A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 53

Generalnie rzecz ujmując, mniej mnie interesuje co ludzie robią, ile dlaczego robią to co robią. Rzecz jasna w sytuacjach skrajnych dopuszczam pewne wyjątki. Gdyby ktoś znienacka chwycił mnie z tyłu nie powiem za co przy przechodzeniu przez jezdnię zapewne poczułbym pewną urazę, nie tylko wobec czynu, ale nawet wobec sprawcy, choć mógł kierować się on zarówno niechęcią, jak i życzliwością.

W tym i w innych przypadłościach motywacja ma ogromne znaczenie praktyczne.  Krótko mówiąc, twierdzenie, że teoria liczy się bardziej niż praktyka jest rozsądniejsze niż z pozoru wygląda. Można to zresztą wykazać na prostym przykładzie, a mianowicie wyobraźmy sobie, że ktoś uznaje, że jest uzdrowicielem i aby mnie czy kogokolwiek uzdrowić, najpierw by nas otruł jakimś wynalazkiem. Czy oddając ostatnie tchnienie, docenilibyśmy jego wiarę w moc uzdrawiania? Praktycznie by nas zabił, choć teoretycznie miał uzdrowić. Racja stojąca za naszymi działaniami jest równie ważna jak same działania, a może i ważniejsza. Ten spór pomiędzy teoretykami a praktykami odżył z podwójną mocą przy okazji wyboru na stanowisko trenera Legii chorwackiego szkoleniowca Romeo Jozaka. I to temu sporowi zdań kilka tego felietoniku poświęcę.

Z jednej strony jest to temat zastępczy, gdyż ci którzy bronią trenera Magiery czynią to pozornie, na niby, dla picu, faktycznie przypuszczając kolejny zmasowany atak na prezesa Mioduskiego. Po klęskach z Astaną i Szeryfem Magiera był mieszany z błotem, dziś leje się krokodyle łzy po  zwolnieniu trenera. To dobitnie ukazuje, że casus Magiery jest tylko pretekstem. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie broniłby na poważnie szkoleniowca, który sobie ewidentnie nie radzi, stracił orientację co do kierunku drogi, nie ma narzędzi wiedzowych, aby problem zdiagnozować i próbować go rozwiązać oraz utracił wiarę, że to co robi ma jeszcze sens. Sam prezes Mioduski bierze udział w tej grze przeciwko sobie. W wywiadzie dla PS z własnej niewymuszonej woli stwierdził, że piłkarze nie chcieli umierać za Magierę. Tym samym obwinia ich o uświadomione działania na szkodę trenera i ma im to za złe. Ja nie wiem czy prezes ma jakiekolwiek dowody na takie oskarżenia. Podejrzewam, że są to puste i niepotrzebne słowa rozszerzające pole konfliktu. Bowiem nawet gdyby tak było, prezes powinien się zastanowić dlaczego tak się stało. Może nie wszystkim zawodnikom podobał się podział na swoich i nie swoich, może nie każdy godził się na to, aby ciężka praca nie podnosiła formy, a może trener nie radził sobie w interakcjach z duża grupą dorosłych ludzi. Trener nie jest od tego, aby podobał się prezesowi, albo komukolwiek, ale od tego, aby wykrzesał z zawodników to co w nich najlepsze i użył tego dla dobra zespołu. I w tym miejscu powstaje pytanie czy trener Magiera był w stanie to uczynić. Fałszywi obrońcy Magiery przyjęli taką narrację, że dostał on za mało czasu, aby wyjść z kryzysu i że prezes obiecał mu nowy kontrakt. Ten czas, on wywodzi się z przysłowia - że leczy wszystkie rany. Tyko że to nie czas leczy, ale nasz organizm ma takie zdolności samoregeneracyjne, a i tak nie leczy wszystkiego. Kiedy zostaniemy zaatakowani przez raka, albo dotknie nas gangrena to nie czas uleczy, ale jak najśpieszniej zastosowany skalpel. W takich przypadkach czekanie na cud nie polepsza, ale pogarsza stan pacjenta. Więc prezes Mioduski wystąpił w roli medyka ratującego co najmniej zdrowie. Inną kwestią jest kodeks moralny prezesa, który podkreślał, że jest ze szkoły amerykańskiej, w której słowo droższe jest od pieniędzy. I tu rzeczywiście może mieć moralnego kaca. Wolałbym jednak, aby prezes stanął sam w domu przed lustrem i zwymyślał sobie ile wlezie niż chodził po mediach i opowiadał o dręczących go wyrzutach sumienia i wszystkich winnych temu, że musiał zwolnić lubianego przez siebie trenera. W takich sytuacjach lepiej pomilczeć, bo każdy komu Legia jest droga, rozumie, że był on w stanie wyższej konieczności, tak jak to czynią w takich sytuacjach szefowie klubów, nawet większych. Ich nie widać i nie słychać, za to słychać i widać wyniki ich klubów. Wybaczcie, że w tym miejscu nie skomentuję sentymentalnego bajdurzenia Michała Żewłakowa jak to wszyscy piłkarze byli murem za Magierą.

Natomiast atak na decyzję o zatrudnieniu Jozaka ma dwojakie podłoże, po pierwsze zmierza do deprecjonowania wiedzy naukowej, a po drugie skupia się na fakcie, że Jozak nie jest Polakiem. Napaść jest szeroko popularyzowana i niezależnie od intencji jej towarzyszących ma ona, jeśli tak to można wyrazić demokratyczne, a ściślej ujmując statystyczne proweniencje. Ze statystyki wiele osób robi dowcipy, że niby taka nierzeczywista, bo jak jeden zarabia 2 tys. zł, a drugi 10 tys. zł, to średnio zarabiają  6 tys.zł. Tylko że prawdziwa wiedza, która stoi za statystyką, staje się bronią, głównie w rękach populistów. Wynika ona z zasady większościowej. W naszym konkretnym przypadku idzie o to, że tych niewykształconych, niewyedukowanych i niewyszkolonych należycie jest zdecydowanie więcej niż tych „uczonych”. I oni z racji bycia większością usiłują narzucić pogląd, że mają rację. I to oni w tym dziele podważania kompetencji Jozaka biorą aktywny udział. Bo ten Jozak to on doktorem naukowym jest. W naszej piłce, poza ośrodkami naukowymi, pseudo „Doktor” ma jeszcze chyba tylko Stefan Majewski  i w ustach większości nie jest to komplement. A do tego ma on spory dorobek naukowy. Ciekaw byłbym dowiedzieć się kto z wybitnych trenerów z niego korzystał. Bowiem sam choć w miarę oczytany jestem, to się z jego dziełami nie spotkałem, pewnikiem z mojej winy. Przed blisko siedmiu laty w Wiśle pracował podobny egzemplarz, tyle że bez tytułu doktora, nazywał się Robert Maaskant, który też napisał sporo rozpraw naukowo-szkoleniowych. Pamiętamy jak prawie wszyscy cieszyli się, że jego teorie się nie sprawdziły i Wisła nie awansowała do LM. Na marginesie zauważyć trzeba, że Maaskant swojej wiedzy nie potrafił przełożyć na grę i wyniki prowadzonych drużyn. Nie wiemy jak będzie z Jozakiem, ale panowie z poważnym pięcioklasowym wykształceniem, ale i po podstawówkach i z niepełnym średnim już wiedzą, że był to wybór chybiony. I to ich głosy dominują. I to oni stawiają na alternatywę, albo praktyka, albo teoria. Lecz kiedy przyjrzymy się co to słowo praktycznie znaczy to okaże się, że jednocześnie każdy jest praktykiem i jednocześnie nim nie jest. Bo, aby cokolwiek zrobić, nawet jak sensu w tym niewiele to najpierw trzeba pomyśleć czyli wysilić łepetynę, a to już jest zajęcie jak by nie patrzeć teoretyczne. Więc nie jest to spór pomiędzy teoretykami i praktykami, lecz pomiędzy nieukami, a ludźmi sanującymi wiedzę i na niej m. innymi w życiu bazującymi. Tak jak w starym przysłowiu, że lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć. Z tego też względu życzę Jozakowi sukcesu, który będzie udziałem przede wszystkim Legii. Druga oś sporu jest starannie kamuflowana przez poprawność polityczną i w zasadzie tylko na forach internetowych i w pojedynczych wypowiedziach np. Probierza pobrzmiewa taka nutka, że polskie to nasze, a to co nasze to lepsze. To od Probierza pochodzą te slogany, że trener zagraniczny ma łatwiej, że jest lepiej traktowany, a według niego jest zawsze gorszy od trenera polskiego. I tu on i jego akolici uważają, że maja rację, bo ich jest zdecydowanie więcej. Polaków w Polsce jest najwięcej, lecz wyciąganie z tego wniosku, że każdy też jest najlepszym trenerem jest nieco pochopne. Są bowiem trenerzy lepsi i gorsi, ale łączenie tego z narodowością brzydko pachnie ksenofobią. Chorwaci nie mieli wielu trenerów znanych w świecie, podobnie zresztą jak my. Ja wspomnę tylko o dwóch, a mianowicie o Stepjanie Bobeku, który trenował Legię w 1959 roku, a potem m. innymi Partizana /w owym czasie wielki klub/, Panathinaikos i Olympiakos oraz Zlatko Czajkowskim, twórcy potęgi Bayernu Moanachium w latach 1963-68. To Czajkowski wynalazł i wyszkolił najlepszych w owym czasie piłkarzy niemieckich z genialnym Franzem Beckenbauerem na czele i to on doprowadził Bayern do Bundesligi. Jozak ma w Legi łatwiejsze zadanie, wystarczy tylko zdobyć tytuł mistrza Polski i awansować do LM. Tak na dobry początek.

Zawsze kończyłem felietony jakimś weselszym akcentem, ale nie tym razem. Niestety czuję się przymuszony opowiadaniem różnych bajeczek o miłościach sportowców wyczynowych do klubów  otworzyć Państwa oczy na wiedzę w tej materii zawartą w jednej z bardziej znanych książek XX wieku, a mianowicie w „Kulturze narcyzmu” najwybitniejszego intelektualisty amerykańskiego Christophera Lascha. Pisze on w rozdziale „Degradacja sportu”:

„Powszechny model interakcji społecznej nazywany jest dzisiaj antagonistyczną współpracą, kiedy kult pracy zespołowej usiłuje walczyć o przetrwanie w organizacjach biurokratycznych. W sporcie rywalizacja pomiędzy drużynami już nie wymaga lokalnej czy regionalnej wierności, a sprowadza się /jak rywalizacja pomiędzy korporacjami w biznesie/ do walki o udziały w rynku. Zawodowy sportowiec nie dba o to, czy jego drużyna wygrywa czy przegrywa /do czasu jak przegrani mają w tym swój udział/, tak długo jak czerpie z tego korzyści. Profesjonalizacja sportu i pojawienie się profesjonalnych sportowców sprawiły, iż sportowcy zaczęli poważnie traktować uprawianie sportu. Gardzą obecnie ze zdumiewającym cynizmem wskazówkami staroświeckich trenerów i niezbyt chętnie poddają się autorytarnej dyscyplinie. Częstotliwość,  z jaką zawodnicy przenoszą się z jednej społeczności do drugiej, będąca wynikiem ich przywilejów, osłabia lokalny patriotyzm zarówno pośród uczestników, jak i widzów i zniechęca do stworzenia ‘ducha zespołowego’ opartego na patriotyzmie. W biurokratycznym społeczeństwie wszelkie formy lojalności korporacyjnej przestają mieć znaczenie. I chociaż sportowcy wciąż zwracają uwagę na podporządkowanie własnych osiągnięć  osiągnięciom zespołu, czynią to w celu utrzymania luźnych relacji ze swymi kolegami, a nie ze  względu na interes drużyny. Przeciwnie, sportowiec jako zawodowy ‘artysta’ poszukuje przede wszystkim niesłabnącego zainteresowania własną osobą i chętnie sprzedaje swoje usługi tym ,którzy płacą najwięcej. Lepsi zawodnicy stają się gwiazdami mediów i czerpią dodatkowe korzyści z poparcia społecznego. Cały ten rozwój wydarzeń powoduje, że przestajemy myśleć o sportowcu o lokalnym lub narodowym bohaterze, przedstawicielu swej klasy lub rasy. Tylko zdanie sobie sprawy z faktu, że sport stał się rozrywką usprawiedliwia pensje płacone gwiazdom sportu i ich rozgłos w mediach.”.

I ja radziłbym, aby decydenci uświadomili sobie dokładnie, że sportowcy chcą być uczestnikami wielkiego medialnego spektaklu z udziałem jak największej ilości publiki i na tym zarabiać jak najwięcej i bazując na tej wiedzy, wymagali od nich  też więcej. Bo to dla tych wartości sportowcy, w tym piłkarze są gotowi dać z siebie jak najwięcej. Nie dla Magiery, Jozaka, Legii czy Warszawy. Taki mamy klimat.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1