A+ A A-
  • a-c10
Porażką 74:87 ze Stanami Zjednoczonymi polscy koszykarze zakończyli swój udział w tegorocznych MŚ. Sam mecz zasadniczo bez jakiejś większej historii. Już w pierwszych akcjach Amerykanie wypracowali sobie bezpieczną przewagę, a potem po prostu skrzętnie jej pilnowali. Gdy tylko naszym chłopakom udało się szarpnąć i zmniejszyć deficyt do wielkości jednocyfrowej, rywale natychmiast kładli nogę na gazie i na powrót nam odskakiwali. W ich barwach wyróżnił się przede wszystkim Donovan Mitchell (16 punktów, 10 asyst). U nas błyszczał przede wszystkim najskuteczniejszy dziś na parkiecie Mateusz Ponitka (18 punktów, 7 zbiórek). Po spotkaniu i jedni, i drudzy mogli być umiarkowanie zadowoleni. Amerykanie zakończyli turniej zwycięstwem, przez zmazali choć ociupinkę plamy, jaką w oczach swych kibiców dali na tym Mundialu (no, a przynajmniej jej nie powiększyli). My na tle - mimo wszystko - niezwykle renomowanego rywala zaprezentowaliśmy się co najmniej godnie. OK, od startu do mety widać było, że to oni są lepsi. Niemniej, my przecież też graliśmy w tę samą koszykówkę i pokazaliśmy się jako owszem, może i trochę słabszy, wciąż jednak pełnoprawny rywal. To dlaczego "umiarkowanie"? Amerykanów zostawmy, oni receptę na swe bolączki na pewno znajdą. My natomiast... mogliśmy zaprezentować się (jeszcze) lepiej. Żeby mnie nikt opacznie nie zrozumiał: ja w żadnym wypadku nie zamierzam zrzędzić. Tak, jasne. Skład USA na ten mecz (i cały turniej) to ich trzeci garnitur. Do Chin nie przyjechały nie tylko te absolutnie największe gwiazdy, ale nawet te szczebelek niżej. Wszystko pięknie, wciąż jednak mówimy o zawodnikach, którzy grają w NBA (nie "są", grają) i stanowią wiodące postaci swych drużyn. Ba, niektórzy z nich, jak choćby wspomniany już Mitchell, czy np. Jayson Tatum (choć on akurat dzisiaj nie wystąpił) już za niedługo mogą zluzować LBJów, Durantów i resztę w roli koni pociągowych najlepszej ligi świata. Do której to ligi nasi chłopcy pukają kompletnie bezskutecznie, a przecież dziś co najmniej trzech-czterech z nich pokazało, że mogliby grać w jednej drużynie z dzisiejszymi rywalami i nie zaniżać poziomu. Czemu zatem po nikłej porażce z tak potężnym przeciwnikiem nadal trochę zrzędzę? Bo myśmy nie grali na maksa. Wbrew zachwytom komentatorów, to nie był występ reprezentacji Polski na 110%, znacznie bliżej ośmiu dych. Parokrotnie można - i trzeba! - było wyjść mocniej w obronie, zdarzyło się też (echhh..., znowu) kilka idiotycznych strat. Również niektórzy z naszych zawodników, zazwyczaj bardzo ważne ogniwa drużyny (Aaron Cel, Łukasz Koszarek), po prostu wyszli na parkiet i na nim byli. Nic poza tym. Przede wszystkim jednak totalnie siadła nam skuteczność dystansowa. Dość powiedzieć, że spudłowaliśmy pierwszych dwanaście (!) prób zza łuku. Potem było już lepiej, ale generalnie 7/27 to nie jest skuteczność, którą ktokolwiek poważny chciałby się chwalić. Nie, nie chcę obsmarowywać Aarona i Łukasza. Nie co dzień da się grać tak, jak z Rosją. Również ani mi w głowie utrzymywać, iż gdyby nie te cholerne trójki, na pewno byśmy z Amerykanami wygrali. Byłoby to zdecydowanie zbyt mocne uproszczenie. Wciąż jednak uważam, że przy odrobinie szczęścia i precyzji mogliśmy przynajmniej legendarnemu Popowi i jego podopiecznym napędzić trochę stracha. Tylko wiecie co? Mieć niedosyt po nieznacznej porażce z USA to, wbrew pozorom, naprawdę przyjemne uczucie. Jako się rzekło, Mistrzostwa dla naszych chłopaków dobiegły już końca. Całościowo należy je chyba ocenić tak, jak ten ostatni mecz. Czyli dobrze, świetnie nawet, ale. Świetnie, bo niech nikogo nie zwiedzie seria czterech porażek i "tylko" 8. miejsce. Kurna, jakie "tylko"...!? To przecież wyżej, niż zawędrowały np. Chorwacja, Grecja, Litwa, Rosja, Turcja, czy Włochy. Dwie spośród tych potęg zastopowaliśmy sami, czy to w eliminacjach, czy już na turnieju głównym. Wydatnie przyłożyliśmy też rękę do wyrzucenia za burtę gospodarzy imprezy, którzy do koszykarskich tuzów (jeszcze?) się, co prawda, nie zaliczają, niemniej na pewno i apetyty, i możliwości mieli jakby większe, niż finisz na 24. lokacie. "Ale", bo naprawdę mogło być jeszcze lepiej. Cholernie szkoda tego przedwczorajszego meczu z Czechami. I dzisiejszego z USA, choć na pewno mniej. Tyle tylko, że - powtórzę - ten niedosyt jest naprawdę przyjemny. Reprezentacja Polski wróciła na koszykarski Mundial po ponad półwiecznej przerwie. I nie tylko nie dała plamy, nie tylko dostała się do czołowej ósemki, ale wyglądała w tejże zupełnie na miejscu. I jeszcze ma pełne prawo uważać, że nie był to jej sufit. Brawo. Oby tak dalej. A, jeszcze taka ciekawostka. Przegraliśmy na tym Mundialu z nowym Mistrzem Świata, nowym Wicemistrzem Świata, ustępującym Mistrzem Świata (oraz aktualnym Mistrzem Olimpijskim w jednym) i najlepszym debiutantem w historii MŚ (no dobra, ex-aequo, ale nie czepiajmy się szczegółówWink ). Nikt inny nie znalazł na nas sposobu. Wygląda na to, że żeby zaleźć za skórę Biało-Czerwonym, trzeba być już naprawdę konkretnym wymiataczem Very Happy Jutro o 10. mecz o brąz, a o 14. finał. Szczerze polecam, nawet basketowym laikom, zwłaszcza rywalizację o światowy prymat. Wnosząc po dotychczasowej formie i Argentyńczyków, i Hiszpanów, to może być kawał meczycha.
This is a comment on "Ani Słowa o Futbolu"