- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
-
Zezem. Wielka Legia cz. I
Każdy ma życiu swoim okresy, w których wiedzie mu się gorzej i czas, w którym notuje sukcesy. Podobnie jest w przypadku klubów piłkarskich. Ja miałem to szczęście, że na własne oczy oglądałem wielkość Legii Warszawa i w trochę późniejszym okresie, reprezentacji narodowej. A jak było z moim klubem, opowiem.
Po dmuchanych sukcesach lat 1955 i 1956 nadeszły dla Legii gorsze lata. Już nie można było powoływać do legijnego wojska kogo się chciało i w każdym wieku, lecz tylko młodych w wieku poborowym, po prawdzie za zgodą ich samych i ich klubów. A Legia Warszawa była klubem wojskowym i w owym czasie cywile w niej nie grali. Po roku 1956 w Polsce wymieniono w wielu dziedzinach życia całe ekipy zarządzające w ramach destalinizacji i desowietyzacji kraju. Również w Legii Warszawa z funkcjami pożegnała się kadra kierownicza wywodząca się z wojska sowieckiego. Najważniejszą osobą w klubie został pułkownik Edward Poterejko, który będąc sekretarzem generalnym, faktycznie kierował klubem aż do 1970 roku, kiedy to następna zmiana polityczna go nie oszczędziła. Był to człowiek symptomatyczny dla tamtych czasów. Można powiedzieć człowiek służby, a nie własnego interesu i ideowy. On to musiał w zmienionych realiach starać się, aby Legia była kimś na piłkarskiej mapie Polski.
Dla mojego pokolenia był symbolem. Zwłaszcza od czasu, kiedy udało mu się doprowadzić do zainstalowania w 1960 roku oświetlenia na stadionie. Przypomnijmy,że jego oddanie do użytku miało miejsce w meczu pucharowym z duńskim Aarhus GF 05.10.1960 roku. Jak do tego doszło – to obrazuje sposób działania Poterejki. Okres gomułkowski /lata 1956-1970/ to w Polsce oszczędności, skromności, braku zadłużania, a wydatki tylko na to co najpotrzebniejsze. Nakładów na infrastrukturę sportową do nich nie zaliczano. Więc każdy prezes musiał sobie jakoś radzić. Pułkownik Poterejko miał o tyle łatwiej, że miał do dyspozycji darmową siłę roboczą w postaci żołnierzy zasadniczej służby wojskowej z jednostki przy ul. Szwoleżerów w Warszawie. Ale siła robocza nie produkowała. Jakoś udało mu się porozumieć z CSKA Moskwa, skąd otrzymał maszty oświetleniowe i goły kabel, otulinę dla kabla wykonano w tzw. czynie pracownicy Fabryki Kabli w Krakowie. Resztę załatwiła siła robocza. Poterejko doprowadził do udrenowienia i podwyższenia płyty boiska, która wcześniej po każdym deszczyku była bagniskiem,wymiany ławek na trybunach, utworzenia przejść pomiędzy sektorami, rozbudowy basenów i wybudowania kortów. Udało się też położyć fundamenty pod budowę hali sportowej z krytym boiskiem piłkarskim. Jego następcy budowy hali nie kontynuowali. Był taki film o tamtych czasach pt.: "Ja to załatwię". Do takich 'załatwiaczy', w dobrym znaczeniu tego słowa należał pułkownik Poterejko. Na czysto sportowej niwie nabierał doświadczenia i z niepowodzeń wyciągał wnioski. Początkowo stawiał na polskich trenerów, ale kiedy i "Faji" Koncewiczowi, i Górskiemu, i młodemu Longinowi Janeczkowi się nie wiodło, sięgnął po trenerów zagranicznych. Szczególnie doświadczenie z Janeczkiem było pouczające, bo był to świetny szkoleniowiec odnoszący sukcesy w pracy z juniorami, ale stare repy legijne go lekceważyły. Najpierw więc zatrudniony został Virgil Popescu, ale robotę lekceważył. Znowu jakoś udało mu się namówić ludzi z wojskowego klubu czeskiego Dukli, aby wypożyczono ich trenera Jaroslava Vejvodę - i był to strzał w dziesiątkę. Vejvoda rozpoczął pracę z Legią 01.01.1966 roku. Pozostał problem zawodników. W początkowym okresie usiłowano iść drogą powoływania zawodników wyróżniających się w lidze, a jeszcze bez odbytej służby wojskowej. Lecz ich zgoda stawała się coraz bardziej kosztowna, na co Legii nie było stać. Od początku lat sześćdziesiątych zaczął się czas nazywany kaperowaniem, w którym Legia atutów za dużych nie miała. Jedyną korzyścią, oprócz zaszczytu gry w Legii, była wysoka emerytura wojskowa po 20 latach bycia wojskowym. Dla porównania powiedzmy, że w okresie zasadniczej służby wojskowej, z reguły trwającej rok, gdyż ją skracano, piłkarz dostawał 1800zł miesięcznie, zaś jako żołnierz zawodowy, podoficer, dodatkowo 3200zł miesięcznie. Było to około 2,5 przeciętnej pensji. Premie za remis to 300zl, a za wygraną 600zł. Dla porównania piłkarze Ruchu jako hutnicy mieli ok. 7500 zł miesięcznie, za remis dostawali 1000zł, za wygraną na wyjeździe 2000zł, a u siebie 1800zł. Podobnie, a nawet trochę lepiej mieli piłkarze Górnika Zabrze. Niejako z konieczności zaczęto robić to co dziś nazywa się skautingiem, a mianowicie wyszukiwać stosunkowo młodych, jeszcze nieznanych zawodników. Ich szefem był Jerzy Wożniak, a "prawnym wzrokiem" wyróżniał się Ignacy Ordon. Dla młodych, lub pochodzących z ubogich klubów Legia Warszawa stawała się przysłowiową złotą rybką. W ten sposób budowano Wielką Legię.
A teraz pora przedstawić głównych bohaterów, wydarzeń z sezonów 1968/69, 1969/70 i wiosny 1971 roku. Lat największych sukcesów Legii Warszawa.
Trener Jarosłav Vejvoda, ur.1920 rok, w Legii od 01.01.1966 roku. Pierwszy mecz z Górnikiem Zabrze 08.03.1966. Wszyscy, którzy z nim pracowali, nie mają słów uznania. Znakomity warsztat trenerski poparty mocnym charakterem, charyzmą i niezwykłym wyczuciem. Gdy zawodnicy narzekali na zbyt mocne obciążenia, on im je jeszcze zwiększał. Z Deyny jako napastnika zrobił rozgrywającego, a ze Stachurskiego, też napastnika, prawego obrońcę. Do annałów przeszła jego odpowiedź dana Stachurskiemu, kiedy ten powiedział, że będzie świadkiem na ślubie brata: "Niech brat szuka innego świadka", lub też reprymenda dla Kazia Deyny, który wracało od narzeczonej, późniejszej żony z Poznania pociągiem i taksówką pod stadion, z którego odjeżdżał autokar na mecz do Krakowa i trener zabronił Kazia zabrać. Na pierwszym treningu po tamtym meczu Kazio miał pretensje, na co Vejvoda odesłał go do rezerw, aż "zrozumie i skruszeje". Wymagał on od najlepszych najwięcej, wiedział bowiem ,że Bozia nie dla każdego po równi hojna była jeśli o talent idzie, ale ci co zostali obdarowani bez pracy byli i tak lepsi od tych mniej obdarowanych, lecz tylko dzięki wytężonej pracy stawali się najlepsi, stawali się wielkimi grajkami. Kiedy został trenerem zaproponowano mu jako asystentów Lucjana Brychczego, Horsta Mahselego lub Ignacego Ordona. Zrobił sprawdziany i uznał, że Brychczy i Mahseli mogą jeszcze grać, zaś Ordon niech szkoli drugą drużynę. Na asystenta wziął Edmunda Zientarę. Był trerenerem do końca 1969 roku, kiedy to Dukla się o niego upomniała. Potem jeszcze wrócił, ale już zaczynała się era korupcyjna i sukcesów nie odniósł.
Edmund Zientara ur.1929 zm. 2010 rok. Był asystentem trenera Vejvody od 1966 roku do 1969 roku, a następnie pierwszym trenerem w latach 1970-1972. Został asystentem przez przypadek, gdyż po zakończeniu czynnej kariery w Legii w 1962 roku wyjechał do Australii, gdzie grał w amatorskim klubie Marybirong Polonia, skąd powrócił pod koniec 1965 roku i w Legii pytał czy nie mają dla niego roboty. Mieli.
Bramkarz. Władysław Grotyński - ur.1945 zmarł w 2002 roku. Pseudo: "Grot", "Śruba". Do Legii trafił w 1964 roku z A-klasowego Mazura Karczew. Debiut 17.03.1965 roku z TSV 1860 Moinachium w PZP/ nie puścił bramki/, ostatni mecz 16.06.1971 z Górnikiem. Uprawiał też hokej, co dało mu twardość w grze, a także rzucał dyskiem co przynosiło dalekie i celne wyrzuty piłki ręką. Bramkarz który umiał wszystko, chyba pierwszy w Polsce nowocześnie broniący. Przed nim bramkarze w zasadzie ograniczali się do bycia królami pola bramkowego, a głównie bronili na linii, zaś ideałem były tzw. robinsonady, które polegały na tym, że bramkarz stojąc na linii bramkowej, gdy piłka była strzelona w róg wybijał się i w powietrzu układał się poziomo i rękami łapał lub wybijał piłkę. Takie parady były efektowne, ale w coraz szybszej grze coraz mniej skuteczne. Władek poruszał się w polu bramkowym i karnym będąc jak najbliżej akcji i piłki, potrafił wkroczyć twardo w rywala, dobrze grał na przedpolu, był niesamowicie skoczny i skuteczny. Prze lata dzierżył rekord w minutach nietraconego gola. Wyprzedzał o lata świetlne Jana Tomaszewskiego, który do Legii trafił od jesieni 1970 roku. Janek przy Władku odzywał się jak ten mu pozwolił, co zdarzało się rzadko. Niestety w parze z talentem do piłki poszedł talent do hazardu, rozrywek i używek. Po aferze walutowej z kwietnia 1970 roku poszedł w lipcu 1971 roku na 2 lata do więzienia. Karę odbył w całości na warszawskiej Białołęce. Jako ciekawostkę warto przytoczyć fakt, że miał jako pierwszy w Warszawie samochód co się zowie forda mustanga w kolorze, a jakże, różowym.
Lewy obrońca. Antoni Trzaskowski - ur.1941 rok. Pseudo:"Tosiek". Przeszedł do Legii w 1961 roku z A-klasowego Mazura Karczew. Był w Legii od 1961 do 1973 roku. Pierwszy mecz 28.04.1963 z Lechem, ostatni z Górnikiem 19.11. 1972. Przez wiele lat dzierżył rekord w ilości meczów w pełnym wymiarze bez przerwy od 13.11.1966 do 19.11.1972 /przez 159 meczów/. Przyjaciel Kazia Deyny. Jako zawodnik niezwykle uporządkowany, poruszał się po boisku można by rzec elegancko, nie do przejścia w obronie. Nie stwarzał żadnych problemów na boisku ani poza nim. Zawsze nienagannie przygotowany motorycznie. Jak przeciwnicy szukali dojścia do naszej bramki to raczej prawą stroną i środkiem niż stroną Tośka.
Środkowy obrońca. Feliks Niedziółka - ur.1945 rok. Przeszedł do Legii z A-klasowego Mazura Karczew w 1966 roku i grał w niej do 1974 roku. Pseudo: "Felek". Pierwszy mecz 9.04.1966 ze Stalą Rzeszów, ostatni przeciwko Zagłębiu Sosnowiec 30.11.1974 roku. W parze z Andrzejem Zygmuntem świetnie się uzupełniali i przyjaźnili nie tylko na boisku. Felek wyższy, dobrze grał głową, wykonywał dużą pracę, biegał, atakował każdego rywala, który miał piłkę. Wspomina ciepło ten czas, kiedy był w okresie tzw. unitarnym i dostawał uzupełnienie finansowe w postaci premii płaconych przez kibiców w formie dobrowolnych składek. Takie to były czasy. Uznawał za najlepszego gracza Legi Wiesława Korzeniowskiego.
Środkowy obrońca. Andrzej Zygmunt - ur.1945. Przeszedł do Legii z II-ligowej Bzury Chodaków w 1964 roku i grał do 1974 roku. Pseudo: "Belmondo". Niższy od Felka, ale grający niebywale twardo. Rywale bali się kontaktu z nim jak ognia. Był to obrońca, którego piłka szukała. Tam gdzie stał to była piłka, albo napastnik wraz z nią. Miał start do piłki jak rasowy napastnik. Jeden z ulubieńców Vejvody. Kiedyś przed meczem z Lechem podpadł trenerowi jak szedł do autokaru wraz z Felkiem zygzakiem trzymając go wpół, aby nie upaść. Vejvoda nie na żarty zagroził, że jak przegramy z poznaniakami to żegna się z drużyną. Wygraliśmy. Karierę w Legii zakończył w 1974 roku, kiedy to wracając z meczu z Nantes zaczął się wyśmiewać z wielkiego nosa jednego z wojskowych notabli/ nazwisko pominę/.
Prawy obrońca. Władysław Stachurski - ur.1945 zmarł 2013 rok. Wychowanek Milanu Milanówk. Do Legii przeszedł formalnie z III-ligowego Sarmaty Warszawa, a faktycznie z Warszawianki, do której był wypożyczony w 1964 roku. Pierwszy mecz 27.03.1966 roku z Wisłą, ostatni 11.03.1973 rok z Lechem. Pseudo od kolegów "Wazon", zwany też "Lacha". Był w Legii 2 lata i dopiero trener Vejvoda na niego postawił, gdyż uchodził za napastnika, a tych mieliśmy wybitnych, zaś Czech przerobił go na obrońcę. Jego zdaniem miał za wolną nogę i słaby start do piłki. Zawodnik o skromnym talencie, za to wielkiej pracowitości. Jeden z czterech zawodników, którym Vejvoda pozwalał na strzały z dystansu /pozostali to Deyna, Brychczy i Bernard Blaut/. Zawodnik silny o dobrych warunkach fizycznych. Niestety mało zwrotny i kiepsko radzący sobie na błocku. Dobry duch drużyny, rzadko narzekający, koleżeński.