałem w Meksyku. Powiedział, że ktoś dostał te dolary, ale nie wiedział kto. Nigdy nie mówiłem, że to Robert, ale dziennikarz włożył mi takie zdanie w usta i poszło w świat, że Lato nadaje na kolegę.” (wspolczesna.pl) Czyli pan Grzegorz Lato „kablem na kolegę” być nie chce, złamania zasad „szatni” się wypiera, ale jednocześnie wersję argentyńskich mediów potwierdził przywołując to co mu Ayala w Meksyku naopowiadał. Zbyszek to że pan Grzegorz hiszpańskiego nie zna nie znaczy że posługujący się tym językiem nie mieli z nim żadnego kontaktu, inaczej tych dwóch lat w Atlante by raczej nie przetrwał.

3. Po wywiadzie Laty, powiązano wcześniejsze pokątne plotki w rodzaju tych od Pawła Zarzecznego, inaczej tez zaczęto postrzegać to co twierdziła Irena Gadocha, Jan Tomaszewski poczuł się już niczym nie skrępowany żeby publicznie swój własny żal do Roberta Gadochy wylać, oczywiście w „swoim stylu”.
Wersję wydarzeń potwierdził również pośrednik transakcji z argentyńskiej wersji czyli „przedstawiciel linii lotniczych PanAm” - Iggy Boćwiński. Jego osoba jest akurat weryfikowalna:
- Długo pan zna Roberta Gadochę?
Iggy Boćwiński: - Oj, bardzo długo, poznaliśmy się jeszcze przed mistrzostwami świata w 1974 roku. Ze mną jest tak: urodziłem się w Argentynie, w rodzinie polskich emigrantów. Mając 14 lat wyjechałem z rodzicami do USA. A w 1969 roku dostałem pracę w Polsce, zostałem dyrektorem oddziału linii lotniczych Pan Am. Byłem i jestem kibicem piłkarskim, więc pojawiałem się na różnych meczach. Któregoś razu poznałem Roberta Gadochę. http://www.se.com.pl/se/index.jsp?pl...ist_position=1
Nie dyskredytowałbym tak łatwo jak Zbyszek roli Boćwińskiego, sam Robert Gadocha w wywiadzie udzielonym Rafałowi Hurkowskiemu tak o nim opowiadał: „Facet był bardzo blisko naszej reprezentacji. Trener Górski akceptował jego obecność na treningach. Mógł nawet wchodzić na płytę boiska.” – czyli do roli potencjalnego pośrednika Argentyńczyk polskiego pochodzenia nadawał się niemalże idealnie.
W zasadzie słowa Boćwińskiego są najbardziej obciążające, Gadocha chce je sprowadzić do jakiegoś spisku z byłą żoną, ale w powiązaniu z tym co mówili i Hector Vega Onesime dziennikarz "El Grafico" i Ruben Ayala Grzegorzowi Lacie to łańcuszek tych wypowiedzi tworzy jakiś obrazek w niezbyt korzystnym świetle stawiający Roberta Gadochę. Czyżby wszyscy się zmówili?

4. Zbyszku napisałeś : „W 1974 roku nasi reprezentanci byli na wolności,ale jak by w odosobnieniu. Na teren ośrodka, w którym mieszkali w pensjonacie "Sonne Post"w Murrhardt nikt postronny nie miał wstępu,a na jego terenie mieli wszystko: boisko,odnowę, jadalnię i miejsce do spacerów. Chodzili wszędzie całą grupa pod osłoną panów z wiadomego resortu. Na mecze jeździli autokarem, po meczu wracali tak samo. Do szatni nikt nie miał dostępu. Więc jak i kto je przekazał.?” W tym samym tonie broni się Robert Gadocha choć już na przykładzie Boćwińskiego sam sobie zaprzecza, tym niemniej w wzmiankowanym wywiadzie Hurkowskiego 'Piłat' stwierdza: „Kiedy wygraliśmy z Haiti, przyleciały do nas nasze małżonki. Krąży opinia, że mieliśmy się wszyscy we trójkę spotkać i dogadać po konferencji prasowej, którą Kazimierz Górski zorganizował z okazji awansu. Później miałem przekazać te pieniądze małżonce na jakimś spacerze. A my przecież byliśmy tam skoszarowani! Nie było możliwości wyjścia z hotelu. Zawsze ktoś przy nas był. Na spacery wychodziliśmy jedynie całą drużyną. To się wszystko wzajemnie wyklucza.” (https://hurkowski.wordpress.com/2013/04/16/gadocha-przerywa-milczenie-moje-nazwisko-zostalo-zszargane/) Mhm, sorry, ale te tłumaczenia są dęte, pewnie że Sonne Post w Murrhardt był strzeżony i przez niemiecką policję i przez „naszych „smutnych”, pod przykrywką oficjeli, piłkarze byli skoszarowani, to wszystko prawda, ale prawdą też jest że każde dziecko umiejące już czytać i interesujące się trochę historią polskiej piłki przywoła przykład skandalu z Mundialu’74 indywidualnej eskapady piłkarza i zbyt późnego z niej powrotu. Piłkarza spotkała oficjalna kara od trenera odsunięcia od meczu. Na podstawie plotek w rodzaju tych Pawła Zarzecznego można się pokusić o stwierdzenie, że nie był to jednak odosobniony przypadek. W czeluściach internetu można znaleźć takie kwiatki o realiach pobytu na niemieckim mundialu: „W latach 80. Andrzej Szarmach spotkał we Francji „swojego opiekuna” z RFN. „Ciężko cię było upolować, bo zawsze chodziłeś swoimi ścieżkami” – żalił mu się tamten po latach.” (http://dzieje.pl/artykulyhistoryczne/40-lat-temu-czar-polskiego-mundialu) O tym że w pokojach Polaków potrafili się też znaleźć menadżerowie zachodnich klubów również są wzmianki. Zatem kontrola kontrolą, ale „Polak potrafi!” Dlatego też tłumaczenia w rodzaju że byliśmy „skoszarowani” zatem do niczego dojść nie mogło, uznaję za klituś bajduś zimą będzie wiosna. Ściema i tyle. Zbyszku naprawdę chciałbyś „kwitu” takiej transakcji? Nie żartuj!

5. Nie wiem czy Gadocha przytulił kasę. Do 2004 roku były o tym tylko plotki, w tamtym roku pojawiły się poważniejsze medialnie stawiane zarzuty. Można im dawać wiarę lub nie, ale na zasadzie że „nie chodzi tu tylko o kwestie wiary,ale zwykłego zastanowienia się nad prawdopodobieństwem oskarżeń.” to dla mnie sprawa nie jest prosta i jednoznaczna.
Ani bym jej nie przesądził, ale też nie zbagatelizował i udawał że jej nie ma.
6. Pragnąłbym większej weryfikacji tematu po stronie argentyńskiej, oczywista oczywistość.
7. Obojętnie co o powyższej kwestii sądzić, to Robert Gadocha był piłkarzem wielkim i wspaniałym, za piłkarskie umiejętności i dokonania „Roberta Warszawa kocha!”
8. Plotkarzem, bajkopisarzem i ględą maćkową jest Paweł Zarzeczny z tym się zgodzę, ale trudniej w tej roli zaakceptować mi Smokowskiego. Od 2004 roku pytając wujka Guglusia o Roberta Gadochę w co drugim linku jest poruszana kwestia „argentyńskiej gratyfikacji” z 1974 roku. Udawać że takiej kwestii nie ma, pomijać ją to by było „chowanie głowy w piasek” choć każdy w tej materii może mieć swój pogląd i zdanie.
10poniedziałek, 23, stycznia 2017 16:51
a-c10
@ Iocosus:

OK.

i. Argentyńczykom zależało na zwycięstwie Polaków z Włochami. Rzecz oczywista, nie ma się nad czym rozwodzić;
ii. Pośród całej paplaniny o profesjonalizmie, dawaniu z siebie wszystkiego przy każdej okazji przywdziewania narodowych barw i tym podobnych górnolotności warto pamiętać, że czasy były nielekkie, kariera piłkarska krótka (o czym boleśnie przekona się sam Gadocha), a puszczenie okazji do przytulenia kilku miło szeleszczących papierków (zwłaszcza takich z wizerunkiem amerykańskiego prezydenta) zakrawała na ciężki idiotyzm. Zwłaszcza w sytuacji, gdy nie trzeba było przecież robić nic zdrożnego. Biało-Czerwoni mieli przecież (ewentualnie) dostać tę kasę za wygranie, a nie przegranie wiadomego spotkania;
iii. Niecenzurowany kontakt z reprezentantami Polski był podczas WM'74 niewątpliwie trudny, ale raczej nie niemożliwy. I tu bardziej zgadzam się z Tobą, niż ze Zbyszkiem.

To jednak, Iocosusie, tylko tło. Okoliczności, które mogły ułatwić zaistnienie pewnych zdarzeń, ale wcale nie musiały. Co do konkretnych faktów, wiemy jedynie tyle, że:

a) zaistniał kontakt pomiędzy argentyńskim dziennikarzem, a Gadochą za pośrednictwem faceta z PanAmu;

b) podczas tego kontaktu Gadocha podobno powiedział, że danie z siebie wszystkiego przez Polaków w meczu z Włochami zależy od Argentyńczyków. Podkreśliłem to "podobno", gdyż jako filolog z wykształcenia mam świadomość jak kręte bywają ścieżki, którymi znaczenie podróżuje przez tłumaczenie. Zwłaszcza spontaniczne tłumaczenie symultaniczne prowadzone przez amatora. Zresztą, ja to ja, myślę że kol. Garm mógłby nam tu godzinami opowiadać o tego typu zawiłościach. Warto by też dorzucić, że znamy jedynie suchy zapis ewentualnej wypowiedzi Gadochy. Nie znamy intonacji, mimiki, nic. Nie wiemy czy to miał być kawał, czy o co innego mu szło;

c) kilka lat po opisywanych zdarzeniach Ruben Ayala potwierdził, że "ktoś tam jakieś tam dolary dostał". Nie potwierdził kto, nie potwierdził ile, nie potwierdził, że sam brał udział w ściepce. Zastanawiające. Zwłaszcza dlatego, że podczas MŚ'74 R.A. był pośród graczy La Albiceleste jednym z niewielu (chyba czterech/pięciu, nie chce mi się góglać) występujących w Europie, ergo najprawdopodobniej zamożniejszych;

d) medialna burza rozpętana została bite trzydzieści lat po fakcie. Szmat czasu. Nie każdy ma zbyszkową pamięć. Ba, śmiem twierdzić, że ogromnej większości ludzi odtworzenie z jakąkolwiek sensowną dokładnością przebiegu zdarzeń sprzed trzech dekad sprawiłoby niewysłowione problemy. Zwłaszcza, że mowa o wydarzeniach - było nie było - zakulisowych, schowanych przed publiczną uwagą;

e) na szczęście wybitnej pamięci wcale nie trzeba do tego, by wiedzieć, że mecz POL-ITA był trzecim spotkaniem z siedmiu, jakie Biało-Czerwoni rozegrali na tamtych mistrzostwach. Gdyby w pozostałych czterech Gadocha - jak bzdurzy Tomaszewski - faktycznie nie grał nic, a jedynie koncentrował się na ukryciu machlojki, nigdy nie zostałby wybrany do jedenastki turnieju.

Summa summarm, Iocosusie, niezłe z nas Sokratesy. Wiemy, że nic nie wiemy. Oczywiście, ja też nie jestem w stanie wykluczyć, że Piłat faktycznie tę kasę przytulił, a kolegów wrednie wyrolował. Póki jednak nie mam twardych dowodów, nie zamierzam go o to oskarżać. I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy. Redaktor Niedorzeczny może sobie być megalomańską paplą, ohydnym łgarzem i w ogóle. Generalnie tyle to wszyscy wiemy, nieprawdaż? Po co jednak i dlaczego redaktor Smokowski się pod tego typu bzdury podpina? Przecież w ten sposób staje w jednym rzędzie z P.Z. A to naprawdę, przynajmniej na chwilę, odbiera człowiekowi wszelką wiarygodność.
11poniedziałek, 23, stycznia 2017 18:00
iocosus
Albiceleste => z powodów, które przytoczyłeś i wymieniłeś nie poczuwam się do jednoznacznego przesądzenia kwestii, ale temat istnieje, zamiatać go pod dywan jako zupełnie wydumany też nie ma sensu. Gdybyś samemu w profesjonalnej redakcji otrzymał temat do obróbki z gatunku „Tajemnice polskich mundiali” coś w ten deseń, to napisałbyś że istnieją takie kwestie polsko-argentyńsko-włoskie z ’74 czy też pominąłbyś je zupełnie milczeniem?
Jeżeli temat byś podjął, to ja bym ci przyklasnął, przeczytał z zainteresowaniem, ale chodziłoby w jego ujęciu o te jak to przywołujesz „sokratesowanie”. Oj, Garm by chyba dał mi popalić za to neologizowanie. Wink

Odnośnie ‘Tomka’ i jego zarzutu, że grali w dziesięciu bez Gadochy to Zbyszek ma absolutną rację.
12wtorek, 24, stycznia 2017 20:04
a-c10
@ Iocosus:

„Tajemnice polskich mundiali”

O! Jeśli wcześniej dochodziliśmy do sedna, to teraz rozsiedliśmy się w nim niczym we własnych fotelach. Bo owszem, taki materiał można by zrobić. Na początek trzęsienie ziemi - przypominamy pewien znany wielu kibicom, acz raczej niekoniecznie tzw. opinii publicznej fakt. Otóż strzelec czterech goli w debiutanckim meczu Biało-Czerwonych na Mundialu już kilkanaście miesięcy po fenomenalnym spotkaniu z Canarinhos przedzierzgnął się z Ernesta w Ernsta, a barwy II RP zamienił na trykot III Rzeszy. Prawdziwi Polacy (w tym także przecież piłkarze!) walczyli z okupantem, on mu się wysługiwał. Ludzie ginęli na froncie, w gestapowskich katowniach, w komorach Oświęcimia, on sobie pykał szmaciankę ku chwale Hitlera.

Potem posucha, więc chyżo przeskakujemy do złotej generacji '74-'82. Znajdujemy kilku takich Boćwińskich. Jestem mocno przekonany, że wciąż pałętają się ich po świecie pokaźne ilości, więc nie powinno być problemu. Zabieramy ich na wódkę i namawiamy do - ekhem, ekhem - szczerych zwierzeń. Przy kwiatkach, jakie byśmy w ten sposób wykopali, "dolary Gadochy" jawiłyby się niczym niewinna dykteryjka.

Następnie Meksyk, który przecież nie bez przyczyny stanowi u nas synonim bałaganu. A że bałagan z kolei stanowi synonim burdelu... Dalej znów parę lat posuchy, ale za to potem jakie zwały ścierwa do przeżarcia! Kto w 2002gim podpowiadał Ladislao Jorginho powołanie Pawła Sibika, najsłabszego polskiego uczestnika Mundialu w historii? Kto i jaki miał w tym powołaniu interes? O co chodziło z gorącymi kubkami i colagate? Itepę, itedę.

Na koniec wyliczanki rok 2006ty. Czy Artura Boruca i Michała Żewłakowa łączyła tylko męska przyjaźń? Czy na zakończenie kariery piłkarskiej przez Mirosława Szymkowiaka wpływ miała li tylko fatalna sytuacja w Trabzonie, czy też może swoje zrobiły również gorszące szopki organizowane (choć chciałoby się raczej napisać: onanizowane) przez kolegów z kadry? Nasz magazyn dotarł do informacji ujawnionych przez niemiecką pros... pokojówkę, Helgę Brottchen, które rzucają nowe światło na wiele nieznanych wątków schyłkowego okresu selekcjonerskiej kadencji Pawła Janasa...

Całe to szambo rozbijamy na dobrze klikalną galerię zdjęć. Przed publikacją konsultujemy się z prawnikiem (Zbyszek jest za uczciwy, Bolek też... Mroovaaa...! Jesteś...?!?Wink), tak aby w razie czego procesu nie przegrać. A na ostatnim slajdzie rzucamy zaproszenie do sequelu: historii polskich nie-Mundiali, czyli przegrane eliminacje alla Polonese. Oj, tam to dopiero będzie się działo!

I wszystko fajnie. Tyle że to już w niczym nie przypomina dziennikarstwa sportowego, raczej padlinożerczo-kloaczne. I o udział w takim właśnie żurnalizmie mamy - o ile dobrze rozumiem - obaj ze Zbyszkiem pretensje do Smokowskiego. Znaczy Zbyszek ma tych pretensji więcej, ja głównie o toSmile
13środa, 25, stycznia 2017 02:13
iocosus
Albiceleste dlatego chciałbym „Tajemnice polskich mundiali” żebyś właśnie Ty opisywał, potencjalna redakcja zaoszczędziłaby na prawnikach! Smile

Bo przecież opisując kulisy sportu nie ma takiej alternatywy, albo dziennikarstwo padlinożerczo-kloaczne, albo żadne? Jest chyba jeszcze rodzaj publikacji, które stawiają sobie za cel odróżnienie właśnie szamba od perfumerii, żeby jednego z drugim nie mylić. Tylko żeby woń kloaczna się przy tym nie przyczepiała i nie roznosiła trzeba zachować zasady … nazwijmy je podstawowymi higienicznymi.

Po jednym z mundiali ośmiu piłkarzy triumfującego zespołu zachorowało na tyle poważnie, że trzeba było ich wysłać na leczenie do sanatorium. Jeden miał dur brzuszny, trzech - żółtaczkę. Dla dwóch zakażonych choroba ta doprowadziła do marskości wątroby i śmierci. Interesują nas tylko bramki, faule, karne i rzuty rożne z tych mistrzostw, czy też taki temat po finałowej „zapaści” zawodników wywołanej wcześniejszym, przedmeczowym przyjmowaniem „witaminy C”, próbujemy zgłębić, zbadać, zweryfikować, a jeżeli zachowamy przy tym zasady rzetelności dziennikarskiej to efekty takiej pracy następnie opublikować? Podejmujemy kwestię, czy odpuszczamy?

FIFA sfinansowała produkcję filmu „Wspólna pasja” opiewającego „chwalebną” historię tej organizacji. Z zapartym tchem bijemy brawo, czując dumę z tak w aureoli przedstawionych futbolowych notabli, czy też raczej oczekujemy od mediów żeby tych działaczy i ich dokonania gruntownie zweryfikowały?

Jeszcze kwiatek z 1974 roku dość dobrze ilustrujący czym jest dziennikarstwo „padlinożercze”, co nie znaczy że później nie należy go właśnie przywoływać jako negatywnego przykładu oddziaływania prasy na kulisy futbolowe:
„Dzień przed finałem niemiecki dziennik Bild, opublikował artykuł pod tytułem "Cruyff, szampan i nagie dziewczyny". Według tekstu piłkarze Holandii urządzili huczną zabawę. W hotelu Waldhotel Krautkrämer szampan miał lać się litrami, a impreza trwać do rana. Zgodnie z relacją reportera jej finał miał mieć miejsce w basenie, w którym oprócz Cruyffa i innych graczy pomarańczowych, znalazło się kilka nagich Niemek.
Artykuł wywołał międzynarodowy skandal.
- Zmieniliśmy się trochę tej nocy. Wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co to znaczy być sławnym. Być na szczycie. Wszyscy na ciebie patrzą i starają się naśladować twoje poczynania. Oświecił nas dopiero ten artykuł - opowiadał w wywiadzie ówczesny reprezentant Oranje Adrianus Haan.
Po ukazaniu artykułu piłkarze zamiast skupiać się na meczu, musieli co chwilę odbierać telefony z pretensjami od rozgniewanych partnerek.
- Żony piłkarzy dzwoniły cały czas, pytając: " O co chodzi? Myślałam, że grasz w piłkę, a nie pływasz w basenie z nagimi kobietami?" - tłumaczył dziennikarz Auke Kok - Najgorsza była Danny Cruyff, która non stop dzwoniła do swojego męża. - dodał.
Podobno Johan spędził całą noc na rozmowach ze swoją żoną. W późniejszym wywiadzie starał się bagatelizować całą sytuację, mówiąc, że nie miała ona większego wpływu na jego postawę na boisku. Po latach przyznał jednak, że nie zmrużył tej nocy oka i podczas finału był wykończony.
Trener Rinus Michels zaprzeczył całemu zajściu. W wywiadzie tłumaczył, że była to prowokacja przygotowana przez gazetę, mająca osłabić psychicznie jego drużynę przed finałem.
Pojawiły się nawet informacje, że autor artykułu najpierw przekupił ochronę, żeby móc wejść na teren hotelu, a później zapłacił kobietom za to, żeby się rozebrały i wskoczyły do basenu. Sam natomiast miał robić zdjęcia zdziwionym piłkarzom, którzy w popłochu uciekali z wody.
Jak było naprawdę nikt z osób postronnych nie wie. Faktem natomiast jest, że Holendrzy po bildowskim artykule wypadli wyjątkowo blado w finale.” http://www.sport.pl/pilka/1,136438,15717810,Droga_na_mundial__Narodziny_wielkiej_Holandii_z_nagimi.html

Holendrzy do Bilda za tamten numer jakąś atencją pewnie do dziś nie pałają, ale do Adriana Rzeczkowskiego żadnej pretensji dali Bóg chyba mieć nie można, że taką notkę w sport.pl w 2014 roku umieścił.
Do naszych dziennikarzy mam za to swoją pretensję, że byli swego czasu tak „szlachetni” że żaden swoich rączek naszym szambem korupcyjnym ubrudzić sobie nie chciał. Ślepi, rozchodzącej się woni nie czuli? Do tego stopnia że ośmielony Listek bredził o „jednej czarnej owcy”. Fakt że do momentu wyznań Piotra Dziurowicza żadna redakcja, żaden dziennikarz, żadnego poważnego korupcyjnego materiału nie zrobił, to chwały braci dziennikarskiej nie przynosi.

Wracając do Gadochy, do Rafała Hurkowskiego za podjęcie tematu „argentyńskiego” w wywiadzie pretensji chyba mieć nie wolno. Temat istniał, już nie tylko w plotkach ale i w publicznie stawianych zarzutach, „Piłat’ dostał okazję odniesienia się do nich, przedstawienia własnego punktu widzenia. Jedni uznają wyjaśnienia za wystarczające i zamykające temat, inni będą mieć wątpliwości, a jeszcze inni pewnie podzielają zdanie Tomaszewskiego.

Wnoszę że Zbyszek jest w grupie pierwszej a Smoka przypisuje do tej trzeciej, ja mam ten problem, że nie kojarzę co i w jaki konkretny sposób mówił Smokowski o Gadosze i „argentyńskich jabłkach”. Tych wypowiedzi nie znam, przegapiłem lub nie zwróciłem na nie uwagi.

P.S.
W temacie poruszonym w „Na aucie” podzielam twoje zdanie Jeden sztachetą przywalił drugiemu, wówczas ten trzeci zapałał świętym oburzeniem jak to tak można obuchem po łbie walić, po czym samemu wyrwał kolejną sztachetę z płotu i dalej nią okładać tego pierwszego, którego zachowanie wpierw napiętnował. Najfajniej że niektórzy tą wiejską młóckę spod remizy, nazwali wysokiej próby szermierką w wykonaniu tego trzeciego.

Ale najfajniejszy w tym wszystkim jest czwarty, zwracam mu cześć z imienia i nazwiska - Tomasz Hajto. On przecież jak samemu przyznał - ironizował (!), że też mi to do głowy nie przyszło, przepraszam, ot dureń totalny ze mnie.
14środa, 25, stycznia 2017 03:41
a-c10
@ Iocosus:

przecież opisując kulisy sportu nie ma takiej alternatywy, albo dziennikarstwo padlinożerczo-kloaczne, albo żadne?

Nie-na-wi-dzę pomidorowej. Taka trauma z dzieciństwa. Jak miałem lat mało naście, moja sporo młodsza siostra nie chciała nic jeść. Ściślej: nic poza właśnie pomidorową. A że moja mama nie miała czasu, ni siły na prowadzenie dwóch kuchni, katowała nas tym je... ekhem... anym ohydztwem na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek, kolację, świątek-piątek, czy niedziela. Potem siostrze apetyt na inne wiktuały jakoś wrócił (dzięki, R.), lecz i tak odkąd tylko wyprowadziłem się z rodzinnego gniazda, pomidorówki nie tykam. Ba, sam jej zapach wywołuje u mnie nudności.

Nie, nie zwariowałem. Znaczy na pewno nie bardziej, niż poprzednioWink Tak, doskonale pamiętam, o czym toczy się dyskusja. Po prostu jestem w stanie sobie wyobrazić, że serwowaną od czasu do czasu pomidorówkę obiektywnie da się uznać za smaczną. Zwłaszcza gdy przyrządził ją wprawny kucharz. Dokładnie na tej samej zasadzie medialny materiał o kulisach futbolu/sportu ogółem pewnie mógłby być zajmujący. Zwłaszcza gdyby go dobrze zrobić i koncentrować się na perfumach nie kloace. A przede wszystkim, serwować od czasu do czasu.

Niestety, medialni kucharze wpychają mi te kulisy do oczu/uszu jeszcze bardziej intensywnie, niż niegdyś mamcia pomidorówkę do gardła. Bleughhh...
15środa, 25, stycznia 2017 09:44
iocosus
A-c10, może warto skosztować od czasu do czasu największych śmierdziuchów.
https://www.youtube.com/watch?v=UI67VpGvVOI
Silnoręcy cwaniacy z Polski i sustromming: https://www.youtube.com/watch?v=D9yIahFs_Kg

Albiceleste masz do wyboru albo pomidorówka, albo fugu?
„Fugu to japońska trująca ryba, która mimo swojej toksyczności uchodzi za kulinarny rarytas. Uśmierciła już wielu swoich koneserów, ale mimo wszystko nadal kusi niepowtarzalnie delikatnym smakiem. Tylko dobrze wykwalifikowany szef kuchni potrafi przyrządzić rybę tak, że pozostaje w niej jedynie minimalna ilość trucizny wywołująca jedynie uczucie kłucia i drętwienia języka i warg. Podczas paraliżu ofiara zatrucia jest w pełni świadoma tego, co się dzieje. Najczęściej dochodzi do śmierci przez uduszenie. Co roku ryba fugu jest ostatnim posiłkiem dla około 300 ludzi.” (podroze.gazeta.pl)

https://www.youtube.com/watch?v=nnXmqmoKbwA

Według mnie trzeba poznawać smaki świata! Wink
16środa, 25, stycznia 2017 14:23
a-c10
@ Iocosus:

Moja starsza córka posiada piętrowego hyzia na punkcie wszystkiego, co japońskie, ze szczególnym uwzględnieniem tamtejszej sztuki rysowania i... wiktuałów. Słyszę zatem o tym fugu już od dawna i pozostaje wysoce prawdopodobne, że kiedyś spróbuję. Podobno smaczneWink

Wracając z kuchni na murawę, za sportowo-dziennikarski odpowiednik fugu mógłby np. robić taki oto tekst. Potencjalnie bardzo groźne, łatwo by z tego wysmażyć trującego gnieciucha, a jednak w efekcie jakże czytelniczo smaczne, nieprawdaż? Niestety, porażająca większość "kulisowych" materiałów nawet koło tego dzieła nie leżała. Kasa, dupy, alkohol, dragi, czasem wszystko na raz. Ten piłkarzyna nie umie portek na biodrach utrzymać, tamten siamtego okradł, ci z kolei poszli wieczorem w dęs i wrócili tuż przed treningiem o 14tej... Dziennikarska pomidorówka. Bleughhh...
17środa, 25, stycznia 2017 17:59
Zbyszek
Pięknie popłynęliście Smile. Mnie tylko cieszy,że dałem asumpt do tak znakomitych,błyskotliwych i świetnym językiem napisanych polemik i replik.
Odnośnie Stefana to ja mu na ten artykuł odpisałem,że cieszy mnie,że mu jeszcze pióro nie zardzewiało.Co odniosłem szczególnie do tych fragmentów w których krytykuje, jakże zasadnie dzisiejsze pisanie, nie tylko o sporcie, w którym okrzyki bojowe i często chamstwo zastępują treść i jakąkolwiek myśl. I tu się z Wami zgadzam, gdyż również wolałbym,aby połajanki i karcenie zaczął od własnych szeregów.Ale także rozumiem,że łatwiej jest mu wskazywać palcem jako tych złych, tych obcych, niedokształconych, byłych piłkarzy.
I uwaga z mojej strony przedostatnia, a mianowicie Gadocha Robert to mój krajan z Legii , mimo,że rodem z Krakowa Smile.I bez dowodów nie pozwolę go skazać.
A Stefan jest, był i będzie polonistą. I to co niektórzy piszą o nim "Na aucie" jakoby był kibicem Legii stanowi dla niego obrazę, po której zwykł chodzić ją zmyć.Smile.I ja mu tego za złe nie mam.SmileKażdy ma coś co jest jego, mimo,że pokraczne to,śmieszne i do niczego nie podobne. Smile.
18środa, 25, stycznia 2017 19:19
Zgred
@Zbyszek

Szczepłek jest/był/ polonistą ?
To, to wpatrzenie w Deyne Kazimierza to jedynie Kazik zawdzięczał temu że przystojnym facetem był...? Przecież jak rzeczony Stefan się o reprezentacji rozgadywał to peany ogromne szły w jednym kierunku...
Mam rozumieć, że ta historia Legii, o której często opowiadał z namaszczeniem była jakąś "ukrytą" formą dezaprobaty "przeciw znaczeniowej"...i wszystkie te ciekawostki co i ile i kto przemycał na wylotach w Europę -były chęcią ośmieszania naszych piłkarskich "biznesmenów" od zakitranych rulonów dolarowych...
Ja tam przyznam szczerze żadnej w jego opowiadaniach ukrytej żenady, czy prześmiewczego klimatu zauważyć nie zdołałem...wręcz przeciwnie. Polemizować nie zamierzam, aleś mi klina myślowego zadał, przyznaję...
19środa, 25, stycznia 2017 19:38
Zbyszek
@Zgred.
Niestety to prawda. Dla niego to żadna ujma. Jako dziennikarz chodził na Legię, bo musiał, bo innego klubu w Warszawie nie było. Książkę o Kaziku popełnił, bo o kim miał napisać,aby na kromkę chleba zarobić. Ale jego jedyną miłością jest , była i będzie Polonia. Ja go rozumiem i nie mam mu tego za złe.
Mam tylko do Stefana pretensje o to,że kiedy Polonia spadała przed paru laty to w "Rzepie" pośrednio oskarżył Legię o jej upadek. Do tej pory uważa,że jak Warszawa wybudowała stadion dla Legii to powinna wybudować i dla Polonii. A teraz z całych sił wspiera Engela prezesa Polonii, aby Warszawa wybudowała taki stadion dla Polonii, który by miał ogromną część biurową do wynajęcia, a obok hotel. W ten sposób Polonia będzie miała środki na działalność.Takie typowe Polonijne myślenie od 70 lat. Nam się należy, nam należy dać.On już za stary,żeby się zmienić i ja też,aby tego dokonać. Niech mu tak zostanie. I niech chociaż od czasu do czasu daje popis i świadectwo tego jak drzewiej dziennikarze potrafili pisać.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1