- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Lech - Legia 4-0: Zasłużona klęska
Fatalnie zakończyła się dla Legii wyprawa do Poznania na mecz trzydziestej kolejki Ekstraklasy. Nasza drużyna została znokautowana, już do przerwy przegrywając czterema bramkami. Po przerwie gospodarze zdjęli nogę z gazu i wynik nie uległ zmianie.
Skład Legii wyglądał następująco: Hindrich – Piątkowski, Augustyniak, Pankov – Wszołek, Szymański, Elitim, Kun – K. Urbański, Rajović, Adamski. Gospodarze rozpoczęli w składzie: Mrozek – Pereira, Mońka, Gumny, Gurgul – Gholizadeh, Kozubal, Wålemark, Ouma, Bengtsson – Ishak.
Już w 3. minucie było 1:0 dla Lecha. Pierwsza ofensywna akcja gospodarzy zakończyła się powodzeniem. Wålemark piętą wystawił piłkę Gholizadehowi, który uderzył nie do obrony z lewej nogi. W 11. minucie Ishak znalazł się sam przed Hindrichem, ale z ostrego kąta nie zdołał pokonać naszego bramkarza. W 16. minucie Piątkowski wybił głową techniczny strzał Pereiry. W 18. minucie błąd faulem musiał naprawić Augustyniak i został ukarany żółtą kartką, jednak po interwencji VAR sędzia Lasyk uznał, że Augustyniak zasługuje na czerwoną kartkę i usunął naszego zawodnika z boiska. W następstwie tej sytuacji Jędrzejczyk zmienił Adamskiego. W 28. minucie Bengtsson uderzył bardzo niecelnie z pola karnego. W 31. minucie było 2:0. Ishak doszedł do strzału w polu karnym, źle zareagował Hindrich i piłka wtoczyła się do bramki. W 38. minucie było już 3:0. Ouma podał prostopadle do Wålemarka, Hindrich odbił strzał Szweda, ale do piłki dopadł Gurgul i nie mógł się pomylić. W 42. minucie Pereira podał prostopadle do Ishaka, który zdobył czwartą bramkę dla gospodarzy.
W pierwszej połowie oglądaliśmy mecz jak z najgorszego koszmaru. Legioniści byli wolni, pasywni, druga linia naszej drużyny nie istniała. Gospodarze bezkarnie podchodzili z piłką pod pole karne Legii i robili tam co chcieli.
Na drugą połowię nie wyszedł Urbański, którego zastąpił Kapustka. W 49. minucie Szymański wbiegł w pole karne Lecha, oddał strzał, ale skończyło się tylko rzutem rożnym. Po nim niecelny strzał głową oddał Rajović. W 51. minucie Kozubal uderzył tuż obok bramki. W 61. minucie żółtą kartką upomniany został Kapustka. W 63. minucie Hindrich złapał piłkę po strzale Ishaka. W 65. minucie W. Urbański i Kovacik zmienili Szymańskiego i Kuna. W 72. minucie bardzo niecelny strzał oddał Ishak. W tej samej minucie Reca zastąpił Pankova. W 79. minucie Jędrzejczyk wybił na rut rożny niebezpieczny strzał Jagiełły. Dwie minuty później Bengtsson nie trafił w piłkę po dośrodkowaniu Palmy. W 87. minucie Jagiełło trafił w słupek. Wynik nie uległ już zmianie.
Lanie w Poznaniu jest ilustracją skali degrengolady Legii. Od pierwszych minut meczu naszą drużynę stać było jedynie na rozpaczliwą, głęboką obronę i bierne przyglądanie się dynamicznym i pomysłowym atakom gospodarzy. Czerwona kartka dla Augustyniaka wydaje się być całkowicie niezrozumiałą decyzją sędziego Lasyka i niepotrzebną ingerencją systemu VAR, ale ta sytuacja była konsekwencją katastrofalnego wejścia legionistów w mecz. Nasi zawodnicy nie byli w stanie utrzymać się przy piłce, ślizgali się na murawie, byli statystami na boisku. Z Augustyniakiem czy bez niego, Legia wyglądała na tle Lecha jak trzecioligowiec.
Wyniki meczów w tej kolejce nie ułożyły się po naszej myśli. Legia znów balansuje na krawędzi strefy spadkowej, a w najbliższy piątek arcyważny mecz z Widzewem w Warszawie.


Tam powinien być Dariusz Mioduski.
Czerwona kartka dla Agustyniaka to był boiskowy skandal, nawet Lyczmański stwierdził po meczu, że jej nie powinno być. To ustawiło ostatecznie ten mecz, owszem Legia pewnie by tego meczu nie wygrała i nawet nie zremisowała, nie mniej był to kluczowy moment w tym spotkaniu, który zdeterminował całą resztę. Swoją drogą niech polscy sędziowie obejrzą sobie poprzedni mecz, w którym sędziowali arbitrzy z Japonii i niech się uczą pokornie.
No i na koniec zostawiłem sobie jeden temat - Rajovic, przecież po ściągnięciu dużo bardziej uniwersalnego, mobilnego i piłkarsko ogarniętego Adamskiego, to Legia w zasadzie grała w dziewięciu. Co ten piłkarski analfabeta robi w pierwszym składzie Legii, to oprócz Papszuna i zarządu Legii nie wie nikt. Nie chcę go obwiniać jako jedynego o słabą grę Legii, ale ten gość piłkarsko nic nie daje. Co z tego, że drużyna coś tam nieraz wykreuje w ataku, skoro on finalnie i tak zazwyczaj to spier... i drużyna to doskonale wie.
Legia to nie jest obóz wyrównawczy dla Duńczyka, tylko zespół który rozpaczliwe walczy o utrzymanie, a nie bawienie się w taki eksperyment jaki widzimy w przypadku Rajovica. Dla mnie jest to bardzo duża rysa na wizerunku Papszuna. Nie przypominam sobie w ostatnich latach, albo i jeszcze inaczej - tak fatalnego napastnika/piłkarza Legii, który byłby tak ciągnięty za uszy jak on, albo Papszun jest samobójcą albo dostał polecenie z góry, że Rajovic ma grać. Nikt i nic mnie nie przekona do tego piłkarza.
Aha, i jeszcze jedno, naprawdę nie można było dziś wpuścić Nsame na boisko? Ten facet z nogą w gipsie więcej by dał piłkarsko drużynie niż Duńczyk.
@Gawin76
"Lanie w Poznaniu jest ilustracją skali degrengolady Legii."
Piszę o tym od dawna i przestałem się łudzić, tutaj nie ma żadnego przypadku że to wszystko wygląda jak wygląda, jest to pokłosie radosnej twórczości naszego prezesa. Jedyną szansę na zmianę i lepsze jutro widzę w sprzedaży Legii przez Mioduskiego, który już tutaj dawno osiągnął swój sufit i z roku na rok prowadzi do coraz większej degrengolady. Fakt nie opinia.
Z Widzewem musimy wygrać, a wszyscy wiemy doskonale co się dzieje jak Legia coś musi i powinna.
Pamiętam, jakim szokiem była dla mnie w 2010 porażka za Skorży z Wisłą 0-4 (z Kostią Machnowskim na bramce). To była wówczas najwyższa porażka ligowa Legii, jaką pamiętałem. Nigdy, za mojej “kadencji”, nie przegraliśmy w lidze czterema bramkami. Poprzednia tak wysoka klęska była w ostatnim meczu w 1979 roku, w Bytomiu z Szombierkami 0-5. I ja jej nie pamiętałem. A później Legia zaczęła takie wyniki powtarzać. Za Sá Pinto w Krakowie, za Runjaicia w Częstochowie i Wrocławiu. I teraz.
Po 2-0 wyłączyłem.
Czas wrócić do rzeczywistości - walki o uniknięcie spadku. Za nami wspaniałe tygodnie - 10 meczów bez porażki, ale to już przeszłość.
W sumie podobnie to wyglądało jak przegrana w 2024 za Feio - też nie potrafiliśmy im odebrać piłki pod własnym polem karnym. Mówię o bramce na 1-0.
Największy problem teraz to absencja Augustyniaka w najbliższej kolejce. Jak Papszun to połata?
Oby to wczorajsze lanie dodatkowo zmobilizowało piłkarzy. Bardzo mi tego jesienią brakowało, gdy na kolejne przegrane nie było żadnej reakcji piłkarzy. Mam nadzieję, że teraz będzie.
Teraz Widzew. Poprzednio mecz o takim ciężarze gatunkowym graliśmy w marcu 2022 z Wisłą. Wygraliśmy 2-1. Mateusz Wieteska z, jak dla mnie, najważniejszą bramką dekady w doliczonym czasie. Też sędziował Lasyk i uznał przyjezdnym gola po faulu na Miszcie. On już trzymał piłkę dwiema rękami. Pamiętam, jak Brzęczek miotał oskarżenia po meczu, że Wieteska faulował w wyskoku chyba Urygę przy golu na 2-1. Bramka jest. Można obejrzeć, czy tam był faul.
Dzisiaj ta czerwona kartka jak dla mnie za surowa. Cóż, miał Pankov szczęście w Katowicach, że nie wyleciał, a teraz Augustyniak miał pecha, że wyleciał.
To wstyd przegrywać do przerwy 0-4. Kolejny niechlubny wyczyn w tym sezonie. Ile jeszcze?
Po Zagłębiu nie było właściwie o czym pisać. Typowy mecz na 1:0, typowy mecz dla ekipy Papszuna. Wartość Zagłębia zobaczyliśmy w tej kolejce. No chyba, że grają na brak pucharów - nic nowego u nas w lidze.
Z tą czerwoną kartką to mam trochę problem. Z jednej strony przesada, z drugiej w lidze rzeźników wolę, żeby tych kartek było więcej, niż, żeby uchodziły płazem brutalne faule. Mógł Augustyniak zrobić krzywdę rywali, i faul był spóźniony to nie ulega kwestii. Najgorszy jest brak spójności w sędziowaniu. Jeden sędzia tak, drugi owak. Na to chyba nic jednak nie poradzimy.
Wkurza mnie naskakiwanie na Papszuna. Nie mówię, że na tym portalu do tego dochodzi, ale na innych owszem i to gremialnie. Większość żyje jakąś mglistą daleką przeszłością, zapominając jakie wyniki osiągaliśmy jesienią i jaką kadrą dysponujemy. Czy jakby zostawił Adamskiego to by to wiele zmieniło? Wątpię. Chciał może chłopaka oszczędzić na kolejne mecze, bo ten już był i tak przegrany? W każdym razie w moich oczach nic lepszego zmiana tej decyzji by nie przyniosła.
Co do Zagłębia, to jest jak piszesz typowy mecz na 1-0, bez historii.
"Wkurza mnie naskakiwanie na Papszuna. "
Papszun przychodząc do Legii, odziedziczał skład papy i węgla i musi w nim rzeźbić, ja odnoszę wrażenie, że sam sobie momentami nie pomaga, a skrajnym tego przykładem jest Rajovic w pierwszym składzie. Legia z nim wychodząc na murawę, to tak jakby grała w dziesięciu. Facet jest fatalny piłkarsko, przypomnij sobie Pekharta, on przy nim nie istnieje. Zresztą on zapleczu Ekstraklasy by sobie nie poradził. To, że on na niego stawia jest już praktycznie dla prawie wszystkich niezrozumiałe i wszystkim podnosi ciśnienie. I w tym konkretnym aspekcie krytykę Papszuna już jak najbardziej rozumiem, w innych jest dyskusyjna lub jest hejtem. Nie mniej jako kibice mamy prawo oceniać trenera i ta ocena nie zawsze będzie dla niego pozytywna, takie życie.
Edit.
Papszun -
"– Jeśli chodzi o decyzje personalne, to w trakcie meczu kierowałem się bieżącą oceną dyspozycji zawodników. Niektórzy nie wyglądali najlepiej, dlatego musiałem reagować. Przy grze w osłabieniu potrzebowaliśmy większej jakości przy piłce, stąd takie, a nie inne wybory. Stąd decyzja o tym, że zszedł Adamski a nie Rajović, bo Adamski do 20 minuty wyglądał słabo, stracił większość piłek. "
Zaraz, a kto dobrze wyglądał? Mileta od pół roku wygląda fatalnie, a gra.
I to jest właśnie to o czym piszę. Na boisku został wspaniały Rajovic, a dodatkowo na zmianę za Adamskiego wszedł prawie 39-letni Jędza, brawo. Nie można było w tym meczu chociaż dać szansy Nsame, choćby w drugiej połowie?
To co mnie zastanowiło, to kto "varował" ten mecz? Otóż był nim sławetny złodziej znaków drogowych na bani, czyli pan Tomasz Musiał.
A teraz wzmianka o nim od AI:
"W przeszłości pojawiały się głosy krytyczne ze strony warszawskiego klubu i mediów, wskazujące na kontrowersyjne decyzje tego arbitra w meczach „Wojskowych”.
Oto kluczowe informacje:
"Kontrowersje i „czarna seria”: W 2014 roku informowano, że po serii błędów w meczach z udziałem Legii, uznano, że sędzia powinien odpocząć od sędziowania spotkań tej drużyny.
„Klątwa” trenerska: W mediach żartowano, że mecze sędziowane przez Musiała kończyły się źle dla trenerów Legii – po spotkaniach prowadzonych przez niego pracę tracili Henning Berg, Besnik Hasi i Romeo Jozak.
Konkretne sytuacje: Przywoływano m.in. mecz w Gdańsku (2013), w którym po decyzjach Musiała Legia kończyła mecz w "9".
Zarzuty z obu stron: Tomasz Musiał sędziował wiele meczów Legii i, jak to bywa w przypadku sędziów z długim stażem, zdarzały mu się pomyłki, które wywoływały pretensje. Z drugiej strony, prowadził też mecze, które kończyły się wygranymi Legii (np. 3:1 z Rakowem w 2019 r.)"
Porażkę z Lechem trzeba było "brać w koszty" natomiast, teraz mamy już "mecz na noże" z Widzewem i jeżeli tu powinęłaby się nam noga to ... strach się bać. Nerwy już by były po całości.
Odnośnie konkluzji Lasicy: "Wkurza mnie naskakiwanie na Papszuna" to z jednej strony właśnie takiej "pragmatycznej" gry Legii się spodziewałem, ale gdyby po tej wczorajszej porażce zespół się rozsypał a Papszun nie był w stanie go pozbierać i jeszcze przytrafiłoby się nam to co niewyobrażalne, to cała legenda Marka Papszuna w Warszawie ległaby w gruzach.
Uważam że jako "strażaka" nie mogliśmy mieć lepszego trenera niż Papszun, jeżeli on z tego bagienka nas nie wyciągnie, to nikt inny też by nie dał rady, ale "bij zabij" podobnie jak Baron i chyba całkiem spore grono nas kibiców nie rozumiem tego trenerskiego zafiksowania na Rajovicu!? Dla wyniku to było obojętne za kogo wszedł Jędza, ale ... w jakim parametrze i fizycznym i technicznego wyszkolenia Mileta przewyższa Rafała Adamskiego? Według mnie tylko w wadze, ale nawet jeżeli jest silniejszy, trudniejszy do przestawienia, to i tak mi trudno zaakceptować bez przeogromnego zdziwienia wczorajszy personalny wybór Papszuna.
Tłumaczenie trenera według mnie jest "z du...y" albo "do du...y"
W bla bla bla na konferencji to ja już dawno nie wierzę, ktokolwiek by się nie wypowiadał.
Póki co wyniki mi się zgadzają. No może poza remisem z Górnikiem. W przypadku przyjścia Papszuna tego się spodziewałem właśnie, męczenie buły i wymęczone 1:0 w wielu spotkaniach i tego oczekuję w kolejnych meczach. Nie musimy wygrywać okazale, nawet z czerwoną latarnią ligi - mamy ciułać punkty z kim się da. Mimo małych różnic punktowych nie brałem nawet pod uwagę włączenia się do walki o puchary.
Mam nadzieję, że po Lechu zespół się nie rozsypie jednak.
Rozliczymy Papszuna po sezonie. Teraz jest za wcześnie.
"Rozliczymy Papszuna po sezonie. Teraz jest za wcześnie."
Zgadza się, ja go jeszcze nie rozliczam, natomiast zwracam uwagę na pewne aspekty, które mi i nie tylko mi nie pasują.
To generalnie działa, tzn. w pewnym momencie zaczęło działać. Dziesięć meczów bez porażki i opuszczenie strefy spadkowej. Pragmatyzm. Tyle, że oczywiście są i potknięcia, jak mecz z Górnikiem, w którym przez pełne 90 minut graliśmy na remis i koniec końców remisem się skończyło, trzeba uczciwie przyznać, że sprawiedliwym. Wczoraj było kolejne potknięcie, by nie rzec, że tym razem wręcz spektakularne sturlanie się ze schodów. Bo ta drużyna skupiona na zabezpieczaniu tyłów i oczekiwaniu na swoje momenty około 20. minuty straciła wszelką nadzieję na to, że uda się przeczekać nawałnicę i spróbować powalczyć choćby o remis, weszliśmy w tryb Andory czy San Marino, było to mega przygnębiające i po prostu zawstydzające.
Oczywiście narracja Papszuna idzie w tym kierunku, żeby winą za to obarczyć sędziów i czerwień dla Augustyniaka oraz skupić się na tym, że w drugiej połowie nastąpiła pewna poprawa w naszej grze, ale to chyba po to, żeby nie odbierać drużynie wiary w siebie przed kolejnymi meczami, bo wszyscy mamy przecież oczy i widzieliśmy, że Legia została zjedzona taktycznie, fizycznie i mentalnie. Panowie, nie ma to zupełnie znaczenia czy w ataku został Rajović czy Adamski, my od pierwszej minuty byliśmy zagubieni jak dzieci we mgle, przecież do momentu tej czerwonej kartki mogło być już 3:0 dla Lecha. Tragiczny był Elitim, przezroczysty Urbański, stłamszony Wszołek, do tego ciągłe poślizgi, no kuriozum po prostu.
I teraz zasadnicze pytanie, dlaczego do tego doszło, co się k... właściwie w tym meczu stało? A kolejne, czy Papszun potraktuje to jako wpadkę, przykrą i bolesną, ale jednak wpadkę, nie zejdzie z obranego kursu i z Widzewem znów będziemy grać na 0:0, czy uzna, że po takim szoku dla drużyny, trzeba jednak spróbować coś zmienić? Szczerze mówiąc, stawiam na pierwszy wariant, spodziewam się bardzo ciężkostrawnego widowiska w piątek, zwłaszcza, że Vuko pewnie przyjedzie z podobnym pomysłem na ten mecz.
Porażkę w Poznaniu można było wkalkulować w to, że będzie miała miejsce. Ważniejszy jest następny mecz z Widzewem i tutaj wrócę do sędziowania. Augustyniak dostał niezasłużoną czerwoną kartkę głównie dzięki... Musiałowi na VARze, a Lasyk obsrał w tej sytuacji zbroję, a z jakich względów to tylko on sam to wie. Kolejna sprawa to żółta kartka dla Kapustki, która też uważam, że była za przeproszeniem z dupy. Wiadomo futbol to jest gra kontaktowa i jakieś przypadkowe wejście mogło znów Lasyka/Musiała "sprowokować" do dania mu drugiej żółtej kartki, tym razem nawet zasłużonej. I tym sposobem przed arcyważnym meczem z Widzewem mogło nam ze składu wypaść dwóch istotnych piłkarzy w układance Papszuna, dzięki właśnie błędom sędziowskim. W to, że WD PZPN odwiesi karę dla Augustyniaka to ja kompletnie nie wierzę, oni nie lubią przyznawać się do błędów, a już w przypadku Legii to w ogóle.
Co do samego Rajovica to nie jest kwestia tylko tego jednego meczu z Lechem, ale całokształtu jego gry w Legii, ten facet po prostu się nie nadaje. Mimo wszystko wolałbym oglądać duet Adamski/Nsame. Czy w tej części sezonu nie przydałby nam się właśnie Nsame, może Stojanovic, a może nawet Goncalves, który na dzień dobry został przez Papszuna odstrzelony? Który mógłby być alternatywą dla kontuzjowanego Kapustki czy Bichakhchyana? Oczywiście to jest tylko gdybanie, nie mniej dawało by to trochę więcej możliwości i alternatyw. Kuna też odstrzelono, a jednak dano mu później szansę.
Trener Frederiksen przed spotkaniem był pewny siebie twierdząc,że Lech będzie testował obronę Legii i że nasza defensywa ten egzamin obleje . Miała to być i była metoda na to ,aby Legia nie zmaterializowała faktu posiadania drugiego miejsca ( za Lechem ) w klasyfikacji "goli oczekiwanych" .Chodziło o to ,aby Legię wepchnąć w objęcia niskiej ,a co najwyżej średniej obrony , a samemu budować akcje ofensywne od obrony.
Pewno już zapomnieliśmy ,że do 1992 roku w piłce nożnej można było podawać piłkę do bramkarza , w czym wyspecjalizowały się zespoły słabsze grając w ten sposób na czas. Zmiana przepisu polegająca na zakazie podawania piłki do bramkarza co karane miało być rzutem wolnym pośrednim spotkało się z krytyką ekspertów , którzy pisali o tym w magazynie " World Soccer" . Jednym z krytyków był sam Johan Cruyff,ale to właśnie w Holandii okazali się największymi beneficjantami zmiany, gdyż "od zawsze" stawiali na umiejętności techniczne , a w większości krajów nagle bramkarze musieli nauczyć się operować piłką nogą, a słabo wyszkoleni obrońcy znaleźli się na skraju wyginięcia .
Holendrzy byli prekursorami traktowania bramkarza jako 1 zawodnika grającego na boisku ,anie tylko stojącego w bramce, co zaczęło się już w MŚ w 1974 roku, a nadto oni jako pierwsi zatrudnili w Ajaxie oddzielnego trenera bramkarzy ,a był nim legendarny Frans Hoek , który wyszkolił wielu światowej klasy bramkarzy poczynając od Van der Sara.Zdaniem Hoeka nowocześnie grający bramkarz musi mieć wyczucie przestrzeni w pobliżu bramki i umieć rozprowadzić piłkę do obrońców. Nie może tylko stać na linii,ale musi poruszać się w polu bramkowym. Musi być wysoki, sprawny fizycznie z dużym zasięgiem ramion, imponować spokojem i stabilnością formy. Czyli musi być namiastką libero ".
To co w początkach lat 90-tych było novum w grze bramkarzy z czasem stało się czymś powszechnym. Ta nowa rola bramkarza grającego nogami sprawiła,że do praktyki gry , zwłaszcza zespołów z wysokiej półki weszło rozpoczynanie akcji zaczepnych od obrony.
Aby niejako przyzwyczajać bramkarzy do nowej roli ich trenerzy podczas treningów ustawiali bramkarzy na pozycjach obrońców czy pomocników.
Rozgrywanie akcji od bramki nie mogło ograniczyć się do kwestii bramkarzy swobodnie operujących piłką ,ale zaczęto kłaść duży nacisk na to , jak to ujął van Gaal :"Oferowali dużo więcej niż tylko umiejętności defensywne'. Jednym z pierwszych , którzy poszerzyli zakres zadań był Ruud Gullit , który będąc ofensywnym pomocnikiem potrafił grać jako środkowy obrońca wychodzący do przodu. Jak sam wspominał tej roli nauczył go trener Chelsea Glenn, gdyż jak pisze : " Jako stoper przyjmowałem trudną piłkę, ruszałem z nią, robiłem miejsce i wypuszczałem bocznego obrońcę. Tylko,że on wcale nie chciał tego podania. Wreszcie Glenn powiedział mi , abym lepiej robił takie rzeczy jako rozgrywający w pomocy".
Było to kluczowe rozwinięcie teorii tzw. futbolu totalnego czyli wykonywania zadań niejako przypisanych do miejsca jakie zawodnik w danym momencie zajmował na boisku przy zastosowaniu wymienialności pozycji.
Współcześnie akcje od tyłu rozpoczynane są w systemach z 4 obrońcami od bocznych obrońców, a w systemie z trzema środkowymi od wahadłowych. Generalnie zaniechano włączania w pierwszej fazie to wprowadzania piłki środkowych obrońców , gdyż możliwe straty piłki z reguły kończyły się stratą bramki.
Taka gra wymaga jednak wyrównanego poziomu i wysokiego wyszkolenia technicznego wszystkich zawodników,gdyż bez tego nie można wykorzystać swobody w kształtowaniu akcji i nie można wnieść rozstrzygającego wkładu do akcji ofensywnych. Ze względu na rosnącą wagę obrony w wysokiej strefie oraz pressingu musieli oni gwarantować szybkość , grać wysoko i zabezpieczyć przestrzeń za swoimi plecami.
Zmieniło to postrzeganie roli obrońców co ujął Cruyff słowami " Obrońcy nie mogą cofać się po stracie piłki , muszą ruszyć do przodu naciskając na znajdujących się przy piłce rywali".
Zwłaszcza w Hiszpanii przyniosło to ten efekt ,że silne zespoły zdecydowanie wolą trzymać piłkę na połowie rywali,a grę z kontrataku uważają za przeżytek.
Podobnie jak przyuczano bramkarzy do gry nogami w polu ,tak chętnie robiono z pomocników i napastników obrońców, gdyż jak twierdził van Gaal "bronienia " można się szybko nauczyć , gorzej ze schematami rozegrania.
Przez wiele lat ceniono u obrońców wszechstronność ,ale od już tych 30 lat uważa się,że nikt nie jest w stanie zabezpieczyć całych tyłów. Obrońca musi umieć znakomicie bronić ograniczonego wycinka boiska ,a więc musi mieć obok siebie takich , którzy zajmą się resztą. To na tym polega kunszt trenera,aby dobrać do gry w obronie takich , którzy z dobrych elementów stworzą nienaruszalną całość.
Trener Frederiksen przed spotkaniem z Legią ujawnił,że przy podejmowaniu decyzji taktycznych i personalnych kieruje się danymi analityczno-statystycznymi . Nie bez przyczyny podał ,że Legia zajmuje drugie miejsce za Lechem w statystyce goli oczekiwanych . Rzeczywiście Lech ma w xG 55 ( -4) - ( jakość sytuacji strzeleckich ) , podczas kiedy Legia ma w xG 41,6 ( -7,6) . Natomiast w XGA ( wartość strzałów na bramkę) Lech ma 35, podczas gdy Legia 29, 5 . W efekcie w xPTS ( ilość punktów oczekiwanych ) przed wczorajszym meczem Lech miał 54( -5) , zaś Legia 49 ( -10).
Trener Lecha wyciągnął z tych danych wniosek,aby nie dopuszczać graczy Legii to wytwarzania sytuacji dogodnych do strzelenia bramki, gdyż niejako w każdej chwili zła passa może minąć i celowniki zostaną nastawione prawidłowo na cel.
Tym samym trener Lecha przyznaje to co jest dobrze zbadane przez analityków,że to co nazywamy szczęściem w piłce nożnej odgrywa ogromną rolę ( większość analityków uważa,że sięga 50%) - co wynika małej ilości bramek jakie przesądzają o wyniku , gdzie prawie każda jest na wagę złota.
Zależnie od swojego wykształcenia i posiadanych narzędzi badawczych naukowcy wypracowują różne sposoby określania przewidywalności i przypadkowości w piłce nożnej czyli dylematu czy o wynikach , o tym kto wygra ligę w jakim stopniu decydują umiejętności ,a w jakim łut szczęścia ?.Z tych dociekań wynika ,że proporcje fartu do umiejętności wynoszą pół na pół. Jest to szalenie trudne do akceptacji zwłaszcza przez kibiców, którzy przyjmują odmienne wyjaśnienia w postaci wiedzy, umiejętności, warsztatu , jakości trenera, zawodników itd itp. . Kibice wierzą ,że wynik jest pochodna piękna gry.
Problem w tym ,że często piękno wchodzi w kolizję z wynikiem. Eksperci maja taką tendencję, aby uznawać,że zespół , który przegrał zasłużył na porażkę, gdyż grał brzydki, toporny futbol,a gdyby grał ładnie to ho, ho. Takie gdybanie nic nie kosztuje, poza myśleniem w kategoriach egoizmu , gdyż każden wie ,że w piłce na boisku walczą o ten sam cel dwie drużyny.
Piękna nie można analizować , bo jest ono całkiem subiektywne . Można natomiast przeanalizować skuteczną grę - przy założeniu ,że przez skuteczność rozumiemy głównie : odbiór piłki , jej przechwyt, utrzymywanie się przy piłce, zdobywanie przestrzeni, wypracowanie sytuacji strzeleckich, oddawanie strzałów i wreszcie zdobywanie bramek.
Liczne są przypadki kiedy zespoły miały przewagę w parametrach gry ,a przegrywały mecze co spektakularnie miało miejsce w meczu Niemcy - Brazylia podczas MŚ w 2014 roku. Często więc przegrani w takich spotkaniach twierdzą,że rywale wygrali przez przypadek. Jak potwierdza to nasza niedoskonała pamięć,w piłce nie pamiętamy , kto jak grał, bo w historii pozostaje wynik. Piękno nie jest celem futbolu.
Istnieją dwie drogi do sukcesu ,albo bycie naprawdę dobrym ,albo szczęście. W pojedynczym meczu wystarczy jedno z nich ,ale aby zdobyć Tytuł trzeba mieć obie z nich.
Okazało się ,że do badania natury tego co nazywamy przypadkowością można w piłce zastosować rozkład prawdopodobieństwa opracowany przez francuskiego matematyka Simeona Poissona, wedle którego to co wydawało się przypadkowe i bezsensowne stanowi element przewidywalnego wzorca.Nie możemy w piłce przewidzieć w której minucie i ile padnie bramek ,ale możemy dokładnie przewidzieć ilość tych zdarzeń. Przeliczenie liczby bramek , czasu w jakim padają pozwala na przewidzenie np. jaka ilość bramek w większości przesądza o wyniku. W dziedzinie przewidywania częstotliwości wyników w poszczególnych ligach wyspecjalizowała się holenderska firma Infostrada. Wedle niej najczęstszym wynikiem jest 1;1 ( ok.11%) ,a niewiele mu ustępują 1;0, 2;0 i 2;1.
Analitycy uzupełniają obecnie rozkład Poissona o prawo wielkich liczb opracowane przez szwajcarskiego statystyka Jakuba Bernoullego , które sprowadza się do stwierdzenia ,że jeżeli coś robi się wystarczająco długo to każdy rezultat działania jest możliwy, nawet przegrana Legii 0;4
Tym samym wiemy,że nawet zdarzenia odbiegające od normy mogą się chociaż raz wydarzyć. Z tych praw korzystają bukmacherzy, którzy swe kariery opierają na przypadku , gdyby bowiem wyniki meczów były przewidywalne to pewno nikt by nie obstawiał, bo nikt by nie wygrywał.
Sytuacja w piłce nożnej jest taka,że faworyt aby przegrać musi mieć wielkiego pecha ,a tym samym słabszy ,aby wygrać musi mieć dużo szczęścia. Gdy oba zespoły prezentują podobny poziom decyduje forma dnia.
Jednocześnie kilku naukowców jak prof.Gerald Skinner oraz Guy Freeman posługując się algebrą i statystyką Bayesowską po przeanalizowaniu przy pomocy różnych metod doszło do wniosku ,że jeżeli mecz nie kończy się różnicą co najmniej 4 bramek trudno naukowo ustalić czy wygrali lepsi . Czyli wczoraj nawet według naukowców był lepszy od Legii
Ci sami naukowcy poszli o krok głębiej i zbadali porównywalność statystyczną nazwaną po polsku "trójmeczem nieprzechodnim" w którym chodzi , o to ,że jeżeli zespół A wygrywa z B ,a zespół B wygrywa z C do zespół A powinien wygrać z C. Po przeanalizowaniu 355 tych "trójek " okazało się ,że tylko 12 % spełnia warunki tripletu.Gdyby przenieść to na teorię to przewidywanie wyników meczów przypominało by rzut monetą.
Inną metodę badania przewidywalności i przypadkowości zastosował prof. Spiegelhalter, który zbadał wyniki PL na przestrzeni 10 lat i ustalił,że 48% meczów kończy się wygraną gospodarzy, 26% remisem i 26% wygraną gości i przeniósł te dane na rzeczywiste lokaty w tabeli dzieląc zespoły na walczące o tytuł i broniące się przed spadkiem i okazało się ,że one prawie idealnie pokrywają się z danymi statystycznymi.
Jeszcze po głębsze pokłady wiedzy sięgnął niemiecki naukowiec Martin Lames, który stwierdził ,że w Niemczech i Włoszech zespoły, które oddały więcej strzałów na bramkę wygrały tylko 45% ,a w pozostałych topligach - 47%. Ograniczenie statystyki do strzałów celnych dało wyniki od 50 do 58%.
Zadanie trenera nie jest więc łatwe,ale generalnie polega na tym,aby dzięki swym umiejętnościom i pracy zwiększyć szanse odniesienia zwycięstwa. Wczoraj trener Lecha tę lekcję odrobił w stopniu co najmniej dobrym.
Wczorajsze spotkanie było swego rodzaju testem na siłę formacji pomocy Lecha i Legii, jako ,że ta formacja odgrywa kluczową rolę w koordynowania gry w fazach przejściowych oraz stanowi zaplecze tak dla działań zespołu w ofensywie , jak i defensywie.
W obu drużynach w formacji pomocy grało po 5 zawodników, których zadania były zbliżone. Generalnie największe znaczenie dla jakości gry pomocy mają umiejętności środkowego pomocnika, w tym zwłaszcza przyjęcia i podania piłki.Kluczowymi umiejętnościami gracza na tej pozycji w grze bez piłki są wsparcie zdobywające i utrzymujące. Zespoły zwykle ogniskują swą uwagę przy bronieniu na centrum ,więc wykorzystywanie konceptów by skutecznie tworzyć zdobywające linie podania przynosi zespołowi wymierne korzyści. Podczas kompaktowego bronienia zaś umiejętna realizacja wsparcia utrzymującego zapewnia zespołowi kontynuację ataków i unikanie prowadzenia gry sektorami, gdzie rywal może mieć przewagę liczebną, jakościową czy pozycyjną. Podczas bronienia największe znaczenie dla środkowego pomocnika mają działania w odbiorze , przechwycie piłki , asekuracji oraz kryciu strefowym. Z jego boków grają w systemie z czterema obrońcami dwóch pomocników- skrzydłowych,a z tyłu za nim jeden lub dwóch defensywnych pomocników , zaś w systemie gry z trójką obrońców szerokość pola gry mają zapewnić dwaj wahadłowi ,a głębię obrony środka pola dwaj defensywni pomocnicy . We wczorajszym spotkaniu trener Frederiksen , który nie mógł skorzystać z wykartkowanego Rodrigueza zadania ofensywne środkowego pomocnika przydzielił Walemarkowi ,a te defensywne i asekuracyjne Oumie. Z tyłu za nimi operował jeden defensywny pomocnik Kozubal. W Legii ofensywnym pomocnikiem był Kacper Urbański ,a zadania asekuracyjno- korygujące mieli spełniać Szymański oraz Elitim. Jak widzieliśmy Lechowi udało się opanować centrum boiska , nie tyle sama grą wymienionych zawodników,ale dzięki zwiększeniu liczebnemu siły ofensywnej poprzez wprowadzenie do strefy 2/3 bocznych obrońców, zwłaszcza aktywnego w zdobywaniu przestrzeni Pereirze.
Większa mobilność oraz szybkość lokomocyjna graczy Lecha spowodowała przesunięcie środkowych stref Legii w kierunku lewej obrony oraz ku tyłowi ( bliżej własnej bramki) . To zdobycie przestrzeni operacyjnej przez graczy Lecha przy braku obrońcy o charakterze forstopera spowodowała niemożność wyjścia spod presji z utrzymaniem się przy piłce zawodników Legii,a niekompatybilność w obronie co i rusz tworzyła luki na styku trzech obrońców oraz defensywnych pomocników. Oprócz lepszego opanowania faz ważną przyczyna nierównowagi taktycznej była wysoka dynamika prowadzenia akcji ofensywnych przez graczy Lecha,w tym błyskawiczne podania za plecy naszych obrońców z równoczesnym atakiem dwóch graczy Lecha , czemu rozczłonkowani defensywyni zawodnicy Legii nie potrafili przeciwdziałać .
Trener Lecha nie tylko w tygodniu ,ale i przed samym wczorajszym meczem tryskał optymizmem, jak by chciał nim zarazić swój zespół , chyba wierząc ,że szczęście , które Lechitom sprzyja i przeciw Legii go nie opuści.
Frederiksen , przed każdym spotkaniem dokonywał drobnych korekt w składzie , ale wczoraj z uwagi na brak Rodrigueza zmienił także ustawienie z 4-2-3-1 na 4-1-4-1. W ten sposób nie tylko rozkładając zadania środkowego pomocnika na dwóch graczy ,ale też zostawił więcej miejsca w bocznych sektorach dla Pereiry i Gurgula. Jednocześnie takie przesunięcie strefy pozwalało na wchodzenie nominalnego prawego pomocnika- skrzydłowego Gholizadeha do środka głównie w rejonie pola karnego. Równoczesnym celem takiej organizacji gry było niedopuszczenie do dominacji Legii w grze bez piłki.
Po zdobyciu pierwszej bramki ,a zwłaszcza po kadrowym osłabieniu zespołu Legii Lech zaniechał dynamiki na rzecz wyrachowanego wypracowywania korzystnych sytuacji . Nastąpiło uspokojenie gry , zmniejszeniu uległa ilość faz przejściowych , zaś zawodnicy Lecha zaczęli atakować bramkę Legii głównie poprzez centrum skąd do tej bramki jest najbliżej czemu gracze Legii nie byli w stanie skutecznie przeciwdziałać.
Trener Papszun to racjonalny trener, który odbiera rzeczywistość tak jak ona wygląda bez zakładania różowych czy czarnych okularów , bez tego czy coś się podoba czy nie itd. To rzeczywistość decyduje ,a nie nasze subiektywne nastawienie , więc nie mieszał w składzie , nie dlatego ,że nie widział potrzeby zmian ,ale dlatego ,że zespół Legii w ustalonym składzie spotkań nie przegrywał. Papszun ma świadomość tego ,że drużyna Legii to składak , którą skleił, sfastrygował na potrzeby utrzymania w Ekstraklasie i nie jest zespół mający solidne i trwałe podstawy . Więc np.tacy jak ja mający ten obraz przed oczyma boją się obnażenia słabości strukturalnej Legii.
O ten godny pożałowania stan kadry nie wolno obwiniać Papszuna , ale wczoraj dał się zaskoczyć zmianą ustawienia Lecha i nie przeciwdziałał wzmocnieniu ofensywnemu Lecha przez bocznych obrońców, jak też nie zrobił nic ,aby powstrzymać Gholizadeha . Daliśmy się zamknąć w niskiej, rzadko średniej strefie ,a nasze próby natarć były ryzykowne . bo po stracie piłki nasi zawodnicy byli wolniejsi w powrocie pod własną bramkę niż Lechici w jej atakowaniu. Mnie wręcz przeraził fakt,że nasz zespół praktycznie bez walki poddał się kontroli przez przeciwnika.
Wczoraj cała obsada sędziowska , z Lasykiem na czele, skompromitowała się i wypaczyła wynik. W 18' Lasyk usunął z boiska Augustyniaka po rzekomym faulu na Bengtssonie, karząc najpierw zawodnika Legii żółtą kartką, a po interwencji VAR czerwoną.Trudno pojąć tok rozumowania sędziów, bowiem chyba doszli do wniosku ,że Augustyniak dokonał czynu brutalnego lub użył nadmiernej siły, tyle tylko ,że w obu przypadkach aby doszło do przewinienia to musi nastąpić niedozwolony kontakt atakującego z atakowanym ,a Augustyniak w ogóle nie dotknął nogami Bengtssona , nie spowodował żadnego urazu, bo to Bengtsson był spóźniony i jeżeli już to on zaatakował Augustyniaka - co doskonale widać na stop klatce.Augustyniak nie mógł w tej sytuacji nic zrobić i nic złego nie zrobił. Przepis dopuszcza zastosowanie zamiaru jako winy tylko w przypadku zamiaru uderzenia bez piłki rywala ,a nie przy faulu , który polega na takim ataku na rywala ,że jest groźne dla jego zdrowia, Ten skandaliczny wybryk sędziów nie zmienił co prawda obrazu dominacji Lecha ,ale odebrał Legii wszelkie szanse na zmianę tego obrazu i ewentualnie wyniku.
Wczorajsze spotkanie dowiodło ,że Legia nie tylko nie stanowi monolitu ,ale nawet poważnej zapory dla drużyny dobrze zorganizowanej , której gra oparta jest na dużej dynamice i intensywności.
Mam nadzieję,że Legia się utrzyma ,ale wówczas nie mają prawa utrzymać się w pracy ludzie , którzy do tego stanu doprowadzili.
Abstrahując już od nas, Augustyniaka i meczu z Widzewem to w ogóle tego typu ingerencje VAR zmieniają piłkę jaką znamy. Zmierza to wszystko w kierunku, w którym sędziowanie odbywa się faktycznie zza monitora, a główny to figurant od nieistotnych boiskowych zdarzeń. Do tego piłkarze uczą się, że w kamerze inaczej wygląda nawet minimalny kontakt i padają jak rażeni gromem przy co drugim rzucie rożnym, cierpi płynność gry, bo celebra z nasłuchiwaniem komunikatów i pokazowym sprintem do monitora trwa dobre kilka minut, no nie tak to miało być.
Co do samego zdarzenia to ciekaw jestem losów odwołania Legii. Lasica pisze wyżej o eliminowaniu rzeźników, tak, niby ten atak był od tyłu i nierozważny, ale to jednak w ogóle nie wyglądało jak szczególnie brutalne czy groźne zagranie, niewielki impet, ugięta noga, jeżeli to jest czerwona kartka to lepiej już całkiem zakazać wślizgów jak w halówce.
W kwestii Rajovicia wyjaśnień może być kilka:
- presja z góry (podyktowana np. tym, żeby tego Rajovicia uzbroić w jakieś sensowne statystyki i wypchnąć z klubu, wątpliwe, piłkarsko nasza sytuacja jest zbyt poważna na to, żeby brać pod uwagę takie czynniki),
- nadzieja na przełamanie i ustabilizowanie formy (jeżeli Rajović na treningach wygląda zdecydowanie lepiej niż w meczach i wyraźnie góruje nad innymi napastnikami, wątpliwe i przy okazji nawet trochę przerażające),
- dobra współpraca z Papszunem (Rajović wykonuje zalecenia trenera, przede wszystkim w grze defensywnej, daje siłę i centymetry, prawidłowo ustawia się przy stałych fragmentach gry, nie odwala takich numerów jak Nsame przy rożnym Rakowa, i już pal sześć w tym momencie, że jak próbujesz z nim rozegrać klepę to nigdy nie wiadomo gdzie poleci odbita od niego piłka, według mnie najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie).
To nie jest jeden nieudany mecz, to nie jest jedna trudniejsza runda ani nawet jeden pechowy sezon. To coś więcej. Nie chodzi tu jedynie o brak walki od lat o czołowe lokaty. Przecież równie łatwo przyczepić się o brak spójnej wizji, miotania się od jednej ściany do drugiej, PR-owego ściemniania mającego na celu nakręcanie zainteresowania największym klubem w Polsce, zatrudniania nie tylko coraz to nowych, jeszcze bardziej przepłaconych piłkarzy z których kontraktów (rekordowych na tle ligi) nie da się tak łatwo zejść ale i ludzi decydujących o obliczu tej drużyny takich jak dyrektorów sportowych oraz wszelkiej maści doradców walczących o wpływy w oczach „Najwyższego”, udzielającego wywiadów raz na jakiś czas, obiecującego, że tym razem to już na pewno jest plan, jest wizja, jest wszystko dobrze, już za kilka lat będziemy wschodnio-europejską potęgą piłkarską na miarę Bayernu, Ajaxu czy chociaż Bodo Glimt (czekam na to ostatnie porównanie bo równamy do tych coraz mniejszych a i tak będących „kilometry” ponad nami).
A ile w tym jest prawdy tzn. nie tyle efektów tej pracy, bo w tym względzie wygląda to wręcz katastrofalnie (albo komicznie) ile samych prawdziwych chęci poprawienia sytuacji drużyny nie tylko poprzez „tu i teraz” ale myślenie długofalowe i profesjonalizację tego klubu. Inaczej to ujmując: strukturalną dojrzałość. A tak jest tylko zabawka, powierzchowna wydmuszka, wstęp na PZPN-owskie oraz europejskie salony w rękach właściciela który tylko w wywiadach dąży do klubu na miarę oczekiwań dziesiątek tysięcy ludzi spełniających swoje zadanie w jego oczach tzn. kupujących najdroższe bilety w ilościach bardzo zadowalających oraz, w przypadku np. Nieznanych Sprawców, przygotowujących najlepsze, niezapomniane oprawy w Polsce motywujące do zapełniania stadionu pod sam „korek” pomimo walki o utrzymanie.
Każdy kto trzeźwo oceniał sytuację Legii po rundzie jesiennej nie spodziewał się zimą, obserwując zapaść mentalną tej drużyny, wygranej w rundzie wiosennej akurat w Poznaniu. Nie jest to żadne nadużycie po przegranej 0-4 tylko powtarzana często opinia ludzi, którzy zastanawiali się, ile realnie da się wyciągnąć z tego zespołu bo o „cudach” to trzeba jak najszybciej zapomnieć. Albo inaczej: wielu liczyło na to, że uda się od początku wiosny, po przejęciu drużyny przez wymarzonego przez prezesa ale i w znacznej mierze popieranego przez kibiców trenera urywać więcej punktów ale akurat potyczka z Lechem nie jawiła się jako spotkanie, które zadecyduje o być albo nie być w kwestii utrzymania. To było bardziej medialne show w walce o „prestiż” choć realia piłkarskie już dawno odjechały Legii na rzecz „Kolejorza” i trzeba było z tego sobie zdawać sprawę widząc ogrom progresu, jaki klub z Poznania wykonał w ostatnich latach oraz formę piłkarzy takich jak Ali Gholizadeh, ale nie tylko, bo jest to drużyna budowania w sposób metodyczny i bardzo przemyślany.
To nie hitowe spotkania decydują o spadku lub mistrzostwie tylko przede wszystkim te „mniejsze” mecze. A w tego typu spotkaniach może nawet wydawać się, że wszystko idzie w dobrym kierunku a nagle coś nie idzie zgodnie z planem (jak strata punktów z Górnikiem Zabrze, gdzie po rzucie rożnym padł gol Bochniewicza: kosztowało Legię 2 cenne „oczka”, można przywołać i przykład w drugą stronę gdzie 2 gole Colaka pozwoliły na remis z Arka Gdynia 2:2 a kto wie czy ten 1 punkt nie zaważy o wszystkim na samym końcu). I w tych mniejszych spotkaniach wiosną z pewnością liczyliśmy na nawet 5-6 punktów więcej – na wygraną z Koroną Kielce, Arką Gdynia czy Górnikiem Zabrze aby uniknąć tego, co przed nami: bo to nie mecz z Lechem Poznań był kluczowy, o wiele cięższy wymiar gatunkowy czeka Legię przykładowo w meczu z Widzewem Łódź, gdzie w meczu „na szczycie / na dnie” powietrze będzie można kroić siekierami.
Już teraz przyszłość, nawet w przypadku utrzymania (co dalej nie jest pewne) jawi się w bardzo szarych barwach. Do końca sezonu pozostało dosłownie kilka kolejek a cały dół tabeli generuje dalej rekordową ilośc niespodzianek często wygrywając swoje mecze z zespołami na przestrzeni sezonu silniejszymi, co z kolei prowadzi do sytuacji w której do utrzymania może być potrzebne już nawet nie rekordowe, jakby się wcześniej wydawało, 41 punktów ale może nawet 43-44 punkty (o 7 więcej niż Legia ma po Lechu). Trwają już rozmowy o przyszłości z niektórymi zawodnikami, z innymi nie bo albo nie chcą tu grać albo Legii zwyczajnie nie będzie na nich stać i do takiej nowej rzeczywistości trzeba się powoli szykować.
Przyszłość jest zagadką nawet dla Michała Żewłakowa, przeżywającego być może najtrudniejszy zawodowo okres w swoim życiu. Bo zbliża sie moment w którym prawdopodobnie trzeba będzie pogodzić się z faktem, że przy budowie kadry na przyszły sezon dla warszawskiego klubu mogą być dostępni piłkarze pozwalający jedynie na grę o utrzymanie także w przyszłym sezonie, a nie tylko w obecnym. Do takiego miejsca doszliśmy. Mecze z przyszłymi beniaminkami Ekstraklasy takimi jak Wisła Kraków czy pewnie Śląsk Wrocław będą być może spotkaniami dwóch równorzednych drużyn bo nawet do niedawna „średniaki” takie jak GKS Katowice czy Motor Lublin prześcignęły Legię w wielu obszarach. Idą nowe, trudniejsze czasy i bez odpowiedniej pokory będzie jedynie gorzej.
(legia.wordpress.com)
Odniosę się do tego -
"W kwestii Rajovicia wyjaśnień może być kilka:
- presja z góry (podyktowana np. tym, żeby tego Rajovicia uzbroić w jakieś sensowne statystyki i wypchnąć z klubu, wątpliwe, piłkarsko nasza sytuacja jest zbyt poważna na to, żeby brać pod uwagę takie czynniki), "
A ja niestety odnoszę wrażenie, że jednak może być coś na rzeczy. Legia nie jest normalnie i profesjonalnie zarządzanym klubem, o czym wszyscy doskonale wiemy. Rajovic grał od dechy do dechy u Iordanescu, Astiza a teraz Papszuna. Tak niemiłosiernie ciągniętego za uszy piłkarza w Legii sobie nie przypominam. Nsame za jeden błąd i wyleciał ze składu, a Rajovic wciąż gra, choć sam jest jednym wielkim wielbłądem od momentu kiedy tutaj przyszedł. Nie chcę się już nad nim pastwić i wyliczać jego baboli i wad. Po prostu ktoś w klubie powinien uderzyć się w pierś i przyznać się do błędu jakim było ściągniecie go do Legii. Tyle tylko, że przy kwocie jaką za niego zapłacono, prowizji/om, wysokością kontraktu itp. nikt tego nie będzie chciał wziąć na klatę. Swoją drogą to chciałbym kiedyś poznać kulisy tego transferu. Bo odnoszę wrażenie, ba wręcz jestem o tym przekonany, że przyszedł on tutaj z jakiegoś menedżerskiego polecenia, a nie z wnikliwej obserwacji i oceny, bo gdyby tak było to by po prostu tutaj nie trafił. Zresztą świetnym przykładem tutaj niech będzie transfer Colaka, o którym Żewłakow nie wiedział, bo był robiony za jego plecami. Niestety ale przykro mi to pisać, ale Mioduski zrobił z Legii klub mem.
Ja tzw. rozliczenie zostawiam na koniec sezonu. Można uznać winę Mioduskiego w tym ,że otacza się niewłaściwymi ludźmi, bo jako właściciel zdaje egzamin , gdyż Legia ma największy budżet w Ekstraklasie i na sezon 2026/27 ma zdjęty nadzór finansowy, natomiast Mioduski nie zdaje egzaminu jako prezes klubu. Nie on jeden , bowiem we wszystkich klubach Ekstraklasy prezesom brakuje profesjonalizmu.Każdy klub miał problemy większe lub mniejsze , bowiem nie możemy patrzeć na nasz futbol tylko przez pryzmat tego roku .