A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 61

Tym razem zbytnim wysiłkiem własnego umysłu się nie wykażę, gdyż uznałem za stosowne napisanie recenzji dwóch niedawno wydanych książek o tematyce sportowej, w szczególności piłkarskiej.

 

Pierwsza z nich zatytułowana jest „Sport nie istnieje. Igrzyska w świecie spektaklu” autorstwa Jana Sowy i Krzysztofa Wolańskiego. Sądząc po recenzjach książki, ma być ona radykalną krytyką sportu, który stał się namiastką wojny i kwintesencją kapitalizmu w fazie poprzemysłowej oraz został sprowadzony do roli absurdalnie kosztownego spektaklu mającego przyćmić rzeczywiste problemy społeczne. Sami autorzy piszą, że w książce uwolnili się od relacjonowania cudzych myśli i mogli skoncentrować się na ukazaniu własnych. Jakoś ta ich myśl wydaje mi się skorelowana z przekonaniem, że wszyscy są głupcami, a jedynie niektórzy są mądrzy. Bo jak inaczej skomentować fakt,że wszystkie tezy głoszone w książce stanowią  powtórzenie diagnoz zawartych w książce Christophera Lascha „Kultura narcyzmu” wydanej w 1979 roku w USA. Recenzenci chwalą  również książkę za to, iż została napisana przystępnie, jakby obawiali się  zarzutu, że czytelnicy intelektualnie nie ogarniają głębi myśli autorów, takich jak choćby tytuł jednego z rozdziałów „Jedność i podział w obrębie pozoru”. Trzeba ze smutkiem powiedzieć, że jej styl i słownictwo przypominają męki chłopa, który orze orczykiem pole, również z tego powodu, że autorzy posługują się wyszukanymi pseudonaukowymi sformułowaniami, które mają dużo znaczyć, ale nie objaśniają niczego. Sama zaś książka licząca 296 stron byłaby chudsza o te kilkanaście stron, gdyby autorzy oszczędniej posługiwali się słowem - kluczem „afektywny”.

Hipotezy zawarte w opracowaniu są odzwierciedleniem tytułu i mają zaświadczać o tym, że sport niejako się wyrodził z korzenia, zwyrodniał, co autorzy traktują jako zło wcielone i podkreślają, że  widoczne w neoliberalnej globalizacji zjawiska, które kształtują nowoczesny sport, determinują te same procesy. Są nimi: standaryzacja, uniformizacja, komercjalizacja oraz podporządkowanie całokształtu życia społecznego kapitałowi. Autorzy jako naczelnego diagnostę powołują Karola Marksa i wywodzą, że nazwa komercjalizacja dla współczesnego sportu jest niewłaściwa, bowiem trafniej powinno się to nazywać subsumpcją, czyli że sport jest zdeterminowany przez proces akumulacji kapitału, a więc obdzieranie z niego biednych przez bogatych. Marks nazywał ten proces bezwzględną pauperyzacją i wyciągnął z takiej hipotezy wniosek, że temu zjawisku winien jest kapitał i jak zostanie zastąpiony przez własność wspólną to i samo zjawisko zniknie. Problem w tym, że Marks się mylił. Prawidłowo zbadał materiał analityczny, ale wyciągnął z niego fałszywe wnioski. Stwierdził on, że stopa akumulacji jest stała, lecz nie pomyślał co to znaczy. Albowiem rzeczywiście wraz z rozwojem kapitalizmu następuje proces bogacenia się kapitalistów, cokolwiek to znaczy, ale jest to proces względny, a nie bezwzględny. Aby to wyjaśnić wystarczą dwa łyki matematyki. Wyobraźmy sobie, że na początku kapitalista ma łącznie 10 jednostek zysku, które dzieli 9 do 1. A to 1 dzielone jest na 10 pracowników i każdy z nich ma 0,1. Swoje 9 udziałów kapitalista akumuluje, czyli głównie inwestuje i po jakimś czasie uzyskuje 100 jednostek zysku, które dzieli w tej samej proporcji. A to oznacza, że on ma 90, a pracownicy do podziału 10, a więc na każdego nie przypada tylko 0,1, ale 1. Czyli wraz z bogaceniem się kapitalisty następuje nie drastyczne ubożenie większości społeczeństwa złożonego z producentów najemników, ale ich względne bogacenie się. Z czasem kapitał dla rozwoju potrzebuje zwiększonego popytu w postaci wzrostu zasobności portfeli wytwórców, którzy stają się równocześnie konsumentami. Ja w ogóle słabo rozumiem traktowanie Marksa jako wyroczni dla badania współczesnych procesów ekonomicznych i wolałbym, jeżeli ktoś chce po takie analizy sięgać, aby raczej szukał ich chociażby u najbardziej znanych ekonomistów XXI wieku jak Josepha Stiglitza zwłaszcza w pracy „Cena nierówności” czy Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”.

Cała książka poświęcona jest udowadnianiu tezy, że sport stając się widowiskiem dla ubogich, w rzeczywistości jest trampoliną dla bogacenia się już bogatych. Autorzy przytaczają znane z mediów liczne przykłady Igrzysk Letnich i Zimowych, Mistrzostw Świata i Europy w piłce nożnej w których państwa i samorządy wydają środki publiczne na organizacje imprez, ponosząc same koszty, a kapitał prywatny inkasuje zyski. Wyśmiewają niektóre tzw. dyscypliny jak wrestling, które przedstawiane są jako sportowe, a ze sportem nie mają niczego wspólnego. Ganią zabiegi klubów, które tradycyjnych kibiców przy pomocy zabiegów marketingowych  i socjotechnicznych zamieniają  w posłusznych modom klientów. Bowiem oznacza to nową jakość w piłce nożnej, a mianowicie domaganie się wygrywania meczów i niezrozumienia, że bez rywali piłka nożna traci sens istnienia. To rozumie kibic, bo klient płaci i klient wymaga. Dostaje się i telewizjom, które pokazując imprezy sportowe przestają je traktować jako rywalizację opartą na określonych regułach, ale wyłącznie jako masową rozrywkę z takimi atrybutami jak sztuczne wpływanie na emocje telewidzów. Oczywiście autorzy nie pominęli ich zdaniem wynaturzonych kwot płaconych za transfery piłkarzy, traktując je jako element całego procesu niszczenia sportu przez krwiożerczy kapitał.

Nie zarzucając autorom posługiwania się nieprawdziwymi danymi, wypada jednak zastanowić się kto ma w tym sporze o wartości rację i na czym ta racja ma być oparta. Czy na przekonaniu opartym o jakieś uprzednie ideały, czy też na potrzebach społecznych. Współczesna lewica niestety traci punkty podparcia, gdyż oderwała się się od rzeczywistości społecznej. Głosi ona takie hasła, że sport i jego potrzeby w postaci np. budowy stadionów i hal stoją w sprzeczności z innymi potrzebami społecznymi jak np. pomoc społeczna, budowa przedszkoli i powinny im ulec. Tylko nie pytają kto ma być sędzią, który o tym przesądzi i sami siebie stawiają w tej roli. Otóż to ludzie są tymi sędziami i to oni poprzez swoich przedstawicieli decydują na co ich pieniądze zostaną przeznaczone. Nie obyło się bez wytknięcia szastania pieniędzmi na Euro 2012 organizowane w Polsce z już nudnym i nieprawdziwym przesłaniem jak drogi był Stadion Narodowy i po co miasto budowało stadion Legii skoro można było te środki przeznaczyć na przedszkola. Można na to odpowiedzieć, że stadionów Warszawa nie miała, a przedszkola ma. A co do stadionu Legii to sama kwota na jego budowę wydana może i jest duża, ale w ówczesnym budżecie Warszawy stanowiła 3% co w rozbiciu na 3 lata dawało 1% rocznie. Dużo to czy może jednak niewiele?

Książkę warto przeczytać z tym zastrzeżeniem, że za dużo w niej gromkich słów w stosunku do rzeczywistych problemów społecznych i wydatków na różne cele państw i samorządów, w których wydatki na sport to zupełny margines. Ale są tacy co lubią strzelać z armaty do pchły.

Drugą pozycją jest książka autorstwa Simona Kupera i Stefana Szymańskiego zatytułowana „Futbonomia. Dlaczego Anglia przegrywa, Hiszpania,Niemcy i Brazylia wygrywają i dlaczego USA, Japonia, Australia, a nawet Irak  staną się piłkarskimi potęgami”. Od razu napiszę, że książka jest warta polecenia, aczkolwiek recenzje są zdecydowanie zbyt pochlebne. Autorzy ukazują świat możliwych zastosowań metody analizy statystycznej dla badania szeregu zjawisk zachodzących w piłce nożnej. Składa się ona z trzech części: kluby, fani i kraje.

W części pierwszej autorzy na podstawie budżetów klubów angielskich wykazują, że zwłaszcza ich część składowa, a mianowicie środki wydatkowane na wynagrodzenia zawodników w dłuższej perspektywie decydują o  miejscu konkretnego klubu w tabeli. Oczywiście każdy w miarę uważny obserwator rynku piłkarskiego sam mógł do takich wniosków dojść, ale korzystniej jest jeżeli oparte są one na bogatym materiale badawczym. Autorzy na tej konstatacji nie poprzestają, lecz stawiają tezy, że w procesie wydawania środków najważniejsza jest ich efektywność oraz że budżety klubów w istocie stanowią pasy transmisyjne przelewu pieniędzy z budżetów na konta piłkarzy. Udowodniają oni, że kluby piłkarskie nie mogą być nastawione na zysk, lecz dochody są pochodną sukcesu sportowego. Niejako przy tej okazji rozprawiają się z narzuconym przez UEFA tzw. fair play finansowym, dowodząc (i słusznie), że nie służy ono klubom bogatszym, ale jeszcze bardziej nie służy klubom biedniejszym, bowiem tak naprawdę hamuje dopływ pieniędzy do futbolu. Ten opis ma wymiar uniwersalny i stosuje się również np. do Legii, która dopóki ma budżet płacowy najwyższy to ma największe szanse na wygrywanie rozgrywek krajowych, ale ich efektywność w porównaniu z jej dotychczasowymi rywalami w eliminacjach rozgrywek europejskich była drastycznie zaniżona, zwłaszcza, że zyski szły na wynagrodzenia piłkarzy, niestety niezależnie od ich klasy. Przy czym tzw. budżet płacowy Legii mieści się w normie europejskiej wynoszącej ok. 62 % całości budżetu.

Podobną metodę statystyczną autorzy zastosowali wobec wyników pracy menedżerów /trenerów/ klubów angielskich i stwierdzili oni, że niezależnie od tego kto nim jest to klub w dłuższej perspektywie zdobywa zbliżoną liczbę punktów i statystycznie ich ułamek w przeliczeniu na mecz. Wskazali jednocześnie na tych menedżerów, którzy jak SAF czy Clough tę średnią przekroczyli. Konkluzja ich jest taka, że zmiany menedżerów w zdecydowanej większości nie przynoszą żadnych pozytywnych efektów. Tu można mieć tylko taką uwagę, że jednak miarodajniej należałoby oprzeć statystyki tyczące menedżerów nie na zdobyczach punktowych klubów, ale na ich osiągnięciach pod tym względem,a więc ile punktów zdobył konkretny menedżer prowadzać konkretny klub proporcjonalnie do budżetu tego klubu. Pokazują, że statystyki tyczące parametrów gry zawodników mają również coraz większy wpływ w procesie ich zatrudniania w nowych klubach.

Rozdział o kibicach, nie ukrywam, jest rozczarowujący, albowiem w zasadzie jest pozbawiony rzetelnej wiedzy statystycznej. Opiera się na wspomnieniach kibiców i szacunkach ich ilości w poszczególnych kategoriach. Jedynie ukazuje zależność pomiędzy miejscem danego klubu w tabeli a ilością widzów na meczach, wynikająca także z wielkości miejscowości w jakiej klub funkcjonuje. Natomiast część o samobójstwach jest  tyle samo ciekawostkowa, ile zgoła zbędna.

Trzecia część z kolei pokazuje jak można bezkrytycznie ufając danym statystycznym udać się na manowce i wziąć rozwód z rozumem. Autorzy pisząc o reprezentacjach narodowych wzięli pd uwagę trzy dane opisowe, a mianowicie: bogactwo kraju, ilość ludności i doświadczenie. Żonglując danymi starali się wykazać, że jedne reprezentacje osiągają wyniki powyżej statystyk, a inne poniżej. Nie wiedzieć czemu pominęli zupełnie założenia metody  rankingowej FIFA, w której o miejscu przesądzają wyniki nie ze stu, ale z ostatnich 4 lat oraz, że punkty rankingowe zależą od miejsca rywala w rankingu. Stąd śmieszne stwierdzenia, że Iran, a w zwłaszcza Irak mają miejsce w czołówce potęg futbolowych świata. Więc jak by nie patrzeć autorzy przypominają stare powiedzenie, że ze statystyk trzeba umieć korzystać, bo przy ich pomocy można udowodnić każdą tezę.

Na zakończenie głoszą, że futbol ma się bardzo dobrze, a będzie się miał jeszcze lepiej - co nie wymagało żadnego dowodu.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1