A+ A A-
  • a-c10
@ Iocosus: Od zawsze i na zawsze jestem przekonany o dwóch rzeczach: 1) Dobre są każde zęby, które prowadzą do gęby, ergo styl pełni rolę służebną wobec wyniku. Gdyby ów osławiony „murowaniec z konterką” miał nas doprowadzić do złota MŚ/ME, nie padłoby z mojej strony choćby pojedyncze słowo krytyki. Ba, na wzór Greków sprzed siedemnastu lat śmiałbym się w twarz wszystkim domorosłym specom od estetyki i pytał ich o wynik; 2) Czy chodzi o szkolną klasę, wojskowy pluton, przedstawicieli handlowych, pogotowie ratunkowe, czy jakikolwiek inny zespół ludzi (a więc także drużynę piłkarską), planując jego pracę, nieodzownie należy brać pod uwagę charakterystykę poszczególnych członków oraz ekipy jako całości. Jasne, trzeba wymagać. Ale trzeba wymagać z sensem. Nakładając ludziom na barki ciężary ponad ich siły, kroczysz prostą ścieżką do katastrofy. Jedno dodane do drugiego nie oznacza, rzecz jasna, że jestem zaprzysięgłym fanem „murowańca”. Wręcz przeciwnie. Wielokrotnie już, także tutaj, wyrażałem opinię, iż – estetyka na bok – w świetle obecnych przepisów gry w piłkę nożną kurczowa, desperacka obrona straciła rację bytu. A i współczesna kontra niekoniecznie przypomina pałowanie do przodu w nadziei, że wysoki Łukasz zgra gałę do szybkiego i sprytnego Tomka. Niemniej jednak, rezygnacja z „murowańca” nie powinna, moim zdaniem, oznaczać szaleńczego pędu na łeb, na szyję pod drugą bandę. „Chcę grać ofensywnie, grać piłką!” – tego typu teksty może sobie rzucać świeżo zatrudniony za grubą kasę trener zamożnego klubu do cierpliwego prezesa. Wtedy owszem, dyrektor sportowy ogarnie personalia, oczyści zespół z kloców, pościąga brylantowych techników i hulane. No, może też nie od startu, bo przecież trzeba się zgrać, aczkolwiek można się spodziewać, że po sezonie-dwóch wytężonej pracy (!) zespół owego trenera w rzeczy samej grać będzie zarówno efektywnie, jak i efektownie. Obejmując stery reprezentacji Polski, Paulo Sousa stanął w zupełnie innej sytuacji. To nie klub (już tam mniejsza o to, czy zamożny, czy nie). Nie da się robić transferów. Pan Maciej Chorążyk mógłby stawać na uszach i rzęsami klaskać, a i tak nie wytrzaśnie spod ziemi kilkunastu-dwudziestu kilku kreatywnych, świetnych z piłką przy nodze zawodników, na dziś gotowych do występów dla Biało-Czerwonych. Trzeba grać tymi, których się ma. A z całym szacunkiem dla tych, których się ma (wszystkich, co do jednego), nie sposób nauczyć starego psa nowych sztuczek. Owszem, raz na czas jakiś trafiają się late bloomers, zawodnicy którzy pełnię możliwości osiągają pod sam koniec kariery. Niemniej, w ogromnej większości przypadków dwudziestoparoletni (nie wspominając o trzydziestoparoletnim) zawodnik jest już właściwie w pełni ukształtowany. Da się mu delikatnie poprawić ten, czy ów parametr fizyczny. Da się go, być może, nauczyć jakichś świeżych rozwiązań taktycznych (ale to wymaga czasu, a tego w reprezentacji jak na lekarstwo). Nie da się jednak żadną miarą sprawić, że gość nauczy się dryblować, grać na jeden kontakt albo miękko przyjmować i kontrolować piłkę. A bez tego efektownej, ofensywnej gry nie zobaczysz jak własnych uszu, z definicji. Nie wiem co Sousa myślał tych dziesięć miesięcy temu. Być może zdawało mu się, że skoro mamy najlepszego napastnika na świecie, to i w pozostałych formacjach musimy dysponować graczami klasy co najmniej europejskiej. To się chłopak nadział… W każdym razie, popełnił dokładnie ten sam błąd, co kilku jego poprzedników. O tym też już tu kiedyś wspominałem: i Brzęczek, i Nawałka, i Fornalik, i Smuda (o, ten to już w ogóle) w początkach swej pracy z kadrą chcieli na nowo wynajdować koło. Wprowadzać nowinki taktyczne, grać szybko, z polotem i biglem. Jednak w przeciwieństwie do w/w, Sousa wciąż się z tych nierealistycznych ciągotek nie wyleczył. Nadal uparcie nie dostrzega faktu, że kołdra jest krótka. Jeśli zechcemy przykryć ramiona, giry bezwstydnie zaczną wystawać. Za jego kadencji dziurawi nas absolutnie każdy, łącznie z Andorą i San Marino, a gra do przodu zazwyczaj nie niweluje strat. Każdy trzeźwo kombinujący człowiek, któremu zależałoby na efektach własnej pracy, nie na wdrażaniu jakichś bzdurnych dogmatów, po piętnastu meczach zdołałby zauważyć, że czas porzucić mrzonki i zabrać się za konkrety. Sousa nie zauważa, ergo albo mu nie zależy, albo świata poza swą bzdurną dogmatyką nie dostrzega. Tertium raczej non datur, a którykolwiek z wariantów nie byłby prawdziwy, oba, moim zdaniem, stawiają sens jego pracy na dotychczasowym stanowisku pod potężnym znakiem zapytania. Oczywiście, osobną kwestią pozostaje to, abyśmy nie byli już dłużej zainteresowani krajaniem tak, jak nam materii staje. Żebyśmy nie zadowalali się średniactwem, w którym szczytem naszych możliwości jest jeden ćwierćfinał wielkiej imprezy na trzydzieści lat. Tylko że tutaj faktycznie tryb „Gil/Mioduski” w żadnym wypadku nie wystarczy. Tu trzeba by porzucić nasze odwieczne zadufanie i wszystkowiedzę i przyznać wprost, że nie umiemy. Wyskautować jakiegoś fachurę z doświadczeniem pracy w opromienionej sukcesami federacji i powiedzieć mu uczciwie: „słuchaj, Hans/Jean/Juan/Giovanni/kto-tam-jeszcze – my nie wiemy, a ty wiesz. Wiesz, bo widziałeś z bliska. To teraz ty nam będziesz mówić co i jak, a my będziemy robić!”. Ani Bońka z jego hiperrozdętym ego, ani dinozaura Laty, ani skorumpowanego Listkiewicza nie było stać na taki krok. Myślisz, że Kuleszę będzie? Chciałbym wierzyć, ale nie potrafię. @ Zbyszek: Mój dowcip ma się świetnie. Z troską stwierdzam, że chyba niestety znacznie lepiej od Twojego punktu widzenia, który niepokojąco uzależnił się od tego, kto akurat zasiada na stołku selekcjonera reprezentacji Polski.
This is a comment on "I Wy zdrajcy przeciwko mnie!"