Logo
(to będzie długa opowieść Smile) @ Iocosus: Kurz opadł, można chyba w miarę spokojnie pogadać. Zacznijmy może od kwestii bieżących: Czy Legia taka dobra w defensywie, czy Cracovia tak słaba w ofensywie Odpowiedź B. Znaczy nie wiem, A może też, się okaże, ale B na pewno. Myśmy, Iocosusie, w pięciu, a teraz już sześciu meczach w bieżącym roku strzelili tylko cztery bramki, z czego zaledwie jedną z gry. Pozostałe to: • rzut karny (po innym stałym fragmencie i błędzie rywala, to nie była jakaś płynna akcja, którą koniecznie należało zatrzymywać faulem); • niezbyt ceniony przez trenera Elsnera (o nim jeszcze będzie) długi wrzut z autu; • fartownie wykończony rzut wolny (i kolejny błąd, a nawet wielbłąd rywala). Zresztą, problem pojawił się znacznie wcześniej, niż z początkiem Anno Domini 2026, dlatego… to był mecz, w którym jedna drużyna gramoli się z mozołem z dołka, a druga sprawiała wrażenie jakby do niego wpadała Otóż nie. Wygląda to raczej tak, że jedna z drużyn być może, mozolnie i powoli, wyłazi z ciemnej dupy. Druga zaś do tej ciemnej dupy wpadła dawno temu i nie tylko nie wyłazi, lecz nawet zamówiła już komplet nowych mebli kuchennych i planuje remont łazienki. Żeby Ci to lepiej unaocznić: w pierwszych jedenastu spotkaniach bieżącego sezonu Cracovia zdobyła 21 punktów i z bardzo przyzwoitym bilansem bramek 20:12 zajmowała trzecie miejsce w tabeli. Owszem, po srogim laniu w Białymstoku i porażce w meczu przyjaźni w Gdyni na rozpalone głowy poleciało trochę zimnej wody i przebąkiwania o mistrzostwie (tak, były takie!) niemal kompletnie ucichły. Wciąż jednak zapowiadana jako przedsezonowy cel europejska kwalifikacja wydawała się jak najbardziej realna. 25. października 2025, w ramach 13.* serii spotkań mierzyliśmy się w Szczecinie z Pogonią. Do przerwy wszystko szło jak należy. Graliśmy nieźle, prowadziliśmy 1:0 po golu Stojilkovicza, generalnie nic nie zapowiadało problemów. Niestety, po zmianie stron gospodarze zwarli szyki, cofnęli linię obrony, wybili nam z rąk wszelkie ofensywne atuty i odwrócili losy meczu. Od tamtej pory, licząc wzmiankowane starcie z Portowcami, rozegraliśmy trzynaście spotkań, w których zdobyliśmy zaledwie dwanaście punktów. W tabeli za ten okres daje nam to znów trzecie miejsce, tyle że tym razem od końca. To jest po prostu forma na spadek. I trudno tu mówić o jakimś pechu, czy innych niesprzyjających okolicznościach. Jeśli już, to ten wynik jest lepszy, niż gra. Gdyby nie Seba Madejski, który niepostrzeżenie i niespodziewanie wyrósł nam na bohatera, tych oczek byłoby jeszcze mniej. Fatalnie wygląda to zwłaszcza z przodu. Dziewięć trafień w trzynastu spotkaniach to bilans wprost kompromitujący, ale niestety dobrze odzwierciedlający naszą ofensywną nieporadność. Grasz z Cracovią? Cofnij obronę, nie zostawiaj hektarów przestrzeni przed swoim bramkarzem, zablokuj środek. Od momentu, gdy cała liga to zrozumiała, nie mamy żadnego, ale to żadnego pomysłu na konstruowanie ataków. Winę za to niewątpliwie ponosi trener. Zapowiadany jako szkoleniowiec sponad naszego poziomu, opromieniony doświadczeniami w Belgii i Francji Luka Elsner okazał się siwiejącym bajerantem. Paulo Sousą Mk2. Facet wygląda jak z żurnala i bardzo składnie się wypowiada, ale na tym lista jego zalet się kończy. A niestety, ani za aparycję, ani za nienaganną składnię punktów w tabeli Ekstraklasy nie przyznają. Od końcówki października (cztery i pół miesiąca!) gostek szuka (podobno?) jakiegoś planu B i nijak go znaleźć nie może. Uśmiałem się szczerze, gdy Zbyszek swoim zwyczajem zaczął się rozpisywać jakichś – pożal się, Boże – „systemach”. System gry Cracovii pod wodzą Elsnera wygląda tak, że mamy na boisku 4-5 stoperów i 5-6 środkowych pomocników. No, ewentualnie jeszcze Dominika Piłę. Owszem, kontuzja Otara Kakabadzego raczej nie jest winą szkoleniowca. Ale już kompletna marginalizacja, a w konsekwencji wypchnięcie z klubu takich postaci, jak David Olafsson i Bartosz Biedrzycki już jak najbardziej jest. Oczywiście, nie żeby ten duet to byli jacyś arcywymiatacze. Sęk w tym, że bez nich nasz zasób zawodników umiejących grać przy linii ogranicza się do w/w Piły. Podbijać Ekstraklasę Dominikiem Piłą? Eee… yyy… nooo… Co gorsza, Elsner nie umie też w rezerwowych. Trudno się oprzeć wrażeniu, że – podobnie zresztą, jak Sousa – obecny trener Pasów robi zmiany z generatora. Chociaż… generator mógłby lepiej trafiać. Bo Elsner wpuszcza zawodników ofensywnych wtedy, gdy przydaliby się raczej defensywni i na odwrót. Generalnie facet jest do wywalenia. Tu się nie ma co rozczulać nad ciągłością pracy, dawaniem drugiej szansy, etc., bo jego praca nie przynosi efektów, a kolejne szanse są marnowane. Elsner to żaden trener, a jednak profesjonalny klub piłkarski trenera posiadać powinien. Pokazują to dość dobitnie świeże przykłady Legii i Widzewa. Szkopuł w tym, że – echhh… – niespecjalnie wiadomo… kto w zasadzie miałby go zwolnić i zatrudnić następcę. I tu możemy sobie gładko przejść do kwestii właścicielskich. Wieloletni związek Janusza Filipiaka (świeć, Panie, nad jego duszą) z Cracovią to było małżeństwo z rozsądku. Owszem, po stronie Profesora istniał niewątpliwie jakiś, z czasem pewnie nawet rosnący, sentyment do klubu. Niemniej… miłość? Jakieś wodotryski, płomienie, motyle w brzuchu? No nieee, o niczym takim nie było mowy. Profesorowi Cracovia była potrzebna jako element prestiżowo-dekoracyjny. Ot, po prostu: gdy jechał do jakiegoś Davos (czy gdzie tam indziej) spotykać się z podobnymi sobie bogolami, to miał wszelkie potrzebne atrybuty bogolstwa. Obuwie za moją roczną pensję (albo i lepiej)? Si. Rolls-Royce? Yes, sir. Odrzutowiec? Check. Klub piłkarski? Mhmmm. Oczywiście, byłoby jeszcze galanciej, gdyby rzeczony klub mógł się pochwalić jakimiś sukcesami. Filipiak jednak szybko doszedł do wniosku (a może wiedział to od początku?), że na jego nadzianych znajomkach przewagi Pasów z krajowego podwórka nie zrobią żadnego wrażenia, bo przecież poza Polską polską piłką nikt się nie interesuje. A żeby dokazywać w Europie, to już Profesorowi nie starczało majątku. Kontentował się więc samą obecnością Cracovii w Ekstraklasie. I płacił akurat tyle, by tę obecność przedłużać. Głębiej do kieszeni sięgał tylko wtedy, gdy widmo degradacji stawało się naprawdę wyraźne. A i to nie zawsze. Jak się łatwo domyślić, w światku pasiastych kibiców taka postawa wywoływała pewien resentyment. Pretensje nawet nie o to, kim Profesor był, a o to, kim nie był. No bo bądźmy szczerzy, te dwadzieścia parę lat temu istniały silne nadzieje na to, że Janusz Filipiak będzie naszą odpowiedzią na Bogusława Cupiała. Że nasypie nam kasy pod korek, ściągnie rewelacyjnych piłkarzy i fenomenalnych trenerów, pomoże zdetronizować (he, he) serdeczną przyjaciółkę z drugiej strony błoń i przywróci klubowi należną mu chwałę. Niestety, w miarę szybko okazało się, że te nadzieje spełzną na niczym. A po paru sezonach pojawiło się znane tu i ówdzie powiedzonko o tym, że w Cracovii po staremu: chujowo, ale stabilnie. Mimo swej wulgarności, dość dobrze oddaje ono istotę rzeczy. Bo też bądźmy szczerzy, przez długie lata była Cracovia w Ekstraklasie klubem chujowym. Niezainteresowanym niczym poza prolongatą ligowego bytu na kolejny sezon. Niewzbudzającym (poza krótkimi wyjątkami) żadnych pozytywnych uczuć jeśli chodzi o estetykę gry. Oj, wręcz przeciwnie. I ta chujowość mocno wielu kibiców Pasów uwierała. Wielu domagało się odejścia Profesora. Wiele razy zdarzały mi się dysputy, polemiki, a nawet kłótnie, zawsze bowiem wychodziłem z założenia, że lepiej być chujowym klubem w Ekstraklasie, niż wybitnym w okręgówce. Albo nie istnieć w ogóle, co niedługo przed przyjściem Comarchu stanowiło zupełnie realny scenariusz. A Filipiak, jaki by nie był, pozostawi po sobie bardzo ładny, funkcjonalny, dostosowany rozmiarem do potrzeb stadion oraz ośrodek treningowy. Ergo, bez względu na zmiany reżimu, podstawowa przyszłość klubu będzie zagwarantowana. No bo przecież z tą zmianą reżimu to też różnie może być. (cdn)
This is a comment on "Legia - Cracovia 1-0: Gra o wynik"
Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.