Logo

Dzień drugi: Syty głodnego nie zrozumie

Drugi dzień XX Mistrzostw Świata w piłce nożnej rozpoczął się równie źle jak zakończył się pierwszy, ale z czasem przerodził się w prawdziwą ucztę dla fanów futbolu - zwlaszcza tych nielicznych odmieńców szukających na wielkich turniejach krwi, klęsk wielkich mistrzów i taktycznych dziwactw.

Otępiały liniowy

W pierwszym piątkowym meczu zmierzyły się teoretyczne "wypełniacze" grupy, którą wygrać ma gospodarz turnieju. Brazylia zapewne rzeczywiście tę grupę wygra, choćby FIFA miała jej przydzielać sędziów z Kataru, ale spotkanie Meksyku i Kamerunu dostarczyło ciekawych doznań i zawierało sporo fragmentów naprawdę interesującej, ofensywnej piłki. Mimo ulewy w Natalu Meksykanie zaczęli z dużym animuszem i początkowo to głównie kompletnej nieumiejętności dogrywania piłki z bocznych sektorów przez ich lewego wahadłowego, Miguela Layuna, Afrykanie zawdzięczali utrzymanie bezbramkowego wyniku. Dla laika skład Kamerunu wyglądał na papierze znacznie lepiej, jednak zawodnicy klubów takich jak Olympique Marseille, FC Barcelona, Ajax Amsterdam czy Chelsea nie tworzyli kolektywu i regularnie dawali się zaskakiwać akcjom występujących w przeważającej większości w rodzimej lidze piłkarzy "El Tri".

Niestety, dość szybko w rolę czarnego charakteru wcielił się kolumbijski sędzia asystent, Humberto Clavijo, który z sobie tylko znanych powodów machał chorągiewką jak poparzony, doprowadzając do nieuznania dwóch całkowicie prawidłowo strzelonych goli Giovanniego dos Santosa. Szczególnie abstrakcyjna była druga sytuacja, w której po pierwsze strzelec nie był na pozycji spalonej, a po drugie piłkę podawał mu obrońca Kamerunu. Na szczęście otępiały liniowy nie zdołał wywrzeć tak dużego wpływu na wynik meczu jak arbiter główny spotkania Brazylii z Chorwacją, a Meksykanie wygrali ostatecznie 1:0 po celnej dobitce Oribe Peralty w 61. minucie. Kameruńczycy najbliżej wyrównania byli w 90. minucie, kiedy to groźny strzał głową niekrytego Benjamina Moukandjo w dobrym stylu obronił Guillermo Ochoa; jeszcze tylko Javier Hernandez przestrzelił stadion w sytuacji sam na sam z pustą bramką (w czym niewątpliwie pomogło mu niedokładne podanie wspominanego już Layuna) i mogliśmy zacząć przygotowania do  szeroko zapowiadanego wieczornego hitu fazy grupowej.

Latający Holender

Hitem tym miała być rzecz jasna powtórka z finału sprzed czterech lat, czyli starcie wszechświatowych hiszpańskich hegemonów z młodą, na przemian ekscytującą i frustrującą, rozchwianą taktycznie drużyną Holandii dowodzoną przez szalonego maga Louisa van Gaala. Jako mający ponad 20-letni staż kibic wiecznie przegrywających decydujące spotkania Holendrów byłem przekonany, że gorączkowo testująca różne zestawienia taktyczne przed Mundialem ekipa z Kraju Tulipanów nie da rady szczwanym lisom markiza Vicente del Bosque. Że linia obrony o średniej wieku oscylującej w okolicach 22 lat musi wcześniej czy później zawieść w starciu z jakże doświadczonymi mistrzami świata i Europy. Że u trzech starszych panów odpowiedzialnych za grę ofensywną "Oranje" szybko pojawią się objawy artretyzmu, niedowidzenia, a może i nietrzymania ciśnienia.

W pierwszej połowie (prawie) wszystkie moje najgorsze przeczucia się spełniały. Holendrzy poza jedną groźną sytuacją Wesleya Sneijdera nie potrafili zagrozić wymieniającym liczne podania Hiszpanów, którzy za to często - i to dość prostymi środkami - przedostawali się w ich pole karne, z lubością wykorzystując luki w trzyosobowej formacji obronnej reprezentantów swojej byłej kolonii. Głównie słabej dyspozycji fizycznej Diego Costy i strzeleckiej Davida Silvy zawdzięczali Holendrzy fakt, że w 44. minucie przegrywali tylko 0:1 (choć karny, po którym bramkę tę zdobył Xabi Alonso, zaliczał się niewątpliwie do niemal endemicznie występującej ostatnio w Brazylii kategorii sędziowskich baboli). Tuż przed przerwą jednak cudowne, kilkudziesięciometrowe podanie Daleya Blinda minęło całą formację obronną obrońców tytułu, Sergio Ramos zostawił całe hektary wolnego miejsca, a Robin van Persie fantastycznie pofrunął i z gracją delfina posłał piłkę głową do siatki bezradnego Ikera Casillasa.

Druga połowa rozgrywanego w Salvadorze meczu była już na szczęście widowiskiem znacznie lepszym - głównie za sprawą "Oranje", którzy uwierzyli w siebie i zaczęli bezwzględnie karać fatalnie prezentujących się obrońców rywala. Na prowadzenie wyprowadził Holendrów w 53. minucie Arjen Robben (ogrywając przy tym Gerarda Pique niczym Michał Żyro Michała Czekaja w niedawnym starciu Legii z Wisłą) po kolejnym fantastycznym przerzucie Blinda; w 64. minucie było już 3:1 po dośrodkowaniu Sneijdera, kontrowersyjnym zderzeniu Casillasa z van Persie'em i strzale z najbliższej odległości Stefana de Vrija. Dzieła zniszczenia Hiszpanów dopełnili w 72. minucie van Persie, który wykorzystał fatalne przyjęcie piłki Casillasa i opieszałość rozgrywającego koszmarne zawody Ramosa oraz w 80. minucie Robben, który osiągnął w sprincie prędkość 37 kilometrów na godzinę, wyprzedził mającego dużą przewagę pozycji Ramosa i po raz piąty wpakował piłkę do siatki mistrzów. Piraci z "Latającego Holendra" zdobyli swój pierwszy łup, zatapiając przy tym bogato wyposażony i aż po nadburcia wypełniony trofeami hiszpański galeon.

Red Hot Chile Peppers

Na deser zostało nam starcie ekipy grającej według najbardziej wariackich założeń guru futbolowych hipsterów, Marcelo Bielsy - Chile rywalizowało ze skazywaną niemal powszechnie na pożarcie Australią. Kiedy po niespełna kwadransie piłkarze z Ameryki Południowej wyszli na dwubramkowe prowadzenie, wydawało się, że "Socceroos" mogą co najwyżej prosić o jak najniższy wymiar kary. Niezwykle ambitnie grający piłkarze z Antypodów zdołali jednak opanować sytuację, jeszcze przed przerwą po golu strzelonym głową przez niezniszczalnego Tima Cahilla uzyskać kontakt z rywalami i później wypracować sobie kilka sytuacji pozwalających myśleć o remisie, ale ostatecznie trafienia Alexisa Sancheza, Jorge Valdivii oraz Jeana Beausejoura pozwoliły Chilijczykom na zgarnięcie kompletu punktów. Fascynujące było tu bardzo nietypowe zestawienie taktyczne zwycięzców, zapisywane najczęściej jako 3-4-1-2, ale i pokazujące dzięki ciągłemu ruchowi i ogromnej wymienności pozycji bezsens przykładania sztywnych ramek do bardzo płynnych systemów współczesnej taktyki. Jeszcze przyjemniej patrzyło się na Australijczyków, którzy mieli pełną świadomość swoich ograniczeń piłkarskich, a jednak potrafili dzięki zaangażowaniu i woli walki oraz prostej, lecz skutecznej taktyce napędzić stracha faworyzowanym rywalom.

Należy jednak uważać z wydawaniem na podstawie dzisiejszych meczów stanowczych sądów. Zobaczyliśmy wprawdzie dobrą ilustrację hasła, że syty (czy to sukcesami indywidualnymi, jak piłkarze Kamerunu, czy to drużynowymi, jak zawodnicy Hiszpanii) głodnego nie zrozumie (a może raczej: nie dorówna mu motywacją), ale nie jest wcale powiedziane, że w drugiej kolejce młody zespół "Oranje", zmuszony do ataków pozycyjnych przeciwko silnym fizycznie Australijczykom, poradzi sobie równie dobrze jak przy szybkich kontrach wyprowadzanych na podmęczonych długim sezonem hiszpańskich defensorów. Nie wiadomo, czy momenty przestojów, które zdarzały się dziś Meksykanom, nie zostaną bezwzględnie wykorzystane przez silniejszych od Kamerunu rywali z Brazylii i Chorwacji. Nie wiadomo wreszcie, czy Chilijczycy zdołają utrzymać intensywność i polot z początkowych fragmentów meczu z Australijczykami dość długo, żeby pokonać któregoś z europejskich rywali. To piłka nożna i zdarzyć może się wszystko (może poza błędem sędziowskim na niekorzyść gospodarzy) - i właśnie dlatego tak licznie zasiądziemy przed telewizorami przy okazji kolejnych meczów.

Dyskusja (8)
1sobota, 14, czerwiec 2014 02:29
gawin76
Nagle zrobiło się bardzo widowiskowo na tych mistrzostwach dzięki meczowi Holandii z Hiszpanią Smile

Hiszpanie w ogóle nie wyglądali na zespół gotowy do rozegrania meczu o takiej intensywności. Byli nastawieni na inną grę, spokojniejszą, bardziej poukładaną, a tu tymczasem sprawy wymknęły się spod kontroli, i to do jakiego stopnia. W Holandii genialni Blind i Robben.

Chilijczycy trochę mnie zawiedli, tzn. nie spodziewałem się, że tak trudno będzie im utrzymać mecz z Australią pod kontrolą i że tyle będzie w ich grze przestojów. Niepokoi Vidal, dziś cień samego siebie.

Co do pierwszego meczu, dobrze że Meksyk wygrał, bo przynajmniej usiłował grać w piłkę. Mieli w środku pola paru kreatywnych ludzi i potrafili to wykorzystać. O co chodziło w grze Kamerunu, tego niestety nie wiem. Mam nadzieję, że Chorwacja ogra obie te drużyny.
2sobota, 14, czerwiec 2014 09:56
CTP
Meksyk bardzo mi przypominał Cracovię. Do 30 metra "maniana" ale potem już zaczynały się schody. A z takim Kamerunem jaki oglądaliśmy, to pewnie i Polska zanotowałaby świetny występ. Mam duże wątpliwości, czy uda im się przejść Chorwatów.
3sobota, 14, czerwiec 2014 10:00
Garm
Ja tak ogólnie na poziom tych mistrzostw na razie nie mogę narzekać. W czwartek trochę sarkałem na Chorwatów, ale jak na mecz otwarcia to były naprawdę dobre zawody, w piątek fajny mecz Meksyku, widowiskowa druga połowa Holendrów z Hiszpanami (z pierwszej zapamiętam głównie delfiniego gola van Persie'ego) i naprawdę ciekawe zderzenie dwóch piłkarskich światów w meczu nocnym.

W każdym meczu pada dużo bramek (inna sprawa, że nie w każdym je uznają Wink), w każdym wynik dość długo jest na styku - nic tylko podziwiać. Nawet sędziowskie babole zeszły szczęśliwie na plan dalszy, bo najpierw kolumbijski ignorant nie zdołał wypaczyć wyniku, potem błędy Rizzollego (Niemcy mówili, że ogólnie był słaby, mnie się podobał bardziej od Japończyka i Kolumbijczyka) rozłożyły się mniej więcej po równo, a w meczu nocnym w ogóle było prawie bezproblemowo (może poza brakiem kary dla Cahilla za faule bez piłki, według Ursa Meiera należała się za to nawet czerwień). Jest znacznie lepiej niż oczekiwałem - oby udało się uniknąć syndromu MŚ w Niemczech, gdzie grupy były fajne, wyszły z nich potęgi, a potem zaczęły się szachy.
4sobota, 14, czerwiec 2014 11:00
iocosus
Dla mnie symboliczny był pojedynek biegowy między Ramosem, a Robbenem. Ten pierwszy, to przecież jak na środkowego defensora w miarę dynamiczny zawodnik, grywał na boku gdzie szybkość jest niezbędna, teraz przez Holendra został objechany jak mały Fiat przez Ferrari! Oczy z niedowierzania przecierałem.

Ten meczyk Ramosowi i Casillasowi będzie się śnił nocami, chyba że … no właśnie, co też teraz uczyni del Bosque. „"Zwycięstwa zależą od motywacji. Z nią przyjdzie nasza dobra gra" - to jego słowa.

Zatem będzie motywował stare wygi i da im szanse odegrania się, czy też może dokona transfuzji świeżej krwi w postaci Koke lub Juana Maty. Też ciekawe czy będzie żałował pominięcia w kadrze takiego piłkarza jak na przykład Isco. No i kogo wystawi w bramce. Diego Lopeza pominął, ale akurat na tej pozycji ma wybór, tylko czy z niego będzie chciał skorzystać, pogrążając bramkarską hiszpańską legendę z Madrytu?

Jeszcze co do sprintera Robbena, jego dokładna data urodzenia to (sprawdziłem): 23 stycznia 1984, nasz Miro Radovic jest jego rówieśnikiem – 16 stycznia 1984, nie wysyłajmy go na emeryturę zbyt szybko, Pavel Nedved zdobywał złotą piłkę France Football mając 31 lat, zatem najlepszy sezon Rado dopiero przed nim. Wink
5sobota, 14, czerwiec 2014 11:06
Garm
Podobno del Bosque już zapowiedział, że z Chile zagra ten sam skład. Ostrzę sobie zęby na starcia szalonej ofensywy Sampaolego ze statyczną obroną Hiszpanów.
6sobota, 14, czerwiec 2014 12:49
KAM
W zasadzie faza grupowa jest najbardziej ryzykowna dla faworytów z dwóch powodów, przygotowania fizycznego i mentalnego.
Ponieważ turniej trwa długo to szczyt formy zawodnicy mają osiągnąć pod koniec turnieju, ponieważ zakłada się że zagrają w tej fazie a więc startują na "rozbiegu" a dodatkowo mentalnie nie tak zmobilizowani bo pewnie zostawiają sobie rezerwy mobilizacji na przyszłych, mocniejszych przeciwników.
Trochę to przypomina udział w pucharach naszych czołowych zespołów kiedy w pierwszych rundach grają ze słabszymi przeciwnikami w formie nie optymalnej bo jej szczyt jest szykowany na decydujące rundy eliminacji i wtedy można się "nadziać na dzidę" bo przeciwnik okaże się maksymalnie zmobilizowany i dopisze mu szczęście.
Oprócz tego jakim trzeba być "kłębkiem woli", mówię tu o zawodnikach czołowych zespołów, żeby utrzymać w sobie tą rządzę zwyciężania jeśli od nich przez cały sezon od wielu lat oczekuje się wyłącznie zwyciężania i w klubie i w reprezentacji. Zwyciężanie może spowszednieć i nie być już takim bodźcem do wysiłku.
To jest szansa dla teoretycznie słabszych dla których pokonanie faworyta może być największym wydarzeniem w sportowym życiu.
Więc bądźmy bardziej wyrozumiali dla pokonanych faworytów bo poprzez te porażki stają się bardziej ludzcy (bliżsi nam zwykłym śmiertelnikom) a poza tym ich porażki powodują że sport jest fascynujący a więc porażka faworyta staje się zwycięstwem sportu bo chcemy go oglądać a pretendenci chcą walczyć.
7sobota, 14, czerwiec 2014 14:21
anonimowy_legionista
Z Holendrami różnie bywa, pamiętacie Euro 2000 i 6:1 z Jugosławią? Była deklasacja, a w półfinale ZONK! z Włochami, fakt po karnych, ale zawsze.
8sobota, 14, czerwiec 2014 14:33
Senator
Ja Hiszpanów odstrzeliłem w 1/8 tak samo jak Włochów.
Myślałem tak drużyna z półwyspu Iberyjskiego zdobyła wszystko, piłkarze tam grający od trofeów i tytułów już się uginają. Znajdą w sobie tyle motywacji aby jeszcze raz walczyć o to co już mieli?
Co do Holendrów to rutyna z młodością może okazać się mieszanką piorunującą . Któraś z tych drużyn trafi na gospodarzy i chyba jednak dla Brazylii byłoby lepiej aby była to Hiszpania, tak też zakładam w swojej drabince.
yvComment v.2.01.1
Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.