A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 47

Dziennikarze, zwłaszcza w Polsce doby obecnej, przywykli do zgoła uprzywilejowanej pozycji. Tak jakby uważali, że zasada aby być w prawdzie, to rzecz dobra dla czytelników i słuchaczy, ale ich samych już nie obowiązuje.

 

 

To czysty obłęd oznajmiać wszem i wobec, że każdy może zostać anarchistą, jeżeli tylko zostanie pismakiem. Oferta ciepłej posadki przeznaczonej dla geniusza nie wywoła nagłej erupcji geniuszu. Skutek będzie tylko taki, że wielu szarlatanów zacznie podszywać się pod geniuszy, a wielu durniów zacznie się za geniuszy uważać. A ktoś kto w ten sposób byłby rekrutował obdarzonych błyskiem talentu pismaczego, niechybnie by odkrył, że ustawiała się do niego kolejka aż do Zgierza, jak w wierszu Konstantego I.Gałczyńskiego ”Skromność”, złożona z głupców wszelkiego rodzaju, poczynając od wariatów z monstrualnie rozdętym ego, a na pospolitych nudziarzach kończąc. Bardziej wskazane byłoby, aby specjalnym uprzywilejowaniem obarczać idiotów, gdyż to oni powinni mieć prawo do swojej prywatnej niewiedzy. Bowiem upadek poważnego dziennikarza byłby dość uciążliwy, a taki ktoś się ośmieszy to nikomu krzywdy nie uczyni.

Od strony teoretycznej, zasadny wydaje się argument, że dziennikarz mniej, a nie więcej od innych potrzebuje uprzywilejowania. Pismak bowiem umie czerpać całą masę przyjemności z wielu aspektów życia, które dla innych są niedostępne. A oprócz tego ma dużo swobody, zdarza się, że niemało szmalu, a i splendor publiki. Bawiłby się jeszcze lepiej, gdyby go etyczne aspekty zawodu nie obowiązywały – to oczywiste, każdy by się lepiej bawił w takich warunkach. Że pisałby lepiej, gdyby mógł odrzucić przesądy wiedzy, nauki, prawdy czy przyzwoitości – to już takie oczywiste nie jest i nikt tego nie dowiódł, a nawet jak to przeciwpołożnie. W żadnym wypadku nie uznałbym, że estetyka jest ważniejsza od merytoryki i etyki. Ale często wydaje się, że wierzą oni w swoistą moc sugestii polegającą na tym, że jak będą powtarzać zmyślone fakty, opinie czy idee to pewnego dnia staną się one prawdą. Generalnie mnie mniej zajmuje to co ludzie robią, ile dlaczego to robią. I nie mam usprawiedliwienia dla niewiedzy, bo nie ma obowiązku uprawiania zawodu, do którego nie posiada się minimalnych kwalifikacji. Jeżeli ktoś go uprawia w tandetny sposób to uważam to za zło. Bowiem nie jest prawdą, że idee dobra i zła zmieniają się w czasie. Zmienia się tylko nacisk kładziony na takie czy inne dobro, zmienia się tolerancja dla poszczególnych rodzajów zła.

Dlatego ubolewałem, że członkowie tej korporacji nie są w stanie dokonywać wewnętrznego samooczyszczenia i zostałem wielce ukontentowany artykułem Stefana Szczepłka, który jeszcze wie, że noblesse oblige i miał odwagę otwarcie i w słowach ostrych potępić zastępowanie elementarnej wiedzy pustosłowiem, inwektywami, a nawet obelgami.

Nie oznacza to, że wymagam od pismactwa absolutnego braku pomyłek i błędów. Są one wpisane w każdy zawód. Trzeba tylko się umieć do nich przyznać, ale nie tylko werbalnie, ile też intelektualnie. Nie można z głupoty czynić cnoty. Dziennikarzy uważa się za tzw. czwartą władzę, a więc tę następną po ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, ale widząc ich poczynania, ma się nieodparte wrażenie, że aspirują  oni do sprawowania pierwszej władzy, do rządu nad duszami i umysłami. Sami tworzą idee, fakty, idoli, a potem je obalają. Im mniej wiedzą tym łatwiej im to wszystko przychodzi  stwarzać. I stają się w tym mocno podobni do każdego nieuka. Niestety sprzyja im w tym diabelskim dziele najpopularniejsze medium jakim stał się internet. Który jest nazbyt często zwykłym wysypiskiem śmieci. To w nim można napisać, że np. ziemia jest płaska. I człek, który wie, że to bzdura, staje bezradny, gdy napotyka na innego, który mu na smartfonie pokazuje, że przecież napisano, że jest płaska.

Jako się rzekło o pomyłkach nie będę pisał, bom mało małostkowy i taki bardziej wyrozumiały na stare lata się stałem. Ale kilku kwestii odpuścić nie jestem w stanie.

W pierwszej kolejności nagonki medialnej na pana Mioduskiego przy okazji sporu pomiędzy współwłaścicielami o przyszłość naszego klubu. Nie chodzi mi o intencje, ani o rozważania czy pan Leśnodorski był dobrym prezesem i dlaczego. Chodzi mi wyłącznie o istotne sprawy merytoryczne. Jeżeli piszący o tej problematyce nie posiadali na jej temat żadnej wiedzy to wystarczyło się zapytać byle jakiego byle praktykującego prawnika. Zakładając, że nie są tumanami, a niektórzy nawet studia prawnicze pokończyli, można spokojnie założyć, że celowo przeinaczali rzeczywistość, tworząc wrażenie jakoby każde rozwiązanie było możliwe, w pierwszej kolejności takie, które pana Mioduskiego od zarządzania klubem by wykluczało. I tu kłamliwych pretekstów wymyślano multum. Rzecz natomiast w świetle polskiego prawa była od samego początku jednoznaczna. Chyba, że przyjęto za możliwe zohydzenie pana Mioduskiego i tym samym zniechęcenie go do posiadania klubu. Zgodnie z przepisami każdy współwłaściciel ma prawo w każdym czasie wystąpić o podział współwłasności. Jeżeli współwłaściciele się dogadają to następuje taki podział, jeżeli jej przedmiotem jest nieruchomość w formie aktu notarialnego, a jeżeli nie to umową. Przy czym jeżeli rzecz jest podzielna to działu współwłasności można dokonać w naturze, a jeżeli nie to przypada ona w całości jednemu z obowiązkiem spłaty udziałów pozostałych według wartości rynkowej. Jeśli współwłaściciele nie są w stanie polubownie załatwić sprawy to pozostaje droga sądowa, przy czym Sąd dokonuje podziału współwłasności na wniosek jednego z nich. Bowiem nie można nikogo zmusić do bycia współwłaścicielem czegokolwiek kiedy on sam tego nie chce. Zaś przy spółkach akcyjnych oprócz Kodeksu Cywilnego mają w pierwszej kolejności zastosowanie przepisy Kodeksu Spółek Prawa Handlowego. Z nich wynika, że umowa spółki ma znaczenie kluczowe, ale nie jedyne, bowiem musi być ona zgodna z zasadami współżycia społecznego raz społeczno-gospodarczym przeznaczeniem prawa. W ograniczonym, ale jednak istotnym zakresie, kiedy niektórzy współwłaściciele działają na szkodę spółki poprzez nadużycie zaufania współwłaściciela, mogą mieć zastosowanie przepisy art. 296 Kodeksu Karnego, które zastępują wyrugowany z KPSPH art. 585. Można oczywiście było dywagować czy panowie BL i MW są w stanie spłacić pana DM. Ale nie wolno było sporu przenosić na płaszczyznę emocjonalo-estetyczną, a mianowicie kto byłby lepszy lub kto nam się bardziej podoba. Bo to było robienie publice wody z mózgu.

Zmieniając temat, w stacji Canal + rozpleniła się numerologia uważana przez naukę za brednię nie mającą żadnych racjonalnych,ani eksperymentalnych podstaw. Chodzi oczywiście o to żonglowanie numerami, że dany piłkarz to jakaś 6, 8, 9 albo 10. O innych numerach zapominają, a przecież na boisku jest 11 zawodników i każden jakiś numer na plecach posiada. Zastanawiałem się skąd się to w tej stacji wzięło i jak sięgnąłem pamięcią to do 2007 roku jeszcze nikt o tym z taką lubością nie gaworzył. Doszedłem do wniosku, że przyniósł tę niewiedzę do kanału Tomasz Wieszczycki, który kursa niektóre był ukończył w 2006 roku. Na kursie trenerskim organizowanym przez PZPN jest wykład z historii taktyki i tam z pewnością wspomina się, że był taki okres w którym zawodnicy mieli na plecach numery od 1 do 11 i że w systemie zwanym WM te numery odpowiadały pozycjom na boisku oraz zadaniom przypisanym do konkretnej pozycji. System WM, czyli 3-2-5 wymyślony w 1925 przez ówczesnego trenera Arsenalu Herberta Chapmana obowiązywał wyłącznie na boiskach, gdyż ówczesne pismactwo w ogóle tej fundamentalnej rewolucji w ustawieniu nie zauważyło i jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku rozpisywano składy jakby grano systemem zwanym klasycznym czyli 2-3-5. Mało tego Federacja Angielska jeszcze w 1939 roku nakazała numerację na koszulkach tak jak w systemie 2-3-5, a więc 2 prawy obrońca, lewy 3, prawy wysunięty 4, środkowy wysunięty 5, lewy wysunięty 6, prawoskrzydłowy 7, cofnięty prawy 8, środkowy napastnik 9, cofnięty lewy 10, lewoskrzydłowy 11. Taki system można było opisać również graficznie, wektorowo rozrysowując zarówno sektory boiska, w których dany zawodnik mógł przebywać, jak również jak mógł się poruszać. A prawda była taka,że numery nakazano piłkarzom nalepiać na koszulkach nie ze względów taktycznych, ale praktycznych, a mianowicie pozwalały one na rozpoznanie zawodnika przez sędziego oraz kibiców.

Takie znakowanie piłkarzy zostało zniesione jako bezsensowne w 1993 roku i od tej pory każdy piłkarz może nosić taki numer na koszulce jaki mu się podoba. Natomiast w kanale mamy do czynienia z podobną sytuacją niezauważania zmian, jak ta opisana przy WM. A właściwie jest jeszcze gorzej. Komentatorzy nie tylko przypisuję nieistniejącym numerom jakieś magiczne właściwości, które sami zmyślają jak to,że np. numer 6 ma grać tak a tak, to jeszcze oceniają zawodnika nie na podstawie tego jak gra tylko czy gra tak jak ich fantazja to wymodelowała. W ogóle nie dociera do nich, że każdy trener ustala założenia taktyczne na konkretny mecz, że zawodnicy poruszają się po całym boisku mając zadania i defensywne i ofensywne, że ci zawodnicy mają różne charakterystyki czy też, że ustawienia taktyczne bywają zmienne itp., itd. I ja się zastanawiam jak można być tak śmiesznym, opowiadając bajeczki całkowicie sprzeczne z tym co każdy widzi i co się odbywa na boisku.

Już nawet nie próbuję rozwikłać zagadki nadmiernego krytycyzmu wobec obecnego pokolenia piłkarzy. Myślę  tylko tak sobie czy piłkarz swoją grą ma zadowolić komentatorów czy trenera, kolegów z zespołu i kibiców. Ja wiem, że są tacy, którym nikt nigdy nie dogodził, ale tuszę, że ich jest mniejszość. Bo dla mnie oceny powinny mieć jakieś podstawy oparte o jakieś trwałe wartości, jakiś wspólny mianownik wyrażający się chociażby w odpowiedziach na pytanie czy budowanie czy niszczenie, edukowanie czy ogłupianie, wreszcie chwalenie dobra czy zła. A piszę o tym dlatego, że jeszcze zauważam różnice pomiędzy prawdą a łgarstwem, pomiędzy wiedzą a ignorancją. Dziś coraz częściej za oznakę kultury uchodzi mówienie, że nie widzi się różnicy pomiędzy sprzecznymi wartościami, czego mój mózg nie pojmuje. Jeśli bowiem ktoś nie zauważa różnicy pomiędzy np. krową i koniem nie nazywa się go człekiem kulturalnym, ale krótkowidzem. Na ile taka różnica jest ważna to jest osobne pytanie, lecz przecież samo zauważenie różnicy nie powinno być takie trudne. Czy w ten sposób głoszę pochwałę różnorodności? Pewnikiem tak. A na dowód mam cały przemysł motoryzacyjny. Gdyby bowiem ludzie mieli gusta jednakie to wystarczyłby im jeden producent samochodów, jeden model, jeden kolor i wszystko pozostałe to samo. A przecież tak nie jest. Wystarczy zastanowić się dlaczego akurat tak się dzieje, ale też dlaczego ci sami ludzie drezyny i wozu drabiniastego nie uważają za samochód, mimo że znaleźliby się tacy, którzy by im chcieli wmówić, że to żadna różnica, bo to i to jeździ i może ich przewieźć. Chyba wywożąc na manowce - czego sobie i nikomu innemu nie życzę.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1