A+ A A-
  • a-c10
@ Zbyszek: Zacznę od tego, że na gruncie emocji w zupełności się z Tobą zgadzam. Znaczy chciałbym, aby ESA37 była jedynie pomysłem przejściowym. Abyśmy faktycznie w niedalekiej przyszłości mogli dać sobie spokój z tym dzieleniem tabel i punktów, nieparzystą ilością spotkań i innymi ciekawostkami, a w zamian za nie zafasować sobie 18-, a najlepiej to dwudziestozespołową Ekstraklasę. Chciałbym, aby toczony w przed-przedostatniej kolejce mecz zespołów z pozycji 9 i 13 w takiej Ekstraklasie był pasjonującym spektaklem, podczas którego zawodnicy walczyć będą o utrzymanie zaufania kibiców i swego miejsca w składzie na następny sezon. Chciałbym, aby o ostatecznym kształcie tabeli decydowały wyłącznie wyniki meczów, a nie ustalenia Komisji Licencyjnej. I jeszcze parę innych rzeczy też bym chciał. Niestety, chcieć to nie zawsze móc. Marzenia marzeniami, a rzeczywistość wygląda np. tak, że po właśnie zakończonym sezonie z Ekstraklasą pożegnały się Górnik Łęczna i Ruch Chorzów. I może dobrze - z całym szacunkiem - że padło akurat na te dwa kluby (tu jeszcze niezgorzej byłoby mieć w pamięci czteropunktowy malus Niebieskich), bo w sumie to nie bardzo wiadomo, co się dalej z nimi będzie działo. I chyba lepiej, że od reszty ligi oddzieliła je degradacyjna kreska, nie licencyjna gilotyna. Można by niby odetchnąć z ulgą. Sęk w tym, że w miejsce w/w duetu meldują się Sandecja, która grać będzie w Niecieczy i Górnik Zabrze, który grać będzie tylko dlatego, że pani prezydent hojną ręką trwoni miejskie fundusze. Trochę zamienił stryjek, nieprawdaż? Aha, warto również wspomnieć o mniej, lub bardziej uzasadnionych podejrzeniach, iż rzeczona dwójka awansowała nie dlatego, że była w minionym sezonie najlepsza w tzw. I lidze, a dlatego, że kilku innym klubom promocja była z różnych względów nie na rękę. Ot, taki nasz lokalny folklor. Rozmawianie w takich warunkach o powiększaniu ligi uważam za cokolwiek oderwane od realiów. Tym bardziej, że: Kibice, Zbyszku, już są. Tacy rozumiani "po naszemu", czyli jako trwali, zdeklarowani zwolennicy jednego z klubów. Owszem, czasem zdarza się, że ich liczba gwałtownie rośnie (szanowna sąsiadka przeżyła coś takiego wraz z pojawieniem się pewnego speca od kabli), kiedy indziej drastycznie spada, generalnie jednak są to sytuacje rzadkie. Dlatego też siły ekonomicznej ligi nie buduje się na kibicach, a na oglądaczach. Ludziach, których związek z określonym klubem jest luźny, bądź zgoła żaden, a do oglądania meczów przyciąga ich możliwość uczestnictwa w sportowym święcie. Znów nie chciałbym - broń Boże! - nikogo urazić. Uważam jednak, że szalenie trudno byłoby przebrać za święto mecz Chojniczanka-Wigry o naste miejsce w tabeli. Decydujący o zaszczytach mecz Lech-Legia, a nawet Jagiellonia-Lechia? Bez problemów. Nawet gdyby było to czwarte takie spotkanie w sezonie. Idąc dalej, plany dalszego dojenia telewizji uważam za co najmniej ryzykowne. Z minimum dwóch powodów: (a), lokalnie: piszesz, Zbyszku, że taki Eleven byłby w stanie wyłożyć ileś tam i zdecydowanie przebić ofertę C+. Nie wiem. Może byłby, może nie. Fakt faktem, od długich już dekad przy okazji dosłownie każdego przetargu na prawa do transmisji Ekstraklasy słychać w zasadzie to samo. Ten, czy ów podmiot ma kasę i chęci, by wreszcie powalczyć i wyrwać ligę Canalowi. Zawsze kończy się na prężeniu muskułów; (b), globalnie: telewizja się zwija. Nie mam tu na myśli jakiegoś konkretnego nadawcy, tylko środek przekazu jako taki. Ja już zresztą kiedyś o tym na Ce-eL pisałem: coraz szerszą ławą wchodzą w wiek produkcyjny ludzie urodzeni jeszcze w poprzednim stuleciu, acz wychowani już w bieżącym. Dla ogromnej większości z nich telewizor to jak dla nas obu - nie przymierzając - pralka typu Frania. Obaj wiemy, jak taki wynalazek wygląda. Obaj mieliśmy (choć w pewnie różnym stopniu) okazję z niego korzystać. Założę się jednak, że propozycję wstawienia go na nowo do własnej łazienki obaj skwitowalibyśmy śmiechem. Dokładnie takim samym reliktem jest dla dzisiejszych dwudziestoparolatków telewizja. Podstawowe, ba, nierzadko jedyne ich medium to internet. A w internecie, jak wiadomo, wszystko jest za darmo. No, w najgorszym razie za niewygórowaną opłatą. Kazać przeciętnemu przedstawicielowi omawianej grupy wiekowej płacić (sto) kilkadziesiąt złotych za możliwość śledzenia Ekstraklasy to trochę tak, jakby mi ktoś polecił golić się brzytwą. I to widać na całym świecie. Ilości sprzedanych abonamentów lecą na łeb, na szyję w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, o Hiszpanii i Włoszech nie wspominając. Ze świadomością luźnego podejścia naszych współobywateli do prawa autorskiego, jestem święcie przekonany, że już niedługo i u nas ten problem zacznie się robić coraz bardziej widoczny. Na tym następnym przetargu jeszcze się może ESA'ie uda coś zarobić. A może nie. Na jeszcze następnym - szczerze wątpię. Co, patrząc z drugiej strony, powinno spodobać się sponsorom. Było nie było, im akurat raczej będzie na rękę, że bandy reklamowe z markami ich produktów są widoczne dla wszystkich, nie tylko dla szczęśliwców posiadających słono płatną przepustkę za cyfrowy parawan. Tyle tylko, że aby oni akurat byli skłonni do wykładania większych środków, tych "wszystkich" musiałoby być naprawdę wielu. A tu wracamy do kwestii święta...
This is a comment on "Legia - Lechia 0-0: Mistrzowski remis"