- a-c10
Wracając do tego, co pisałem kilka dni temu: gdy Zbigniew Boniek zostawał prezesem PZPN, miałem bardzo złe przeczucia i bardzo silne dla nich podstawy. Od zejścia z boiska facet kroczył od porażki do klęski, nierzadko zahaczając po drodze o kompromitację. Mierny trener klubowy słaby wiceprezes PZPN, żałosny selekcjoner… Słowem: antymidas. Czego się chłop nie dotknął, to w gówno zamieniał. Mimo to, nastroje społeczne były diametralnie odmienne od moich. Euforia. Bo przecież to Boniek. Zibi. Nasz ostatni piłkarz światowej klasy. Jedyny (bo przecież sukcesy Lewandowskiego nadeszły jakby później), któremu ową klasę udało się w rzeczy samej potwierdzić. Futbolowa ikona rozpoznawalna pod każdą długością i szerokością geograficzną. I jakoś mało komu chciało przyjść do głowy, że – trawestując Arrigo Sacchiego – nie każdy koń wyścigowy będzie dobrym szefem stajni. Ani że poprzednik Z.B. na prezesowskim fotelu też swego czasu był całkiem znośnym skórokopem, ale jakoś nie przełożyło się to na organizacyjne sukcesy. Oj, wręcz odwrotnie.
Przez następnych dziewięć lat Zbigniew Boniek zajmował się głównie tym, co najl… eee… jedynym, co mu wychodzi – promocją własnej osoby. Świat w różnym tempie poruszał się do przodu, natomiast polski futbol stał sobie nieruchomo na styku PRL i ostatniej dekady minionego stulecia, co jednak w żaden sposób nie przeszkadzało panu prezesowi wychodzić przed kamery, szczerzyć zęby i opowiadać jaki to on jest zajebisty. A jednocześnie – nierzadko w tym samym zdaniu! – zrzucać z siebie jakąkolwiek odpowiedzialność za cokolwiek. Poza, rzecz jasna, wyborem selekcjonera.
Takiego wyboru dokonywał Boniek trzykrotnie. Za każdym razem w myśl zasady „tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję…” Nigdy bowiem nie zostały upublicznione żadne racjonalne argumenty za tym, iż selekcjonerem męskiej reprezentacji Polski zostanie akurat Adam Nawałka/Jerzy Brzęczek/Paulo Sousa. Mimo tej irracjonalności, w pierwszych dwóch przypadkach pomógł fart. No i, jak to często bywa, okazało się, że do trzech razy sztuka.
Już samo pożegnanie Brzęczka było bezpodstawne, bezzasadne i bezsensowne. Obrazu kompletnego absurdu dopełnia tekst Bońka – rzucony oczywiście z kamienną twarzą – że w Święta ludzi się nie zwalnia. Warto sobie ten szmonces zapamiętać. Chwilę po tym pożegnaniu pan prezes zorientował się, że przecież wypadałoby jeszcze kogoś zatrudnić. Złapał więc za telefon, zadzwonił tu i ówdzie i usłyszał, że Sousa jest „top”. Ja pierdolę… Szef rzekomo poważnej organizacji. Gość, który bez cienia żenady utrzymuje, iż zastał tę organizację drewnianą, a zostawił murowaną. I taki ktoś zatrudnia człowieka na eksponowane stanowisko na podstawie telefonicznej rozmowy z zuj chłamany wie kim i opinii, że kandydat jest „top”. Dygresyjka na boku: znam trochę włoski i zastanawiałem się, czy aby nie mogło tu dojść do jakiegoś nieporozumienia translatorskiego. Ale nie. O ile angielskie ‘top’ można by tak trochę pięta przez kolano podciągnąć pod polskie „czubek” (= „trzeba być czubkiem, żeby Sousę zatrudnić”), tak po włosku nic się tu nie klei.
Za sprawą owego „top, Zibi, top!” kandydata piknie być miało i nadobnie. Zagramanicznie. Światowo. Od początku jednak wyglądało na to, że mimo szumnych deklaracji i okrągłych zdań rzucanych przez nowego selekcjonera podczas wywiadów i konferencji prasowych, raczej nic z tego. OK., wiosenne sparringi i mecze eliminacyjne dało się jeszcze potraktować jako pierwsze koty za płoty. Potem jednak przyszło Euro, podczas którego po prostu daliśmy ciała. I wtedy właśnie Boniek miał tę jedną, ostatnią szansę, by choć na koniec swego urzędowania pokazać trochę RiGCzu. Mógł przyznać się do błędu i Sousę pożegnać. Zamiast tego wolał pierdolić trzy po trzy o tym, że tak naprawdę wcale nie było źle, że gdyby to, ach gdyby tamto i że generalnie widać poprawę w grze. Mhmmm… Chyba w bierki. Elektryczne pod wodą, jak to na moim starym osiedlu mawiano.
Później jeszcze bońkowy top-wynalazek usiłował kontynuować swą niszczycielską misję i spieprzyć eliminacje MŚ. Gdyby nie ci cholerni Węgrzy, którzy nieoczekiwanie przerżnęli dwukrotnie z Albanią, pewnie nawet by mu się udało. No, ale przynajmniej nam nie udało się załapać na rozstawienie, czyli choć trochę demolki się dokonało. Uff. Potem nastąpiły deklaracje o wspólnej walce o Katar (chyba sienny…) i bożonarodzeniowa (sic) rejterada.
Kurtyna.
Wystąpił Paulo Sousa.
Scenariusz i reżyseria: Zbigniew Boniek.
Oklaski.
This is a comment on "Frajerzy!"

