A+ A A-
  • Zbyszek
Nie będzie obłudnego rozdzierania szat , bo "Naszą odpowiedzią na atom : NADZIEJA". O tym, że statystyki rządzą futbolem. Za pierwszego, który dokonał analizy meczu piłkarskiego na podstawie danych statystycznych uważa się ppłka Charlesa Repa. On to po zdobyciu wiedzy z matematyki porównawczej po jednym z meczów ligi angielskiej w 1950 roku przeliczył ilość ataków drużyny Swindown ,a było ich ok. 280 . co uznał za przeciętną, a ponieważ przeciętnie strzelano 2 bramki na mecz, to wyszło mu, że 99,29 % ataków w meczach kończy się niepowodzeniem. Rep kontynuował swe obliczenia na podstawie niepewnych danych i po kilku latach doszedł do wniosku ,że zbyt duża liczba podań jest ryzykowną stratą czasu. Większość bramek pada po krótkich akcjach i dlatego, jak stwierdził, najlepszą metodą na wygraną są długie podania. Miał on taki dar przekonywania ,że swymi teoriami zaraził selekcjonera reprezentacji Anglii Grahama Taylora i przede wszystkim dyrektora d/s szkolenia FA Charlesa Hughesa, który te "mądrości" nakazywał stosować w szkoleniu młodzieży. Niedojrzałe modele Repa raczej ośmieszyły metody statystyczne, niż je upowszechniły. Ale jego współpracownik Neil Lanham , też na podstawie ręcznych wyliczeń poszedł o krok dalej. Stwierdził m innymi, że drużyny piłkarskie zdobywają bramki średnio jedną na 180 akcji ,że należy jak najszybciej przemieszczać piłkę pod bramkę rywali, 2/3 goli pada po przejęciu piłki na ostatniej 1/3 boiska i że nie wolno tracić piłki w pobliżu własnego pola karnego. Pamiętamy chyba niejakiego Kucyka, przepraszam Rumaka, który chwalił się, że Lech przechodzi z obrony do ataku w 9 sekund . Podli prezesi nie pozwolili mu bić dalszych rekordów , bo go zwolnili . Tenże Lanhman jako pierwszy w 1985 roku do analiz zaczął wykorzystywać komputery. Dobrze nam znany Arsene Wenger jeszcze jako młody trener Monaco korzystał z opracowanego przez informatyka programu , który przyznawał punkty dodatnie i ujemne za każdą czynność na boisku i na tej podstawie z sukcesami przez wiele lat dobierał zawodników do drużyny i do składu. Jeden z najwybitniejszych praktyków i teoretyków futbolu Walery Łobanowski (m.innymi teoria pressingu) wykorzystywał w swej pracy trenerskiej oprogramowanie prof. Anatolija Zieleńcowa. Z tych analiz wynikała absolutna konieczność unikania błędów w grze. Wielu naszych trenerów do tej pory praktykuje tę metodykę jako prowadzącą do sukcesu jak np. Michniewicz. Prawdziwy przełom w dziedzinie piłkarskiej statystyki nastąpił w 1996 roku kiedy to londyńska firma Opta zaczęła gromadzić "dane meczowe' i udostępniać je klubom za darmo. Na dzisiejsze warunki były to dane prymitywne, ale wówczas stanowiły rewolucję. W ciągu kliku lat niedostatek danych zamienił się w nadmiar informacji , często nie do zastosowania .Wiele informacji wymagało właściwej interpretacji. Np. mój trenerski idol SAF sprzedał w 2001 roku Jaapa Stama , bowiem z danych wynikało, że rzadziej robi on wślizgi i jego forma spada. SAF przyznał ,że zrobił błąd, bo Stam wraz z wiekiem stawał się dojrzalszy i był jeszcze bardziej skuteczny, gdyż lepiej się ustawiał i nie musiał się ślizgać. Nierzadko zbyt obfite zbiory danych układają się w schematy, które nie istnieją i dlatego zawsze trzeba je weryfikować własnym oglądem i oceną. Jednak dziś wszyscy liczący się trenerzy w ocenach piłkarzy opierają się na danych statystycznych . W 2003 roku piłkarska rewolucja statystyczna nabrała tempa dzięki publikacji książki Michaela Lewisa "Liczby futbolu" . Z danych w niej zawartych wyciągano różne wnioski , które stały się aksjomatami jak np. o tym, że po stracie piłki drużyna ma natychmiast przechodzić do defensywy, że liczy się nie ilość przebiegniętych kilometrów ,ale ich tempo oraz ilość szybkich biegów, że posiadanie piłki nie decyduje o wyniku, bo liczy się jak zagospodarowuje się piłkę, że liczy się celność podań i ich szybkość, że bez zawodników przeniesienie ciężaru gry na pole rywali nie ma sensu, że najbardziej cenni są zawodnicy nieschematyczni itd. itp.. Tym ,który unaukowił wiedzę o futbolu był Billy Bean b. trener baseballu, w którym dane były stosowane od zawsze. On to powiedział, że "Jeżeli ktoś podejmuje trafne decyzje w 30% ,a inny korzysta z danych pozwalających mu zwiększyć trafność o 5%- to jest to różnica pomiędzy wygraną, a porażką". Baseball wiedzie prym w tej dziedzinie i np. klub New York Yankes zatrudnia 30 analityków. Prezes Legii też chce powiększyć dział analiz. Kolejnym krokiem stało się wykorzystywanie danych statystycznych przy decyzjach transferowych co jako pierwszy zainicjował menedżer Tottenhamu , przyjaciel Wengera Damien Comolli. Zwolennicy statystyk są w znacznie korzystniejszej sytuacji niż ci, którzy je ignorują ,ale bezkrytyczni akolici statystyk nie są w stanie dalej rozwijać futbolu, bo statystyki zawsze odnoszą się to tego co było np. przez wiele lat dominowało przeświadczenie ,że im więcej dośrodkować tym większa szansa na zdobycie bramek, że trzeba doskonalić wykonywanie stałych fragmentów gry , bo to kopalnia goli. Jedno i drugie okazało się mało skuteczne. A to dlatego, że oparcie gry na takich strategiach jest doskonale widoczne dla rywali , którzy zawsze znajdą skuteczne antidotum. Podobnie jest ze strzałami spoza pola karnego , gdyż tylko 2% z nich kończy się bramką. Wielu trenerów tak bardzo wierzy w statystyki, że nie mają żadnej strategii na grę własnej drużyny i tylko biernie dostosowują taktykę i organizację gry do tego co prezentuje rywal. Są jeszcze trenerzy , którzy ignorują dane wierząc swemu oku ,ale ich czas się kończy. W odwiecznej walce teoretyków z praktykami wiedza daje przewagę. O tym, że są jeszcze w świecie futbolu patrioci. Nie jest moim zamierzeniem definiowanie patriotyzmu tym bardziej, że tych definicji jest multum i wiele wzajemnie wykluczających. Natomiast chyba intuicyjnie czujemy co to jest, nawet tego uczucia nie nazywając. Jest to rodzaj miłości, która się nie obraża, pomaga w biedzie, naprawia krzywdy i nieustannie chce dobra dla obiektu uczucia. Przed laty spotykałem takich narwańców wielu i wśród zawodników i kibiców mojego klubu. Niestety spostrzegam, że od wielu lat szmal stał się nadrzędną wartością, punktem odniesienia i przedmiotem pożądania. Reszta poszła w cień, został usunięta i właściwie jest stale ośmieszana. Do tego słowom nadaje się inny sens , bo dla wielu miłość jest równoznaczna z nienawiścią . Np. bandziorom wydaje się, ze kochają Legię. Otóż w tym co czynią kiedy klubowi dzieje się źle nie ma śladu miłości. Jest tylko próba pokazania kto tu rządzi, kto jest najważniejszy. Legia się nie liczy, tylko oni. Klub staje się pretekstem do rozróby . To bydło nie jest w stanie pojąć ,że jak się kocha to się nie obraża, to się nie bije, to się nie ośmiesza. To tak jak ze stosunkiem do matki. Dopiero trzeba było Serba ,aby przypomniał o podstawowych wartościach i o tym czym jest patriotyzm . Vukovicz, bo o nim mowa, daje wyraz swego przywiązania, lojalności, wierności i czułości nie tylko we wzniosłych słowach i gestach ,ale i w czynach. W tak dramatycznych okolicznościach podjął się Legii ratowania , nikogo nie odrzuca, każdemu daje szansę wykazania się, od każdego wymaga zaangażowania. W stosunku do pobitych spełnia rolę spolegliwego opiekuna . Jest rodzajem balsamu na otwarte rany. Nie wiem czy Vukoviczowi uda się spełnić wszystkie zamierzenia . Ale życzę jemu i tym samym Legi wszystkiego najlepszego ,bowiem wiara potrafi zdziałać cuda. Czego Legia bardzo potrzebuje. O tym, że w piłce lepiej być katem, niż ofiarą. To tylko taka dygresja dość oczywista, że dla dobrego samopoczucia, nawet komfortu psychicznego korzystnie jest bić wroga, niż być przez niego bitym. W Legii jest obecnie 10 zawodników mniej lub bardziej kontuzjowanych, nie licząc ofiar agresji bandziorów - z których każdy został kopnięty, bądź uderzony łokciem, barkiem lub głową przez przeciwnika na boisku. I wszyscy oni są wielce nieszczęśliwi i robią za ofiary polowania, postponowania , fauli czy zgoła walki wręcz . Brakuje tylko ,aby się popłakali z żalu nad swoją niedolą. A wrogowie cali i zdrowi. No to ja się pytam ,a kto naszym zabronił oddawać pięknym za nadobne ?. To nasi wrogowie powinni lizać rany, a my powinniśmy im współczuć, nawet pomóc się podnieść i najlepiej zejść z boiska. A dzieje się odwrotnie, bo to oni pierwsi atakują, to oni piersi uderzają, a nasi biernie przyjmują ciosy. Nie namawiam do bijatyki, ale walki o swoje na boisku , do nauczenia wrogów respektu. Oczekuje jasnego przekazu - nie ruszaj , nie będziesz naruszony. Mam dość robienia z siebie ofiary . O tym, że Radomiak to gwiazda jednej rundy. Jest coś takiego w naturze człowieka ,jak to ujął Andersen w bajce "Brzydkie kaczątko" ,że w każdym z nas tkwi potencjał wielkości. W Ameryce uknuto powiedzenie " od pucybuta do milionera" . U nas dopiero zmienia się nastawienie do ludzi sukcesu, bo nadal czyjś sukces traktowany jest podejrzliwie i bardziej się zazdrości i wydziwia , niż podziwia. Lecz często następuje przegięcie w drugą stronę. Chwilowy sukcesik nazywany cząstkowym traktowany jest jak wielka victoria , jako powód do hołdów. Nieledwie stawiano by tym jętkom jednodniówkom pomniki. Ma to i tę złą stronę, że sympatycy , a i postronni uważają takie sezonowe osiągniecia jako trwałe i trudno im przyjąć do wiadomości ,że może być gorzej. Stare przysłowie powiada, że tacy " wyżej srają , niż dupy mają". Media bardzo łatwo kreują bohaterów i jeszcze łatwiej zrzucają ich z piedestału. Taki Radomiak nabrał wiatru w żagle od pierwszego meczu sezonu w którym pokonał Legię. Generalnie dlatego, że nasz zespół rywali zlekceważył. Radomiak jeszcze nie płaci ceny za to osiągnięcie, bo nadal traktowany jest jak "śliczne łabądziątko".Za to Legia zapłaciła straszną cenę za klęski. Ja nie mam wątpliwości, że role się odwrócą i rzeka wróci do koryta. Media nie mają litości dla tych, którzy byli wysoko, a upadli nisko - depcąc , kopiąc i gnojąc. Psychiatrzy takie gigantyczne zmiany nastawienia nazywają chorobą afektywną dwubiegunową. Media ze sportu robią dom wariatów, a z nas pacjentów tego przybytku. Hossa Radomiaka trwa dalej, tak jak nasza bessa. Ofiarność i dobre zorganizowanie odnoszą triumf nad umiejętnościami. Jak długo jeszcze ?. O tym, że Vukovicz i ma i nie ma z kogo wybierać. Kadra Legii na rundę jesienną obarczona była bardzo poważnymi brakami na kilku pozycjach . Trenerzy, chociażby, nie dysponowali pełnowartościowymi bocznymi obrońcami co uniemożliwiało grą "czwórką" w obronie , jak też nie mieliśmy lewoskrzydłowego co sprawiało, że musieliśmy grać przesuniętą strefą, a tak naprawdę to kuleliśmy na jedną stronę. W tej konfiguracji trener nie ma wyjścia i musi grać "trójką " w obronie ,a w ofensywie musi improwizować. Natomiast mam silnie odmienne zdanie od wielu mediaworkerów co do oceny tego ,że Legia jest mocno osłabiona, bo nie gra ten czy owen. Otóż ja przywykłem do tego, że media kreują gwiazdy, że wskazują kto jest lepszy, a kto najlepszy ,że wiedzą najlepiej kto grać musi , a kto niekoniecznie , kto wzmacnia, a kto osłabia. Dla mnie to są oceny papierowe, a papier jak wiadomo każdą durnotę przyjmie i nie wywali na śmietnik. W obecnej ekipie Legii, poza Borucem i Josue nie ma zawodników, których brak na boisku stanowiłby ewidentne osłabienie. Cała reszta jest na podobnym, mocno uśrednionym poziomie. O tym kto gra decydują nie pochwały lub nagany, ale aktualna forma i przydatność. A to ocenia trener, który też nie tylko wybiera, ale stawia zadania . Trenera muszą rozliczać wyniki, a nie upodobania mediów , często kształtowane przez "zaradnych" menedżerów. My natomiast mamy po to oczy, aby widzieć i samemu oceniać . W obecnym czasie jest to szalenie trudne bez popadnięcia w mocno depresyjny nastrój. O tym, że Legia musi wydobyć się z narożnika. Porównując do boksu to można śmiało rzec, że Legia jest jak klasowy i faworyzowany bokser, który wedle fachowców ma obowiązek wygrać z każdym przeciwnikiem, a który odsłonił się się na początku walki , dostał jeden , drugi mocne ciosy i schował się za podwójna gardą do narożnika. W nim Legia utkwiła jak by czekała ,aż rywale się zmęczą jej okładaniem. Na nic nie zdaje się nakazywanie przez trenera opuszczenia narożnika, wyjścia na środek ringu i podjęcia równej walki , bo zespół jest bezsilny. Lanie jakie dostawał wyczerpało jego siły tak fizyczne jak i psychiczne. Boje z silniejszymi przeciwnikami do których był specjalnie przygotowywany sprawiły, że energii nie starczyło na inne pojedynki. Wypada napisać, że sukces jakim była gra w LE był ponad miarę aktualnych możliwości i odbył się kosztem utraty pozycji w lidze, Z jednej strony mogło to ględzenie Michniewicza i Gołębiewskego śmieszyć ,że każdy rywal w lidze jest trudny, gdyż w normalnej dyspozycji to powinien być wciągnięty nosem, a w praniu okazywał się za trudny. Otóż , to że Legia dostawała tak często i tak boleśnie w kuper żadną miarą nie świadczy ,że przeciwnicy byli silni i mocni. To Legia była słaba jako ten dorsz. To tę słabość trzeba pognać precz. Jesień wasza. WIOSNA NASZA !.
This is a comment on "Legia - Radomiak 0-3: Zbieranina"