- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Garm
-
Jak to się robi za Wielką Wodą
Legia pierwsza w tabeli, przeciwnicy tracą punkty - pod względem piłkarskim czasy dla kibica Legii dawno nie były tak dobre. Nie mam zamiaru wpisywać się w ogólny ton medialnych dyskusji po wczorajszym meczu i na siłę czepiać się Danijela Ljuboi; zamiast tego proponuję tekst wpisujący się, mam nadzieję, w trwającą od jakiegoś czasu na łamach Czarnej-eLki dyskusję dotyczącą związków emocjonalnych na linii kibice-drużyna oraz tego, jakie przełożenie na współczesny sport zawodowy ma infrastruktura w postaci choćby stadionów.
Współtworzący tę zacną stronę Senator przypominał niedawno toczone w Polsce jeszcze parę lat temu dyskusje o tym, jak to "nowe stadiony wpłyną na rozwój piłki, frekwencję i w ogóle będzie Europa", żeby następnie dość smętnie zauważyć: "Stadiony europejskie kluby dostały albo od nas - społeczeństwa (Poznań, Wrocław, Gdańsk), albo od miast (Warszawa, Kraków x2, Kielce, Lubin). Mimo tego brak chętnych w inwestowanie w piłkę nożną." Następnie Krzysztof - że pozwolę sobie go tak zdekonspirować - rozważa możliwe przyczyny takiego stanu rzeczy, powołując się m. in. na kryzys gospodarczy czy negatywne publicity naszego ukochanego sportu. Sądzę, że w tym kontekście warto przyjrzeć się temu, jak podobne kwestie wyglądają w Stanach Zjednoczonych, których ligi koszykówki, futbolu amerykańskiego, hokeja czy baseballu powszechnie wskazuje się jako szczytowe osiągnięcia sportu zawodowego.
Ważne zastrzeżenie - choć powszechnie uważa się, że za tytułową Wielką Wodą liczy się tylko zwycięstwo (w odróżnieniu choćby od Igrzysk Olimpijskich nikt nie przyznaje tam srebrnych czy brązowych medali), bliższe rzeczywistości wydaje się stwierdzenie, że na pierwszym miejscu stawiane są równe szanse. Kiedy ktoś spełni już wszystkie kryteria formalno-finansowe konieczne do uczestnictwa w danej lidze zawodowej, ta liga zrobi naprawdę wiele, żeby umożliwić mu skuteczną rywalizację w jej ramach. Rozwiązania są różne, od centralnego rozdziału części zysków generowanych przez wszystkie kluby (wyobraźcie sobie, że Real Madryt musi się dzielić zyskami marketingowymi z kontraktu z Cristiano Ronaldo z, dajmy na to, Levante), poprzez mniej lub bardziej "sztywne" limity płacowe (zarówno górne, jak i dolne - wyobraźcie sobie, że Augsburg musiałby płacić zawodnikom nie mniej niż 90% kwoty wydawanej na kontrakty zawodników Bayernu Monachium), aż po nader skomplikowane systemy draftu, w ramach którego przed każdym sezonem ligi zawodowe zasilają najbardziej obiecujący zawodnicy z lig akademickich czy zagranicy, najczęściej na zasadzie według której jako pierwsi wybierają ci, którzy byli w ostatnim sezonie najsłabsi (wyobraźcie sobie, że Rafał Wolski trafia z Jastrzębia Głowaczów nie do Legii, która go wypatrzyła, tylko do spadkowicza z Orange Ekstraklasy w sezonie 2007/08, Widzewa Łódź).
Prawda, że trudno to sobie wyobrazić? Za oceanem pozycja menedżera sportowego wymaga naprawdę dużej wiedzy, wieloletniego doświadczenia i ścisłej specjalizacji. Niewątpliwym minusem takiego skomplikowania systemu są poważne problemy z rozwiązywaniem potencjalnych sporów, które często skutkują tzw. lockoutami, czyli przerwami w normalnym funkcjonowaniu tych lig. Tylko w 2011 roku lockouty doprowadziły do poważnych perturbacji w okresie przygotowawczym NFL (ligi futbolu amerykańskiego) oraz skrócenia sezonu NBA (ligi koszykówki), a spory między władzami klubów a zawodnikami udało się rozwiązać w obu przypadkach głównie dzięki wiszącym nad obiema stronami konfliktu mieczem Damoklesa w postaci odwołania sezonu, na czym straciłyby one kwoty liczone w miliardach dolarów.
Kolejnym niewyobrażalnym (a przynajmniej nieakceptowalnym) dla większości kibiców piłkarskich w Polsce elementem stałym lig zawodowych w USA jest płynna przynależność klubów do lokalnych społeczności. Szczególne "zasługi" ma tu liga hokejowa NHL, która w połowie lat 90-tych XX wieku zaczęła prowadzić świadomą politykę mającą na celu przeniesienie hokeja z zakochanych w nim, lecz słabych liczebnie i finansowo kanadyjskich rynków na bogate południe USA. Polityka ta zakończyła się w dużej mierze niepowodzeniem, gdyż choćby na pustyniach Arizony zwyczajnie nie ma dość osób zainteresowanych tym sportem, żeby utrzymywanie tam drużyn miało sens z punktu widzenia finansów. Phoenix Coyotes - dawni Winnipeg Jets - zbankrutowali i są obecnie utrzymywani w dużej mierze za pieniądze ligi oraz miasta Glendale, w którym występują; z drugiej strony hokej wrócił w tym sezonie do Winnipeg, pod historyczną nazwą Jets... tyle, że jako kontynuator kolejnego nieudanego południowego eksperymentu, Atlanty Thrashers, klubu wykupionego przez rozmiłowanych w hokeju Kanadyjczyków.
Równie ciekawie dzieje się w najpopularniejszej w Stanach lidze NFL. W latach 90-tych zasłużony dla rozwoju futbolu amerykańskiego zespół Houston Oilers na tle nieporozumień między swoim właścicielem a miastem Houston wokół budowy nowego stadionu został przeniesiony do Tennessee, gdzie występuje od tej pory jako Tennessee Titans. Ten ostatni przykład sprowadza nas zdecydowanie bliżej polskiego piłkarskiego grajdołka. Dobrze przecież znamy mniej lub bardziej szalonych właścicieli klubów grożących, że zabiorą swoje zabawki, jeśli miasto nie spełni ich zachcianek (Józef Wojciechowski również pod tym względem naśladuje amerykańskie wzorce). Nie inaczej było ostatnio w drużynie NBA Sacramento Kings czy w drużynie z NFL, Minnesota Vikings. W pierwszym z tych przypadków doszło do tymczasowej ugody i klub pozostanie jeszcze na co najmniej sezon w Sacramento; w drugim przypadku stan Minnesota, lokalne hrabstwo i klub zawarły wreszcie, po 5 latach skomplikowanych negocjacji, porozumienie w sprawie budowy nowego stadionu futbolowego.
Ten przypadek warto przeanalizować dokładniej, zwłaszcza w kontekście stadionów budowanych ostatnio masowo w Polsce. Aktualny obiekt, na którym grają Vikings, to Hubert H. Humphrey Metrodome w Minneapolis, oddana do użytku w 1982 roku gigantyczna hala na 64 tys. miejsc (w przypadku NFL - dla innych sportów ze względu na różną konfigurację placu gry liczba miejsc bywa inna), która w naszym kraju uchodziłaby zapewne jeszcze przez dziesięciolecia za szczyt osiągnięć inżynieryjnych. Problemem w przypadku Metrodome jest jednak umowa między właścicielem obiektu a klubem - co prawda właściciel ten od blisko dekady zrzeka się należnego mu z tytułu tejże umowy czynszu w wysokości 4 mln dolarów rocznie, ale ma za to prawo do niemal 10% zysków ze sprzedaży biletów i jedzenia/picia w dni meczowe oraz całkowite prawa do sprzedaży nazwy stadionu oraz wszelkich reklam. Teraz pomyślmy o urzędnikach z warszawskiego ratusza śliniących się na myśl o pieniądzach z kontraktu na Pepsi Arenę, wszystkich stadionowych kontraktów reklamowych Legii oraz 10% wszystkich przychodów klubu ze sprzedaży biletów, lóż, jedzenia i picia. Chyba u nas umowa jest jednak nieco korzystniejsza ![]()
Dodatkowym czynnikiem przyśpieszającym działania w Minneapolis było ubiegłoroczne zawalenie się dachu hali Metrodome z powodu nadmiaru zalegającego na nim śniegu. Vikings byli zmuszeni do rozegrania paru meczów na obiekcie zupełnie innej klasy, a obie strony trwających od lat negocjacji w sprawie budowy nowego stadionu trafiły pod pręgież opinii publicznej. Ostatecznie zawarto umowę na budowę stadionu za blisko miliard dolarów; tutaj z kolei trzeba przyznać, że Legia - i różni inni polscy beneficjenci ostatniej fali stadionowego budownictwa - wynegocjowała warunki znacznie lepsze od amerykańskiego klubu; w myśl ostatniego porozumienia Minnesota Vikings pokryje blisko 40% kosztów budowy, kolejne 35% sfinansuje (ze środków uzyskanych przez podniesienie podatku od sprzedaży obowiązującego wszystkich mieszkańców!) hrabstwo Ramsey, a dalsze niemal 30% - stan Minnesota.
Znacznie prostszy jest układ na najmniejszym rynku ligi, w Green Bay. Tamtejsi Packers są jedyną drużyną NFL, której właścicielem może zostać każdy. Kiedy władze klubu uznały, że wiekowy, ale i niezwykle zasłużony historycznie stadion Lambeau Field warto by zmodernizować, dodając kilka tysięcy miejsc i różne inne usprawnienia w rodzaju telebimów przekazujących obraz w wysokiej rozdzielczości, po prostu ogłosiły kolejną już w historii klubu emisję akcji, które może kupić każdy Amerykanin (i niektórzy Kanadyjczycy). Sprzedaż akcji w latach 1923, 1935 i 1950 pomogła klubowi utrzymać się przy życiu w sytuacji, w której inne kluby operujące na podobnie małych rynkach (w mieście Green Bay mieszka obecnie ok. 105 tys. osób) masowo bankrutowały. Kolejną emisję akcji zorganizowano w roku 1997. W ramach najnowszej każdy mógł kupić za 250 dolarów akcję pozbawioną wartości finansowej - w zasadzie można ją tylko oprawić w ramki i powiesić nad kominkiem. Posiadanie akcji klubu nie daje nawet żadnych przywilejów w zakupie biletów (a w Green Bay jest to akurat sprawa dość istotna, bo karnety przekazywane są tam z dziadka na wnuczka niczym najcenniejsze pamiątki rodzinne, a na liście oczekujących na karnet jest ponad 100 tys. nazwisk). "Nie mogliśmy przegapić takiej okazji. To Packers. Chcę być ich współwłaścicielem. Chcę być częścią tego klubu" - mówi cytowana przez Sports Illustrated 60-letnia Connie Overmier. Klub w ciągu półtora miesiąca zgromadził w ten sposób 67 milionów dolarów.
Wydaje się, że największą różnicą między "tu" a "tam" jest zaangażowanie lokalnych społeczności. Całe stany Minnesota czy Wisconsin żyją wszystkim, co związane z ich drużynami. Meczami Legii żyje parę procent lokalnej populacji, co z automatu daje władzom klubu znacznie gorszą sytuację przetargową. Ilu fanów Legii kupiłoby jej akcje mając świadomość, że nie mają one żadnej wartości, że nie da się ich później z zyskiem odsprzedać, że nie dają im one żadnego wpływu na jakiekolwiek działania klubu? Który dyrektor stołecznej drużyny mógłby powiedzieć "Byłem nieco zaskoczony, ale prawdę mówiąc żaden aspekt pasji i lojalności naszych fanów nie jest już w stanie mnie zaskoczyć" - tak, jak powiedział prezes Green Bay Packer, Mark Murphy?
Wydaje mi się, że dobrym uzupełnieniem do dyskusji o amerykańskim systemie sportowym byłaby wzmianka o podstawie tegoż systemu, czyli sporcie szkolnym. Tak, jak mi się zdaje, więź kibica z drużyną bywa znacznie silniejsza, niż w ligach zawodowych. W ogóle zdarza mi się rozdziawić gębę na frekwencje w zaoceanicznych rozgrywkach uczelnianych. Nawet zachowując wszelkie koniecznie proporcje demograficzne - wyobrażacie sobie, że piłkarski mecz AGH conta UW ogląda na stadionie 10 tysięcy ludzi, a dodatkowe, bagatela, pół miliona przed telewizorem? Oczywiście, to też, poza wszystkim innym, jest kwestia infrastruktury. No bo gdzie niby taki mecz miałby się odbyć?
Dalej, uważam użycie słowa 'klub' w odniesieniu do Packers, czy Vikings za błędne. To przecież nie jest klub, nie w rozumieniu pozaamerykańskim, tylko 'team', 'franchise'. W Polsce tatko-warszawiak może wziąć swego kilkuletniego brzdąca i zaprowadzić go do Legii na trening. I tenże brzdąc ma wszelkie prawo marzyć, że jeśli będzie miał wystarczająco dużo talentu, determinacji, fuksa, zdrowia, etc., to po x latach wyjdzie na murawę Ł3 w koszulce swego ukochanego klubu. W Stanach jest to praktycznie nierealne. Tatko-nowojorczyk nie może zaprowadzić syna, którego podejrzewa o koszykarskie zdolności, na trening grup młodzieżowych Knicks, bo czegoś takiego zwyczajnie nie ma. Może go posłać do odpowiedniej podstawówki, potem gimnazjum, liceum. Jeśli chłopak będzie miał wystarczająco dużo talentu, determinacji, fuksa, zdrowia, etc., to trafi na dobrą uczelnie, już najprawdopodobniej poza NYC. A jak tę uczelnię opuści, to zostanie wydraftowany do jakichś Pacers, czy innych Timberwolves. I tyle go w Nu Jorku widziano
Wracając na naszą stronę Wielkiej Wody, jestem spokojnie w stanie wyobrazić sobie, że kibice Legii, Cracovii, Korony, Widzewa kupują udziały swojego klubu, które nie posiadają giełdowej wartości. I nawet robią to częściej, niż raz na kilkadziesiąt lat
Piszesz, Garmie, że meczami Legii żyje parę procent lokalnej społeczności. Ja jeszcze kiedyś na BzK pytałem, dlaczego Legia tak słabo z tym walczy? Dlaczego gdy tylko wjeżdżam w obręb woj. mazowieckiego, nie atakują mnie zewsząd billboardy zachęcające do przyjścia na następny mecz? Dlaczego wróciwszy do samochodu zaparkowanego w centrum Warszawy znajduję za wycieraczką mnóstwo ulotek pokazujących panie w kuszących pozach, a nie jakiś legijny folder? Dlaczego da się przejechać stolicę wzdłuż i wszerz nie dowiedziawszy się, że jutro/pojutrze/za tydzień Legia gra następny mecz? Żeby nie było - to nie jest, broń Boże, żaden przytyk do Legii. W całej Polsce marketing sportowy, marketing klubowy leży i kwiczy.
Do tego dochodzi debilne prawo. Nawet wiedząc, że Legia gra akurat podczas mojej bytności w Warszawie, nie mogę ot, tak sobie iść na mecz. Bo mam kartę Cracovii, więc jestem uznawany za persona non grata. Dobra, można uznać, że ja to wróg. Można nawet na upartego dostrzec w tym jakąś popapraną logikę. Ale gdybym był mieszkańcem, dajmy na to, Wyszkowa, niezwiązanym emocjonalnie z żadnym klubem, a w Warszawie przebywającym w sprawach urzędowych, to też nie mogę sobie na Legię wdepnąć. Bo nie. Bo nie mam karty. Mam w kieszeni dowód osobisty, mam prawo jazdy, nawet paszport posiadam. Trzy dokumenty ze zdjęciem, identyfikujące mnie na co dzień, podczas prowadzenia pojazdów i przy przekraczaniu granicy państwa. Ale na stadion nie wejdę. Cho-re.
Całkowicie się zgadzam, że ligi zawodowe w USA to tylko wierzchołek piramidy, pod niemal każdym względem solidnie podbudowanej rozgrywkami niższych teoretycznie stopni (nawiasem mówiąc jest to rozwiązane dokładnie odwrotnie niż u nas, gdzie tzw. ligi zawodowe są kolosem na glinianych nogach). Przy czym to tylko jeden tekst, tu się nie dało upchnąć wszystkiego - i tak wyszedł za długi, biorąc pod uwagę, że wychodziłem w zasadzie tylko od kwestii stadionów.
Uwaga o "klubach" w kontekście amerykańskim bardzo celna, ale jest to odwieczny dylemat tłumacza - czy używać zrozumiałego terminu lokalnego, mimo niepełnej zgodności znaczeniowiej, czy wprowadzać terminy obce. Sam nie jestem w tym konsekwentny, pisałem choćby o lockoucie, ale jakoś franchise mi przez klawiaturę nie przychodzi. Być może gdybym pisał ten tekst przez tydzień, a nie przez dwie godzinki, znalazłbym jakieś lepsze rozwiązanie
Doskonale zdaję sobie sprawę z klubów piłkarskich ratowanych w Polsce przez kibiców - Cracovii (w czym zdaje się miałeś bezpośredni udział), Pogoni czy Lechii. Być może błędem było moje nawiązanie akurat w sprawie akcji do realiów polskich, ale z drugiej strony u nas jest wentyl bezpieczeństwa w postaci niższych, niezawodowych często lig. W USA czegoś takiego nie ma i firma sportowa raz znikająca z danego miasta może nigdy do niego nie wrócić.
Ogólnie poruszyłeś bardzo ciekawe kwestie, o których możnaby pisać jeszcze przez parę godzin... Pytanie, czy kogoś poza nami dwoma takie dywagacje interesują ;-D
Najpierw - najlepszego
Dla mnie w tych wszystkich rozważaniach brakuje trochę odniesienia do czynnika, który uważam za dość niestety istotny dla odbioru sportu w jego obecnym kształcie - zamożności społeczeństwa.
Ludzie przyzwyczajeni do finansowej stabilizacji chętniej zwracają się w stronę usług, są łatwiejszym targetem dla instytucji sprzedających rozmaite atrakcje nazwijmy to duchowe (nie takie jak te od ulotek w centrum wawy
Oczywiście nie rozgrzeszam Legii z braku okresowo powtarzanych akcji reklamujących klub i stadion, natomiast pesymistycznie obawiam się, że efekty podobnych działań nie musiałyby znaleźć bezpośredniego odzwierciedlenia we frekwencji na stadionie czy zainteresowaniu karnetami.
Brak takich działań to natomiast bez wątpienia poważne zaniedbanie w kontekście długofalowego budowania marki.
Tak właśnie doraźne potrzeby finansowe (niechęć po ponoszenia wydatków nie przynoszących bezpośrednich korzyści) niszczą dalekosiężną politykę, której owoce moglibyśmy zbierać z X lat. Polska.
A propos wejścia na Legię, zdaje się Paweł Czado opisywał na swoim blogu przypadek gościa z Bielska, który nie mógł wejść na nasz mecz z kartą Podbeskidzia, no ale jednak ostatecznie wszedł.
Jest to jak najbardziej do załatwienia, trzeba tylko odpowiednio wcześnie skontaktować się z klubem.
@ Garm
Panie Kolego, pytanie o to, czy kogoś owe 'dywagacje' interesują, zdecydowanie nie na miejscu
Amerykańska mentalna odmienność to w ogóle fascynujący materiał do dyskusji. Akurat wielopłaszczyznowe postrzeganie sportu byłoby w europejskich warunkach rywalizacji podsycanej narodowymi patriotyzmami i lokalnymi ambicjami raczej niemożliwe do odwzorowania, ale warto przynajmniej w ramach poszerzania horyzontów zapoznać się ze zjawiskami, o jakich piszesz Ty i a-c10.
Zastanawia mnie tylko to co napisałeś o 10% z Metrodome. Myślę, że gdyby w momencie podejmowania decyzji, ktoś Legii dał tak wybór - 4 miliony czynszu rocznie albo 10% od rocznego przychodu ze stadionu, nasi negocjatorzy mogliby jednak skusić się na tę drugą opcję.
Nie doczytałeś albo ja znowu Cię nie rozumiem. Nie chodzi tylko o 10 % z dnia meczowego ale cały zysk z reklam wszystkich! kasa za nazwę stadionu też dla miasta . Jeśli to podsumujemy chyba jednak Garm ma rację
@Albiceleste10
Z całym szacunkiem dla Was kibiców Cracovii czy GKS-u myślę że to zupełnie nie ten kaliber. Nie wiem dlaczego nasz sympatyczny młody Garm tak ochoczo poparł Twoje zdanie. Oczywiście rok w rok zbiórka pieniędzy na Pacersów nie byłaby tak owocna ale naprawdę porównania nie ma. Weźmy tylko pod uwagę liczebność naszych stowarzyszeń . Nie wiem ilu członków liczy Stowarzyszenie kibiców Twojego klubu. Orientuję się jak jest u nas. Kiedy ja należałem było to no dobra napiszę kilkaset osób a płacących składki UWAGA !!! 10 zł miesięcznie było 20 - 50 osób . Przepraszam Cie Albiceleste mylisz się kompletnie. Oczywiście przykład stowarzyszeń mocno naciągany bo to czyste związki zawodowe kibiców ale mimo to jeśli na żyletę regularnie przychodzi 7 tys osób to można by liczyć na to, że stowarzyszenie będzie skupiało choć 20 % z nich. O powstaniu takich na wzór choćby tych niemieckich nikt w Polsce się nawet nie zająknie. Tu tez zdaję sobie sprawę z przyczyn prób jednak nie ma i długo nie będzie.
Sport szkolny to zupełnie inna bajka . Trzeba zazdrościć. Drużyny futbolu koszykówki szermierka lekkoatletyka. Weekendy zawody połączone z rodzinnymi piknikami .
Fakt.
Nie tak dużo zresztą w pewnym momencie brakowało do tego, żeby i u nas właściciel zrzekł się czynszu. Ale wiesz co by było...
Ależ tu chodzi o nie o zasadę (bo zachowanie 100% praw do przychodu jest bezdyskusyjnie korzystniejsze), lecz o konkretne pieniądze.
Czy nawet przy obecnej dobrej koniunkturze 10% przychodu z dnia meczowego plus 10% z kontraktu z Pepsi równałoby się wysokości płaconego czynszu, śmiem wątpić.
to są dane obliczalne i zapewne ktoś może to policzyć. Ja tego nie zrobię bo a) jestem leniwy b) w googlowaniu nie za mocny. Trzeba by orientacyjnie doliczyć przychody z reklam,te są tajne.
Zmieniając nie co wątek Garm jasno daje do zrozumienia że tam postawiono na atrakcyjność ta jest wtedy kiedy mecze są wyrównane a drużyny w miarę równe. U nas Legia ma być silna i nikogo to nie dziwi . Dziwiłoby gdyby było odwrotnie.
Miasto w powiecie Brown w stanie Wisconsin zawdziecza swoja nazwe kolorowi wody w zatoce nad ktora jest zlokalizowane. Jest to woda jeziora Michigan.
Misto nazywa sie Green Bay. Gdyby pisac to małymi literami ozaczałoby to ni mniej ni wiecej tylko zielona zatoka. Jezeli chodzi o pakowaczy to sprawa jest prosta. Zalozyciel klubu Earl "Curly" Lambeau pracowal w pakowni miesa. Czyli fabryce ktora robila puszki z mielonką.
Poprosił swojego pracodawce zeby go zasponsorował. Pracodawca dał mu $500 na ubrania dla zawodników. Earl zamowil stroje w kolorze zielonym. W ten oto sposób geografia wplywa na antropologie. Bylo to w 1919.
Jezeli chodzi o strukture organizacyjna GBP, to jest ona unikalna nawet na skale amerykanską. Zespół jest prawnie organizacją niedochodową ( English: non profit organization)
Właścicielem druzyny jest spolecznosc miasta Green Bay. Jest to jedyny taki przypadek w lidze zawodowej NFL.
Tak się panowie zastanawiam i chyba nie jest to coś takiego jak by u nas Właścicielem klubu Korona było miasto Kielce.?
Wyobrażam sobie, jakie larum byłoby w Polsce, gdyby kibic Lechii Gdańsk na pozycji kierowniczej wyrzucił kogoś z pracy za chodzenie na przykład w szaliku Cracovii...
Właściciel ma prawo do zatrudniania i zwalniania pracownika. Ale ok to doskonały przykład że za wielką wodą ludzie też żyją sportem i emocjonalnie nie są inną rasą .
Osobiście mnie bardziej ciekawi zdanie-" wszystko co się tam dzieje jest podporządkowane drużynie " żeby tak u nas
Przyczepiłem się w tekście do słowa 'klub' nie z wrodzonej złośliwości
To być może oczywiste, a piszę o tym dlatego, że od dawien dawna zastanawia mnie, co my, Europejczycy, Polacy, moglibyśmy sobie z tej fascynującej amerykańskiej odmienności sportowej pożyczyć. W ostatnim czasie pojawiły się w naszym kraju pomysły zamykania lig. Na szczęście futbolu to (póki co?) nie dotyczy, ale już w koszykówce i siatkówce ktoś mądry inaczej wpadł na to, że wystarczy zlikwidować spadki i awanse i już, panie kochany, Ameryka będzie jak ta lala. Nonsens tych idei jest wprost porażający. Zamknąć ligę? Bez sportu szkolnego i draftu? Bez salary cap?
Nikomu natomiast, niestety, nie przyszło do głowy, aby uszczknąć sobie nieco tej korporacyjności. Owszem, u nas są nieco inne realia. Ekstraklasa jest ligą otwartą (i chwała Bogu!), co roku wymienia się 12,5% jej składu, trudno mówić o żywotnej dla dużej firmy stałości. Niemniej, całkiem sporo wspólnych działań, dążących do wspólnego dobra można by podjąć. Popracować nad promocją Ekstraklasa (tm). Zrozumieć, że dla przeciętnego widza, od lat tuczonego niczym gęś mitami o zwyrodniałych kibolach z jednej, a wspaniałości lig zagranicznych z drugiej strony, Legia, Lech, Cracovia, Widzew, Podbeskidzie to tak samo obco i wrogo brzmiące nazwy, kojarzące się z tą paskudną, obleśną, zacofaną polską ligą. W takich warunkach trudno tak naprawdę myśleć o wzbudzaniu czyjegokolwiek zainteresowania.
Tego ponurego obrazu nie rozjaśni się z dnia na dzień. W ogóle będzie to trudne. Ale bez zdecydowanych działań, tak poszczególnych klubów, jak i całej ligi, będzie to zgoła niemożliwe. I tu właśnie, powtarzam, popodglądałbym Jankesów. Oni w kwestiach marketingu sportowego są mistrzami świata i najbliższych okolic.
I jeszcze w zupełnie nie amerykańskiej kwestii społecznej własności klubów: przyznam, że wciąż zupełnie nie rozumiem, Senatorze, dlaczego akurat u Was miałoby to nie wyjść. Sam piszesz, że przykład SK działających na obecnych zasadach jest nieadekwatny. Ludziom trzeba dać więcej, niż dumę z posiadania legitymacji. Jakiś realny wpływ na losy klubu. Niechby na początek była możliwość wybierania jednego członka zarządu, który w "dyrektorstwie" reprezentowałby kibiców. Zestawianie Legii z Cracovią też jest nieadekwatne, ale nie ze względu na rozmiar klubów, a na kompletnie odmienne okoliczności. Zadaniem pasiastej Grupy 100 było wyciągnięcie klubu z zapaści i postawienie go na nogi. Gdy ten cel został osiągnięty, okazało się, że szczytem możliwości klubu prowadzonego w ten sposób byłby środek tabeli II ligi. Więc kiedy tylko pojawił się poważny inwestor w postaci Comarchu, przesadnych sprzeciwów nie było.
Ale to wszystko miało miejsce 11 lat wstecz. Od tamtej pory nieco się nad Wisłą i w okolicach pozmieniało, nieprawdaż? Dziś sądzę, że każdy klub Ekstraklasy mógłby śmiało dążyć do kibicowskiego modelu własności. Dwadzieścia tysięcy ludzi razy pięćdziesiąt złotych razy dwanaście miesięcy to roczny wpływ rzędu dwunastu milionów złotych. Brutto, rzecz jasna, ale i tak jest to kasa, wobec której trudno przejść obojętnie. Że 20000 ludzi to dużo? Dzisiaj tak. Gdyby jednak udało się wprowadzić w życie działania promocyjne, o których piszę wyżej, taka wielkość byłaby do osiągnięcia dla każdego z obecnych klubów Ekstraklasy. A już Legia, moim zdaniem, mogłaby śmiało mierzyć w podwojenie, albo i potrojenie tej liczby. 50PLN to dużo? Wystarczy zrezygnować z co trzeciego wyjścia na piwo, co piątej paczki szlugów, wybrać tańszy abonament...
No właśnie. Przypomniałem sobie tamten tekst (nawet przecież go skomentowałem