- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
-
Zezem. W kalejdoskopie cz. 41.
W takiej trochę badziewiastej kulturze masowej mało kogo obchodziły, a jeszcze mniej dziwiły wygłupy niezbyt rozgarniętej trupy, jaką tworzył niejaki Andrzej Rosiewicz i jego roznegliżowane panienki. On udawał, że śpiewa, one zaś udawały, że tańczą, miotając się po scenie bez ładu i składu.
Mówienie o tańcowaniu oznacza, że celowo wybrano sekwencje ludzkiego ruchu i dopasowano je do muzyki. Tym, który to czyni jest choreograf, bo to on zajmuje się układem ruchu na scenie, czyli przestrzeni do wystawiania utworów, również tanecznych. Czujecie ten powiew świeżyzny? Tak! Ta scena to prostokąt trawy zwany boiskiem piłkarskim, a choreografem jest trener, który goni tych gamoni, piłkarzy, aby się ruszali w ustalonym ładzie, porządku i wedle zaplanowanych reguł.
A oni, czy to tancerze czy piłkarze ruszają się, aby nas widzów zadowolić, abyśmy byli ukontentowani i im bili brawo, że tak zgrabnie wywijają nóżkami. Jedni dają nam poczucie bycia koneserami sztuki, drudzy zaspokajają pragnienie bicia wroga naszego powszedniego, piłkarza klubu obcego. Najlepiej jak oba te odczucia się zbiegną w jednym i wrażenie artystyczne współistnieje z korzystnym wynikiem. Wydaje się, że do tych skojarzeń zdolni są wszyscy obserwatorzy i pewno by tak było, gdyby nie przebrzydli krytycy, którzy nie tylko patrzą, ale i widzą. Gdyż niestety trochę czym innym jest rola gapia, a czymś odmiennym rola wnikliwego analityka. Bo analiza meczu piłkarskiego, a w szczególności jego układu choreograficznego nazwanego prześmiewczo taktyką to trochę coś innego niż odczucie estetyczne i zadowolenie z efektu. W analizie chodzi o to, aby wykryć jakie były plany gry drużyny jako całości oraz jak do jego skutecznej realizacji mieli się przyłożyć poszczególni zawodnicy. I tu mamy do czynienia z dwoma rzeczywistościami, a mianowicie z ustawieniem, a więc z postawieniem konkretnego zawodnika na konkretnie nazwanej pozycji oraz z taktyką gry, która może być ofensywna, albo defensywna, albo zmieszana. I kiedy przystępujemy do obserwacji meczu pod kątem analitycznym to musimy przyjąć tylko trzy proste założenia, a mianowicie, że umiejętności gry poszczególnego zawodnika w obronie i w ataku to nie to samo co ustalona taktyka gry, że jeden i ten sam zawodnik nie może znajdować się w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach na boisku i że drużyna ma tylko 10 zawodników w polu i ilość kombinacji ich ustawień jest mocno ograniczona.
Najpierw o ustawieniu. Nie będę przynudzał o historii rozwoju ustawień taktycznych. Dla celów tego felietonu przypomnę krótko, że od ponad 145 lat tj. od kiedy wiemy jakie były pierwsze ustawienia, zmieniały się one zawsze w jednym kierunku, a mianowicie ubywało zawodników jednostronnie nakierowanych na atak na rzecz tych bardziej przypisanych do funkcji obronnych i że te zmiany były następstwem poprawiania się, mówiąc trywialnie, przygotowania motorycznego, a wypowiadając się bardziej do rzeczy, możliwości przebiegnięcia większej ilości kilometrów w trakcie spotkania przez większą liczbę zawodników. Wbrew wydawałoby się narzucającej się logice, ażeby do tego zwiększonego wymiarowo biegania wykorzystywać całe połacie boiska doszło do skracania pola gry i jego zagęszczania. Jeszcze niecałe 20 lat temu ustawienie takie w jakim zawodnicy wychodzili na boisko było świętością. Owszem mieli ono do wykonania różne zadania taktyczne, jak np. boczni obrońcy podłączania się do akcji ofensywnych, ale zawsze wracali na swoje miejsca, a gra odbywała się prawie na całej długości i szerokości boiska. W piłce współczesnej w której na kawałku boiska o wymiarach 20 metrów na 30 metrów stłoczonych jest 20 zawodników i na każdego przypada 30 metrów kwadratowych placu, a więc prostokąt o wymiarach 5 metrów na 6 metrów i gdy dotarcie od jego krańca do krańca zajmuje poniżej 1 sekundy, mówienie o trzymaniu się ustawienia wyjściowego w trakcie meczu i jego stabilności jest czynnością karkołomną i z gruntu trochę przybliżoną, ale przecież wykonalną. Należy przy tym mieć na uwadze prosty fakt, że zniuansowanie ustawienia lepiej widać przed telewizorem niż z trybun stadionu. To o tym trener Magiera mówił, kiedy na pytanie jak zanalizuje mecz, odparł, że kiedy pięć razy obejrzy go z odtworzenia.
Kiedy więc mówimy o ustawieniu to opowiadamy o pewnej rzeczywistości zmiennej w czasie i w przestrzeni. Podam to na przykładzie naszego pierwszego meczu z Realem. Wyszliśmy na boisko z określonym nastawieniem taktycznym polegającym na tym, aby zawodnikom Realu wyśmienicie grającym szybkim atakiem krzyżować plany jego rozpoczęcia już niejako u zarania. Zamiar chwalebny przyznacie, ale wielce ryzykowny. Do tego trener ustawił drużynę bez nominalnego wysuniętego środkowego napastnika, a że miał do dyspozycji 10 zawodników i musiał spełnianie funkcji podzielić na obronne i ofensywne to uczynił to najprościej, a mianowicie 4 zawodników w obronie, dwóch bocznych obrońców i dwóch środkowych oraz wspomagających ich dwóch defensywnych pomocników spełniających dodatkowo funkcje łącznikowe pomiędzy obroną a pozostałymi graczami. A tych pozostałych było 4, więc ustawienie czarno na białym 4-2-4. W trakcie meczu oczywiście następuje przegrupowanie sił zależnie od tego w którym miejscu jest piłka i kto ją posiada, ale opis tych ekstrawagancji to temat na oddzielne opowiadanie. Z kolei w meczu z Koroną drużyna nasza zagrała na 4 obrońców, 3 defensywno-ofensywnych pomocników, dwóch ofensywnych graczy /Hamalainen i Radović/ oraz jednego środkowego napastnika. I nie należy widzieć w takich zmianach ustawienia niczego zdrożnego pod warunkiem, że jest ono dostosowane do założonego planu i spełni swój cel, czyli okaże się skuteczne. Bowiem nie ma takiego ustawienia, które byłoby idealne, każde ma zalety i wady. Jego ocena zależy praktycznie i wyłącznie od wyniku, na ile przyczyniło się ono wraz z doborem wykonawców do osiągnięcia zamierzonego rezultatu.
W tym miejscu aż prosi się o zadanie pytania to po co jest ta cała taktyka i czy ona zubaża czy wzbogaca. Na tak postawione pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Można próbować odpowiedzieć nie wprost. To jest tak jak z grą w szachy. Polega ona na umiejętnym zastosowaniu wyuczonych posunięć i manewrów. Oczywiście są nieliczni geniusze, którzy kreują nowatorskie zagrania, ale i oni w większości posługują się schematami. Np. w końcówce kiedy zostają wieża i król naprzeciwko króla to ten kto je zna wygrywa po góra kilkunastu ruchach, a ten kto nie, to się męczy. Znajomość posunięć, schematów i manewrów ułatwia i czyni grę skuteczniejszą.
Od wielu już lat istnieją różne szkółki piłkarskie hodujące przyszłych zawodników. W każdej z nich kształtowane są umiejętności techniczne, przygotowuje się młódź fizycznie oraz uczy się zachowań taktycznych, najpierw indywidualnych, potem jako formacji np. obrony i wreszcie w całości jako drużyny. Wchodząc do dorosłego futbolu, taki adept ma więc określone, zależne od poziomu kadry szkolącej nawyki taktyczne. Więc często zdarza się, a w polskiej piłce częściej niż rzadziej, że trener zespołu ligowego o metodyce nauczenia zawodników taktyki gry pojęcie ma mętne, ale kiedy ma dobrze wyedukowanych graczy to ta jego nieumiejętność jest maskowana. Oczywiście do czasu, aż się obnaży. Byli i są trenerzy, którzy nie czują się animatorami każdego ruchu zawodników na boisku i wówczas albo potrafią być samokrytyczni i zostawić kreowanie gry samym graczom, albo na siłę tworzą zadania taktyczne, na ogół niewykonalne. Jednym z takich był Franek Smuda. Kiedy jeszcze nie uwierzył w swoją wielkość był zupełnie racjonalnym niewiele umiejącym trenerem, zdolnym motywatorem, prostym, uczciwym i sprawiedliwym przełożonym, poprawnie oceniającym potencjał zawodników. Dobierał on do prowadzonych przez siebie drużyn zawodników dobrze wyszkolonych technicznie, bo wiedział, że taki zawodnik potrzebuje mniejszego przygotowania motorycznego, aby czynić piłkę posłuszną sobie oraz takich, którzy umieli na boisku czytać grę i podejmować optymalne decyzje. Kiedy przed kilku laty przeczytałem z nim wywiad, w którym perorował jaki to z niego taktyk pojąłem, że on już się skończył. Bo uwierzył, że samo myślenie o tym jak zespół ma zagrać zastąpi tego nauczenie.
Diametralnie odmienną pułapką w jaką wpada wielu trenerów jest nadmierne przykładanie wagi do przygotowania fizycznego, zwłaszcza w zakresie przygotowania szybkości wytrzymałościowej i siły. Współczesny futbol rzeczywiście oparty jest na bardzo dobrej motoryce pozwalającej m. innymi słabszym technicznie i taktycznie zawodnikom w sporym stopniu niwelować różnice w umiejętnościach technicznych i taktycznych. Są trenerzy, którzy w mocy fizycznej upatrują wszystkiego co dobre w piłce. Jednym z nich był trener Czerczesow. Dla niego zawodnik, który nie był w stanie wykonać 100 tempówek nie nadawał się do gry. Taki los spotkał przede wszystkim Furmana, który wierzył, że na boisku pokaże kto umie grać w piłkę. Boiska nie ujrzał. Sukcesy Czerczesowa ukazują jednak chyba w zniuansowanym zwierciadle rolę taktyki, ale i nastawienia mentalnego w osiąganiu sukcesu w piłce kopanej.
Trenerów, nowatorów taktycznych można by wymienić na palcach jednej ręki: Chapman, Ramsey, Kovacs, Łobanowski i Sacchi. Lecz każdy inny mógł wnieść swój wkład w rozwój chociaż zachowań taktycznych. Na naszym gruncie nie można nie wspomnieć w tym kontekście o Macieju Skorży i o Henningu Bergu. Trener Skorża jest aż za bardzo pragmatyczny i miał bardzo konkretne pomysły taktyczne, tak w Amice, Dyskobolii jak i przede wszystkim w Wiśle oraz po części w Legii. Polegały one głównie na zaskoczeniu przeciwnika nietypowymi zagraniami. Pamiętamy jak drużyny przez niego prowadzone schematycznie wykonywały rzuty rożne, jak rozrzucały obronę trójkowymi atakami, jak granie po przekątnej w pole karne wprowadzało zamęt w szyki obronne rywali, jak gra w uliczkę bywała skuteczna. Tylko, że nadszedł czas komputerów i analityków i te pomysły stały się rozpoznane i znaleziono na nie skuteczne antidotum. Bo Skorża przestał się rozwijać. Podobny los spotkał trenera Berga. Jego zamysł gry taktycznej Legii był szalenie nowoczesny i zaskakująco skuteczny. Trudno w kilku zdaniach do opisać, ale chodziło o to, aby przy grze ofensywnej boczni obrońcy zyskali przestrzeń do ataku bocznymi sektorami i nie byli blokowani przez skrzydłowych grających na „odwróconą nogę” i schodzących w pole karne, w który buszowali dwaj ofensywni pomocnicy. W defensywie mieli pracować wszyscy dostosowując siły własne do sił rywali. I znowu przeciwnicy rozpracowali system, a odejście Radovicia i kontuzja Dudy zniwelowały skuteczność gry w ataku. Te przykłady dowodzą, że nic nie trwa wiecznie.
Aczkolwiek ja złośliwie powiem, że taki wyśmiewający Berga trener Probierz zaadaptował jego system gry defensywnej, a tak jak grała Legia pod jego kierunkiem stara się grać Arka, Pogoń czy Wisła Płock. Z efektami oczywiście różnymi, bo wykonawcy nie są tacy sami.
W kalejdoskopie cz. 40 opisałem w ogromnym uproszczeniu ten czas w piłce, kiedy piłkarzem była taktyka. Ten czas minął. Taktyka wdarła się w samą istotę gry. I nie ma w tym przypadku. Piłka nożna jest niby prostą grą, ale, aby była prostą grą, paradoksalnie staje się w coraz większym stopniu bardziej skomplikowaną i wymagającą coraz to nowszych i nowszych dostosowań. Trudno w tej sytuacji liczyć na jakieś rewolucyjne zmiany ustawień wyjściowych, bo to niejako już było. Dynamika gry wymusza dostosowane do niej zachowania taktyczne. Dlatego też z uwagą obserwuję poczynania na tym polu naszego trenera Jacka Magiery. Dla mnie jest on tym trenerem, który jest w stanie zaadaptować w sposób skuteczny systemy gry na konkretne potrzeby Legii, ale musi mieć na to czas.
A w naszej Ekstraklasie na razie zdecydowanie w wykorzystywaniu taktyki dla celów wynikowych wyróżniają się trenerzy Zagłębia Lubin Stokowiec i Górnika Łęczna Rybarski. Oni mają łatwiej, bo presja wynikowa jest mniejsza. Z trenera Magiery jej nie zdejmiemy. Ale też mu nie współczujmy, gdyż ma zawodników którzy wiedzą jak grać w piłkę. Więc jak mamy mu doradzać, to jak najmniej ma przeszkadzać, a jak najwięcej pomagać. Taka taktyka.