A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 67

„Do kłamstw, gdzie prawdy trzeba choćby kęs,
bełkot, gdzie potrzebny sens,
i do bezmyślnych łez - spod rzęs - ja się nie przyzwyczaję.
Do smogu, gdzie potrzebny tlen,
plastiku, gdzie potrzebny len,
pajaca, gdzie potrzebny men – ja się nie przyzwyczaję.

Zastępczych opakowań chłam
w nieopisanej wzgardzie mam,
nie o to szło, nie po to szłam po lat dojrzałych gaje.
I póki serce w piersi gra,
sumienie swoich zasad zna,
nie wiem jak inni, ale ja – ja się nie przyzwyczaję”.

Zacząłem od fragmentu wiersza Młynarskiego, który oddając istotę niezgody na destrukcyjny i amoralny wpływ pisamctwa jest, jak u niego, liryczny i zwodniczo delikatny. Ja jeszcze większą alergię wyczuwam na głupotę, nieuctwo, bezczelność i chamstwo. Tego wszystkiego doświadczamy obecnie w mediach po zwolnieniu z funkcji trenera Legii Romeo Jozaka. Mało jest poważnych tekstów, za to wiele jest rynsztoku, aby tylko wyśmiać, wyszydzić i poniżyć. Jak nie rzeczonego Jozaka, to Dariusza Mioduskiego. Przypomina to krajobraz po bitwie, gdzie na polu leżą pokotem bohaterowie, a po ich trupach idą padalce i żywią się poległymi ciałami. Powtarzając za Młynarskim, powiadam że można i trzeba pisać, ale nie takim językiem, do którego ja się nie przyzwyczaję. Dla tych, którzy się przyzwyczaili, polecam różnicę pomiędzy tym co i jak napisano np. w książce Wójcika 20 lat temu (Moi biało-czerwoni), a tym jak napisana została książka, która powstała  na dwa lata przed śmiercią. Znam osobiście wiele osób czytających c-L i wiem, że oni szukają tu merytorycznych tekstów mówiących o problemie, a nie dających wyraz osobistej frustracji i rozładowujących kompleksy autorów. I to dla nich jest poniższy tekst.

Trener Romeo Jozak nastał jako osobisty wybór prezesa Mioduskiego po zwolnieniu w dniu 13.09.2017 roku z funkcji trenera Legii Jacka Magiery. Klasowi zawodnicy, od Lubańskiego i Tomaszewskiego poczynając, poprzez następne pokolenia, aż do Lewandowskiego i Milika zgodnie powiadają, że dla nich trener musi mieć autorytet składający się trzech elementów wzajemnie się uzupełniających ale ustawionych w takiej kolejności: najpierw musi mieć dokonania jako zawodnik lub trener, musi być porządnym, sprawiedliwym i uczciwym człowiekiem i musi znać się na swojej robocie. Magiera do pewnego momentu brak wiedzy trenerskiej nadrabiał swoją porządnością granicząca z ciapowatością. Przegrał, bo brakiem warsztatu doprowadził do rozkładu fizycznego, taktycznego i mentalnego drużyny. Nie widział, że zespół jest w stanie śmierci klinicznej po odejściu Vadisa i nie wiedział jak go reanimować. Powtarzam, że zrobiono mu krzywdę, trzymając za długo na stanowisku, do którego nie dorósł i ten brak decyzji przyniósł kilkadziesiąt milionów strat. W tej sytuacji prezes Mioduski nie miał wyjścia i dokonał racjonalnego wyboru, nie tylko w osobie Jozaka, ale całego sztabu, który wraz z nim zatrudnił. Jozak  ma doktorat z fizjologii, był dyrektorem w Zagrzebiu, dyrektorem tematejszej Akademii, przewodniczącym Zespołu Egzaminacyjnego trenerów chorwackich i wykładowcą na kursach doskonalących UEFA, a więc miał ogromną wiedzę teoretyczną. Zarzut braku prowadzenia samodzielnego seniorskiego zespołu był o tyle chybiony, że każdy kiedyś swą drogę kariery zawodowej zaczynał i nikt nie powiedział, że tym początkiem nie może być Legia, tym bardziej, że wraz z Jozakiem przyszedł kompetentny dyrektor, którego w Legii od lat brakowało, sprawdzony i znany z dobrej pracy asystent oraz bardzo wysoko ceniony w Chorwacji fizjolog. Początki były na miarę oczekiwań. Przede wszystkim Jozak okazał się pragmatykiem, nie dał się nabrać na te puste gadki i podpuchy, że Legia ma dominować, ale nie krytykując poprzednika, zmienił ustawienie i organizację gry na konsekwentnie obronną. Zawodnicy byli bowiem przetrenowani i nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki, bo każdy rywal był w stanie nas zabiegać. Nasza taktyka była prosta, a mianowicie po stracie piłki nie usiłowaliśmy jej odbierać, ale jak najszybciej odbudowywaliśmy ustawienie, zaczynając od ok. 35 metra przed bramką. W obronie czynny udział brało zawsze 7-8 zawodników. Działania ofensywne prowadzone były poprzez kontratak, w którym kluczową rolę odgrywał rozgrywający, którym stał się Guilherme, a końcowym wykonawcą był Niezgoda. Pierwszy zgrzyt miał miejsce po przegranym meczu 0:3 z Lechem, po którym trener  nazwał swoich zawodników panienkami unikającymi walki. Samo to, poza komentarzami w mediach, nie byłoby skazą w relacjach z drużyną, gdyby Jozak podobnych słów użył wobec zawodników po meczu i dopiero potem je upublicznił. Ale z tego co mi przekazano takie zdania w szatni nie padły. Rozumiejąc, że trener chciał wstrząsnąć zawodnikami, aby nie mając dostatecznych sił rekompensowali ich brak poświęceniem, trzeba jednak przyznać, że sposób w jaki to zrobił spowodował, że zawodnicy mogli przestać rozumieć czy trener jest z nimi czy ich zdradza z pismactwem. W każdym razie Jozak chciał, i to mu się udało, przy tym stanie kadrowym i mikrym potencjale motorycznym, z jak najmniejszymi stratami doczłapać do przerwy zimowej. To ona miał być przełomem i nowym otwarciem. Do dziś nie jestem wstanie zrozumieć jak udało się tym okresie wszystko koncertowo spieprzyć.

Nastąpiło to w trzech równoległych aktach dramatu. Akt pierwszy to wyjazd do USA. Nikt nie chce przyjąć na siebie odpowiedzialności, Jozak mówił, że on wyraził zgodę, ale ktoś przyjął zaproszenie i ktoś inny podjął decyzję. Powiada się bałamutnie, że inne i to wielkie drużyny rozgrywają mecze za oceanem. Tyle tylko, że one w ten sposób zaliczają pojedyncze jednostki treningowe, natomiast Legia była tam dwa tygodnie i miała trenować jak w okresie przygotowawczym. Oczywiście nie zrealizowała planu przygotowań, bo nie miała ani gdzie, ani kiedy trenować. Nie lepiej było w Hiszpanii, gdzie drużyna miała trenować dwa razy dziennie, co czyniła tylko przez 3 dni, potem chyba wyniki badań zmęczeniowych wystraszyły Jozaka. Nasi zawodnicy byli niedotrenowani. Miało to ten widoczny skutek, że po każdym meczu gracze dostawali wolne po to, aby ich organizmy miały czas na zniwelowanie skutków zmęczenia meczowego w postaci chociażby wyższego poziomu kwasu mlekowego, zmniejszenia poziomu glikogenu i glukozy. Zawodnicy po to trenują, aby zaadaptować organizmy do wysiłku i aby jego skutki były jak najmniejsze i jak najkrótsze. Równocześnie te wolne zakłóciły pracę treningowa w mikrocyklu, uniemożliwiając w jego pierwszej fazie odbudowę wytrzymałości szybkości wytrzymałościowej. Widocznym skutkiem słabej formy fizycznej była niezdolność naszej drużyny do zwiększenia intensywności gry i jej dynamiki w trakcie meczu, nawet przy niekorzystnym wyniku. Wydawało się, że w trakcie przerwy na reprezentację, mówiąc żargonowo, nastąpi depnięcie i trend na opadnie formy zostanie odwrócony, ale i tę szansę zmarnowano. Akt drugi to sprowadzenie prawie równocześnie ośmiu zawodników do podstawowego składu, szykowanych do gry. Dyrektor Kepcija uzasadniał ten manewr tym, że nie powinno się popełniać błędu w obliczu występów w europejskich pucharach i sprowadzać graczy na ostatnią chwilę, ale dać im czas na wkomponowanie się w zespół. Tyle tylko, że to wprowadziło w drużynie chaos, do którego rozwiązania Jozak okazał się niezdolny. Wybrał on drogę dawania każdemu nowemu szansy na grę. W efekcie mecze sparingowe nie spełniły swej roli budowania zgranej drużyny, a jej budowa przeniosła się na mecze o punkty. Jednocześnie Jozak wybrał metodę stawiania na nowych kosztem zawodników grających już w Legii. Z drogi usunął Czerwińskiego, Dąbrowskiego  i Jodłowca. Odsunął Kopczyńskiego, a w różnych okresach zawalidrogami stawali się Jędrzejczyk, Pazdan, Mączyński i Kucharczyk. Nie tworzyło to zdrowego ducha zespołowości. Akt trzeci dramatu to zmiana ustawienia z 4-2-3-1 na 4-3-3. O zaletach tego ustawienia, ale i o warunkach brzegowych jego stosowania pisałem w jednym z felietonów. System 4-3-3 stosują tylko najlepsze drużyny, bardzo dobrze przygotowane motorycznie, mające dynamicznych skrzydłowych. Wymaga on bowiem zaangażowania w grę tak w ofensywie jak i defensywie wszystkich zawodników, którzy poruszają się w rytm oddechu: wdech i wydech. Po stracie wszyscy bronimy skracając pole gry i zmniejszając odległości pomiędzy formacjami i zawodnikami, a w ataku rozszerzamy pole gry zwiększając wolne pola. Na tym przykładzie widać, że Jozaka pokonała arogancja, bo grał taktyką, do stosowania której Legia nie była pod żadnym względem przysposobiona. Jak to powiedział Radović „Nie umieliśmy tym grać to i nie mieliśmy wyników”. Jozak wsiadł na zbyt wysokiego konia i nic dziwnego, że z niego zleciał. Prze długi okres nie  zmienił założeń, pomimo że na początku marca w wygranym 2:1 meczu z Lechem, system 4-2-3-1 się sprawdził. Dopiero od meczu z Pogonią powrócił do znanego ustawienia, ale nadal nie zabezpieczał środkowego rejonu boiska przed własnym polem karnym typowym defensywny pomocnikiem, natomiast z dobrym skutkiem przesunął na pozycję ofensywnego pomocnika młodego Szymańskiego. Tyle że ustawienie wyjściowe samo przez się nie staje się organizacją gry i w meczu z Zagłębiem, w ogóle nie pracujący wcześniej jako trener Mariusz Lewandowski pokazał, że w krótszym czasie niż Jozak zdołał stworzyć drużynę wiedzącą co chce grać w meczu, a więc mającą plan gry i metody jego realizacji. Zaczątkiem epilogu stał się incydent z Kucharczykiem. Sposób zachowania Jozaka był tak beznadziejny, że nawet jego wróg by na taki nie wpadł. Rysa jaka po jesiennym meczu z Lechem ukazała się po jego  wypowiedzi, rozwarła się na tyle że stała się przepaścią pomiędzy nim a drużyną. Stracił na autorytecie i szacunku. W tym stanie zapaści przegrany mecz z Zagłębiem stał się dogodnym pretekstem do jego zwolnienia. On sam na taki swój koniec w Legii niestety zapracował.

Znaleźli się tacy jego obrońcy jak trener Strejlau i Vrdoljak, którzy powiadają, że niewiele on mógł zrobić więcej, bo ma zawodników o miernych umiejętnościach. Mówią oni to w kontekście porażek Legii, a więc można by zapytać które to drużyny mają takich graczy o wielkich umiejętnościach.  Legia nie przegrywała tym, że ma słabych techniczno-technicznie zawodników, bo to nieprawda, ale tym, że rywale byli lepiej zorganizowani, więcej i szybciej od nas biegali. Natomiast mają oni rację  w tym sensie, że wysokie umiejętności techniczne pozwalają zniwelować większe wybieganie rywali i ich waleczność. Ale do tego potrzeba, aby piłka przy przyjęciu nie odskakiwała, bo strata czasu na jej opanowanie daje przeciwnikowi możliwość ataku, by była podawana celnie i szybko na dowolną odległość i wysokość, co pozwala na zaskoczenie rywala i danie mu szansy na popełnienie błędu. Lecz przede wszystkim zawodnicy muszą wiedzieć co mają grać i mieć przekonanie, że plan trenera na mecz będzie słuszny i że ich wysiłek będzie miał sens i nie zostanie zmarnowany. I zawsze przy rozważaniach o roli trenera należy pamiętać o podstawowej prawdzie, że to zawodnicy grają, to oni wygrywają, albo przegrywają. Rolą trenera jest tylko, lub aż, przygotowanie ich do wygrywania.

Na zakończenie szalenie przewrotny wiersz Młynarskiego :
„Miłe Panie i Panowie bardzo mili,
felietonem tym rozbawię was troszeczkę?
W schludnym palcie i odzieży
pan niedawno mi się zwierzył,
że jak wszyscy ma on w życiu swą poprzeczkę.
Lecz, gdy inni wokół walczą o wyniki
i rozgrzewa ich rywalizacja chyża,
gdy w krąg wszyscy ostro koszą
i poprzeczki swe podnoszą,
on przeciwnie, swą poprzeczkę wciąż obniża.
Dzięki temu wszystkie skoki ma udane,
jest na luzie, uśmiech mu na ustach kwitnie,’
ale ludzie go nie lubią.
- Ty asekurancie! - mówią,
jak ty skaczesz? Marnie! Nisko! Nieambitnie!?
Facet poszedł i zostawił mnie z problemem,
treść problemu jest następująca?
Czy na miarę możliwości
przeskakiwać z przyjemnością
czy tez nie znać miary i ambitnie strącać?”

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1