- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- a-c10
-
Czeladnik i Małgorzata
W liceum Gosia uchodziła za seksbombę. Długie blond włosy, ładna buzia okraszona niebieskimi oczyma, krągłości gdzie trzeba, no i te nogi. Jak śpiewa pewien kibic Lecha, znany m.in. z kontrowersyjnej wypowiedzi dla „Weszło!”, prawie każdy oddałby niejedno, aby dotrzeć tam, gdzie znajduje się sedno.
Nikomu się to jednak nie udawało (no, może poza – jak trajkotały zazdrosne języki – przystojnym profesorem od francuskiego). O względy Małgorzaty zabiegał cały zastęp Mistrzów: Paweł – mistrz mody i lśniącego uśmiechu, Karol – mistrz intelektu i filmoznawstwa, Marek – mistrz powiatu w boksie, Cichy – mistrz bitu i słowa rymowanego, Sławek – mistrz szybkiej fury i pieniędzy swojego taty i wielu, wielu innych. Wszyscy dostawali kosza, albowiem mniemanie Gosi o własnej wartości przewyższało nawet obcasy, na których zwykła paradować.
I tak aż do momentu, gdy w blond główce naszej bohaterki zadźwięczało nieśmiertelne „turnus mija, a ja niczyja!” Rozejrzała się wokół i z przerażeniem odkryła, że wszyscy mistrzowie, jeszcze niedawno ścielący się u jej stóp, poznajdowali sobie nowe obiekty westchnień. Większość koleżanek, nawet takich – mierząc gosiną miarą – niezbyt atrakcyjnych, prowadzało się za rąsię ze swymi amantami i wciąż opowiadało o cudnych wrażeniach romantyczno-... hmmm..., jeszcze jakichś innych. Tymczasem plac wokół Małgorzaty, ledwie przed chwilą arena zmagań największych ciach w okolicy, zrobił się pusty.
No, prawie pusty. Wciąż przecież trwał na nim Czarek. Czarek nigdy nie był mistrzem. Co najwyżej czeladnikiem, a i to z przymrużeniem oka. Znaczy niczym specjalnym się nie wyróżniał. Ani wysoki, ani niski. Ani szczupły, ani pyzaty. Ani przesadnie brzydki, ani zachwycająco przystojny. Ot, taki sobie. Z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Z gadki też taki ni w pięć, ni w dziesięć. Znaczy nie żeby głupi. Wiedzę miał i inteligencję też, więcej nawet, niźli sam przypuszczał, kompletnie jednak nie potrafił tego sprzedać. Summa summarum nigdy nawet nie śmiał przypuszczać, że jego kontakt z Gosią wyjdzie poza rzucane ukradkiem w jej stronę spojrzenia i wiecznie maślane oczy. Teraz jednak, gdy wszystkich mistrzowskich konkurentów zabrakło, zebrał się na odwagę i – z sercem łomoczącym jak młot pneumatyczny – zaprosił ją na randkę.
Nie, nie wyśmiała go, ani nawet nie zbyła. Z zupełnie obojętnym wyrazem twarzy odpowiedziała „OK.” I nawet na tę randkę przyszła. Potężnie spóźniona, ale zawsze. Czarkowi i tak przecież przez myśl nie przeszło unosić się honorem i sobie pójść. Czekałby i dwa miesiące, furda tam dwie godziny. Gdy po trzecim spotkaniu pozwoliła się cmoknąć w policzek na do widzenia, był wniebowzięty. A kiedy na piątym spacerowali już trzymając się za ręce, nabrał zupełnej pewności, że złapał Pana Boga za, hmmm..., nogi. Zresztą, a propos nóg i śpiewania o nich, po jakimś czasie Cezaremu udało się dotrzeć do sedna. Co prawda w te klocki Małgorzata wykazała się zmysłowością dmuchanej lali i energią śniętego karpia, ale Czarek nie miał przecież kompletnie żadnej skali porównawczej, więc zupełnie mu to nie przeszkadzało. Ba, „nie przeszkadzało”! Każde zacieśnienie ich relacji, również w wymiarze fizycznym, powodowało u niego kolejną falę miłosnych liścików – dziś pewnie byłyby to mejle, smsy, albo coś w ten deseń – w których nieodmiennie zapewniał swą ukochaną, że on to ją na śmierć i na zawsze. Nic w tej materii nie zmienił fakt, że – jak się okazało – dwie godziny to dla Gosi spóźnienie nie „potężne”, a jedynie „delikatne”. Raz nawet biedaczysko czekał na nią w mokrym listopadowym parku, a gdy wreszcie zadzwonił z uniżonym pytaniem, czy jaśnie pani raczy wreszcie się zjawić, usłyszał że przecież ona na taką pluchę nie wyjdzie i jeśli na to liczył, to sam jest sobie winien. Za nic miał również nasz bohater ustawiczne fochy, dąsy i wszczynane bez widocznego powodu awantury, jak również dalekie od przyjacielskich uściski, którymi jego luba obdarzała co poniektórych kolegów.
W takich oto milusich okolicznościach przyrody doturlali się razem aż do końca liceum. Po maturze Czarek chciał iść do Krakowa na upatrzone od dawna studia. Niestety, za pięć dwunasta Gosia zoczyła gdzieś w Poznaniu agencję modelek, do której mogłaby się załapać i postawiła na stolicę Wielkopolski. Cóż, gdzie Ty, Kaja, tam i ja Kajus (albo jakoś tak). Chłopak przekonał sceptycznie nastawionych do tego pomysłu rodziców i takoż ruszył do Pyrlandii. Tam z początku właściwie nic się nie zmieniło. Potem jednak Cezary... zmężniał. Się zdarza. Fizyczny rozwój samców ma to do siebie, że przemiana szczawiowatego chłopaczka w barczystego mężczyznę następuje czasem błyskawicznie i kompletnie znienacka. Tak też było w przypadku Czarka, choć on sam nie od razu zdał sobie z tego sprawę. Potem jednak zauważył, że sporo ciuchów z dnia na dzień zrobiło się przyciasnych, mięciutki i „kolejarski” zarost przeistoczył się w bujną szczecinę, a co za tym wszystkim idzie, wielkopolskie pięknotki zaczęły nań spoglądać ze znacznie większym zainteresowaniem, niż niegdysiejsze licealne koleżanki.
Co więcej, Poznań może nie Kraków, ale też przecież miasto nie w kij dmuchał. Młody, niegłupi człowiek ma w nim aż nadto sposobności do intelektualnego i kulturalnego rozwoju. Wydostawszy się spod rodzicielskiej kurateli, nabrawszy nieco ogłady i pewności siebie, Czarek zaczął brylować w towarzystwie. Szybko stał się w swym środowisku postacią znaną i przeważnie lubianą. Może jeszcze nie Mistrzem, ale już na pewno nie czeladnikiem.
W tzw. międzyczasie jego związek z Gosią zaczął się powoli, acz wyraźnie rozluźniać. Licealna seksbomba odkryła, że na szerszych wodach słodka buzia i ponętne krągłości nie wystarczą do bycia supergwiazdą. W agencji modelek grzecznie, acz stanowczo odesłano ją na drzewo. Na studiach szło tak sobie, a co najgorsze, na poznańskich ulicach co drugie nogi wydawały się minimum tak długie, jak te jej. Spowodowaną tym wszystkim ogromną frustrację Małgorzata odreagowywała na swym chłopaku. Jeszcze częściej wszczynała karczemne scysje o nic, jeszcze bardziej spóźniała się na randki, aż wreszcie któregoś dnia umówiona na jedenastą przyszła sześć godzin później i zobaczyła, że Czarka... nie ma.
Czarek bowiem w tym czasie rozpoczynał trwający zresztą do dziś związek z poznaną na DKFie Ewką. Chciał o tym wszystkim Gośce powiedzieć, rozstać się jakoś tak kulturalnie, jak cywilizowani ludzie, ale skoro nie przyszła, cóż, sama jest sobie winna.
* * *
Imiona pozmieniane, historia jednak z grubsza prawdziwa. Zresztą, bądźmy szczerzy: kto z Was nie zna, lub przynajmniej nie słyszał o podobnych przypadkach?
A... Ale jak to: co z tego? Oczywiście, doskonale pamiętam, że czarna-eLka to portal piłkarski, nie kącik złamanych serc, ani młodzieżowy blogasek. Powiem więcej: do spisania powyższej opowieści zainspirował mnie pewien stały bywalec naszego sieciowego zakątka. Nie, absolutnie nic nie wiem o jego miłosnych perypetiach. Zresztą, nawet gdybym taką wiedzę posiadał, ani bym myślał się nią z Wami dzielić. Chodzi mi wyłącznie o następującą wypowiedź: Jestem piłkarskim laikiem i na futbol (Legię) patrzę wyłącznie przez pryzmat oczekiwań. Często zamiast rozumu używam emocji, ale takie moje kurewskie kibicowskie prawo! Płacę i wymagam.
Prostytucja! No tak, tak sobie w pierwszej chwili pomyślałem. A raczej: dziwkarstwo. I niech się Sz. Kol. Kibic50 nie obrusza, oceniam/ałem przecież tylko słowa, nie ich autora. No ale, ja pier-ten-tego, wiecie co?! Płaci i wymaga, znalazł się, patrzcie jeno...! Toż to kubek w kubek jak, za przeproszeniem czytelniczej delikatności, w bałaganie: za stówkę rączka, trzy stówki buźka, a za pińcet fulserwis. A przecież z ukochanym klubem winno być niemal tak samo, jak z ukochaną kobietą. Jakaś czułość, jakieś przywiązanie, jakaś, panie tego, miłość...? Nie. Płaci i wymaga. W paszczu dwat’cat’, w pipu trit’cat’. No nie mogę, no.
Ba, od biedy dałoby się jeszcze zrozumieć, że kol. Kibic50, dobrze znany ze swego chłodnego stosunku (bez skojarzeń poproszę) do „zaangażowanych” fanów może prezentować popularną w wielu krajach zachodnich postawę oglądacza konsumpcyjnego. To tak jak – zostawiając już ten bajzel na boku – w każdym sklepie, czy punkcie usługowym. Uiszczam określoną opłatę, a w zamian oczekuję, że bułka będzie smaczna/telefon funkcjonalny i bezawaryjny/marynarka wyprana i wyprasowana jak należy/wakacje co najmniej zgodne z oczekiwaniami/etc., etc. No ale żeby podobną postawę prezentowali właśnie kibice „zaangażowani”!? A co z ich hasełkami typu „X to my (a nie ktoś tam inny)”, „miłość i wierność po grób” i całą resztą?
A przecież ledwie kilka dni temu w Warszawie tak właśnie się zdarzyło. Może i kiepsko było słychać przez laptop i w ogóle ocena dopingu bez bytności na meczu bywa zazwyczaj mało wiarygodna, acz jednak odniosłem silne wrażenie, że w meczu Legia - Botosani cała Żyleta głośno i wyraźnie wyrażała dezaprobatę (delikatnie rzecz ujmując) wobec poczynań stołecznej jedenastki. I to mimo, że stołeczna jedenastka koniec końców jednak ten mecz wygrała, wypracowując sobie przewagę, którą potem potwierdziła w wyjazdowym rewanżu.
Niechętny kibolom piknik i niechętni piknikom kibole zjednoczeni w sprzeciwie wobec słabej gry oraz – ich zdaniem – znikomych starań swych pupili. Jak to mawiał jeden nasz były prezydent, koalicja egzotyczna. Ów egzotycznie koalicyjny sprzeciw napotkał zresztą na łamach ce-eL na silną opozycję, która jęła szydzić z głoszonych przez „zaangażowanych” górnolotnych frazesów.
Czy słusznie?
OK., łatwo jest okpić postawę, która – przynajmniej teoretycznie – stoi w ostrym kontraście do deklaracji. Ale przecież niewiele trudniej zastanowić się, co konkretnie oznacza „bycie z klubem (na zawsze)” i co Kibic50 miał (mógł mieć?) na myśli pisząc o płaceniu. Warto w tym momencie zauważyć, że Żyleta przyszła. „Zaangażowani” – owszem! – nie wspierali swej drużyny. Wręcz przeciwnie, w sposób niedwuznaczny i absolutnie niewybredny jeździli po niej jak po łysej kobyle. Ale, powtarzam, przyszli. Pojawili się na stadionie, w przeciwieństwie do wielu innych kibiców, którzy pozostawili puste krzesełka.
Co zaś się tyczy czarno-eLkowego komentatora, skądinąd wiem, że płaci on nie tylko pieniędzmi. Nie zdradzę chyba jakiejś wielkiej tajemnicy pisząc, że zdarza mu się pojawiać na meczu wbrew zaleceniom lekarskim, czy zgoła zdrowemu rozsądkowi.
I oni, i on chcieliby, jak mniemam, czegoś w zamian. Nie, nie zwycięstw. Tych przecież wymagać nie sposób, zwłaszcza w tak nieprzewidywalnej dyscyplinie, jak futbol. Nie chcą natomiast upodabniać się do Czarka – głuchego i ślepego gówniarza, ślącego miłosne liściki i łażącego jak zbity pies za dziewuchą, która bardzo wyraźnie ma go w poważaniu.
Bo Czarek mógł Gosię rzucić. Ale oni się przecież z klubem nie rozstaną, prawda?

Ja też znam pewną Gośkę, fajna dziewczyna pracuje na estradzie, wokalistka śpiewa. Kiedyś tam pewien Heniek zakochał się w niej na zabój no i Gosia uległa. Żyją w związku od lat. Heniek tak kocha że gotów zabić każdego, kto tylko źle powie, nie doceni talentu itp itd. Jeździ za Małgośką wszędzie co z jednej strony ją cieszy z drugiej nieraz przysparza kłopotów bo Heniek nie z tych grzecznych. Nie raz się zdarzyło że koncert przerwano bo Heniek wywołał awanturę.
Mało tego tak jak mówiłem Heniek tak kocha że z miłości potrafi przypierdolić tak ,że biedna zmuszona jest odwołać koncert bo ni jak z obitą buzią pokazać się nie sposób. Straty finansowe olbrzymie bo kary musi płacić Małgosia.
Malgośka jak to dziewczyna ogólnie pracowita choć życie to życie zdarzy się że nie ma dnia i koncert taki sobie. Wierni fani a tych ma sporo rozumieją bywa, nie rozumie kochający Heniek, pierwszy krzyczy na koncertach jaka ta jego Malgośka chu. ..a. Dziwne to dla wielum wszak Heniek bez Malgośki żyć nie może i nie odpuści żadnej okazji aby uświadomić świat jak tą swoją Małgorzatę kocha.
Żeby dopełnić obraz tej miłości to Heniek a i owszem pomaga swojej wybrance potrafi na koncercie rozkręcić publikę ale nic za darmo. Co Małgosia nazbiera na lepszy sprzęt to Henkowi odbije i Małgosia musi pokryć szkody wyrządzone przez ukochanego. Trwają tak w tym związku bo i miłości dziwną bywa a i przez tyle lat pewne ciche układy powstały, dziwne, niezrozumiałe dla wielu.
Małgośka może i by chciała tą patologiczną miłość przerwać ale się zwyczajnie boi, wszak Heniek nie raz pokazał, kocha tak że dla obrony miłości gotów jest na wszystko. Ogólnie Heniek jest tak pewny swojej milosci że zakodował sobie w głowie Małgośka to On, czyli właściwie kocha siebie. Takie toksyczne miłości są zapewne znane czy jednak są normalne i tak sobie miłość wyobrażacie?
PS
Zapomniał bym
jasne kiedy Małgosia nie ma dnia i koncert taki sobie nie tylko Henryk daje czadu, jest na jej koncertach zawsze grupa komercyjnych fanów jej talentu która razem z Henkiem wyraża swoje niezadowolenie. To ci co płacą i wymagają. Ot wydali pieniądze i chcą w zamian super koncertu. Niby wolno im , takie ich prawo. Jestem tylko strasznie ciekawy czy sami są do bólu idealni, wszystko zawsze w życiu im wychodzi? Jedynie słowem perfekcja w każdym calu?
PS2
Wiecie kiedyś Małgosia próbowała uwolnić się od Heńka, miała dość płacenia za jego wybryki i chyba wyczuła fausz w tej miłości, a na bank zrozumiała, że Henryk taki bezinteresowny nie jest. Powiedziała dość ale Henryk z miłości robił takie bagno na koncertach, tak dawał Małgosi popalić, że na jej koncerty ludzie przestali przechodzić ponieważ nie sposób było wytrzymać tej atmosfery jaką Heniek wytwarzał.
Małgorzata zmieniła menago. Heniek od razu złapał kontakt, pogadał, ustalił kto tu rządzi i że Małgosi nie odda za nic. Menago głupi nie był, dał Heńkowi dodatkowy sklep z pamiątkami Małgośki wszak mąż przecież i na dziś niby koncerty są. Małgośka zadowolniona , niestety zna tą miłość i wie że Henkowi wcześniej czy później odbije, że Heńkowi ciągle mało.
Też kochać potrafi, choć może nie aż tak fanatycznie jak Heniek, bo wie doskonale, że czasami fanatyzm jest gorszy od faszyzmu. Zamiast miłością się chwalić i górnolotne pierdoły powtarzać , robi swoje.
Spokojnie od lat smali cholewki do Gośki, na koncerty chadza, za bilety płaci, refreny wyśpiewuje, gadżety zbiera, włosów z głowy i kibli ze ścian nie wyrywa, choć wybranka nie raz fałszowała niemiłosiernie.
Wyżali się biedak czasami, frustracje z siebie wyrzuci, by na koncert ponownie się udać, wiedząc doskonale, że przy Heńku szans raczej nie ma najmniejszych.
Teresą Żylis -Garą to ona nie będzie .
Nie ma też obowiązku płacenia.
Obowiązku płacenia nie ma, ale jest potrzeba, bo bez tych pieniążków dalszego rozwoju marnej jeszcze wokalistki Gosi by nie było, o karierze choćby Dody mogłaby tylko pomarzyć, a sceny na jakich występuje Teresa pozostałyby jedynie w sferze fantazji..
Edit
@a-c10
"Płacę i wymagam", Prostytucja!
Może się nie znam, ale wspomniana "prostytucja" kojarzy mi się z "biorę i daję", czy jakoś tak
Że z Heńka niekiepskie ziółko, to ja przecież nie przeczę. Ma chłop swoje za uszami, święta prawda. Żeby to jeszcze szło wyłącznie o niekontrolowane porywy serducha i związane z nimi kłopoty. Nie da się jednak ukryć, że koledze Henrykowi zdarza się cynicznie wykorzystywać szumnie deklarowaną miłość do Małgośki dla swoich własnych, zupełnie nie romantycznych celów zarobkowych. I to już zwyczajnie śmierdzi.
Ale czy przy tym wszystkim po raz kolejny musimy roztrząsać heniowe grzeszki? A konkretniej: czy w związku z nimi Henio traci prawo do wyrażania własnych opinii? Bo mnie się zdaje, że niekoniecznie. I nie chodzi wcale o jakieś moje zauroczenia. W końcu i wiekiem, i brzuchem, i stanem gardła, i barwą włosów coraz bliżej mi do Janusza
Co do Heńka jeszcze, wielu krytyków zarzuca mu (często słusznie), że na koncerty Małgośki przychodzi dla... samego siebie. Po to, by pokazać, jak to fajnie umie rozkręcić imprezę. Ba, zdarzyło mu się onegdaj parę razy rzucić tekstem w stylu "gdybym się interesował muzyką, sam zostałbym piosenkarzem!" A tu proszę! Henio wziął i udowodnił, że na estradę jednak zerka, ucho ku głośnikom zwraca. I to właśnie - moim zdaniem - wywołało złość wielu jego krytykantów (nie bierz tego zanadto do siebie).
Podsumowując, z głosem Heńka można się zgadzać, albo nie. Wolny kraj przecież podobno. Nie zgadzam się natomiast na wpychanie mu tego głosu z powrotem do gardła. Z jakiegokolwiek bądź powodu.
A, jeszcze jedno: słabszy dzień może się trafić każdemu, oczywista oczywistość. Zwłaszcza gdy koncertować trzeba z taką częstotliwością, jak - nie przymierzając - Golec uOrkiestra w okresie szczytowej popularności, nie sposób za każdym razem prezentować formy jak na Salę Kongresową, czy zgoła Carnegie Hall. Wypadałoby jednak zachować minimum przyzwoitości i przynajmniej nie pokazywać, jak to się bardzo człowiekowi nie chce podejść do mikrofonu i gęby otworzyć. Bez względu na to, czy ten mikrofon stoi akurat przy siódmej alei, czy w Gminnym Ośrodku Kultury w Pierdzichowie.
@ Kibic50:
Spoczko, spoczko. Henio i Jasio jeszcze niejedną wódkę razem osuszą przy okazji rozmów o swej gwieździe. Taką przynajmniej mam nadzieję (choć mam też świadomość, że nie ziści się ona ani jutro, ani za tydzień). Bo wtedy i warszawska Małgośka, i poznańska Leyla, a nawet krakowska Rachela dopiero będą miały perspektywy.
@ Szmulikk:
Od Gośki trzeba wymagać, bo to leniwe dziewczę jest.
Ja nie wiem, czy jest. Wiem, że każdy czasem bywa. I znacznie lepiej, gdy w takim przypadku otoczenie na delikwentkę ryknie (niechby nawet i niecenzuralnie), niż gdyby miało przymykać oczy i udawać, że to niby wsio w pariadkie.
a jakże prawo do wyrażania własnych opinii jest dla każdego i tu nie widzę żadnego ale. Heniek może, ja mogę i bogaty Janusz może wszak zapłacił.
Nie w tym rzecz a w sposobie jeśli na dodatek wiąże Heńka i Małgośkę głębokie uczucie.
Wiem Twoja piękniejsza połowa jest idealna ale dla potrzeby chwili przyjmijmy, że nie jest. Zdarzy się jej i to i owo, musisz zwrócić uwagę, przywołać do porządku jak to się mówi. Uczynisz to tak aby dotarło ale nie zabolało, nie poniżyło? Prawda? Będziesz miał radochę , że besztasz? Już zapewne się oburzysz na samo słowo besztać prawda?
Jestem pewny, że zrobisz to taktowanie choć zapewne stanowczo.
I tu jest ta różnica. Henryk dumny jest z tego że beszta, jara go to i daje w tym momencie radochę . Tobie przyjemności to nie sprawia tego też jestem pewny.
Poniżyć, upodlić i w końcu pokazać kto tu do k... nędzy rządzi to jest cel Heńka.
Bogaty Janusz troszkę inaczej beszta, on jest kuźwa zajebisty i nie będzie patrzył za swoje pieniądze na miernoty. Pokazuje swoją wyższość .
Reasumując trzeba od czasu do czasu zwrócić uwagę, że to jak Małgośka dziś śpiewa jest nie do przyjęcia ale trzeba to zrobić tak aby dziewczyna się nie zablokowała jeszcze bardziej, aby nie popadła w stan depresji i beznadziei w końcu musi czuć że Henryk ją kocha a nie gardzi i poniża.
Nie trzeba sobie nic wyobrażać, moja żona ideałem nie jest (co i zresztą dobrze - gdyby była, zabraliby mi ją żywcem do nieba i co ja bym sam biedny począł na tym świecie złym?). Ja, rzecz jasna, też nie. I pewnie dlatego przez paręnaście lat związku przeżyliśmy już kilka sytuacji, w których jedno i/albo drugie wyszło z nerw. Zdarzyły się już i latające talerze, i połamane krzesła, i różne inne takie, także a jakże. A przede wszystkim słowa, których długo, długo było potem wstyd. Co tu dużo gadać, jak to w życiu. Jasne, nie są to sytuacje przesadnie częste, ale się zdarzają.
Po pierwsze jednak, prawdziwą relację damsko-męską od związku kibica z klubem różni skala prywatności. My sobie z żoną publicznie jobzli nie rzucamy. A kibic na stadionie co niby innego ma uczynić?
Po drugie, moim skromnym zdaniem, rzecz nie w tym, aby oczekiwać ideału, a w tym, by w imię uczuć umieć wybaczać potknięcia i puszczać je w niepamięć.
Uff, ale mi się z bebechów napisało
Ja tam nie wiem, trochę słabo się w tych smarkfonowych klimatach odnajduję i w ogóle podkradłem urządzenie żonie
o widzisz mam nadzieję że dostrzegasz jednak różnicę między nawet karczemną awanturą w czterech ścianach, a publicznym linczem na rynku na oczach całego miasta.
Mówią też tak aby komuś zwracać uwagę i pouczać dobrze jest samemu być ok.
Kurdę, ja to jednak cyfrowy osiołek jestem, więcej się tych smarkfonów nie tykam. Dopiero dzisiaj filmik obejrzałem
Czy tak w rzeczy samej wyglądają relacje Gosi i Henia? Przykre, ale na pewno dałoby się znaleźć sporo argumentów na poparcie tej tezy*. To w ogóle bardzo pokręcony związek, daleko wykraczający poza plastikowo-facebookowe "it's complicated". Podkreślam jednak po raz kolejny: Heniek był. A gdzie byli Adaś, Dominik, Franek i reszta purystów?
* z drugiej strony: patrz, jakoś to tak dziwnie wychodzi, że gdy tylko Heniek przypierdaczy Józkowi w obronie gosinej czci, to się larum podnosi, że bandyta
@ Senator:
dostrzegasz jednak różnicę między nawet karczemną awanturą w czterech ścianach, a publicznym linczem na rynku na oczach całego miasta.
Pewnie, że dostrzegam. Dostrzegam też, niestety, pewną ułomność "związkowej" metafory
aby komuś zwracać uwagę i pouczać dobrze jest samemu być ok
A pewnie. Co nie zmienia faktu, że gdy złodziej mówi, że nie wolno kraść, to przecież generalnie ma rację, prawda?
jasne że prawda pytanie na ile jest prawdziwy w tym co mówi. Raczej wywoła uśmiech niż ktoś jego słowa weźmie poważnie.
Co do innych to może i lepiej że ich formą protestu z takiej a nie innej gry jest zwykle odpuszczenie meczu. Bardziej to dla mnie cywilizowane. Co do obecności Heńków zapewniam Cię proporcje były podobne. Dół i to niecały.
Przecież wiesz że tv kłamie
Pojawił się za to Janusz Bogaty (?) i nie o nazwisko chyba tu chodzi.
"Bogaty Janusz troszkę inaczej beszta, on jest kuźwa zajebisty i nie będzie patrzył za swoje pieniądze na miernoty. Pokazuje swoją wyższość"
Nie wiem co jest złego w byciu bogatym. Sam z zazdrością patrzę na drugą stronę murawy, gdzie w lożach vipowskich zasiadają adoratorzy, płacący za oglądanie "miernoty Gosi" po kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy zł za sezon. Czy Janusz Bogaty beszta, tego nie wiem. Wiem natomiast, że zwykły Janusz, pomimo krytycznego czasami stosunku do jakości koncertu Gosieńki, ciągle czerpie przyjemność z oglądania jej na żywo, choć głowę od emocji pokryła już dawno siwizna
Wczytując się w tę dyskusję, odnoszę wrażenie, że jedynym, który ma prawo do naszej Gosieńki jest Rysiek.
Jak powszechnie wiadomo, wszystkie Ryśki to porządne chłopy, więc sceniczne potknięcia wokalistki Małgorzaty bierze na klatę.
Przyzwyczajany przez lata do fałszów ukochanej, "besztać" nie będzie, wszystko wybaczy a sceniczne potknięcia przed własnym sumieniem usprawiedliwi. A to, że takie koncerty się zdarzają, że koncertów za dużo i chrypka się wdała, że to tylko konkurs Eurowizji, czy w końcu, że nie takiej wokalistce zdarza się fałszować..
Jedyna rzecz, jaka może ten sielankowy związek zakłócić i skutecznie od koncertu odstraszyć, to zazdrość o Heńka. Tu zgody nie ma, bo mało, że Gosię leje, to jeszcze nagrody dostaje.
Tymczasem impresario naszej Małgorzaty staje na głowie. Gitarzystów wymienia, ceny biletów obniża, dzieciaki stadnie zaprasza, prezenty rozdaje, kary za rozpalone z miłości serca płaci bo frekwencja na koncertach coraz mniejsza. Więcej wielbicieli muzyki zaczęło już przychodzić nie tylko na Dodę, ale i Mandarynę.
Ps
Może jednak ten Janusz nie taki zły, i na łagodniejsze traktowanie zasługuje, bo choć trochę pomarudzi, to na koncert przyjdzie zawsze. Mimo wszystko
Oczywiście, w samym byciu bogatym nie ma nic złego. Jeśli jednak chodzi o oglądanie meczów z vipowskiej loży, miałem kiedyś tę, hmmm..., przyjemność (nie żeby mnie było stać, tak tylko na zaproszenie
A co do "Ryśków" - no fajne chłopaki, wiadomo. Ale też mnie wkurza (@ Walles, Senator: bez urazy), gdy siebie i tylko siebie uważają za tych jedynych prawdziwych kibiców. Żeby jasność była - to samo wkurza mnie także w wykonaniu Heńków, Januszy, Mietków, Zdziśków i kogokolwiek bądź.
Możesz przeszukać cały internet od czasu kiedy się pojawiłem czyli gdzieś 2003 i nie znajdziesz żadnej choćby sugestii że uważam się za lepszego lub jedynego prawdziwego kibica. Właśnie o to chodzi nie ma lepszych gorszych więc jeśli ktoś dzieli stopniuje zwyczajnie krew mnie zalewa. Mniej więcej w takim samym stopniu jak słyszę że Legia to my lub cała Legia zawsze razem.
Na vipowskiej też byłem raz (zaproszenie) i więcej tam się nie wybiorę, chyba, że nie będzie wypadało zapraszającemu odmówić. Atmosfera tam żadna i można spotkać przedstawicieli SKLW (?)
@Senator
" nie znajdziesz żadnej choćby sugestii że uważam się za lepszego lub jedynego prawdziwego kibica."
To tak, jak ja.
Nie wiem zatem dlaczego wrzuciłeś Janusza do jednego kotła z Heńkiem.
Bo napisałem "Płacę i wymagam" ?
Zobacz w jakim to było kontekście. Ile razy próbowałem odpowiedzieć "nocnemu rycerzowi", który w mojej ocenie właśnie nachalnie próbuje narzucić, kto zasługuje na "bycie jedynym prawdziwym kibicem"
Mnie znacznie bliżej do takiej postawy:
http://legia.net/wiadomosci,61687-wszyscy_powinnismy_budowac_legie.html
"Zdaję sobie sprawę jak dużym rozczarowaniem było zakończenie poprzedniego sezonu, sam miałem moralnego kaca przez kilka tygodni. Potem była jeszcze jedna gorzka pigułka – Superpuchar w Poznaniu. Niby to tylko mało ważne trofeum, ale porażka w nim zawsze boli – szczególnie poniesiona w słabym stylu. Ale od tamtego momentu wiele się zmieniło – nasi piłkarze wygrali już pięć meczów z rzędu, a z każdym spotkaniem grają coraz lepiej.
Dlatego warto zapomnieć już o tym co było, o krytyce, malkontenctwie i ciągłym narzekaniu. Warto skupić się na tym, co jest i zacząć wspierać drużynę – tym bardziej, że każdy z nas jest z Legią i na dobre i na złe.
Zacznijmy wspierać Legię! Poprzez swoją obecność na jak największej liczbie spotkań. Tak najlepiej możemy pokazać swoje oddanie naszemu klubowi, zademonstrować to, że Legia jest istotną częścią naszego życia.
Pokazaliśmy już, że nie akceptujemy pewnych zachowań zarządu, PEWNEJ POSTAWY NA BOISKU i starczy - JAKO KIBICE MAMY DO TEGO PRAWO ! Teraz dajmy szansę drugiej stronie na pokazanie, że przekaz został zrozumiany. Zacznijmy wiec wspierać Legię, chodzić na mecze na stadion przy Ł3. Wszystkim nam powinno zależeć, żeby ten stadion zapełniał się na każdym meczu i niezależnie od przeciwnika, bo najważniejsza jest Legia."
Komu jak komu, ale akurat Tobie nie muszę udowadniać, że Janusz "Bogaty" zakupił karnet na cały muzyczny sezon i jest na każdym "koncercie". Cieszy się bardzo, bo Gosieńka jakby mniej fałszuje i powodów do narzekań nie daje. Nawet dyrygent jakby się ogarnął, mniej muzyków wymienia, po 3 zmiany stosuje i nie zmusza już skrzypków, by na wiolonczelach grali
Gdyby jeszcze sięgał po młodych absolwentów szkół muzycznych...
Ps
O Heńkach przez duże "H" mamy podobne zdanie i tu nigdy nie było sporów.
wszystko fajnie tylko nie wiem dlaczego bierzesz moje komentarze do siebie. W żadnym słowem nie wspomniałem konkretnie o Tobie. Czyżby działało powiedzenie - uderz w stół ..
I jeszcze raz prośba ( nie zliczę która ) nie wklejaj całych tekstów, link naprawdę wystarczy.
"Zapomniał bym
jasne kiedy Małgosia nie ma dnia i koncert taki sobie nie tylko Henryk daje czadu, jest na jej koncertach zawsze grupa komercyjnych fanów jej talentu która razem z Henkiem wyraża swoje niezadowolenie. To ci co PŁACĄ I WYMAGAJĄ"
To nie "stół i nożyce", tylko kojarzenie faktów, które w tym przypadku aż biją w oczy.
Nie wkleiłem całego tekstu, tylko tezy adekwatne do naszej dyskusji. Kto chce przeczytać całość skorzysta z linku
No przecież napisałem "bez urazy", hm?