A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 68

Wszystkie gały widziały, że „finis coronat opus”, czyli że finisz kończy dzieło. Rywale nasi, jak w  maratonie albo klasyku kolarskim, szybciutko przebierali nóżkami w dystansie, ale sił im zbrakło na finiszu.

 

Niestety zakończenie sezonu w piłce naszej kopanej zostało przyćmione bolesnymi wydarzeniami na stadionie poznańskiego Lecha, które zajmują uwagę mediów i jak zwykle ilu piszących, tyle pomysłów na to jak walczyć z zarazą. Mnie ta sprawa zajmuje mniej uwagi, bowiem nie pozwolę, aby jakieś zafajdane wydarzenia odebrały mi satysfakcję z tytułu mojej ukochanej drużyny. Stało się modnym narzekanie na poziom naszej piłki ligowej i prawie każdy używa wyszukanych porównań, ale tym co generalnie narzekaczy łączy, jest stwierdzenie, że Legia wygrała, bo rywale byli słabi. Co jest prawdą tylko w tym znaczeniu, że przeciwnicy byli słabsi, ale przecież nie słabi. To nie Legia żywiła się słabością innych, to rywale żywili się słabością i błędami Legii. Nie budzi żadnych wątpliwości stwierdzenie, że Legia nie wykorzystuje swojego potencjału finansowego, organizacyjnego i kadrowego jak należy. Na tym powinna polegać siła konkurencyjna Legii i w końcu to ona zwyciężyła. Parafrazując stare powiedzenie „wszyscy grali, a wygrała i tak Legia”. Prezes Mioduski również ma przekonanie, że nasza liga ma dużą siłę konkurencyjną, ale można mieć gdzieś taką konkurencyjność, w której zespół wyraźnie lepszy w każdym elemencie piłkarskiego kunsztu przegrywa z takimi słabeuszami jak Bruk-Bet, Śląsk, Arka, Zagłębie Lubin u siebie czy traci punkty z Sandecją. Na potwierdzenie słów Mioduskiego można jednak powiedzieć, że i nasi rywale mieli swoje Termopile. Naszych błędów i słabości wymieniał nie będę, bowiem w kontekście zdobycia tytułu nie może taka postawa być żadnym usprawiedliwieniem, ani tym bardziej okazją do wylewania pomyj. Wygraliśmy nie dlatego, że byliśmy gorsi, ale dlatego, że byliśmy lepsi. Za intelektualną brednię i blagę uważam taką postawę, że w momencie triumfu wyciąga się  zmyślone lub prawdziwe wady, rzekomo po to, aby ich nie powielać w przyszłości. W rzeczywistości jest to puszczenie bąka pośrodku salonu pełnego radośnie bawiących się gości. Wybaczcie, ale mnie w takiej roli nie ujrzycie. Albowiem najprostsza prawda jest taka, że kierownictwo Legii i osobiście jej prezes pokazali niespotykana klasę i okazali się ludźmi wiarygodnymi. Bo ten jest wiarygodny, kto osiąga zakładane cele.

Wygrana jednych oznacza zawsze porażkę drugich. Kto tego nie przyjmuje do świadomości i z tego faktu nie wyciąga wniosków, ten się do sportu nie nadaje. Dążeniu do zwycięstwa musi zawsze towarzyszyć myśl o możliwej przegranej, bowiem rywale mają swoje plany i ambicje. Kiedy widzi się tylko siebie jako wygranego, porażka zamienia się w klęskę, z którą niepodobna się pogodzić. Te stare prawidła i w dobie dzisiejszej okazują się prorocze. W Lechu z jakąś masochistyczną udręką rozpamiętują dlaczego zostali z ręką w nocniku. Przecież po rundzie zasadniczej byli na prowadzeniu i tylko marne 7 kroczków dzieliło ich od piłkarskiego raju. Mnie, staremu prześmiewcy, przypomina to scenkę z wiersza Adama Mickiewicza: ”Już był w ogródku, już witał się z gąską / kiedy skok robiąc wpadł w beczkę wkopaną / gdzie wodę zbierano”, i dalej: ”Za wysokie progi na Lechickie nogi”. Lecz oni faktów nie są skłonni przyjmować do wiadomości i żyją w jakiejś obsesji niewykorzystanej stuprocentowej szansy. Sami nabrali takiego przekonani, że są już mistrzami, że i ich kibole nie byli w stanie porażki znieść. A prawda jest golutka. Gdyby to Lech zdobył tytuł, to można by powiedzieć, że kiedy tak słaby zespół wygrywa to cała liga jest niewiele warta. Dlatego rozważania o tym dlaczego Lech przegrał są bezpłodne, a jedynie co godne rozważenia to jest odpowiedź na pytanie dlaczego musiał przegrać? Odpowiedź jest złożona. Zacząć wypada od stwierdzenia, że w każdej drużynie musi istnieć fundament. Im jest on trwalszy tym cała budowla mocniejsza. W drużynie piłkarskiej takim fundamentem są piłkarze tworzący trzon zespołu, swego rodzaju kręgosłup. Im oni prezentują wyższą klasę tym i drużyna silniejsza. Lech ma dość wyrównana kadrę, ale europejskiego formatu piłkarza ani jednego. W  Legi takich jest zatrzęsienie, że wymienię: Malarza, Jędrzejczyka, Pazdana, Vesovicia, Remy’ego, Philippsa, Antolicia, Szymańskiego, Mączyńskiego, Radovicia czy Niezgodę. W Jadze jest ich mniej, ale Runje z Mitroviciem stworzyli chyba najbardziej wyrównaną parę środkowych obrońców, a Novikovas z Frankowskim duet wyjątkowo groźnych skrzydłowych. W Lechu ostatnim z tych o wysokim poziomie był Hamalainen, który w Legii bywa bardziej rezerwowym niż podstawowym zawodnikiem. To ten brak jest podstawową przyczyną tego, że Lech zajął najniższy stopień pudła. Inaczej mówiąc, filozofia budowy tamtej drużyny jest błędna i z góry skazuje ją na porażkę. Kiedy przeanalizujemy transfery z Lecha i do niego, to okaże się, że drużyna stale się osłabia. Więc jej aspiracje są niewspółmierne do rzeczywistych możliwości. Oczywiście były i pomniejsze babole. Przed rundą pisałem, że dużym obciążeniem dla Lecha jest trener Bjelica. Nie tylko dlatego, że jakoś nie mam przekonania do trenerów, którzy po sukcesach w jednym klubie nie znajdują zatrudnienia w innym wysokiej rangi, ale szukają roboty na peryferiach wielkiej piłki. Trener Bjelica wykazywał ogromną niestabilność emocjonalną i chyba nie był w stanie skoncentrować swojej uwagi , jak i przede wszystkim piłkarzy na jednym, jedynym celu. W kilku spotkaniach, przy wyrównanej grze, nie pomógł swojej drużynie, zachowując się jak szaleniec przy linii bocznej. Piłkarze takich zachowań nie lubią, gdyż wprowadza ich to w stan nerwowości, nakłada dodatkową presję i nie wiedzą o co temu trenerowi chodzi, czego on chce. Zamiast grać to główkują. I chyba zastosował wadliwy system przygotowań do rundy. Nasza liga pracą fizyczną stoi, a Bjelica od okresu przygotowawczego i w sezonie trenował zawodników w stałym mikrocyklu. Przynosiło to pozytywne efekty w marcu i na początku kwietnia, kiedy to piłkarze Lecha wyglądali fizycznie bardzo dobrze i prezentowali wyborną formę. Ale wraz z trudami sezonu ta forma uleciała, bo chyba podstawa wytrzymałościowa była zbyt wątła i gracze Lecha zatracili zdolność do intensywnej gry, w tym do jej przyśpieszenia i zaskakiwania rywali. W kierownictwie Lecha przyczyn degrengolady upatruje się w niewłaściwym nastawieniu psychicznym,że niby zawodnicy nie chcieli umierać za tytuł. To są jakieś bajeczki dla zupełnie niedorosłych dzieci. Lech przegrał również z tego powodu, że był niereformowalny, co samo w sobie nie jest wielką wadą pod warunkiem, że stały system ma bardzo dobrych wykonawców. Lech grał w stałym ustawieniu 4-2-3-1, sprawdzonym i elastycznym. Tylko że jego sposób gry został bezbłędnie rozszyfrowany przez rywali i samo zgranie, rozumienie się zawodników nie stanowiło antidotum na poczynania innych drużyn. A Lech dodatkowo dotknięty był dwoma zasadniczej natury wadami, a mianowicie jego środkowi obrońcy byli najsłabszymi ogniwami drużyny (wolni, niepewni, mało zwrotni, fatalnie wyprowadzający piłki itd.), zaś ofensywni pomocnicy byli bezproduktywni. W ten oto sposób Lech jako zespół nie zapewniał bezpieczeństwa w obronie i był niegroźny w ataku. Te wady szczególnie widoczne były podczas gry Lecha w Poznaniu, w którym czuł się on niejako zobowiązany do wygrywania poprzez atakowanie, i tym samym dodatkowe odsłanianie i tak słabych ogniw obronnych. Ten brak klasowych zawodników nie był winą Bjelicy i zrzucenie na niego winy za niepowodzenia zaświadcza, że w  kierownictwie klubu pracują gówniarze, a nie poważni i profesjonalni szefowie.

W ten oto sposób nie można nie odpowiedzieć dlaczego Legia, pomimo tylu wygibasów i dziwacznych piruetów, jednak wygrała. Można zaryzykować twierdzenie, że gdyby trenerem Legii do końca był Jozak to koniec nie byłby tak  radosny. Jego zamiana na Klafuricia zbiegła się szczęśliwie w czasie z dwoma czynnikami o charakterze obiektywnym. Przewaga naszych rywali w dotychczasowych meczach jeżeli idzie o przebiegi uległa wydatnemu zmniejszeniu i przestała odgrywać rolę decydującą, zaś naturalne procesy wzajemnego zrozumienia i zgrania uległy w naszym zespole kumulacji. A ponieważ trener Klafurić przestał pełnić rolę cenzora, który jakby tylko czyhał na błędy zawodników, aby im je wytknąć, natomiast pozwalał im grać, wiedząc że nie ma zawodników grających stale bezbłędnie. Zawodnicy pozbyli się strachu przed  stosowaniem trudniejszych i bardziej ryzykownych zagrań, wróciła radość z gry, a że umiejętności były wysokie to i efekt być musiał. No i zagrała stara piłkarska prawda, że to nie dobra atmosfera w szatni decyduje o wynikach, ale to wyniki decydują o atmosferze w szatni. Wymieniając trenera w trakcie finiszu rozgrywek, prezes Mioduski podjął pewne ryzyko. W moim przekonaniu było ono konieczne. Przypominam sobie wywody Żewłakowa jakoby Leśnodorski był ryzykantem, a tej cechy rzekomo miało brakować Mioduskiemu. Mioduski odróżnia ryzyko opłacalne od nieopłacalnego, zasadne od niepotrzebnego, ale kiedy doszedł do wniosku, że jest ono niezbędne to nie zawahał się go podjąć. W efekcie opłaciło się.

Niezależnie od różnych głosów, kiedy w miarę obiektywnie obserwuje się i ocenia wydźwięk medialny prezentowany przez poszczególne kluby piłkarskie Polsce, to aż rzuca się w oczy i pada na uszy ich egoizm i prymitywizm. Nie chcę tego zapisywać jako cechy narodowej, ale wrogość wobec innych dominuje i wyznacza kierunek propagandy klubowej i nie tylko. Legia pod tym względem stanowi pozytywny wyróżnik. Niestety nie można zapominać, że zwłaszcza wśród  kibiców są fragmenty tej ohydnej wrogości, ale nie są one na szczęście dominujące. Legia nie buduje swojej tożsamości, w odróżnieniu od wielu innych, na wrogości, bo to nie jest żadna tożsamość, tylko wykrzywiona nienawiścią świńska morda. Tożsamość buduje się na pozytywnych wartościach, bo tylko wówczas ma ona sens i ma trwały charakter. Bez wartości osadzonych w uniwersalnej etyce całe to granie w tę piłeczkę naszą ukochaną i to legijne wygrywanie byłoby jak osadzanie sztucznymi kwiatami uschniętego drzewa.

I to by było na tyle.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1