A+ A A-
  • Zbyszek
O tym,że dobrze,że ŁKS wrócił na swoje miejsce. Osobiście ŁKS kojarzy mi się niedobrze,a mianowicie ok.50 lat temu w Łodzi zaliczyłem ostatni swój wyjazdowy występ.Pojechaliśmy grupą kilkuset kibiców na mecz , nawet sprawnie nas doprowadzono ,tym bardziej,że z dworca Kaliskiego jest blisko.Na początku meczu kibice ŁKS zaintonowali zbiorowe okrzyki oskarżające kibiców Legii o spowodowanie śmierci ich kibica , który wypadł z pociągu wracając do Łodzi po meczu z Legią. Coś odkrzyknęliśmy i wówczas Milicja wyprowadziła nas ze stadionu na kopach i na pałach, bijąc aż do dworca. Po tym pałowaniu odechciało mi się ekskursji w obce strony. Lecz przede wszystkim mam przekonanie,że wzrostowi poziomu naszej piłki najbardziej służy rywalizacja pomiędzy dużymi ośrodkami miejskimi i gospodarczymi. Nie pomiędzy amatorami chcącymi budować duża piłkę na prowincji, bez zaplecza społecznego. A za ŁKSem stoi duża tradycja historyczna. Ma on już ponad 110 lat, był jednym ze współzałożycieli PZPN i Ligi Polskiej.Niestety tak jak wszystkie zespoły po przemianach 1989 roku i utracie mecenatu państwowego nie mógł złapać twardego gruntu po stopami,a jak już wydawało się,że ma poważnego właściciela to okazał się nim być nie rajski, ale "niebieski Ptak". On to w 1998 roku kupił ŁKSowi drugie Mistrzostwo,ale spłacał długi z tego Tytułu klubom i sędziom jeszcze przez rok. Uznał,że to za drogi biznes i klub porzucił , w efekcie czego ŁKS w 2000 roku spadł z ligi, po 59 latach nieprzerwanej bytności Po 6 latach awansował,ale znowu spadł. Potem znowu awans, zakupienie niezłych zawodników i kiedy wydawało się,że wychodzi na prostą w sezonie 2011/2012 zaczęła się agonia zakończona upadkiem do IV ligi.I tu pozwolę sobie porównać okoliczności upadku ŁKS i naszego rywala w LE Glasgow Rangers w nieodległym czasie. Otóż oba kluby z powodu nadmiernych wydatków nie rekompensowanych wpływami popadły w stan trwałej niewypłacalności. U nas bankruta na siłę trzymano w lidze, a nawet oskarżano PZPN,że go sekuje odmawiając przyznania licencji.Ale pozwolono ŁKSowi dokończyć rozgrywki i zagarnąć pieniądze z tego tytułu. A pieniądze te podzielili pomiędzy siebie nieudolni i winni bankructwa właściciel, prezes i dyrektor sportowy.Ci dwaj ostatni, znani piłkarze, natychmiast zresztą złożyli dymisje i pobrali "należne" odprawy . Sam ŁKS jak nie dostał licencji na grę w I lidze ogłosił upadłość i mógł zaczynać bez długów, po oszukaniu wierzycieli, swój marsz w górę, który bez pana Salskiego nie byłby możliwy. Natomiast Glasgow do IV ligi spuściła Rada Dyrektorów Ligi Szkockiej w trakcie rozgrywek . Nie zgodzono się na redukcję zadłużenia i odmówiono prawa do wypłat pieniężnych właścicielom i członkom Zarządu. Przy czym w Rangers podążają tą samą samobójczą drogą co przed kilkoma laty,a mianowicie do budżetu wpisują kwoty za awans do LE i pod te wpływy planują wydatki. Jak nie awansują to mogą mieć problemy. Pan Tomasz Salski właściciel ŁKS deklaruje,że ponad stan nie będzie żył i on niego niższy budżet ma tylko Raków. Jest on właścicielem dobrze prosperującego Konsorcjum Pogrzebowego " Klepsydra" i jak sam mawia, trudno robić pogrzeby z pasją.Cmentarz nie daje pozytywnych podniet ,ani za dużo pociechy. Pytany dlaczego zaangażował się w ŁKS odpowiada,że uprawiał przed laty piłkę nożną ,ale poważny wypadek przerwał karierę i czuje niedosyty sportowych wrażeń,a klub był do wzięcia praktycznie za darmo.Przy czym Salski deklaruje,że razem z dyrektorem sportowym Krzysztofem Przytułą, tym z Canalu + , stawiają na zawodników związanych z Łodzią i tamtejszym regionem i tu wymienia Pyrdoła jr, Sobocińskiego, Kołdrę, Bryłę, Kujawę, Bogusza i Rozwadowicza. Twierdzi , odwrotnie niż w Legii,że żaden z zawodników nie jest na sprzedaż. Na marginesie tych enuncjacji warto powiedzieć,że kluby awansujące do ESy z I ligi mają teoretycznie dwie drogi zadomowienia się tej klasie rozgrywkowej,albo utrzymać kadrowy stan posiadania przy niewielkich zmianach,albo dokonać kilku znaczących wzmocnień. Od kilku lat prezesi klubów awansujących i właściciele opowiadają ten sam tekst,że trzeba dać szansę tym graczom ,którzy wywalczyli awans ,a nie szukać następców,bo to mało budujące. A prawda jest taka,że nie mają pieniędzy na wzmocnienia i dla nędzy szukają pewnego wzniosłego, prawie patriotycznego, wsparcia ideologicznego. Wczoraj widać było,że to co wystarczyło na awans, było za mało na drugi skład Legii. Powszechnie uważa się,że twórcą sportowej części sukcesu ŁKS jakim był niewątpliwie awans jest dyrektor sportowy Krzysztof Przytuła . Jest chwalony zarówno przez właściciela jak i przez zawodników przede wszystkim za kompetencję i fachowość. Grał on w piłkę w takich klubach jak Szczakowianka ( o czym pewno chciałby zapomnieć) , Arka, Pogoń. Potem próbował bez powodzenia kariery trenerskiej i od 3 lat jest w ŁKS.Powiada się o nim,że wszystko ma zaplanowane na co najmniej na pół roku z góry, więc,już chyba wie co trzeba zrobić,aby ŁKS nie zleciał . Na zakończenie przypomnę tylko co bardziej znanych piłkarzy, którzy grali w ŁKS i Legii : Deyna, Tomaszewski,Terlecki, Wieszczycki, Kruszankin, Saganowski, Szczepański . Było jeszcze 2 wspólnych trenerów : Górski i Janeczek. O tym,że piłkę nożną usiłuje się zapisać w języku matematyki. W dobie wszechogarniającej komputeromanii oraz rosnących lawinowo coraz bardziej złożonych oprogramowań nie dziwi,że ta technika wkracza coraz bezczelniej do sportu i piłki kopanej, w dużym stopniu odzierając ją ze spontaniczności, dozy tajemniczości i niespodzianek . Można się zastanawiać na ile te programy oparte o system 0 Jedynkowy są w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytanie : dlaczego jeden zespół wygrywa , a drugi przegrywa?. Na razie mamy pęd na parametry gry i jest ich już chyba z kilkaset. Mnie to przypomina rozwój telefonii tzw. komórkowej, w której programiści pomieszczają setki tysięcy możliwości, instrukcja obsługi liczy kilkaset stron,a przeciętny zjadacz chlebka korzysta z kilku funkcji.A jednym z pierwszych , który na tę drogę arytmetyki wlazł był Jacek Gmoch. On był bodaj jedynym trenerem tak wysokiego szczebla, który miał wyższe wykształcenie politechniczne i niejako chciał wszystko zracjonalizować i zapisać w języku matematyki Kiedy analitycy opisywali zmiany w systemach gry jako zmiany w funkcjach poszczególnych pozycji, Gmoch zapisywał je jako konkretne liczy świadczące o zmianach w proporcjach . Niby niewielka różnica, tylko,że Gmoch dostrzegał potencjalne kierunki rozwoju taktyki piłkarskiej. Twierdził on mianowicie,że 3 funkcje : destrukcyjna, konstrukcyjna i egzekucyjna będą miały tendencją do równoważenia się i każdy zawodnik na swojej pozycji będzie musiał proporcjonalnie wykonywać część każdej z tych funkcji. Nie przewidział tak żywiołowego wzrostu wydolności piłkarzy, a więc i tego,że o taktyce gry i jej organizacji w ogromnej mierze będzie decydowało przygotowanie fizyczne. Same umiejętności czysto piłkarskie,bez mocy będą miały malejące znaczenie. Obok tej racjonalnej części badawczej piłki nożnej rozwinęła się jej cześć intuicyjna , której wyrazem są różnego rodzaju powiedzenia jak "Zespół buduje się od tyłu", Pokaż jaką masz drugą linię, powiem ci jaką masz drużynę " , " Jak my mamy piłkę, to nie ma jej przeciwnik" oraz "Gra się tak jak przeciwnik pozwala". Te powiedzenia są tyleż banalne, ile nieprawdziwe. Zajmijmy się tym ostatnim,że gra się tak jak przeciwnik pozwala. Oznacza ono takie podejście na klęczkach, przyjęcie założenia,że jesteśmy gorsi. To tak jak byśmy zaczynali grę w szachy czarnymi,a rywale białymi. To oznacza,że jesteśmy cały czas o jeden ruch do tyłu. I jeżeli białe nie popełniają jakiegoś poważnego błędu to można tylko zremisować,albo przegrać. Podchodzenie do meczu,aby być tłem dla przeciwnika ma umiarkowany sens. A piłka to na szczęście nie szachy. Wracając do wczorajszego meczu to analitycy - matematycy mają poważny problem bo, ŁKS miał większy % posiadania piłki, wymienił znacznie więcej podań, miał wyższy wskaźnik celności podań, w tym na naszej połowie i Łodzianie przebiegli o prawie 9 km więcej on naszych. A wynik 3:2 dla nas. Ot, zagwozdka. O tym,że Vukovicz wie co robi. Celem postawionym przed trenerem i sztabem jest awans do fazy grupowej LE co wynika z konieczności budżetowej klubu. Trener jako odpowiedzialny członek kierownictwa klubu stara się ten cel zrealizować. Robi to nader zręcznie,ale niestety nie mamy szczęścia w losowaniu i pomimo optymalizacji w przygotowaniach, organizacji gry i doborze zawodników awans jest mocno niepewny.Przy czym trener Vukovicz jest w dość niezręcznej sytuacji, gdyż jego poprzednicy popisali się takim nieudacznictwem,że otoczenie , w tym pismactwo i kibice o trenerach mają zdanie jak najgorsze. Jednocześnie widać,że nasz trener wie co powinno być grane. Lecz sama wiedza to za mało, bo pomijając ludzi złej woli, to do swojej wizji trzeba przekonać zawodników.To oni musza uwierzyć,że to jak trener każe im grać okaże się skuteczne.Legia generalnie broni się w strefie, natychmiast po utracie piłki nasi zawodnicy podejmują działania blokujące i opóźniające. Wycofujemy się pod naporem rywala i nasi zawodnicy w tym ci ofensywni nie zostają na połowie przeciwnika,ale karnie podążają za nim na swoją cześć boiska.Niestety po odebraniu piłki rywalom nie zawsze gracze ofensywni nadążają za akcjami. Więc na razie gra w ataku szwankuje, bo zamiast ją przyśpieszać trzeba zwolnić. Te założenia w wariancie bardziej ofensywnym były marnie realizowane przeciwko drużynie Rngersów.Równocześnie Vukovicz pokazuje,że ma odwagę zarówno we wprowadzaniu młodych jak i wymaganiu od graczy doświadczonych wypełniania zadań taktycznych. Pamiętamy Vuko jak namawiał Skorżę do wystawienia 16 latka Borysiuka. Wczoraj nie bał się dać szansy niewiele starszym. Z drugiej strony nie toleruje sobiepaństwa takiego Carlitosa., który uporczywie nie wykonuje założeń taktycznych. I tu chyba mamy do czynienia z pewnymi elementami braku zaufania zawodników do trenera,a więc z jego jeszcze niedostatecznym autorytetem.My , kibice, możemy sobie mówić,na ogół po ptokach,że coś było dobrze, a coś było nie tak.Często jest tak,że na podstawie wiedzy jaką wynieśliśmy nie tyle rozumowo ile intuicyjnie mówimy,że powinniśmy zagrać tak czy tak,że powinien zagrać ten i ten. W mniejszym stopniu taka intuicyjność powinna dotyczyć trenera, bo ma do dyspozycji cały sztab.Tylko,że ta wiedza trenera musi mieć przełożenie na grę na boisku. I tu ważną rolę odgrywa autorytet trenera, ale też nastawienie otoczenia wobec niego. W naszej piłce mamy bowiem do czynienia obecnie z trenerami o których śmiało można powiedzieć,że są " świętymi krowami" i trenerami " chłopcami do bicia". Do pierwszych należą : Stokowiec, Fornalik i Probierz ,a do drugiej trenerzy Legii w tym Vukovicz. Przypomnijmy,że kiedy Stokowiec za utajony wyjazd poza granice rozwiązał kontrakt z Marco Paixao, wszyscy chwalili go za odważną decyzję, a kiedy za to samo Sa Pinto odsunął od I zespołu Kante wszyscy mu ubliżali, kiedy Fornalik nie wystawiał Papadopulosa , który miał być podstawowym napastnikiem tylko młodego Parzyszka wszyscy gratulowali ,że stawia na młodych,a kiedy za brak zaangażowania i brak realizacji taktyki Vuko odsuwa Carlitosa, wszyscy odmawiają mu prawa do podejmowania decyzji w interesie drużyny. Kiedy Probierz niszczył w Cracovii polskich zawodników zrywając z nimi kontrakty, nikt tego nie kwestionował, a kiedy przegrał w eliminacjach do LE z juniorami ze Słowacji nikt go nie wykpił. W tym czasie Legia zbierała baty,że wyeliminowała np. Finów. Przy takim nastawieniu mediów Vukovicza czeka długa droga do tego,a by stał się " świętą Krową" Smile. Czego mu nie życzę. Bo każda zdrowa krytyka krzepi i umacnia, bo nie pozwala popaść w samozadowolenie. Aczkolwiek powiem,że wielu twierdzi,że krytyka to zły pomysł. Bo są dwa rodzaje krytyki : konstruktywna i destruktywna .Konstruktywna jest wtedy, kiedy stawiamy na rozwój,ale ona jest zbędna,skoro jest rozwój. I destruktywna, która jest bez sensu, bo mija się z celem. Smile. O tym,że drużyna to zespół naczyń połączonych. W klubie piłkarskim wszystkie działania władz muszą być nakierowane na szeroko rozumiane dobro drużyny, bo to ona jest jądrem i tak naprawdę jedynym wyróżnikiem i wyznacznikiem sukcesu lub porażki. Ona też generuje dochody lub straty klubu. I tak jak w każdym organiźmie społecznym tak i w drużynie piłkarskiej są lepsi i gorsi pracownicy. Rolą bezpośredniego przełożonego jest,aby od tych najlepszych wymagąć jak najwięcej,a rolą właściciela klubu jest,aby ten najlepszy wywiązujący się ze swoje roli należycie, zarabiał jak najwięcej. Tylko wówczas ten najlepszy stanie się lokomotywa napędową gry drużyny i siłą sprawczą jej sukcesów. Nie będę przytaczał negatywnych przykładów z niedalekiej przeszłości tusząc,że się one nie powtórzą, bo za drogo te babole Legię kosztowały w wymiarze sportowym i finansowym. Trzeba obawiać się sztucznych autorytetów, a więc takich , którzy medialną gadką kreują siebie na gwiazdy lub też pismactwo z nich usiłuje takich czynić. Przy czym odrobina,a nawet więcej pewności siebie jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Więc np. mam cichutką nadzieję,że Niezgoda wreszcie uwierzy w siebie i swoje możliwości i zacznie grać na miarę swojego talentu.
This is a comment on "ŁKS - Legia 2-3: Instynkt napastnika"