A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 71

Wyśmiewamy dawne społeczeństwo, bo łatwowiernie przyjmowało wszystko, co mówiły osoby, mogące sobie rościć jakieś prawa do nauczania – księża, nauczyciele czy po prostu rodzice. Za to współczesne społeczeństwo przyjmuje za prawdziwe wszystko co powie każdy i byle kto.

Osobliwie za najprawdziwsze uchodzą wieści internetowe, pomimo że to medium można śmiało porównać do śmietnika. Są w nim rzeczy pożyteczne, ale większość jego zawartości to odpady bez wartości, a nawet szkodliwe. Takiej naiwności próżno by szukać wśród dawnego chłopstwa czy ludów prymitywnych. Żaden chłop nie kupiłby konia tylko dlatego, że na czole miałby napis, że to najlepszy koń na świecie. I choć dzicy chętnie zamieniali rum na perły, to dlatego, że cenili bardziej od nich rum, a nie dlatego, że czytali o zaletach pereł. Takie opowiastki mające świadczyć o niższości dzikusów dowodzą jak mało autorefleksji i rozumu można dzisiaj uświadczyć. Wszystkie bowiem perły są sztuczne, w tym znaczeniu, że ich wartość jest całkowicie sztuczna i umowna. A sztuczne wartości przynoszą ludziom same szkody. To prawda, że odbiorcy treści medialnych, głównie reklam, są łatwowierni. Lecz wywierają one wpływ nie tylko na masy, które te treści czytają, ale i na samych twórców owych „dzieł”. Zupełnie jakby zarażali się dziwacznym, drażliwym optymizmem, tak typowym dla świata komercyjnego. Nie znoszą najmniejszej krytyki, uznając ją za czarnowidztwo. Pragną pozostać jak najdłużej w dobrym nastroju, bowiem jest to nastrój przyjemny. Mają chyba niejasne, ale trafne przeczucie, że gdyby tak się na moment zastanowili co jest takiego dobrego w tym co tak zawzięcie zachwalają to by poszli precz. A gdzieś u podstaw tego sztucznego optymizmu leży fakt, że jest coś nierealnego i sztucznego w świecie mediów i finansów oraz sposobie życia i rozumienia rzeczywistości jaki ten świat narzuca. Kiedy wystarczy jeden tekst, aby kogoś wynieść na szczyt i drugi, aby go strącić w otchłań , kiedy sprawy stoją aż tak źle, ludzie, chcąc nie chcąc, muszą być optymistami. Tylko że nawet najlepsza propaganda nie zmieni oczywistej porażki w sukces i wówczas zaczynają się pląsy jak z tego z tzw. twarzą wybrnąć i poczyna się tworzenie słów kluczy, które mają coś wyjaśnić, a niczego nie objaśniają, bo przecież żadnego zamka nie są w stanie otworzyć.  Wiele takich tekstów nie zawiera żadnej treści i tylko śladowe urywki myśli, które na ogół są nie nowe. I tak po prawdzie to temu rozumowaniu o sprowadzaniu wszystkiego do pozorów nie można wiele zarzucić, bo to żyje może dzień, może dwa, póki inny news  go nie pokryje patyną zapomnienia.

Dlatego też rzekomego raportu z Mundialu omawiał nie będę, natomiast zajmę się dwiema kwestiami, które są niejako ponadczasowe, a mianowicie selekcją i mentalnością, cokolwiek to słowo znaczy.

Moja obecna lekarka rodzinna mówi mi tak: ”Panie Zbyszku ja nie jestem wybitnym diagnostą, więc nie zawsze wiem co choremu dolega i jak go leczyć, więc zlecam odpowiednie badania, aby te wiedzę o chorobie posiąść”. Wcześniej moją lekarką była znakomita diagnostka, ale takich jest na tym świecie ilość minimalna. Podobnie z trenerami. Ja w swym długim żywocie mogę z czystym sumieniem wymienić jako wybitnego diagnostę tylko jednego trenera reprezentacji, a mianowicie Kazimierza Górskiego.  W jakimś stopniu badaczem był Jacek Gmoch oraz od biedy Antoni Piechniczek. Reszta nie miała żadnej metody na wyselekcjonowanie tych, którzy stworzą drużynę zdolną do odnoszenia sukcesów. W zasadzie nie wybierają, tylko powołują tych, którzy uznawani są w swoich drużynach klubowych za dobrych. Kazio Górski jak został w 1971 roku trenerem reprezentacji też tak postąpił, ale rychło zaczął dobierać nie tych co byli na dziś na topie, ale tych, którzy powinni być najlepsi za kilka lat. Z określonymi zawodnikami awansował na Igrzyska do Monachium w 1972 roku i zdobył tam złoty medal. Na owe czasy ogromny sukces. Nie miał w zespole starych zawodników, a pomimo to na Mistrzostwach Świata w RFN w 1974 roku miejsca w pierwszym składzie z drużyny olimpijskiej zachowali tylko prawy obrońca Szymanowski, środkowy Gorgoń, rozgrywający Deyna i lewoskrzydłowy Gadocha. Mógł po takim sukcesie na Igrzyskach śmiało jak np. Nawałka powiedzieć, że wybrał najlepszych  oni zdali egzamin i do następnej imprezy nie widzi potrzeby zmian. Mógł, ale Górski stale szukał. Nie wśród ulubieńców mediów, ale wśród takich, którzy będą lepsi od tych, których miał. Jego wybrańcy nie byli najlepszymi zawodnikami na swoich pozycjach w Polsce i dopiero gra w reprezentacji uczyniła z nich prawdziwe gwiazdy, że wymienię bramkarza Jana Tomaszewskiego, środkowego obrońcę Władysława Żmudę, lewego obrońcę  Adama Musiała, pomocników Maszczyka i Kasperczaka, środkowego napastnika Andrzeja Szarmacha i prawoskrzydłowego Grzegorza Latę. Na następną imprezę Górski pojechał z mistrzowskim składem, bez zmian  i drugie miejsce drużyny na Igrzyskach w Montrealu uznano za klęskę. Czy ten cykl czegoś i w dzisiejszej reprezentacji nie przypomina. Nawałka jak Górski z lat 1974-76 pozostał w zaklętym kręgu tych samych nazwiska, które już lepszymi nie mogły się stać. Tyle tylko, że w tamtych czasach ogląd i intuicja były podstawowymi narzędziami badawczymi przy selekcji kandydatów do drużyny. Dziś w dobie rozbudowanych programów komputerowych i dostępu do najnowszych osiągnięć medycyny diagnostycznej chciałoby się, aby i trenerzy naszej reprezentacji  z tych metod korzystali. Być może korzystają, ale na tyle potajemnie, że  efektów nie widać, a właściwie widać, ale nie takich jakich oczekiwaliśmy. Chciałoby się, aby zawodnicy reprezentacyjni pasowali do siebie jak trybiki w zegarku, bo tylko wówczas mechanizm działa jak należy i robi to co do niego należy. Inaczej też działa, ale na nerwy.

Kolejnym słowem kluczem w raporcie stało się słowo mentalność. Powiada się w nim, że drużyna nie była odpowiednio przygotowana mentalnie w niektórych aspektach do skali trudności na Mundialu oraz że nie udało się zrobić wszystkiego, aby scalić mentalnie zespół. Ja, który jestem z zasady skrupulatny i wydawało mi się, że wiem co to mentalność po przeczytaniu  powyższego zwątpiłem w swoją erudycję i jeszcze raz sprawdziłem. Śmiało mogę rzec, że autorzy nie wiedzą co to jest mentalność i używają tego słowa jako klucza, który ma coś objaśniać i coś usprawiedliwiać. Czyżby miał ukryć słowa, że zawodnikom się po prostu nie chciało grać?... Gdyż mentalność nie jest pojęciem z zakresu psychologii, ale socjologii i oznacza zmienny w czasie, lecz już w wieku dorosłym stały stosunek do określonych zjawisk życia społecznego. Natomiast psychologizm z jego pozytywami i negatywami przywlókł do polskiej piłki jako pierwszy Jacek Gmoch. On to doszedł do wniosku, że musi w zawodzie trenera uczyć się psychologii, bowiem był zwolennikiem poglądu C.J.Lewisa, że: ”Wiedza umożliwia działanie, a działanie pozwala osiągnąć wartościowe wyniki”. Jego zdaniem, aby człowiek był w stanie skutecznie rozwiązywać problemy, musi wykorzystywać najbardziej skuteczne narzędzia osiągania celów, musi działać z pozycji siły. A tą siłą jest nauka i technologia. Gmoch był zafascynowany teorią przetwarzania informacji A. Newella i H.A. Simona, którzy dowiedli, że człowiek jest układem poznawczym. Ten układ ma takie cechy: jego działanie jest celowe, dysponuje on pamięcią świeżą i trwałą, tempo operowania informacjami jest określone oraz funkcjonuje on według pewnego programu. Cechy te w znacznym stopniu determinują zachowania ludzkie. Po postawieniu celu człowiek dąży do niego za pomocą pewnego programu, a to oznacza, że czynności ludzkie są sterowane informacją. Gmoch operował informacjami o przeciwniku jako podstawami taktyki, organizacji gry i stawiania zadań wykonawczych przed zawodnikami. Natomiast  mentalność jak to niedawno zbadał socjolog prof. Janusz Czapiński ma swoiste cechy i określa ona nastawienie do życia społecznego. Prof. Czapiński na podstawie badań stwierdził, że Polacy w zdecydowanej większości mają takie cechy mentalne jak: 1) brak zaufania do innych, 2) motywację reaktywną oznaczającą, że jak nie jest źle to jest dobrze czyli brak ambicji zmiany na lepsze, 3) Polacy są indywidualistami i pozostają w opozycji do wspólnoty, 4) Polacy budują własną wartość na porównaniu z innymi i tym samym nie wybaczają innym błędów. Różnice zdań nie łączą ich, ale skłócają.

Oczywiście nasi reprezentanci nie byli wolni od tych cech, ale chyba trener nie je miał na myśli pisząc o mentalności. Chyba chodziło mu o właściwą motywację, a właściwie o to, że nie potrafił jej wzbudzić i utrwalić i do czego się nie potrafił przyznać, więc ukrył własną nieudolność za fasadą słowa klucza, który niczego nie wyjaśnia tylko wprowadza mętlik pojęciowy.

Przyznać trzeba, że to szukanie i oczekiwanie, że nauki w postaci socjologii, psychologii stanowią jakieś panaceum na całe zło jest czymś na kształt chwytania się brzytwy przez tonącego. Jest on w sytuacji jego zdaniem beznadziejnej i za wszelką cenę chce się ratować. Pytanie tylko czy trenerzy naszej reprezentacji muszą uciekać się do takich tłumaczeń. Ja już wolę to słynne „Polacy, nic się nie stało”. Ale najbardziej wolę odwoływanie się do etycznej kategorii obowiązku jako nakazu określonego zachowania się i postępowania w określonych sytuacjach. Jak słusznie zauważa G. E. Moore w „Etyce”  cokolwiek jest korzystne, jest również naszym obowiązkiem i że cokolwiek jest obowiązkiem jest zawsze korzystne. To zaś oznacza, że pomiędzy obowiązkiem a korzyścią zachodzi ścisły związek, czyli że zawsze powinniśmy czynić to co przynosi możliwie najlepsze następstwa. Inaczej mówiąc, ten kto wymaga wywiązania się z określonych obowiązków postępuje zgodnie z racjami rozumu i do racjonalności się odwołuje. Redukuje do minimum kwestie emocjonalne i im nie ulega. Bowiem sprowadzanie gry w piłkę na poziomie wysokiego wyczynu sportowego do chęci lub niechęci zawodników jest absurdem poznawczym. Niestety to nim posługują się zwolennicy wszechmocy mentalności, co oznacza sprowadzanie tego co obowiązkowe, a więc konieczne, do ulegania chwilowym nastrojom.

Ale nie to jest najgorsze. Takie tworzenie mitów nasuwa uzasadnione podejrzenie, że ci, którzy opisują pewne zjawiska sami nie wiedzą co się stało, że było tak jak było. To tak jak w chorobie, żeby ją skutecznie leczyć, trzeba wiedzieć co ją spowodowało. U lekarza chyba łatwiej, bo medycyna to jednak nauka. U trenerów piłkarskich trudniej ustalić rzeczywiste przyczyny z wielu względów, nie tylko nieuctwa, lecz również nazwijmy to z towarzyskich i dlatego zdecydowanie wolałbym, aby raporty po nieudanych występach sporządzali ludzie z zewnątrz, bo od autorów niepowodzeń można wiele wymagać, ale czy koniecznie masochizmu? Inną sprawą jest korzystanie z materiałów przez następców, tak, aby była ciągłość szkoleniowa i poznawcza.  Tego też nie było, więc może lepiej byłoby, aby takie „dzieła” w ogóle nie powstawały, bo jak są po nic, to są do niczego.

I to by było na tyle.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1