A+ A A-

Rosja 2018: Zdjęta klątwa

Znamy już wszystkie pary ćwierćfinałowe w mistrzostwach świata. W sobotę o 16:00 Anglia zmierzy się ze Szwecją. We wtorkowe popołudnie Szwedzi pokonali Szwajcarów 1:0, natomiast w wieczornym meczu Anglicy po remisie 1:1 i serii rzutów karnych okazali się lepsi od Kolumbijczyków.

 

Obecność Szwecji w ćwierćfinale to zaskoczenie. Przed mistrzostwami wydawało się, że Szwedom będzie ciężko o wyjście z grupy, a i bezpośrednie zestawienie ich ze Szwajcarami nakazywało nieznacznie wyżej oceniać szanse tych drugich. Tymczasem wtorkowy mecz przebiegał pod dyktando Szwedów, którzy oczywiście imponowali w defensywie, ale i szwedzkie ataki były groźniejsze od tych konstruowanych przez rywali. Przykład Szwecji pozbawionej Ibrahimovicia dowodzi jasno co liczy się w piłce nożnej – drużyna. Nie trzeba mieć wielkich gwiazd, można stosować przewidywalną do bólu taktykę i zastępować wypadających z jedenastki piłkarzy zgodnie z kluczem łatwym do rozszyfrowania przez każdego przeciwnika, można stworzyć atak z przeciętnej co najwyżej pary ToivonenBerg, a i tak dojść do ćwierćfinału mistrzostw świata.

W meczu Anglii z Kolumbią dużo było fizycznej walki o awans, fauli, boiskowej brutalności i obustronnych pretensji do sędziego. Meczowi nie sposób odmówić jednak dramaturgii, a obu drużynom – determinacji i zawziętości. Zakończenie turnieju na etapie jednej ósmej finału to z pewnością zawód dla Kolumbii. Podobnie jak w przypadku Argentyny (choć kaliber nazwisk jednak nie ten) bogactwo opcji w grze ofensywnej nie znalazło przełożenia na prawidłowe funkcjonowanie zespołu na boisku – bo Anglicy przez większość meczu byli jednak drużyną minimalnie lepszą. A może Kolumbii po prostu zabrakło tego dnia Jamesa Rodrigueza? Anglicy z racji historycznego obciążenia nie mogli być entuzjastami pomysłu rozstrzygnięcia rywalizacji serią ‘jedenastek’, ale jak wiadomo, nawet najgorsza passa musi się kiedyś skończyć. Zwycięstwo Anglii cieszy mnie z dwóch powodów, po pierwsze darzę osobliwą sympatią słynny angielski hype, po drugie nie da się bronić tezy, że Polska odpadła z mistrzostw świata z powodu nadzwyczajnej siły naszych grupowych rywali.

Dzień wcześniej Brazylia dość spokojnie uporała się z Meksykiem, zwyciężając 2:0. Meksykanie zaczęli odważnie, bez kompleksów, ale koniec końców brazylijska jakość musiała zatriumfować. Nieoczekiwanie znacznie ciekawszy był wieczorny mecz Belgii z Japonią. Przy wyniku 2:0 dla Japonii Belgów straszył koszmar z meczu z Walią z mistrzostw Europy, a gra Japonii szokowała – mając w garści dwubramkowe prowadzenie, Japończycy ‘siedzieli’ na Belgach wysokim pressingiem na belgijskiej połowie boiska. Gdyby nie fatalny błąd Kawashimy, który dał Belgii kontaktowego gola, bylibyśmy świadkami kolejnej na tym turnieju wielkiej sensacji. Ostatecznie do niej nie doszło, bo uskrzydleni Belgowie dorzucili dwie kolejne bramki, a kontra z ostatniej minuty, po której Chadli zdobył gola na 3:2, była wyprowadzona w modelowy wręcz sposób. Piątkowy mecz Brazylii z Belgią powinien być hitem ćwierćfinałów.

Dyskusja (1)
1czwartek, 05, lipca 2018 14:23
a-c10
Nie wiem, może coś mnie ominęło, nie zauważyłem jednak nigdzie opinii, że siła naszych grupowych rywali była "nadzwyczajna". W kluczowych momentach (zwłaszcza 24. czerwca) była większa, niż nasza. Śmiem twierdzić, że gdyby Kolumbijczycy zagrali z Anglikami tak, jak z nami, dziś sposobiliby się na Szwedów. Niestety, stało się coś, na co bezskutecznie liczyłem w tamtą paskudną niedzielę. Podopieczni Pekermana przerżnęli sami ze sobą, więcej energii poświęcając na utarczki z arbitrem i rywalami, niż na konstruowanie ataków.

Odnośnie tych tam, co to trzy lwy mają w tarczy, okazuje się, że na nich zawsze można liczyć. Już-już mogło się zdawać, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów Anglia posłała na wielki turniej drużynę, która zamierza grać w piłkę, a nie pajacować. Niestety, po przedwczorajszych wyczynach Hendersona, Maguire'a i Lingarda da się jedynie przytoczyć powiedzonko o głupich dzieciach matki nadziei.

Mecz obu drużyn na "Szw" to była jawna kpina z nas, pitolników (o tzw. dziennikarzach sportowych nie wspominając). No bo tak: oglądamy tę piłkę od dziesięcioleci, analizujemy, porównujemy, klecimy och-ach-jakże mundre teorie, a koniec końców zapominamy o jednym, szalenie istotnym fakcie - futbol to sport niskowynikowy. W żadnej chyba innej dyscyplinie pojedyncze zagranie nie ma zbliżonego potencjału znaczeniowego. A gdyby Akanji/Cionek odbił piłkę inaczej? Jak by się to dalej potoczyło? Ile warte byłyby nasze obecne opinie?

O Szwajcarach nie wiem, co napisać, więc nie napiszę nic. Co zaś się tyczy Szwedów - ich ćwierćfinał (!) z Anglikami uważam za jedno z największych kuriozów w historii Mundiali. Oglądać tego potworka nie zamierzam, a kciuki będę ściskać za kontrolę dopingową. Niech coś znajdzie i u jednych, i u drugich i niech ten, ekhem, mecz zakończy się obustronnym walkowerem.

Belgia niebezpiecznie przypomina mi Anglię. Ale nie tę obecną, a taką sprzed nastu lat. Mnóstwo głośnych nazwisk. Sporo talentu. Świetne wyniki w eliminacjach i sparringach. A gdy przychodzi co do czego, nieodmiennie dupa. No bądźmy szczerzy, gdyby nie Kawashima, Belgowie byliby już w domu. Tak się zastanawiam: czy trener Martinez ma jakiś pomysł na grę swojej ekipy poza "e, dobra, chłopaki, jakoś dacie radę"? Na Brazylię może to nie starczyć.

Choć bardzo chciałbym, aby jednak starczyło. Jak sobie przypomnę żałosny teatrzyk w wykonaniu Neymara, to naprawdę nie mam ochoty na powtórki. Skoro tak strasznie chłopaka boli, skazywanie go na dalsze męki byłoby wręcz nieludzkie, prawda?

I jeszcze słówko o Meksykanach, którzy zgłosili silną kandydaturę do drugiego miejsca w klasyfikacji Frajer Ranking tego Mundialu. Miejsce pierwsze wydaje się być nieodwołalnie zarezerwowane dla Niemców (choć nie mówmy hop...), ale wyczyn Chicharito & co. również zasługuje na odnotowanie. Na dzień dobry puknęli wspomnianych już Niemców. Co prawda, mogli wyżej, ale cóż, kręcenie nosem nad rozmiarem zwycięstwa w meczu z panującymi Mistrzami Świata nie jest chyba najrozsądniejszym pomysłem. Na pewno jednak El Tri powinni byli mocniej powieźć Koreę. Też się nie udało? Nic to. Sprawy ułożyły się przecież w taki sposób, że nawet jednobramkowa porażka dawałaby im pierwsze miejsce w grupie. Tyle że oni przerżnęli trzema bramkami i musieli liczyć na cud w drugim meczu. Cud się, co prawda, ziścił, ale wystarczyło to Meksykanom do zaledwie drugiej lokaty. Oznaczało to mecz 1/8 finału z Canarinhos. Reszta jest historią. A z historii wiadomo, że Meksykowi w starciach z Brazylią przesadnie nie idzie.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1