- Kategoria: Trybuna komentatorów
- czarna-elka
-
Czarna-eLka pyta: Dariusz Mioduski
W środę 11 czerwca trzech przedstawicieli czarnej-eLki (tym razem to Senator, Garm i gawin76) udało się na Łazienkowską, by przeprowadzić wywiad z właścicielem Legii, Dariuszem Mioduskim. W ponad dwugodzinnej rozmowie dyskutowaliśmy między innymi o akademii, o kibicach, o czasach ITI. Zapraszamy do lektury.
Czarna-eLka: Od formalnego przejęcia przez Pana klubu minęło pół roku, a już mógł Pan świętować mistrzostwo. Czy czuje Pan spokój, bo tak miało być? Ulgę, że się udało? A może niedowierzanie, że wszystko idzie jak po maśle?
Dariusz Mioduski: Wydaje mi się, że to co robimy przez ostatnie półtora roku dawało nam podstawy żeby wierzyć, że to możliwe. Jest zatem spokój, ale jest też uczucie pewnej ulgi - w końcu między innymi dlatego się pasjonujemy sportem, że nigdy nic nie jest w nim do końca pewne. W fazie finałowej najważniejszy był mecz w Gdańsku; uznałem, że jeśli zdołamy go wygrać, to dalej powinno już być w porządku. Byłem tam, wygraliśmy - po, powiedzmy, takiej sobie grze. Wracając z Gdańska miałem już przeświadczenie, że musielibyśmy naprawdę coś zawalić, żeby nie zdobyć mistrzostwa. Zawsze po sukcesie czuje się też radość, o to w tym wszystkim chodzi.
Teraz jednak ważniejsze jest uczucie pewnej odpowiedzialności. Boję się pompowania bańki oczekiwań związanych z Ligą Mistrzów. Oczywiście wszyscy dajemy z siebie wszystko, żeby udało się do niej awansować, ale znamy swoje ograniczenia. Próbuję to tonować, żebyśmy nie poszli za daleko z oczekiwaniami. Żeby potem nie było zawodu, żeby nas nie krytykowano ponad miarę, z tym mam związane obawy jeśli chodzi o następne 2-3 miesiące. Spróbujemy zrobić wszystko, żeby zawalczyć, ale dla mnie dużym zawodem byłoby, gdybyśmy się nie dostali do fazy grupowej Ligi Europy. Liga Mistrzów wymagałaby już bardzo dużo szczęścia, szczególnie w losowaniu.
Grupa Ligi Europy to na dziś realna ocena potencjału Legii?
Powinna być naszym celem i nim jest. W dalszej perspektywie celem jest też Liga Mistrzów, której nie odpuszczamy - to jest sport i zawsze można wygrać. Na pewno każdy w tej organizacji zrobi wszystko, żeby się udało. Wiem też, że drużyna będzie przygotowana, od sześciu miesięcy widzę, jak sztab z nią pracuje. Kilku chłopaków słyszało już hymn Ligi Mistrzów, zagrało w rundach kwalifikacyjnych, doświadczyło Ligi Mistrzów chociaż przez szybkę... To też pomoże. Chyba że wylosujemy jakiegoś Red Bulla, wtedy będzie ciężko.
Odpaść jednak można teoretycznie już w drugiej rundzie eliminacji.
W ogóle tego nie zakładam i nie przyjmuję do wiadomości, że coś takiego mogłoby się stać.
Mistrz Szwecji czy Norwegii mogliby nam postawić trudne warunki.
Dwumecze z nimi nie będą łatwe, ale z resztą zespołów powinniśmy sobie poradzić. Pod warunkiem, że nie wyjdziemy z nastawieniem mentalnym, że to samo się wygra. Tak się nie awansuje.
Mówi Pan o pompowanej bańce oczekiwań. Czy w tym kontekście medialność Legii nie jest dla niej problemem?
Do tego musimy się przyzwyczaić. Legia jest najbardziej medialnym klubem w Polsce i to jest jej wielkie aktywo, bo dzięki temu jesteśmy w stanie robić różne rzeczy i np. sprowadzać niektórych zawodników, choć ma to też oczywiście określone konsekwencje. Są oczekiwania i dobrze - broń Boże nie uważam, że nie powinno ich być. Chciałbym tylko, żeby były realistyczne. Doceniam na przykład to, co robią w Canal+ w zakresie profesjonalizacji naszej piłki, ale jak słyszę cały czas jaka ta nasza liga jest zła w porównaniu do angielskiej... Wystarczy spojrzeć na liczby – od razu się widzi jakie są różnice jeśli chodzi o przychody. Nie dwa do jednego czy trzy do jednego, ale sto do jednego; nie można porównywać dwóch produktów, które są zupełnie inne.
Mamy oczywiście ambicje, żeby iść w tym kierunku, ale najpierw musimy zacząć mówić o sobie dobrze. Jeżeli my nie będziemy dobrze mówili o produkcie pod tytułem "polska piłka nożna", Ekstraklasa, tylko zawsze będzie jazda, że wszystko jest złe i niedobre, to jak możemy oczekiwać, że pojawią się tu większe pieniądze, a sponsorzy będą chcieli reklamować swoje produkty na stadionach? Jeśli mówimy, że polska piłka kojarzy się tylko z chuligaństwem, to czego oczekujemy i w jaki sposób mamy polepszyć ten produkt? Rozumiem w pewnym sensie tego typu emocje, ale mądrzy ludzie powinni na to patrzeć w mądry sposób, a nie tylko przez pryzmat chwili.
Obawia się Pan pęknięcia tej bańki, zbyt dużej medialnej presji oczekiwań?
Może nie tyle presji medialnej jako takiej, ale wszyscy widzieliśmy co się działo podczas Euro 2012. Z każdym dniem przygotowań w naszych wyobrażeniach byliśmy coraz bliżej finału, a nagle pach i koniec. Gospodarz turnieju, stadiony, cała otoczka - ale jedynym efektem Euro 2012 w polskiej piłce pozostaje dziś infrastruktura. Świetnie, tylko co poza tym? Kadra narodowa nam nie pomaga i dopóki nie zacznie, będziemy mieli cały czas pod górkę.
Z zewnątrz można odnieść wrażenie, że między Panem a panem Leśnodorskim jest jasny podział obowiązków - on zajmuje się głównie bieżącą działalnością klubu, a Pan koncentruje się na działaniach dalekosiężnych, kształtowaniu wizji i wyznaczaniu kierunku dalszego rozwoju. W jakim stopniu to wrażenie pokrywa się z rzeczywistością?
Jest prawidłowe. Wychodzę z założenia, że zarząd tego klubu jest naprawdę dobry. To nie jest przypadek, że prezes tego zarządu jest moim wspólnikiem - uważam go za kluczową osobę dla realizacji naszej wizji. Tę wizję mamy wspólną, choć możemy się różnić w sposobach osiągnięcia pewnych celów - to nie jest tak, że zawsze we wszystkim się zgadzamy. Nasze spory są jednak bardzo sporadyczne i dotyczą detali. Natomiast ja podchodzę do pewnych rzeczy być może zbyt idealistycznie. Uważam, że taka jest moja rola i czasami trzeba właśnie uciec od ograniczeń wynikających z szarej rzeczywistości, powiedzieć: "Chcę zrobić tak, bo uważam, że to jest dobre". Staram się wspierać działania zarządu, a w kwestiach takich jak akademia czy prawa medialne na pewno będę się bardziej angażował. Stale też interesuję się klubem. Nie jestem właścicielem, który ma swoje wizje, ale nie wie co się dzieje. Jesteśmy w codziennym kontakcie.
Czy czasem nie przeważa w Panu dusza kibicowska?
Interesuję się też kwestiami piłkarskimi, ale mam tyle odpowiedzialności w stosunku do ludzi, którzy wykonują swoją profesjonalną robotę, że nie mówię im "to ma być tak". To nie jest mój styl, ja tak nie działam i nigdy nie działałem. Lubię pracować w grupie; w decyzjach dotyczących kwestii ludzkich ocena grupy osób jest lepsza niż jednej. Poza tym mam całkowite - ale to całkowite zaufanie - do ludzi, którzy tutaj są. Zdaję sobie również sprawę, że oni mogą popełniać błędy. Jeżeli popełnią ich więcej niż kilka, można się zastanowić, czy to są odpowiedni ludzie. Ale do tego czasu z mojej strony to jest bardziej konsultacja niż działanie na zasadzie "tak ma być".
A jak było w rozmowach z administracją - konkretnie chodzi nam o wojewodę Kozłowskiego. Czy w pewnym momencie nie wymknęło się to spod kontroli w zakresie retoryki, czy nie powstał pewien problem osobisty?
Między prezesem Leśnodorskim a wojewodą? Tak w pewnym stopniu było i dlatego po Jagiellonii to ja wziąłem na siebie całe te rozmowy i do dziś utrzymuję kontakt. Czasami warto ugryźć się w język, bo można coś z siebie wyrzucić, a potem tego żałować. Mam ten sam problem, też nie zawsze umiem trzymać język za zębami, ale na tym poziomie, na którym jesteśmy, trzeba umieć się powstrzymać. Czasem jest tak, że zwycięstwo w konfrontacji powoduje uraz drugiej strony i chęć rewanżu, a okazja może się szybko nadarzyć. Na szczęście udało się to wyprostować i ta relacja jest już poprawna.
Jak bardzo Pana kręci czysto sportowy aspekt działalności klubu?
Bardzo. Bez tego bym tu nie siedział, to jest podstawa. Kilka drużyn, Legia w szczególności, ma potencjał, żeby "zrobić różnicę" nie tylko na poziomie sportowym. Tylko że polska piłka - sport w ogóle, ale piłka w szczególności - to jedna z niewielu dziedzin polskiego życia, które się zatrzymały w latach 90-tych. Gospodarka i inne dziedziny poszły do przodu i można powiedzieć, że żyjemy w nowoczesnym państwie europejskim. Kiedy przyjeżdżają do nas światowi liderzy, są pod wrażeniem. Natomiast polska piłka jest cały czas tam gdzie była, tutaj zmiana jakościowa dopiero się zaczyna. Trochę więcej rozsądnych ludzi w to wchodzi; zaczynają rozumieć, że bez przeprowadzenia pewnych zmian i bez zupełnie innego, bardziej menedżerskiego podejścia, nastawionego na szkolenie i budowanie fundamentów, nie ma szans, żeby się coś zmieniło. Jest nadzieja.
Jak się w to wpisują działania Ekstraklasy SA, której prezes otwarcie przyznał, że nie chce im się organizować meczu o Superpuchar, bo oni nie są od organizacji meczów? Czy to nie zmniejsza tej nadziei?
Nie wierzę w to, żeby Legia mogła sama, jako jedyny klub w Polsce, wystrzelić i być samotną wyspą. Musi za tym iść poprawa jakości całej Ekstraklasy i całej piłki nożnej. Powołanie tej spółki i ludzie, którzy w niej pracują, to na pewno krok w dobrą stronę, to prowadzi do większej profesjonalizacji całego środowiska, ograniczenia roli PZPN-u i tych tak zwanych "typowych działaczy". Natomiast z punktu widzenia naszych interesów, my de facto do tego dokładamy. Wartość medialna Legii nie jest jedną szesnastą Ekstraklasy, bliżej co najmniej kilku szesnastych. Prawdopodobnie bylibyśmy w stanie sprzedać nasze mecze indywidualnie, zrobić swój produkt i dostać z tego większe pieniądze - dzisiaj. Natomiast w przyszłości wydaje mi się, że sposobem na uzyskanie większej ilości pieniędzy przez Legię jest po prostu poprawa jakości całego produktu, żeby ogólnie do piłki trafiały większe pieniądze. Za jakiś czas nie będziemy już mogli podchodzić do tego tak egalitarnie jak dotychczas; zamierzamy powalczyć o większe zróżnicowanie w zakresie płatności, uzależnione prawdopodobnie od wyniku sportowego - bo jak inaczej to ocenić? Ten który wygrywa najwięcej, dostaje najwięcej, ten który jest najbardziej medialny, dostaje najwięcej. A dziś, nie włączając Premier League i Bundesligi, które są zupełnie inaczej skonstruowane, w zakresie różnic dystrybucji przychodów jesteśmy w ogonie krajów europejskich. Jesteśmy w stanie subsydiować to do pewnego stopnia także w przyszłości, ale ten produkt musi być ewidentnie lepszy. Współpracujemy z Ekstraklasą, żeby to osiągnąć. Jeszcze rok będzie dystrybucja sygnału w nc+, a potem zobaczymy. Mam nadzieję, że będą też wtedy z tego większe pieniądze.
Jak Pan podchodzi do promowanego przez prezesa Biszofa pomysłu stworzenia osobnego kanału telewizyjnego Ekstraklasy?
To nie będzie żadne radykalne działanie, ale to na pewno kierunek, który należy rozważyć. W Holandii osiągnięto sukcesy na tym polu - powstał nowy kanał sportowy, założony przez ligę z Foxem, czyli wiodącą światową telewizją sportową, i jeszcze z Endemolem i prywatnymi inwestorami. Jak patrzymy na przykład holenderski, to również dla nas jest to realna opcja.
Jak długo Legia może pomagać słabszym klubom?
Zakładamy, że do pewnego stopnia zawsze będziemy subsydiować tę organizację. Gdyby udało się osiągnąć proporcje różnic przychodów z praw telewizyjnych między najlepszymi a najgorszymi na poziomie trzy czy cztery do jednego, to byłoby dla nas OK - mimo tego, że prawdopodobnie na wolnym rynku uzyskalibyśmy jeszcze więcej. Już teraz trwają rozmowy w Ekstraklasie na temat podziału i dystrybucji tych środków. W ostatnim sezonie dostaliśmy około dwunastu milionów, a Widzew pięć - koncepcja jest taka, żeby ta różnica rosła.
Mówił Pan, że chciałby ligi dziesięcio-, dwunastozespołowej. Na ile to realistyczna koncepcja?
Mało. Nie znam szczegółów technicznych, ale żeby to zrobić, potrzeba by zmiany statutu PZPN. Działacze sami musieliby zagłosować za tym, żeby odeberać sobie robotę, funkcje, kluby... To raczej bardzo mało realistyczne. Gorsze jest to, że w PZPN-ie mówi się o powiększeniu ligi do osiemnastu zespołów. Mam nadzieję, że przynajmniej uda się jasno powiedzieć, że mamy raczej zmniejszać a nie zwiększać.
A strona sportowa? Specjaliści podkreślają, że indywidualne wyszkolenie zawodników jest coraz gorsze, a gwiazdami ligi są piłkarze dobijający do czterdziestki.
To kwestia systemu. Przyglądam się temu bardziej jako kibic, ale jak patrzę na wyszkolenie techniczne młodych chłopaków u nas, to nie jest z nimi źle. Indywidualnie są OK - nie jest to piłka hiszpańska czy portugalska, nigdy nie będzie, bo mamy inne uwarunkowania klimatyczne i nie tylko. Dziwię się tylko, że mamy tak mało kreatywnych tzw. dziesiątek. Powinniśmy mieć ich więcej, bo mamy fantazję i dryg, to siedzi w nas, Polakach. Być może to też jest kwestia systemu szkolenia i dobierania zawodników. Wydaje mi się, że jest też coraz więcej młodych trenerów – wciąż za mało, ale coraz więcej - i oni rozumieją, że tu nie chodzi o siłę, żeby chłopaki wygrywali mecze w wieku czternastu czy piętnastu lat, tylko żeby bawili się piłką. Podstawowy problem mamy na poziomie taktyki, zrozumienia, na czym polega nowoczesny futbol. Tego mało kto uczy, nawet w pierwszych drużynach Ekstraklasy przygotowanie od strony taktycznej to rzadkość.
To był też główny powód naszej zmiany Jana Urbana na Henninga Berga. To nie była kwestia osobowości - zrozumieliśmy, że żeby tę drużynę i cały klub przesunąć na następny poziom, musimy od strony sportowej mieć ludzi, którzy są w stanie myśleć w inny sposób i którzy wprowadzą te elementy, które w nowoczesnym futbolu są normą, a u nas w Polsce nią nie są. Nasz sztab zaczął to robić na poziomie pierwszej drużyny i powoli zaczynamy to też wdrażać niżej - żeby w przyszłości, jak będzie luka, to zawodnik przychodzący z drugiej drużyny już wiedział, jak grać w tym systemie. Nie jest to jeszcze może działanie na miarę Barcelony, bo od tego dzielą nas lata świetlne, ale jest to przynajmniej jakiś zaczątek. Pomimo tego, że jestem fanem Realu, to chciałbym na przykład, żeby Piszczek zagrał w Barcelonie. Mając Lewandowskiego w Bayernie i Piszczka w Barcelonie dawalibyśmy jakieś marzenia tym wszystkim młodym chłopakom. Na nabory do nas przychodzą tysiące dzieciaków, które chcą grać. Tak samo komercyjne projekty - czy to Barcelony czy Football Academy - to też tysiące dzieciaków, które zaczynają grać w futbol. Wydaje mi się, że kwestia paru lat i to zacznie owocować. Jeżeli dołożymy do tego szkolenia trenerów i zaczniemy sprowadzać ludzi, którzy rzeczywiście coś wiedzą, to zaskoczymy.
Czy to jednak nie jest też zagrożenie? Najpopularniejszymi drużynami w Polsce nie są Legia, Wisła, Lech, tylko właśnie Real, Barcelona czy Manchester United. Z jednej strony mamy duże zainteresowanie piłką, z drugiej jest ono zdecydowanie nakierowane na ligi zagraniczne.
Dziś faktycznie tak jest, natomiast jesteśmy tak głodni sukcesu polskiej piłki, że jeżeli będziemy w stanie go choć trochę pokazać, to zacznie się zmiana. Na całym świecie są fani Realu, Barcelony i Manchesteru - będą też w Polsce. Wydaje mi się, że po prostu nie mamy jeszcze produktu, gotowych zespołów w Polsce. Legia ma szansę, żeby stać się takim zespołem. Czuję, że zaczyna się w Warszawie moda na Legię, że to zaczyna być "cool", żeby mieć znaczek, żeby założyć coś z herbem klubu. Widzę to nawet po lawinowo rosnących obrotach w sklepie czy w środowisku trochę bardziej opiniotwórczym, osób, które nie są kibicami od lat. Chciałbym ich tu trochę przyciągnąć - może nie jest to najbardziej holistyczne podejście, ale uważam, że leży to w interesie piłki i Legii, żeby przyciągnąć na trybuny i przed telewizory ludzi, którzy nie mieli wcześniej z piłką za dużo wspólnego. Żeby piłka weszła bardziej do mainstreamu, żeby mecz na Legii był eventem, na który chce się być przez kogoś zaproszonym. Na całym świecie tak jest, że to wyróżnienie. Kiedy mieszkałem w Stanach, bycie zaproszonym na mecz NBA albo futbolu amerykańskiego to było święto. Tak samo powinno być tutaj - nie ma powodu, żeby tak nie było.
W Stanach Zjednoczonych funkcjonuje z powodzeniem model usportowienia społeczeństwa od najmłodszych lat, od szkół i uniwersytetów. Czy uważa Pan, że to realne w polskich warunkach?
Tak, zdecydowanie. Nie ma powodu, żeby to się u nas nie przyjęło - to już się zaczyna dziać. Taka byłaby nasza akademia, jeżeli uda się nam wprowadzić projekt, o którym myślę. Jeśli będziemy mieli w młodszej części akademii, włącznie z klubami partnerskimi, parę tysięcy dzieciaków, które zaliczają 2-3 treningi tygodniowo, uczą się grać w zespole i dawać sobie radę z różnymi sytuacjami, mieć pewną dyscyplinę. Na końcu nawet jeśli nie dadzą sobie rady jako profesjonalni piłkarze - statystycznie bardzo mało z tych chłopaków to osiąga - to wyjdą już od nas jako inni ludzie. Będą zupełnie inaczej przygotowani do życia.
Chyba ciężko w Polsce przepchnąć takie projekty?
Wiem, ale ja lubię takie wyzwania.
W naszym porównaniu Pana i prezesa Leśnodorskiego padło porównanie ognia z wodą. Prezes nas kontrował, mówiąc: "Darek to wcale nie jest taka woda". Podał przykłady zjawisk negatywnych typu Wilno, którego Pan doświadczał jeszcze w czasach ITI, potem mecz z Jagiellonią... Czy to Pańskiego wizjonerstwa i idealizmu nie przytłumiło?
Nie. Ja się tak łatwo nie poddaję. Zdaję sobie sprawę, że to może się zdarzyć, ale ja potraktowałem to jako powód do zmian, do zrobienia czegoś. Przecież nie można siedzieć i się załamywać, bo nie jest tak jak się myślało. Z każdego niepowodzenia próbuję wyciągać wnioski, powiedzieć "stało się, teraz trzeba coś zrobić, żeby się to nie powtórzyło". A z tą wodą i ogniem to doceniłem to, że tak powiedział. Ja jestem, powiedzmy, taką wodą oceanu, która jest spokojna na zewnątrz, a w środku się kłębi. Potrafię być strasznie emocjonalny.
Poruszyliśmy temat ITI. Działania koncernu w okresie od zimy 2012 roku do jesieni 2013 przypominały klepanie w warsztacie samochodu, który zamierza się sprzedać. Sprowadzenie Bogusława Leśnodorskiego, transfery, konwersja długu...
Nie robiono tego z myślą o sprzedaży, to nie było zaplanowane. Rozmowy na ten temat toczyły się między nami, ale jasne było tylko to, że mam się zająć klubem. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że z mojej i prezesa Leśnodorskiego perspektywy nie ma sensu utrzymywać obecnej sytuacji, tylko trzeba zrobić ostre cięcie. Rok wcześniej dostaliśmy praktycznie wolną rękę, żeby zacząć nad tym pracować - takie decyzje jak z Henningiem Bergiem podjęto przed formalnym przejęciem klubu przez nas, ale to były nasze decyzje.
Jak się Pan zapatruje na ITI-owskie "trupy w szafie" w rodzaju nieszczęsnej, 30-letniej umowy na catering?
Krok po kroku wszystko profesjonalizujemy z korzyścią dla klubu, żeby warunki były jak najlepsze. W tej sprawie pole do negocjacji nie jest duże, ale też na przykład w zakresie strefy biznesowej jakość jest bardzo dobra. Znalezienie dobrej jakości na tym polu nie jest wcale takie proste - byłem na wielu stadionach i to, co mamy na Legii, jest na najwyższym światowym poziomie, nie mamy się czego wstydzić. Ta umowa może mogłaby być korzystniejsza, ale nie jest to żadna tragedia.
Odnosimy wrażenie, że Panowie nie chcą rozmawiać na temat rozliczeń z ITI, ale kwestia długu wielu kibicom spędza sen z powiek. Wysyłają panowie przekaz, że ten dług nie obciąża klubu. W takim razie kogo?
Na końcu obciąża nas, ale został istotnie zredukowany. To są pieniądze, które ITI w klub włożyło i chce te pieniądze odzyskać. Jakaś część tej sumy została już zapłacona, a inna jest do zapłaty. Wzięliśmy to na siebie.
Chodzi o umowy cywilno-prawne?
Tak.
Wie Pan, co się "na mieście" mówiło - że jest jakaś trzecia strona, że ten dług będzie przerzucony na jakiegoś przyszłego właściciela.
Nie ma żadnych trzecich stron. Wyobrażam sobie, że mogą się pojawić inni partnerzy w tym przedsięwzięciu, ale w najbliższym czasie nie będą oni wnosić pieniędzy - byłyby tak małe w stosunku do naszych potrzeb, że to nie miałoby sensu. Jeśli miałyby się jakieś osoby pojawić, to raczej takie, które wniosą coś merytorycznego - coś, co pozwoli nam dodatkowo zwiększyć wartość tego projektu. Kiedy już wyczerpiemy wszystkie możliwości, być może trzeba będzie ściągnąć partnera finansowego, który włoży trochę pieniędzy, ale już takich prawdziwych, które pozwolą nam wznieść się na kolejny poziom. Na dziś potencjalny inwestor to nie są pieniądze z półki dużego biznesu, jaki inwestuje w innych krajach.
Czy Pan w jakimś stopniu traktuje ambicjonalnie tę niemal powszechną niewiarę, że Panowie mogą ten projekt udźwignąć, że musi za Panami stać ktoś większy?
Czasami trochę mi ręce opadają, ale to już to nasze piekiełko. Czy traktuję to ambicjonalnie? Trochę mnie to śmieszy. Z tym jest gorszy problem - ludzie nie mają wiary w to, że może być dwóch gości, którzy robią pewne rzeczy nie dla kasy. To jest niesamowite, ale taka jest Polska. Być może lata spędzone w Stanach coś zmieniły w mojej mentalności. Koncentruję się na zarabianiu pieniędzy, ale to nie musi być jedyna rzecz, którą w życiu robię. Nie wszystko musi być nastawione na zysk. Wielu naszym poważnym biznesmenom wciąż ciężko jest sobie wyobrazić, że można robić jakieś rzeczy niezwiązane z zabranianiem pieniędzy. Wierzę, że to się w przyszłości zmieni.
Przychodził Pan do Legii ze środowiska największego polskiego biznesu. Jakie widzi Pan perspektywy, żeby do rodzimego futbolu trafiło więcej osób takich jak Pan?
Mam nadzieję, że będziemy inspiracją ku temu. Wydaje mi się, że zarządzenie i bycie w biznesie sportowym może być dla wielu osób spełnieniem marzeń - tylko, że ten biznes kojarzy się w Polsce po prostu źle. Nawet prywatni właściciele funkcjonowali tutaj... inaczej. Pojawienie się w jednym czy drugim miejscu osób, które ewidentnie robią różnicę - zaczyna być normalnie, pojawiają się fajne emocje przy jednoczesnym profesjonalnym zarządzaniu - pokazuje, że to może być atrakcyjne. Mam nadzieję, że ludzie będą się do tego garnąć i to się nie ograniczy do Legii.
Jest Pan klamrą spinającą okres ITI i obecny. Ocena dekady rządów ITI wśród kibiców jest, eufemistycznie mówiąc, różna. Jak pan postrzega te dziesięć lat? Dobry czas, zły czas? Jak ważny dla Legii?
Podstawową jego wartością jest to miejsce, w którym dziś siedzimy. Bez tego stadionu, bez determinacji Janka Wejcherta, który przygotował za własne pieniądze cały projekt i przekazał go miastu, nie wiem, czy byśmy grali na normalnym stadionie. Wątpię, żeby bez tej determinacji się udało, a bez stadionu nie moglibyśmy mówić teraz o naszych planach. To dla Legii olbrzymia wartość, której nie można negować, cokolwiek by nie mówić o wszystkim innym. Co do reszty... było popełnionych mnóstwo błędów, ale nie można wszystkiego negować.
Sam namawiałem ITI, zwłaszcza Janka Wejcherta, żeby kupili Legię. Uważałem, że jako grupa medialna będą to po prostu czuć i że ten klub może się stać wielki przy ich wsparciu infrastrukturalnym i medialnym. Ale w TVN-ie świetnie znają się na robieniu telewizji ale nie czują sportu. Po prostu. Mariusz Walter kocha piłkę, ale to nie jest kwestia bycia kibicem, tylko profesjonalnego zbudowania struktur. Struktur, które kochają to co robią - to jest klucz do sukcesu. To, co dało ITI, to ludzie, którzy byli profesjonalistami, ale klub to nie jest korporacja. To jest biznes emocji - jeżeli się tego nie kocha, to w ogóle nie powinno się za to zabierać. Na klubie się nie zarabia, wszystko ładuje się z powrotem, bo chce się być jeszcze lepszym.
Czy to nie złośliwość losu, że ci, którzy powinni teoretycznie najbardziej kochać Legię, przyczynili się w tym okresie do powstania różnych patologii? Weźmy na przykład Marka Jóźwiaka.
Wynika to między innymi z tego, że są niby-profesjonaliści, którzy rozumieją procesy korporacyjne, ale nie mają wystarczającego albo wyczucia do ludzi albo zrozumienia samej materii. Piłka w Polsce to od lat nie była najczystsza dziedzina naszego życia publicznego, istniały patologie. Wydaje mi się, że teraz są o wiele mniejsze i że parę rzeczy ukrócono, ale one cały czas istnieją. Są też ludzie wokół piłki - na całym świecie, to nie jest tylko kwestia polska - którzy korzystają z takich patologii, z tego, że można kombinować. To też kwestia tego, że w pewnym sensie handluje się tu ludźmi - kupuje, sprzedaje coraz młodszych zawodników. Jeżeli się nie ma kręgosłupa moralnego, przekonań i miłości dla klubu oraz wyznaczonego celu, ale bardziej się patrzy na swój interes, że ja muszę z tego wyżyć, że muszę zabezpieczyć chleb dla moich dzieci i tak dalej, to zaczyna się kombinować. Tak było i tutaj.
Korporacyjność doprowadziła w Legii do paru dobrych rzeczy, ale pojawiły się też błędy wynikające z braku czucia, o co w tym chodzi i polegania na ludziach, którzy fajnie mówią, ale myślą bardziej o swoim interesie niż o interesie klubu. To do pewnego stopnia zrozumiałe - ludzie muszą żyć i nikt nie oczekuje, że wszyscy będą pracować charytatywnie - ale większość osób pracujących obecnie w tym klubie na rynku pracy dostawałaby o wiele większe pieniądze. Jest paręnaście naprawdę świetnych osób, które są tutaj dlatego, że kochają to co robią.
Nie da się budować klubu obok kibiców czy wręcz wbrew kibicom, jak to było przez pewien czas za władzy ITI. Na ile zakup klubu przez Panów zmienił mentalność fanów w zakresie współpracy z klubem?
Prezes Leśnodorski został sprowadzony właśnie do tego, żeby pokazać, że można współpracować. Właścicielem było ITI, ale dostaliśmy wolną rękę, żeby zająć się tym i zacząć uzdrawiać klub w przygotowaniu do jego potencjalnego przejęcia. Wydaje mi się, że ITI było już gotowe odpuścić, natomiast nie było gotowe na to, żeby sprzedać Legię komukolwiek. Wcześniej mówili panowie o mnie jako o klamrze - poprzez moją długoletnią dobrą znajomość z poprzednimi właścicielami, byłem w stanie wzbudzić na tyle zaufania, że uwierzyli, że oddają klub w dobre ręce. Nie chcieli się pozbyć klubu, obojętnie komu i za ile. W tym wszystkim było sporo emocji i na końcu też wiara, że sami, bez nas nie są w stanie sobie z tym poradzić, a my jesteśmy. Taka była geneza całego tego przejęcia.
Po latach rządów ITI, po protestach, wśród kibiców jest podział. Ostatnie mecze i feta pokazują jednak, że można razem przeżywać emocje. Co zrobić, żeby te podziały ostatecznie zniknęły?
Rozmawiać i robić swoje. Więcej się nie da. Rozmawiać, tłumaczyć i mieć nadzieję, że ten podział będzie coraz mniejszy. Nie ma jednej rzeczy, która spowoduje, że w umysłach i sercach jednych i drugich będzie wszystko OK. Do tego trzeba dopiero dojść.
Jak współpracować z ruchem kibicowskim, który jasno deklaruje, że pewnych zachowań się nie wyrzeknie?
Prosta odpowiedź? Nie wiem. Można tylko rozmawiać, tłumaczyć i przekonywać. Najważniejsze, żeby wspólnym celem było dobro klubu. Jeśli np. płacimy kary to klub traci pieniądze, które miały być przeznaczone na jego rozwój.
Czy w rozmowach z liderami tego ruchu dostrzega Pan jakieś zmiany w ich postrzeganiu klubu?
Tą pracę genialnie wykonuje prezes, to on się koncentruje na tych rzeczach. Ja mam sporadyczny kontakt i widzę większe zrozumienie. Pytanie, na ile to rzeczywiście monolit - z tego co rozumiem, to nie jest tak, że to jest jedna grupa z jednym przywództwem. To się cały czas zmienia, wchodzą nowi ludzie i tak dalej. Łatwiej tu o radykalizację postaw - w pewnych środowiskach każdy chce się pokazać jako twardy i bezkompromisowy. Pokazywanie, że idzie się na kompromisy, czasem jest postrzegane jako słabość i wymaga niezwykłej siły liderów, którzy muszą pokazać, że to jest właśnie działanie dla dobra klubu.
Zdaję sobie sprawę z zagrożeń. Mam nadzieję, że pewne wydarzenia się nie powtórzą, ale rozumiem, że takie niebezpieczeństwo jest. To jest problem, z którym trudno sobie poradzić, nie tylko w Polsce. Media lubią pokazywać chuligaństwo w Polsce, w ogóle jednak nie odnoszą się do tego, że w najbardziej tzw. cywilizowanych krajach jest tak samo. U nas nie jest tak źle w porównaniu do południa Europy, a dokładnie to samo dzieje się też w Niemczech, w Holandii czy w Norwegii.
Po meczu z Jagiellonią na Legii wykonano audyt bezpieczeństwa. Czy znane są jego wyniki?
Wypadł bardzo dobrze dla nas.
Byli tym Panowie zaskoczeni?
Wiemy, co poszło nie tak na Jagiellonii - przede wszystkim współpraca z ochroną. Można było tego uniknąć, gdyby parę rzeczy zrobić inaczej. Na pewno są obszary, które trzeba poprawić i na tym się koncentrujemy, żeby takich sytuacji nie było. Ogólnie rzecz biorąc ten audyt wypadł jednak nieźle, naprawdę nieźle.
Czy w związku z nim na stadionie będą jakieś zmiany architektoniczne? Czy pojawi się choćby siatka nad sektorem gości?
Jestem przeciwny takim rzeczom, trzymaniu ludzi w klatce.
Nasz stadion jest specyficzny, bo po odliczeniu miejsc biznesowych i przeznaczonych dla ultrasów zostaje mało przestrzeni dla zwykłych kibiców. Czy takie jest założenie, czy coś będzie się tutaj zmieniać? Czy Żyleta kiedyś przestanie być hegemonem?
Naszym pierwszym zadaniem jest wypełnić stadion. Kluczem jest sprawienie, żeby ludzie w ogóle chcieli przychodzić. Pytanie kim są osoby, które dają największe prawdopodobieństwo przyjścia? Mamy wydanych 250 tysięcy kart kibica, a na stadion przychodzi średnio 17 tysięcy osób. Czyli jest iluś ludzi w Warszawie, którzy się identyfikują z Legią, ale nie przychodzą na mecze - cały czas próbuję zrozumieć dlaczego. Czy to jest kwestia pieniędzy? Może tak być, że ludzie mają ograniczone budżety.
Jak rozwijać w kibicach świadomość, że każda wydana na klub złotówka go wzmacnia? Co zrobić, żeby kupowali w oficjalnym sklepie, a nie składali się choćby na gadżety dzielnicowe?
Niektórzy kibice chcą mieć koszulkę Legii, ale ich na to nie stać, to kupią taniej. Trochę to rozumiem i tutaj nie ma innej drogi - tylko poprzez komunikację. To jest proces długotrwały, żeby środowisko kibicowskie zaczynało się utożsamiać z tym klubem. Dziś ta grupa ludzi, która tak naprawdę się utożsamia, jest dosyć wąska - i często jest tak, że oni się utożsamiają z pewną ideą, a niekoniecznie z tym, co tak naprawdę tutaj się robi.
To jest normalne przedsiębiorstwo, którym trzeba kierować i które trzeba rozwijać, a ludzie często tego nie dostrzegają, bo widzą tylko to, co się dzieje na boisku. Kiedy zrozumieją, że to jest też w pewnym sensie ich, to ta świadomość będzie postępowała. I to jest właśnie kwestia komunikacji, zrozumienia i poczucia, że to co próbujemy robić jest też dla dobra tego klubu. Że my korzystamy poprzez to, że klub jest lepszy i że ma większą wartość i większą renomę. Albo raczej korzystalibyśmy, gdybyśmy chcieli to sprzedać. Moją intencją nie jest sprzedawanie tego klubu i wiem, że prezes Leśnodorski podchodzi do tego tak samo.
Na jesieni była akcja biletu pamiątkowego na mecz z Apollonem. Czy pan ją postrzega jako sukces, bo inicjatywa wyszła z kilku różnych stron, a kibice chcieli wesprzeć klub w trudniej chwili? Czy bardziej jako porażkę, bo sprzedało się tylko około trzech tysięcy tych biletów?
Samo to, że ta inicjatywa powstała i że ludzie sami z siebie coś takiego zrobili, było super. A to, że nie poszło piętnaście tysięcy a trzy tysiące to też są kwestie finansowe - na końcu ludzie muszą wyłożyć te pieniądze z własnej kieszeni, muszą wybrać to kosztem czegoś innego. Strasznie coś takiego doceniam, bo to pokazuje, że społeczność, która się identyfikuje z klubem, jest nasza siłą. Siłą Legii jest baza kibicowska i związane z tym emocje.
A socios? Co pan na to?
Może kiedyś do tego dorośniemy. To jest fajny model.
Tymczasem według statystyk 90minut.pl w ostatnim sezonie na nasz stadion przyszło średnio około tysiąca osób mniej. Nie było przewidywanego przez Panów efektu mistrzostwa?
Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Być może to nie jest coś, co się dzieje z dnia na dzień. Może ludzie mówią: "Zdobyli mistrzostwo? Super - teraz zobaczmy co dalej"? Po tym drugim mistrzostwie teraz powinien być już troszkę inny odbiór, że robimy tutaj coś fajnego, że to ma szansę stać się czymś trwałym, długoterminowym, ze zdrowymi fundamentami. Zobaczymy, jak będzie z frekwencją w przyszłym roku. Są też inne powody, dla których mniej ludzi przychodzi. Może to są finanse? Kolejna kwestia: kiedy się patrzy na ludzi, którzy potencjalnie mogą przyjść na stadion, to jeżeli nie są już zagorzałymi kibicami, to trzydziestoparolatkowie, czterdziestolatkowie - jak ich ściągnąć? Co najwyżej przyjdą od czasu do czasu, a często są też w takim okresie życia, że budżet musi być wydany na określone rzeczy i niekoniecznie starcza na mecze. Dla mnie grupą, która w naturalny sposób długoterminowo powinna budować naszą bazę kibiców, są rodziny i dzieci. Czytałem w "Financial Times" bardzo ciekawy artykuł Simona Kupera, autora "Soccernomics", właśnie na temat fanów. Bardzo ciekawa obserwacja, która sprowadza się do tego, o czym mówię - że dzieci jak za młodu przesiąkną piłką i chodzeniem na mecze, to potem będą to dalej robić. Jest stare polskie powiedzenie - czym skorupka nasiąknie za młodu... I tu jest klucz. Mamy lukę w naszej grupie kibiców. Nie mamy jeszcze do końca zrobionych badań, a musimy zrozumieć bazę kibicowską. Czego potrzebują? Jak chcą to przeżywać?
Dla mnie Żyleta i atmosfera na stadionie Legii jest niepowtarzalna i nie powinna być zmieniona czy ograniczona. Dopóki nie będziemy naprawdę topowym zespołem europejskim, to właśnie atmosfera będzie tym, co przyciąga ludzi na stadion. Nie tylko to, co się dzieje na boisku, ale także to co się dzieje na trybunach. Mam mnóstwo znajomych, którzy zaczęli teraz chodzić i są po prostu zachwyceni. Również goście zza granicy: ostatnio na meczu był ambasador amerykański i po prostu oszalał, a to facet, który był na naprawdę niezłych meczach w Stanach. Ktokolwiek przyjeżdża - nawet z Niemiec czy Anglii, z futbolowych krajów - to atmosfera u nas na stadionie jest dla nich genialna, szczególnie przy meczach o jakąś stawkę. Nie możemy tego zatracić. To pewnie będzie kwestia jakiejś ewolucji, ale byłoby błędem, gdybyśmy nagle ograniczyli Żyletę do tysiąca ludzi, którzy siedzą za bramką i robią to, co w Realu. Nie o to chodzi.
Wypadałoby pociągnąć temat akademii...
Mój ulubiony. Uważam, że to dla nas projekt priorytetowy. Ostatnio nawet dyskutowaliśmy, co by było ważniejsze gdybyśmy musieli dokonać wyboru - sukces pierwszej drużyny czy budowa akademii.
I jaki wypracowano konsensus?
Nie ma konsensusu.
Na co Pan by się zdecydował?
Na akademię.
A uważa Pan za realne, żeby zbudować akademię i przyciągnąć ludzi bez sukcesu sportowego?
Zupełnie bez? Oczywiście byłoby trudniej, bo sukces sportowy daje emocje, dzięki którym pieniądze jednak się znajdują, choćby dzięki sponsorom, którzy widzą w tym konkretną korzyść dla siebie, a nie tylko aspekt społeczny. Ale i tak musimy iść w tym kierunku, nie ma możliwości, żebyśmy od tego odeszli. Trzeba to wyważyć, ale gdybym miał dziś wydać pieniądze na ściągnięcie zawodnika, który być może pomoże wejść do Ligi Mistrzów, albo wydać te same pieniądze na projekt akademii, to poszedłbym raczej w kierunku budowy akademii.
A co ze ściąganiem zawodnika "z nazwiskiem" celem podbudowania marki? "Spójrzcie, kto u nas gra"?
Jeżeli to się nie przekłada na sukces sportowy, to nie jest nic warte. To jest koszt przez rok, dwa, trzy - jeżeli nie ma zwrotu tego przez sukces sportowy to źle. Mówi się, że Ljuboja przyciągał ileś tam tysięcy dodatkowych kibiców, ale nie do końca wierzę, że to magia jego nazwiska ich ściągała. Po prostu chciało się oglądać tamtą drużynę, bo miała sukcesy.
Marketingowo Ljuboja działa do dzisiaj. Cały czas się o nim mówi. Jaka jest Pańska ocena Danijela?
Sportowo bardzo dobrze, natomiast kiedy stało się, to co się stało, musieliśmy się z nim pożegnać - inaczej mielibyśmy wielki problem w szatni. On był bardzo silną osobowością. Wydaje mi się, że to jest jeden z naszych mankamentów na poziomie sportowym, że nie mamy liderów. Teraz to się trochę wykształca, ale nie mamy w te chwili takiego lidera jak Radek Sobolewski z Wisły Kraków, który "zabiłby", żeby podciągnąć drużynę...
Jak "Vuko" u nas wcześniej?
Tak, dokładnie, nie mamy teraz takiej osobowości. Ljuboja miał silną osobowość, ale nie kierunkował jej dla zespołu. Skupiony był raczej na sobie, do tego stopnia, że młodzi zawodnicy trochę się go bali.
Poprzedni właściciel klubu, Mariusz Walter, nie ukrywał, że niektórych zawodników darzy szczególną sympatią. Czy Pan też ma swoich faworytów?
Faworytów nie, natomiast jest kilku zawodników, których po prostu doceniam. Za to co robią, za to jak potrafili się odbudować... Jeżeli miałbym mieć faworyta, to byłby nim Marek Saganowski - za to, jakim jest człowiekiem, jakim jest profesjonalistą, za to, co zrobił w życiu, jak podchodzi do swojego piłkarskiego fachu. To jest dla mnie wzór. Ale jest też paru fajnych chłopaków, którzy rozumieją o co chodzi, są profesjonalistami. Może jeszcze nie mają odpowiednich umiejętności, ale wiedzą, jak ważny jest dla nich rozwój, nie patrzą tylko na to, ile dzisiaj kasy dostają, tylko mają jakieś ambicje i chcą coś ze sobą zrobić.
Czy zgodzi się Pan, że faul na Saganowskim w Białymstoku nie był przypadkiem, że to raczej wypadkowa zachowań innych drużyn w stosunku do Legii? Czy nie sądzi Pan, że mamy problem z tym, jak podchodzą do nas sędziowie?
Kiedy oglądam mecze to też tak uważam...
...a potem w plebiscytach Canal+ wychodzi na to, że to Legia jest faworyzowana.
Dokładnie - sam nie wiem, co o tym sądzić. Wydaje mi się, że to jest strasznie subiektywne, ale mam wrażenie, że sędziowie nie chcą być posądzani o faworyzowanie Legii i idzie to w odwrotnym kierunku. Pozwalanie na tym poziomie na brutalną grę jest głupotą. Przez takie podejście nigdy nie wykształcimy technicznego futbolu. Musimy starać się to zmienić, począwszy od podejścia sędziów, którzy nie będą akceptować tak brutalnej gry. To jest bardzo ważna rzecz z punktu widzenia piłki w tym kraju. Nie może być tak, że to ci mocniejsi, brutalniejsi wygrywają. Tak się nie gra na świecie.
W rozgrywkach europejskich jest to potem szybko weryfikowane.
Od razu.
Może powinniśmy zacząć od komentatorów? Grzegorz Mielcarski czy Kazimierz Węgrzyn wręcz domagają się takiej gry.
Kiedyś albo aż tak nie zwracałem na to uwagi, albo to się nasiliło w ostatnim czasie. Wydawało mi się, że kiedyś było więcej obiektywizmu.
Największym wydatkiem Legii jest pierwsza drużyna. Jaki to procent budżetu?
Dzisiaj to trochę mniej niż 50%.
50 milionów?
Zależy, co się liczy. Jak się policzy wszystkie premie, to to podchodzi pewnie do około 50 milionów. Jak na polską ligę to nie jest mało, ale jak na Europę to nie jest dużo.
Na co idzie reszta?
Na przykład na ten stadion idzie kilkanaście procent. Żaden inny klub w Polsce nie płaci tyle co Legia - gdyby tylko to dodać, to już byśmy mogli mieć dwóch-trzech naprawdę fajnych zawodników. Dodatkowe siedem-osiem procent dzisiaj idzie na akademię, to zostało zwiększone podczas ostatniego półtora roku dosyć istotnie. Dzisiaj na akademię wydajemy ponad 6 milionów złotych rocznie. Na co jeszcze? Jest kwestia utrzymania infrastruktury, są koszty przygotowania meczów czy ochrony.
Kiedy rozmawialiśmy niedawno z Bogusławem Leśnodorskim, powiedział coś takiego: "Wybudowanie akademii wymagałoby zaangażowania kilkunastu osób z klubu. W momencie gdy zaangażują się w ten projekt, stracą na tym inne obszary, to może cofnąć organizację klubu." Czy nie obawia się Pan, że podobny efekt, przynajmniej krótkoterminowo, może dać przemiana Legii w klub wielosekcyjny i wciąganie pod Wasz patronat kolejnych dyscyplin sportowych? Czy jesteście na to przygotowani?
To nie jest tak, że tutaj pracuje nad tym sztab ludzi. To oddolna inicjatywa - te sekcje, jak w koszykówce na przykład, mają już sponsora, zarząd, ludzi, a my raczej pokazujemy, że będziemy ich wspierać, niż bierzemy na siebie odpowiedzialność za budowanie sekcji. Możemy przekazać na to jakieś pieniądze, ale nie mówimy o żadnych poważnych budżetach z naszej strony, bo my nie mamy na to pieniędzy, a to co mamy, jest nam potrzebne tutaj. Natomiast jest wiele innych rzeczy, z którymi możemy pomóc, na przykład kontrakty z Adidasem i różne kwestie sponsoringowe. To nie wymaga jakichś większych nakładów z naszej strony.
Jeżeli chodzi o akademię, to rzeczywiście był taki moment, że trzeba było przygotować koncepcję jak ma funkcjonować od strony nie tylko infrastrukturalnej, ale też sportowej, i wtedy to wymagało zaangażowania paru osób, które normalnie nie mają takiego zadania. Ale one mają wiedzę, bez nich to by było niemożliwe. Teraz jesteśmy już bardziej na takim etapie, że wiemy mniej więcej czego chcemy i trzeba to zacząć realizować.
Nakłady na akademię rosną. Nie ma drogi wstecz, ale jest tu gdzieś brakująca zmienna. Skąd Panowie macie nadzieję znaleźć te kilkadziesiąt milionów żeby postawić ośrodek?
To jest ogromne wyzwanie. Gdybyśmy np. zagrali w Lidze Mistrzów… mamy wewnętrzne przekonanie, że duża część tych środków by poszła właśnie na akademię i wszystko potoczyłoby się łatwiej i szybciej… Na dzisiaj zakładamy, że będzie to robione fazami. Niestety, żeby zrobić taki ośrodek potrzeba istotnego kapitału. Dlatego pracuję nad pewną konstrukcją, która spowodowałaby, że bylibyśmy w stanie zdobyć na to jakieś środki zewnętrzne, również od strony partycypacji sponsorów czy jakichś innych podmiotów.
Ale nie mówimy o żadnych publicznych środkach?
Nie - co najwyżej w sensie podpisania umowy na korzystanie z terenów.
Dopuszczacie Panowie myśl, żeby znaleźć dla akademii współinwestora.
Tak, tylko to nie jest takie proste, bo nie ma elementu, na którym można zarobić. Na końcu oczywiście można zarobić na sprzedawaniu zawodników, tylko że to teoria.
A formuła partnerstwa publiczno-prywatnego?
To właśnie próbujemy zrobić. Bardzo mocno pracuję nad projektem akademii, wziąłem to jakby pod swoje skrzydła. Jest cały zespół ludzi, który tym się zajmuje, są też osoby z zewnątrz. Cały sztab zajmuje się tym projektem, żeby go zrobić w sposób komercyjny, ale taki trochę PPP.
I wierzą panowie, że PPP w polskich uwarunkowaniach polityczno-biurokratycznych jest realistyczne?
Tak. Robiłem już projekty PPP. To działa, tylko że gdzieś na końcu te projekty polegają na tym, że jest jednak na jakimś poziomie zwrot dla inwestorów. Jest zwykle pewność zwrotu, zysk nie jest wielki, ale jest pewny. Tutaj, kiedy mówię o PPP, to raczej mam na myśli strukturę współpracy z jakąś gminą, która widzi dla siebie korzyści z tego, że takie coś powstanie na ich terenie. To nie będzie pewnie Warszawa. Mam w głowie koncepcję, że to powinno być prowadzone dwutorowo. Powinniśmy mieć projekt oparty o dzieciaki, rozwijać nasze przedszkola i okres do końca szkoły podstawowej, na zasadzie projektu społecznego, otwartego dla wielu chłopaków. To powinno się dziać tutaj, na terenach wokół Legii. Powinniśmy mieć możliwość, żeby się z miastem dogadać w tej sprawie. Miasto powinno rozumieć, że te tereny, które są praktycznie niezagospodarowane, można przeznaczyć na taką infrastrukturę.
Oprócz tego musimy zbudować profesjonalny projekt akademii zamkniętej, dla gimnazjalistów i powyżej, który będzie obejmował 100-150 chłopaków grających i mieszkających w bursie na tym terenie, z psychologami, z trenerami, z całą infrastrukturą, wyżywieniem i tak dalej. To jest projekt, nad którym pracuję. Jest parę miejsc, z którymi rozmawiamy. Jest też miejsce w pobliżu Warszawy, w którym szczególnie chciałbym to zrobić.
A czy wierzy pan, że miasto w kontekście tej pierwszej, szerszej akademii jest w stanie wyjść poza deklaracje i jakoś konkretnie wspomóc klub? Czy kontakty z miastem zmieniły się znacząco od czasów próby zorganizowania przez Legię akademii na terenach Hutnika?
Te relacje się zmieniają. Jest coraz lepsza komunikacja i coraz bliższe kontakty robocze. Miasto zaczyna rozumieć, że Legia, która jest pozytywnym miejscem, w którym sport jest promowany, jest z korzyścią dla niego. Stąd ta cała koncepcja, stąd też pomysł sekcji, żeby odbudować Legię jako klub wielosekcyjny, który nie musi dotyczyć tylko ludzi, którzy się pasjonują piłką, ale też innymi dyscyplinami.
Korzyści dla partycypującej w projekcie gminy, to korzyści wynikające z realizacji zadań typu edukacja fizyczna?
Nie tylko - to jest też promocja. Legia powinna być czymś takim, z czego Warszawa jest dumna. Poza tym jest kwestia aktywizacji społecznej. To wstyd, że w Warszawie jest tylko jeden zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej. Stolica państwa, trzymilionowe miasto - to nie do pomyślenia.
Nie ma nawet porządnej hali sportowej...
Zarząd miasta, ogólnie rzecz biorąc, pewnie nie do końca czuje sport. Ale poniżej są już ludzie, którzy zaczynają rozumieć, że to może być z dużą korzyścią dla miasta.
Co zrobić z nastawieniem, że pomaganie Legii to coś, co nie powinno mieć miejsca?
Musimy je przełamywać. Takie nastawienie pojawiło się przez budowę stadionu - źle sprzedano to, jak to było zrobione. Wydaje się tak, jakby Legia dostała prezent od miasta, a czy jest w Polsce jakiś klub, który nie dostał prezentu od tego miasta, w którym gra? To jest normalne, nie tylko w Polsce, ale wszędzie. Niestety, percepcja była jaka była i to ma negatywne następstwa.
Powiedział Pan w "Cafe Futbol", że koszt wybudowania takiego ośrodka to około 40 milionów, bez terenów.
Nie jesteśmy w stanie kupić terenów. Moglibyśmy skorzystać z użytkowania czy dzierżawy. Jesteśmy w stanie ponosić koszty tego użytkowania, tylko musiałyby być w rozsądny sposób wyliczone. Samorządy nie mogą patrzeć na teren, który jest pod budowę boiska tak samo, jakby miał tam stanąć wieżowiec.
Sądzi pan, że są większe szanse na przekonanie do takiej wizji gmin podwarszawskich?
Tak, wydaje mi się, że jest większa szansa na zrobienie tego z gminami podwarszawskimi. Każda gmina widzi wartość, ona jest ewidentna. My to zresztą mówimy: w momencie, w którym zrobimy u was akademię, wasza gmina stanie się najbardziej popularna w Polsce, najwięcej będzie się o niej pisało, jestem o tym przekonany. To jest dla nich atrakcyjne. Jest też zrozumienie faktu, że wprowadzenie takiego ośrodka powoduje inne myślenie u ludzi zainteresowanych aspektami sportowymi, rekreacyjnymi, gastronomicznymi. To jest ożywcze, następuje rewitalizacja pewnych obszarów.
Na ile procentowo ocenia pan już skalę realizacji projektu akademii?
Jesteśmy dopiero na początku. Dopiero kiedy zostaną podpisane konkretne umowy i podjęte uchwały, będę mógł powiedzieć, że to jest projekt, który teraz będziemy realizować. Na razie są dopiero dyskusje, chociaż dość zaawansowane. Jestem optymistą, ale powstanie ośrodka to nie jest kwestia kilku miesięcy, a przynajmniej kilkunastu. Mam takie marzenie, żeby najpóźniej otworzyć go na nasze stulecie. To wcale nie jest dużo czasu.
Czy są wzorce, modele, które chcielibyście panowie tutaj przenieść przy budowie akademii?
Nasi ludzie zjeździli wszystkie tego typu przedsięwzięcia, ja też się przymierzam do wyprawy, żeby zobaczyć jak to wygląda. Są różne modele, ale to nie jest wielka filozofia. Jest kluczowe pytanie, czy dzieciaki mają być w zupełnie zamkniętym ośrodku, czy dowożone. Wydaje mi się, że jeżeli chodzi o naszą specyfikę i mentalność, powinien to być zamknięty ośrodek. Później jest kwestia sposobu, w jaki to wszystko funkcjonuje, na co zwraca się uwagę, jacy są trenerzy i tak dalej. Ale w tych najlepszych akademiach jest to w miarę podobnie i zawsze się sprowadza do czynnika ludzkiego.
Dlaczego akademia jest dla Pana osobiście taka ważna?
Z dwóch powodów. Pierwszy - wierzę, że to jest nasz docelowy model biznesowy. Nie wierzę, nawet w najlepszych scenariuszach, że Legia będzie takim klubem, który będzie tylko kupował drogich zawodników, żeby osiągnąć sukcesy. Z punktu widzenia modelu biznesowego musimy mieć najlepszą akademię po to, żeby najlepsi Polacy chcieli grać w naszej drużynie. To będzie poważne źródło dochodu, bez którego będzie nam zawsze ciężko.
Drugim powodem jest wspomniany już aspekt społeczny. Naprawdę uważam, że sport jest strasznie zaniedbany, szczególnie na poziomie dzieciaków, i pokazanie takiego dobrze funkcjonującego ośrodka i modelu spowoduje, że będziemy inspiracją dla innych. Mam też marzenie, żeby ta akademia nie była projektem tylko naszym, lokalnym, warszawskim - chciałbym, żeby w przyszłości miała też wymiar ogólnopolski, żebyśmy mieli kluby partnerskie powiązane z akademią w całej Polsce, w kilkudziesięciu miejscach i również w ten sposób rekrutowali kandydatów do gry. Legia nie musi być marką tylko warszawską czy ograniczoną do tej części kraju, może być takim klubem, któremu kibicują Polacy.
Mamy też partnerów zagranicznych. Jak oceniłby pan z perspektywy sezonu współpracę z Fluminense?
Jeden klub jest w Brazylii, drugi w Polsce - trudno żeby od razu wszystko było idealnie. Oni takich klubów jak my mają kilka, nie można oczekiwać cudów. Natomiast jakoś to działa. Na początku nie dostaliśmy do końca zawodników, których chcieliśmy, ale już Ronan, który przyjdzie do nas teraz, to fajny zawodnik, z potencjałem. Wypatrzyliśmy go rok wcześniej, ale wtedy do nas nie przyszedł. 50% praw do niego ma Chelsea, więc oni też zidentyfikowali jego potencjał. Poza tym jest to też kwestia tego, że chcemy zaistnieć na mapach takich miejsc jak Brazylia, Portugalia jako klub, który się liczy, do którego ci zawodnicy przychodzą i mają dobre doświadczenie, nawet jeżeli im się nie powiedzie. Gdzie dba się o nich i gdzie jest profesjonalnie.
Żeby nie myśleli o Polsce tylko jako o kraju z dalekiej północy, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach?
Dokładnie. To budowanie naszej marki międzynarodowej i mam nadzieję, że będziemy tego robić więcej. Dominik Ebebenge się tym w dużej mierze zajmuje. Aspekt międzynarodowy będzie dla nas w przyszłości ważny.
Chciałby Pan, żeby Legia była klubem, któremu kibicuje Polska. Czy to temu służyła ta głośna kampania "możesz być nawet z Poznania..."?
Nie byłem nią zachwycony.
Wielu kibiców miało poważne wątpliwości, co ona ma na celu. Czy uważa Pan, że spełniła swoje założenia?
Pewnie w tej sprawie nie znaleźlibyśmy konsensusu. Nie byłem nią zachwycony, ale mogę zrozumieć punkt widzenia budowania zęba i kontrowersji, a przez to scalanie i utożsamianie się warszawiaków z Legią. Podobno było tak, że albo się ją bardzo lubiło, albo nienawidziło. Eksperci mówią, że też o to chodzi, żeby wzbudzać emocje.
Nieważne jak mówią, byle mówili?
Może to jest tak, że powinniśmy najpierw się skoncentrować na własnym podwórku, a potem dopiero myśleć o tym, żeby nas lubili wszędzie indziej?
A propos emocji i napięć, częściowo podsycanych również takimi działaniami. Mówił Pan w "Cafe Futbol", że emocje między Legią a Lechem są dla ligi dobre, że to ją rozwija i buduje. A co z przypadkami Karola Linetty'ego czy Pawła Stolarskiego, których od przejścia do Legii odstraszano np. groźbami wobec rodzin?
To przekroczyło pewne dopuszczalne granice. Rywalizacja jest dobra. Można się nie lubić, czasem można się nawet obrażać, ale trzeba się szanować. To jest taki stary syndrom Kargula, że czasami nie jesteśmy w stanie spojrzeć ponad pewne podziały. Uważam, że jest u nas problem, bo kluby nie chcą oddawać swoich zawodników do lepszych klubów w Polsce. To jest kwestia mentalna, nad którą wszyscy musimy pracować i próbować to zmienić. Może życie nauczy tego piłkarzy, że jak wyjeżdżają i potem nie osiągają sukcesów... tak jak z Pawłowskim i Malagą. Chcieliśmy, żeby do nas przyszedł z Widzewa, ale warunki, które zostały nam postawione...
Oczywiście jest też kwestia menedżerów i mieszania tym chłopakom w głowach. Liczę na przypadki pozytywne, gdzie widać, że chłopak się rozwija. Mam nadzieję, że na przykład Michał Żyro będzie takim pozytywnym przykładem. Oby nie wpłynęła za niego jakaś niesamowita oferta, którą będziemy musieli przyjąć - oby został jeszcze przez ten rok u nas. Jeżeli zostanie jeszcze ten rok u nas, to już pójdzie za zupełnie inne pieniądze Będzie miał inną pozycję, będzie do tego przygotowany.
Mówi Pan "chcieliśmy Pawłowskiego". Czyli już nie? Czy jest tak, że jeśli raz odmówisz Legii, to koniec?
Nie, nie ma się co obrażać. Pawłowski jest fajnym zawodnikiem, mi się podoba, ale to nie znaczy wcale, że musiałby od razu u nas grać. Na pewno to jest taki zawodnik, którego byśmy chcieli, bo jest rozwojowy i młody. Pytanie co ma w głowie - tego nie wiem - a dla mnie kluczem w budowaniu tej organizacji jest mentalność. Musimy mieć zawodników, którzy chcą wygrywać i wiedzą co trzeba robić, jak się prowadzić, żeby wygrywać. Nie zawsze trafimy, ale to jest jedna z podstawowych rzeczy, na które zaczęliśmy zwracać uwagę.
Mówi pan dużo o celach długofalowych, wymagających na przykład zmian w świadomości zawodników. Czy jest jakaś perspektywa czasową, którą wyznacza pan sobie na osiągnięcie tych celów?
Obejmując ten klub mówiłem o okresie 3-5 lat, w którym chcielibyśmy awansować do Ligi Mistrzów. Chociaż oczywiście chcielibyśmy awansować już w tym roku.
Nie chodzi nam nawet o sam awans...
Ale to jest pewien wyznacznik. Zakładam, że w ciągu 3-5 lat to już nie powinien być przypadek, szczęście, tylko to powinno być coś, czego można będzie oczekiwać. Taki minimalny czas, w którym pewne zmiany jakościowe powinny być już widoczne. Na pewno z punktu widzenia budżetów, jakości zawodników to bardziej pięć niż trzy. To krótko, diametralnej zmiany może nie być. Ale organizacja będzie na pewno inna już w ciągu trzech lat w porównaniu z tym, co było pół roku temu.
Jaki jest Pana stosunek do klubów zarządzanych i utrzymywanych przez miasta?
Miasta nie powinny być właścicielami. W ogóle jestem przeciwny własności państwowej jakichkolwiek struktur, które mają działać komercyjnie - to się prostu nie sprawdza. Do zarządzania są tam odsyłani ludzie, dla których to jest robota, którzy boją się o utratę pracy, pojawiają się układy i układziki... Rozumiem, że czasami nie ma wyboru i miasto musi być właścicielem, tak jak choćby w Koronie Kielce, czy potem w Śląsku Wrocław. To jest problem na poziomie Ekstraklasy, gdzie jest ogromna różnica w mentalności, w podejściu.
Ostatnio mamy przykłady zachowań kibiców w Zawiszy czy Wiśle Kraków, które raczej nie zachęcą ludzi, którzy chcieliby w tym sporcie zaistnieć.
To są bardzo negatywne przypadki, ale jest jednak różnica pomiędzy Zawiszą a Wisłą. Muszę przyznać, że żal mi Wisły, jest to klub z tradycjami. Wychodzę z założenia, że musimy mieć dobrą konkurencję i powinno być parę klubów w Polsce, właśnie z tych miast z tradycjami, które mają drużyny na dobrym poziomie.
Nie sądzi pan, że Wisła może się jednak przydać jako przykład tego, jak można zmarnować sukces? Mimo serii tytułów świadomą decyzją właściciela nie poszli ścieżką szkolenia.
Pod tym względem są idealnym przykładem, jak na bazie sukcesu nie zbudować fundamentów, o których powinno się pomyśleć.
Czy jako biznesmen widzi Pan realne możliwości podniesienia poziomu piłki nożnej w Polsce? Na przykład w Śląsku czy Wiśle zbudowanie klubu na realnych zasadach skończy się budżetem wielkości powiedzmy 30 milionów złotych - bo tyle taki klub weźmie z telewizji, kibiców, czy z przychodów komercyjnych. Co można zbudować na takiej bazie?
Na pewno jest to zadanie jeszcze trudniejsze niż w Warszawie, natomiast wierzę w to, że jest to możliwe. Dlaczego można to robić wszędzie w zachodniej Europie, a u nas ma to być niemożliwe?
Jest choćby kwestia różnicy w przychodach z praw telewizyjnych...
To też będzie się zmieniało w najbliższych latach. Z punktu widzenia czysto biznesowego czy medialnego jest to tzw. content, który jest unikalny. W Polsce nie ma drugiej, konkurencyjnej, Legii czy Wisły. W świecie, w którym każdy może sobie wybrać co chce, zaczyna brakować unikalnych produktów. Dlatego też ceny praw medialnych w krajach zachodnich już zaczynają odjeżdżać. Dla telewizji i mediów w ogóle posiadanie tego contentu będzie coraz ważniejsze i to będzie "robiło różnicę". Wierzę, że przychody z praw medialnych powinny być coraz lepsze. Wokół tego można działać, żeby to było bardziej mainstreamowe. Nasza piłka musi być nie tylko dla zagorzałych kibiców, ale dla wszystkich przychodzących na stadion.
W tej chwili to "zabawa" dla wąskiej grupy odbiorców.
Właśnie o to chodzi, żeby pozyskać nowych odbiorców, nie zniechęcając tej wąskiej grupy. Żeby oni rozumieli, że żyją w świecie, w którym muszą funkcjonować też inne grupy.
Śledzi Pan Mistrzostwa Świata? Komu Pan kibicuje?
Interesuję się nimi, chociaż muszę przyznać, że nawet ku mojemu zdumieniu - od kiedy jestem zaangażowany w piłkę klubową, najważniejszy jest klub i piłka klubowa jest dla mnie o wiele bardziej pasjonująca niż Mistrzostwa Świata. Kiedyś je przeżywałem, a teraz bardziej chce popatrzeć na to jak grają, jakie taktyki dominują, jak się ustawiają i tak dalej. Mam jakieś swoje typy... Jestem przekonany, że dobrze się pokażą południowoamerykańskie drużyny - Brazylia, Argentyna, może jakiś czarny koń stamtąd. Oczywiście Niemcy będą w czwórce, bo oni zawsze są w czwórce. Ale już jako dziecko lubiłem Brazylię i Argentynę, zawsze grali fajny futbol.
Doszły nas słuchy, że czytuje Pan "Czarną-eLkę". Co Pana sprowadziło w nasz mały zakątek Internetu?
Dość długo przygotowywałem się do formalnego przejęcia Legii. Dla mnie ten klub to są kibice i zrozumienie, jacy tak naprawdę są, jest kluczowe. Ustalenie, co jest dla nich naprawdę ważne, poza takimi podstawowymi rzeczami, że każdy chce wygrywać. Kiedy do was trafiłem, byłem bardzo zaskoczony poziomem dyskusji. W tych sprawach jest dużo emocji, chciałoby się czasem powiedzieć coś bardziej dosadnie... Nie chodzi o to, żeby nie być mocnym w wypowiedziach, tylko żeby zachować pewien poziom tej dyskusji. Kluczem jest to, jak się mówi o pewnych sprawach. To się wam fajnie udaje. Z punktu widzenia jakości dyskusji uważam, że robicie fenomenalną robotę. Ja się u was dużo uczę - poziom analizy i spojrzenia na pewne rzeczy, wyważenie, rozsądek w wypowiedziach... To dla kogoś takiego jak ja bardzo fajne i cenne.
Aż się prosi ostatni akapit z boczku wyeksponować
Kierunek myślenia w Legii wydaje mi się bardzo rozsądny ale widać że działanie w pojedynkę ma zbyt małą siłę "rażenia".
Z wypowiedzi Mioduskiego jasno wynika że rozwój piłki zawodowej jest bardzo związany z upowszechnieniem sportu wśród młodzieży.
Nakładają się wtedy na siebie dwa czynniki, większa podaż dobrych zawodników (podniesienie poziomu zespołów) oraz szersze zainteresowanie społeczne bo przecież ci chłopcy mają rodziców, dziadków czy kolegów którzy mogą być wciągnięci w kibicowanie z powodów oczywistych.
W kontekście rozmów o finansowaniu piłki większe audytorium przed telewizorami i na stadionach znacznie podnosi wartość marketingową produktu jaki jest Ekstraklasa czy poszczególne kluby.
Jak już wspomniałem nieskoordynowane działania pojedynczych klubów dają efekt ale zbyt wolny. Trzeba zmieniać klimat wokół sportu.
Powstała rada pod patronatem Kulczyka która składa propozycje form współpracy między administracją, biznesem a sportem. PZPN próbuje rozmawiać z rządem o jakichś większych rozwiązaniach.
Ja bym zadał pytanie czy te działania są jakoś koordynowane i konsultowane. Czy wsparcie (merytoryczne) przez kluby rozwiązań systemowych może przyspieszyć powstanie nowych rozsądnych rozwiązań w ramach polityki społecznej czyli sportu młodzieży w niej. Przecież wiele klubów ma ścisłe kontakty z władzami lokalnymi i może lobbować i przekonywać do wsparcia sportu młodzieżowego.
Piszę młodzieżowego bo to jest jedyne uzasadnione społecznie wydawanie pieniędzy na sport przez samorządy.
Skupiając się na Warszawie to przecież jest tutaj wiele ruin dawnych klubów z terenami przeznaczonymi pod sport na których mało się dzieje. Niech gminy wpuszczą tam ludzi z pomysłami jak robić sport a oni wymyślą skąd wziąć finansowanie (za wyjątkiem tych którzy wymyślą że finansować ich powinny wyłącznie gminy)i będą robiuć dobrą robotę.
Koncepcja rozbicia akademii na część społeczną (dzieci) i profesjonalną (młodzież starsza) jest świetnym posunięciem bo dającym otwarcie możliwości udziału "państwa" w tym celu społecznym. "Państwo" nie powinno finansować takich przedsięwzięć wprost ale może działając w ramach misji społecznej rozwoju sportu i w celu zapobiegania wykluczeniom dzieci z domów mniej zamożnych, dofinansowywać "czesne" za udział w zajęciach. W ten sposób szkolenie dzieci może być jednocześnie skomercjalizowane (dawać dochód organizatorom) a jednocześnie pełnić rolę społeczną o którą powinna się troszczyć władza.
Ten wywód jest tylko na gorąco wymyślonym planem a chciałem w ten sposób wykazać że współdziałanie i koordynacja działań na różnych poziomach może wywołać efekt synergii i dać o niebo lepsze rozwiązania niż indywidualna szarpanina klubów.
Mioduski wspomniał że w sferze biznesu doganiamy zachód, czyli są tam ludzie którzy potrafią myśleć nowocześnie i działać skutecznie. Trzeba ten potencjał wykorzystać wpuszczając ich do sportu.
Analizując rozmowę, dochodzę do wniosku że już to wszystko słyszałem, ale pomimo tego cieszy fakt, że linia legijnego rozwoju jest stabilna, nie ma nagłych zmian w rozpisanym scenariuszu rozwoju klubu, nie ma jazdy "od bandy do bandy". Cierpliwość nie jest naszą narodową cechą, podobnie jak mozolna praca u podstaw, na szczęście dla Nas - kibiców, aktualni włodarze Legii są ulepieni z trochę innej gliny.
Bardzo ważnym jest - rzekłbym wręcz, że jest to jeden z przyszłych fundamentów na których stanie Wielka Legia, to, że za słowami idą czyny, to buduje obopólne zaufanie między kibicami i właścicielami!
Przed rebrandingiem Al Jazeerę Sport można było rozpatrywać pod kątem najlepszej paczki jeśli chodzi o piłkę nożną na świecie.
Za nieco ponad 400 zł/rok miało się dostęp do najlepszych lig świata. Niestety ostatnio z satelity, którą można w Polsce złapać zdjęli nadawanie.
beIN Sports działa również we Francji ze świetnym efektem.
Fajnie byłoby właśnie, żeby oprócz rynku polskiego, partner dystrybuował rozgrywki na świat, zawsze to trochę więcej pieniędzy i kilka sprzedanych koszulek
Nie obraź się ale Twoje wybieranie partnera medialnego przypomina wybieranie "oligarchy" który miałby zainwestować w Legię.
Pamiętam takie dywagacje kto byłby lepszy Ruski czy Arab a mamy kumatych Polaków i to jest w tym najlepsze.
Akurat, w tym wypadku myślę, że pytanie należy postawić w ten sposób, kto ma kasę i kto nie ma kasy.
Firmy z bliskiego wschodu posiadające wsparcie funduszy powiązanych z firmami wydobywającymi ropę naftową mają bezpieczne finansowanie na przynajmniej 20 lat do przodu.
Oni budują swoje firmy na potem - jak spadnie wydobycie ropy.
Na tą chwilę na rynku międzynarodowym, firmy z Bliskiego Wschodu, Chin czy Rosji są poważniejszymi graczami niż firmy amerykańskie. Zwyczajnie łatwiej im zgromadzić potrzebny kapitał.
Mówisz - masz
Super sprawa.
Tym razem obyło się bez preludium i niepotrzebnych nerwów
Jak widać wszyscy ciągle się uczą. Nie tylko w Legii.
Niemniej mam też akcenty polemiczne. Mam odmienne zdanie odnośnie Ekstraklasy SA oraz ilości drużyn w najwyższej klasie rozgrywkowej. Założenia teoretyczne przemawiające za utworzeniem tworu pod tą nazwą wydawały się dość oczywiste. W praktyce sprowadzić się miały do próby komercjalizacji rozgrywek. Niestety nic z tego wyszło. Ekstraklasa SA nie stała się wartością dodaną, lecz obciążeniem ligi. Od początku była zurzędniczałym, biurokratycznym potworkiem pożerającym własny ogon. Brak inicjatywności, operatywności, decyzyjności, odpowiedzialności za cokolwiek czyni tę strukturę całkowicie bezużyteczną, kosztowną i tym samym niepotrzebną. Przepraszam stała się swego rodzaju Hyde Parkiem w którym najgorsi narzucają swoje zdanie najlepszym z oczywistą szkodą dla polskiej piłki. Można teoretycznie byłoby toto wyposażyć w jakieś dodatkowe uprawnienia, lecz mogłoby być takim obciążeniem, żeby ją całkiem przygniotło.
Pomysł z Ekstraklasą w ilości 10-12 drużyn lansuje od lat Roman Kołtoń. Teoretycznie nie ma dowodu, że byłoby lepiej lub gorzej. Lecz ja zawsze mam dowód nie wprost. Jak taka byłaby dialektyka, że im mniej to lepiej to wszyscy by to czynili. Można by tylko pytać, a dlaczego tyle, a może jeszcze mniej. Jakoś nie chcą. A w krajach piłkarsko wiodących regułą jest 20 zespołów. Z czegoś to się bierze. M. innymi z ilości meczów jakie mają być rozegrane i możliwości utrzymania drużyn na tym poziomie rozgrywek. W Polsce mamy sporo dużych ośrodków miejskich i to rywalizacja pomiędzy nimi powinna być motorem postępu. Aby tak się działo to musi być kapitał. I musi być szkolenie adeptów. To wszystko musi mieć możliwości rozwoju w pionie. Bo to ma być działalność komercyjna. Jak ograniczymy awans to tylko jeszcze bardziej zniechęcimy kapitał do inwestowania w piłkę. A i całe te Akademie będą bez sensu. Bo będziemy szkolić, tylko gdzie oni będą grać. W Polsce zapóżnienia modelowe są jeszcze dłuższe niż mówi Pan Mioduski i sięgają wczesnych lat 80-tych. Jak rozmówca C-L rozróżnia w wielu aspektach sport i biznes tak też powinien i to dodać, że słabo wyszkoleni, żle wyselekcjonowani gracze nie będą lepsi tylko dlatego, że więcej sami ze sobą będą grali, lecz dlatego, że mają lepszych, nowocześniejszych trenerów i pracują w lepszych warunkach. Jednym z warunków jest perspektywa rozwoju poprzez grę w Ekstraklasie. Na dziś to podział środków na 10-12 jest wyższy niż na 16, ale to fałszywa perspektywa. Większe pieniądze przyniesie tylko większe zainteresowanie społeczne.
Oczywiście można ubolewać,że do ligi wchodzą drużyny oparte o kapitał państwowy, ale to nie ich wina. Kapitał prywatny nie jest zainteresowany. Obowiązkiem jest jego zachęcanie, a nie zniechęcanie i tworzenie warunków do prawdziwej rywalizacji dla wielu, a nie dla nielicznych. Z szansami na realizację.
I ostatnia sprawa polemiczna to Bartłomiej Pawłowski. Słusznie Pan Mioduski zauważa,że nie wie co on ma w głowie. Po tym co dotychczas prezentował to jego myślenie wymaga całkowitego przemodelowania. Młodzian bowiem był dumny z tego, że nie grał w Jagiellonii. Bowiem Jaga podpisała umowę z producentem m. innymi obuwia, że wszyscy wychodzący na boisko będą grali w jej produkcie. Pawłowski wcześniej kupił sobie w sklepie wiejskim swoje korki i stwierdził, że grał będzie tylko w nich. Zdania pomimo perswazji nie zmienił, więc nie grał. Chłopak nie rozumie, że piłeczka na pewnym poziomie to zawód, a nie zabawa. Wiara, że się zmieni, nie tylko on, jest taka sama jak w znanym powiedzeniu: "dziewczyna poznała chłopaka pijaka i zamiast dać mu kopa mami się: jak się ożeni to się odmieni. Odmienił sie, w alkoholika i damskiego boksera".
Jeśli chodzi o prawa tv, to chyba po tym wywiadzie nie ma wątpliwości co do tego, że spore pieniądze nam uciekają. Nie ma szans na możliwość ugodowego rozwiązania z biedniejszymi klubami. Temat chyba teraz wypłynął, gdyż umowa z nc+ kończy się za rok i jeśli teraz nie nastąpi zmiana podziału to Legia sama tymi prawami będzie dysponowała, a to w naturalny sposób zmniejszy ligę do 8-12 drużyn.
Silna liga jest ważna, ale podwojenie budżetu i zbudowanie dużo mocniejszej drużyny, która pozwoli nam grać w Europie również wiosną jest jeszcze ważniejsza. Gra w pucharach do kwietnia, bardziej i szybciej nas zbliży do najlepszych poprzez granie z naprawdę dobrymi drużynami, większe pieniądze z tv, reklam i transferów. A w lidze ogrywanie młodych.
Co do szerszej współpracy... Masz rację, tylko że znowu Legia wpada tu na ścianę. Prezes mówi jasno o klubach zarządzanych przez miasta: "To jest problem na poziomie Ekstraklasy, gdzie jest ogromna różnica w mentalności, w podejściu."
Niemniej jednak jest pewien potencjał optymizmu, który widzę choćby w tych słowach: "Pojawienie się w jednym czy drugim miejscu osób, które ewidentnie robią różnicę - zaczyna być normalnie, pojawiają się fajne emocje przy jednoczesnym profesjonalnym zarządzaniu - pokazuje, że to może być atrakcyjne. Mam nadzieję, że ludzie będą się do tego garnąć i to się nie ograniczy do Legii."
Ponieważ inwestowanie w kulturę fizyczną w Polsce było zepchnięte na dalekie miejsca z powodów oczywistych bo kraj miał pilniejsze potrzeby to w głowach urzędników w dalszym ciągu nie jest to sprawa ważna. A więc działania pojedynczych interesantów (klubów) nie są tak skuteczne jakby się chciało.
A więc przy już rozpoczętych inicjatywach Komitetu Olimpijskiego przez zespół Kulczyka który przedstawił propozycje współpracy administracji, sportu i biznesu, przy rozpoczętych rozmowach z Ministerstwem Sportu o wdrożeniu jakiegoś programu popularyzacji piłki nożnej byłoby logiczne żeby włączyły się do tego kluby aby mogły wyrażać swoje oczekiwania czy składać propozycje rozwiązań problemów na szczeblu lokalnym.
Jestem przekonany że jeśli zsynchronizować takie działania to mogą one dać lepszy efekt w szybszym czasie.
Tacy ludzie jak Mioduski czy Leśnodorski potrafią sformułować rozsądne oczekiwania i przedstawić jakieś propozycje albowiem mają i wiedzę i doświadczenie prawno-biznesowe oraz wyobraźnię co dla administracji jest do zaakceptowania a co nie.
Jesli wspólnymi siłami ludzi mądrych i wpływowych przeforsować rozwiązania systemowe regulujące stosunki administracji z podmiotami prywatnymi prowadzącymi działalność w zakresie sportu to urzędnicy dostaną do ręki "narzędzia" do podejmowania decyzji. Jeśli tych "narzędzi" w formie papierków nie dostaną to będą uciekać jak diabeł przed święconą wodą przed decyzjami ze strachu przed ryzykiem ich podejmowania.
A więc zadałbym pytanie czy nasi właściciele uczestniczą w jakiś sposób w tych inicjatywach, czy coś konkretnego się w tej sprawie dzieje?
Czy jako osoby medialne widzą potrzebę nagłaśniania tych spraw w swoich wypowiedziach publicznych aby zapoczątkować szerszą dyskusję na ten temat co wydaje się potrzebne bo nie słychać żeby toczyły się jakieś rozmowy w tej sprawie. Czy chociaż nieformalnie (na prywatnym forum) rozmawiają o tym z ludźmi zaangażowanymi w te sprawy?
Z uwagi na kiepską sytuację finansową klubów bez rozwiązań systemowych w sprawie sportu dla dzieci (szkółek)postęp nie będzie szybki a chcemy żeby był.
Przecież dla dużych klubów jak Legia im więcej małych klubów będzie prowadziło szkolenie tym większy będzie potencjał zawodniczy tych klubów. Trzeba zacząć "karczować ugór polskiego sportu żeby można było coś "zasiać". Trzeba o tym bez końca mówić na wzór Katona "Kartagina musi być zburzona" żeby to się zaczęło przebijać do świadomości władz i obywateli.
Może za bardzo się rozpisałem ale mnie szczególnie interesuje działanie u podstaw i im szersze to działanie tym lepiej.
Wg oficjalnych danych beIN Sports za sezon pokazywania Ligue 1 płaci 90 mln €. Dużo i mało, z jednej strony nie mają go na wyłączność, a z drugiej Francja ma ponad 65 mln obywateli i euro. Na polskie wychodzi circa 360 mln zł.
Zaznaczam, że nie upieram się tylko i wyłącznie przy powyższej stacji
Warunkiem wyboru platformy/kanału do współpracy powinny być 3 główne czynniki 1. Jakość, 2. Kwota za prawa TV i 3. Cena i powszechny dostęp do usługi (żeby wyeliminować streaming).
Z punktu widzenia ekstraklasy powinny być szczególnie brane pod uwagę dwa ostatnie czynniki.
Uogólniając to wydaje mi się że w Polsce mamy problem z nazywaniem spraw po imieniu i zachowaniem rozsądku. Lubimy się radykalizować w poglądach.
A trzeba zastosować zasadę "muchy oddzielnie i kotlety oddzielnie".
Jedni twierdzą że kibice to samo zło i bandyterka inni nazywają (nazywali? bo jakoś te głosy ucichły) patriotami a prawda jak zwykle leży po środku.
Są bandyci, politycznie zaangażowani, fanatyczni i pikniki różnej maści. A więc cały bukiet postaw.
Czy trzeba rozmawiać o patologiach na stadionach? No trzeba bo bez tego nie da się określić tego co jest do poprawy ale zamiast piętnować kibiców jako grupę trzeba określić jakie postawy są niedopuszczalne i je piętnować a ludzi łamiących zasady dyscyplinować wszystkimi dostępnymi środkami.
Rozumiem że frustrujące jest kiedy ciągle krytykujemy a nie możemy temu zaradzić bo to powoduje poczucie bezsilności ale to nie zmienia faktu że coś co jest złe pozostaje złe i trzeba jak gęsi kapitolińskie gęgać w tej sprawie tyle że mądrze z umiarem i na temat.
Akurat na Legii sytuacja uległa poprawie (na razie) ale cały czas są grupy kiboli które w dalszym ciągu chce dominować na stadionach a nawet w niektórych klubach.
Jeśli mamy mówić o podniesieniu poziomu polskiej piłki to trzeba określać pewne warunki brzegowe. Potencjalni inwestorzy nie przyjdą do klubów mając w perspektywie "wojny" z jakimiś grupami kibicowskimi a kibice "piknikowi" nie przyjdą z rodzinami na stadion wysłuchiwać wzajemnego lżenia się przez "suwerenów" naszego futbolu. W efekcie kasy nie będzie a więc poziom nie będzie rósł a więc będzie jeszcze mniej powodów żeby kogoś ten futbol zainteresował i koło się zamyka.
Odważni Don Kichoci (właściciele klubów) nie mogą rozwinąć skrzydeł bo działają w pustce.
Mioduski wyraźnie powiedział że dopiero podniesienie poziomu całej ligi pozwoli rosnąć w prawdziwą siłę poszczególnym klubom.
W mojej ocenie w kiepskim albo bardzo kiepskim stanie jest w naszej piłce wszystko, szkolenie, mentalność, finansowanie,relacje kibice-kluby i jeśli nie będziemy o tym rozsądnie rozmawiać to pozostaniemy w marazmie.
Ale rozsądnie, bez histerii a my się miotamy od ściany do ściany.
Jak policja zatrzyma kiboli to zamach na patriotów i demokrację.
Jak kibole zdemolują coś i kogoś pobiją to się odzywają głosy żeby wypalać rozżarzonym żelazem.
Najlepiej jakby policję podporządkować niektórym redakcjom wtedy ocena jej pracy będzie dobra bo redakcje będą decydować kto komu ma tym razem spuścić łomot.
Nie mogę się doczekać kiedy to wahadło emocjonalno-umysłowe trochę się ustabilizuje i zaczniemy mówić na temat i z rozsądkiem. No i oczywiście działać w takim samym duchu.
Jeszcze powrócą czasy, gdy przeciwko Legii każda drużyna będzie wychodzić na rozdygotanych nóżkach.
redakcja pozdrawia
Można zaparkować na stadionie ale kosztuje bardzo drogo.
Wybacz, ale nie wydaje mi się, że problemy z parkowaniem (nie bagatelizując ich) mają aż tak zauważalne przełożenie na frekwencję aby w ogóle były zauważalne. Wydaje się, że problem jej o wiele szerszy i bardziej skomplikowany. Szczególnie, że to parkowanie (z którym czasem sam się borykam) nie stanowi aż tak wielkiego problemu. Jasne pod samym stadionem miejsc nie ma, ale nie wiem czy gdziekolwiek na świecie jest stadion, który ma w swojej okolicy parking na 20.000 ludzi. Czyli zawsze ktoś się nie załapie i będzie musiał stanąć gdzieś dalej. Z tym dalej już tak wielkiego problemu nie ma. Wystarczy dwa, trzy (5 minut autobusem) przystanki i stoisz bez większych problemów. No, chyba, że tu chodzi nie tyle o postój, co o wygodnictwo, wtedy sprawa wygląda gorzej.
@ wywiad
Sam wywiad jest zdecydowanie bardziej stonowany niż rozmowa z prezesem Leśnodorskim, ale absolutnie nie mniej ciekawy. Od siebie mogę dodać, że warto przeczytać go spokojnie i bardzo uważnie, wiele smaczków wychodzi po wnikliwej analizie i pełnym zrumienieniu wypowiedzi pana Mioduskiego. Warto zagłębić się na kilka dodatkowych minut.
Przy samym stadionie są 3 w miarę puste parkingi.
Bilet kosztuje 15 zł To chyba niedrogo za luksus przejścia przez jezdnię aby być na stadionie.
Chodzi o starcie perspektyw z rzeczywistością, które widać w praktycznie każdym obszarze w jakiś sposób związanym z funkcjonowaniem klubu - od planów dotyczących stworzenia akademii, przez ocenę potencjału rozwojowego piłki w Polsce, możliwości zwiększenia puli pieniędzy z praw telewizyjnych, po budowanie świadomości wartości Legii jako wspólnego dobra w Warszawie, przede wszystkim wśród mniej i bardziej aktywnych kibiców naszego klubu. W każdym przypadku są kuszące perspektywy, ale są i konkretne przeszkody, z którymi niestety nie będzie łatwo się uporać. Realizacja założonej wizji wymaga cierpliwości, konsekwencji, pozytywistycznej wręcz pracy u podstaw, a zapewne i zwykłego szczęścia, bo nie wszystkie czynniki są w pełni zależne od nas.
Za wartość samą w sobie uważam pojawienie się w Legii osób, którzy chcą dążyć do realizacji tych wizji nie na zasadzie chciejstwa i życzeniowego myślenia, lecz poprzez otoczenie się kompetentnymi, zaangażowanymi ludźmi i ciężką pracę. A jak będzie w praktyce - czas pokaże.
Amen!
Z kwestii merytorycznych:
1) Zabrakło mi trochę pytania o sojuszników. Pan Miodulski kilkakrotnie wspominał o negatywnych przykładów różnych zachowań, ale praktycznie nie dał tych pozytywnych. Można więc odnieść wrażenie, że jesteśmy samotnym wojownikiem w walce o lepsze jutro naszej rodzimej piłki, chyba tak nie jest? No mam przynajmniej taką nadzieję. Czy są kluby podążające podobną ścieżką co nasza? Kto mógłby wesprzeć nas w działaniach o których wspominał KAM? Tego typu sprawy.
2) Bardzo spodobało mi się zdanie odnośnie LM " Zakładam, że w ciągu 3-5 lat to już nie powinien być przypadek, szczęście, tylko to powinno być coś, czego można będzie oczekiwać.". To jest to o czym pisałem w kontekście LM czy LE - musimy mieć świadomość, że teraz to kwestia szczęści, a nie naszego poziomu. Mam nadzieję, że faktycznie będzie przyświecać naszym włodarzom i nie zboczą oni nagle z dobrej ścieżki nawet jak teraz coś jeszcze nie zaskoczy tak jak sobie wymarzyliśmy i pojawi się presja medialna.
@JANEK
Samochód to nie konieczność, a już na pewno nie pod samymi bramkami
No ok - Godziny rozgrywania spotkań może faktycznie nie sprzyjają podróżom transportem publicznym, ale tego nikt nie przeskoczy. Zawsze będzie albo za wcześnie żeby zdążyć po pracy na mecz, albo za późno by z niego wrócić o normalnej porze.
Sam jestem spod Warszawy i do przejechania mam dokładnie tyle samo km co podałeś, a jestem na każdym meczu właśnie z wykorzystaniem transportu publicznego. Autobusy przeważnie dostają nawet dodatkowe przystanki w okolicach stadionu. Co prawda akurat z nimi jest kłopot, bo po meczu jest tłoczno (co w wypadku podróży z dziećmi jest dość uciążliwe), ale po przepuszczeniu paru pierwszych wszystko wraca do normy.
Osobiście dojeżdżam pociągami (jeżdżą jak to PKP, ale przynajmniej jest luźno). Z Powiśla nie jest tak strasznie daleko więc można spokojnie się przespacerować, ale i autobus jeździ. Co najwyżej trzeba podjechać na jakiś parking w okolicach stacji czy przystanku. Na szczęście teraz jest mnóstwo parkingów wzdłuż PKP i na rogatkach Warszawy (Park&go), które w weekendy są luźne. Nawet może i bezpieczniej dla samochodu, bo nie ma strachu że tłum przechodzący obok coś uszkodzi (mówię oczywiście choćby o przypadkowym zahaczeniu).
No, dobry. Bardzo ciekawy nawet dla czytelnika takiego, jak ja, niezainteresowanego bezpośrednio losami Waszego klbu. Ale czy mogło być inaczej, skoro wywiadobiorcy (co od początku było jakby jasne) na poziomie, a i wywiadodawca (jak się okazało) całkiem niczego sobie?
@ Zbyszek:
W kwestii ESA mam sporą zagwozdkę. Z jednej strony zgadzam się niemal z każdym Twoim słowem nt. tejże organizacji. Z drugiej – likwidacja ESA oznaczałaby powrót całości rozgrywek ligowych pod opiekuńcze skrzydełka PZPN, czyli de facto przeprowadzkę spod rynny z powrotem na ulewny deszcz. Jak nie kijem go, to pałką…
Co zaś się tyczy liczebności ligi – cóż, mam mocne wrażenie, że w tym konkretnym przypadku podążanie za przykładem najlepszych łacno może się okazać drogą niemiłosiernie śliską i pełną wykrotów. Dobitnie pokazuje to przykład naszego koffanego pana prezesa PZPN. Myślał chłop, myślał, dalej myślał, jeszcze myślał, ciągle myślał, a że w myśleniu o czymkolwiek innym poza własną szacowną osobą nie jest przesadnie tęgi, no to wziął i wymyślił scentralizowany trzeci poziom rozgrywek. Tres chic, prawda? Toczka w toczkę jak w Anglii, Francji, a od niedawna w Niemczech. Podkreślam, od niedawna bowiem nasi zachodni sąsiedzi dopiero parę lat temu doszli do wniosku, że mają już wystarczająco dużo silnych klubów, by w miejsce dwóch lig regionalnych zafundować sobie jedną, centralną Bundesligę Drei.
Bo u nas to jest normalnie prawie tak samo. Z tą różnicą, że jednak inaczej. Na III lidze – dla hecy zwanej II-gą – i tak nie dawało się ani gronia zarobić. Kasy z tv nie ma, kasy z biletów nie ma, kasy z reklam nie ma, wszędzie tylko koszta i koszta. No to teraz dojdą następne – koszta wyjazdów na drugi koniec Polski celem rozegrania pociesznego meczyku, którego przebiegiem i wynikiem zainteresowany jest dziki tłum w sile pięciu ludzi i psa.
Wracając do Ekstraklasy, sam piszesz: w krajach piłkarsko wiodących regułą jest 20 zespołów. Z czegoś to się bierze. M. innymi z ilości meczów jakie mają być rozegrane i możliwości utrzymania drużyn na tym poziomie rozgrywek. Podkreśliłem to, co moim zdaniem cholernie istotne. Na ustalenie ilości drużyn w danej lidze istnieje, w mojej opinii, prosty wzór: 2x/3, gdzie „x” to ilość klubów spełniających warunki danej klasy rozgrywkowej. Jakie w ogóle powinny być warunki utrzymania klubu w Ekstraklasie? Wg mnie w chwili obecnej niezbyt wygórowane: stadion z podgrzewaną murawą, szatnią dla sędziów i kibiców gości oraz sektorem dla kibiców przyjezdnych; jako-taka (z tygodniowych poślizgów sensacji robić nie będziemy) wypłacalność tak wobec własnych pracowników (tych kopiących i tych nie), jak i US oraz ZUS; sensownie zbudowana pewność, że klub będzie istniał tak za tydzień, jak i za rok, czy pięć. Ile mamy w Polsce klubów spełniających takie warunki? Policzmy, to nie będzie trudne. W kolejności alfabetycznej: Cracovia, Lech, Legia, Wisła. Od niedawna także Lechia. W sumie pięć. Dwa razy pięć przez trzy daje nam 3,33. No, bądźmy hojni, cztery. Czterozespołowej ligi nie zrobimy. Następna rozsądna liczba to właśnie 10-12. To wciąż zostawia nam 5-7 (plus 10-12 w II lidze!) miejsc dla prywatnego kapitału. A ten prywatny kapitał, jak sądzę, znacznie łatwiej będzie zachęcić czterema meczami z Legią i/lub Lechem, niż np. dwoma z Legią, ale dwoma z – przy całym szacunku – Podbeskidziem.
@ KAM:
Poruszasz szalenie istotne kwestie. Popieram w całej rozciągłości.
1) tak z czystej międzyludzkiej sympatii radziłbym panu Mioduskiemu, żeby się zanadto publicznie nie afiszował z chęcią większego rozwarstwienia przy podziale środków z tv. Niech myśli co chce, niech działa jak chce, no ale na cholerę robić sobie wrogów.
@ Janek:
Na stadion swojego klubu mam jakieś trzynaście razy dalej, niż Ty. Szczerze powiedziawszy, ostatnią rzeczą, jaka zaprząta mi głowę podczas wyjazdu na mecz jest miejsce parkingowe. Ja wiem, punkt widzenia, punkt siedzenia, te rzeczy. Ale, jak na moje, jednak trochę wstyd.
- "Zabrakło mi trochę pytania o sojuszników"
Wiesz co, z tymi sojusznikami to chyba nie jest tak łatwo. Wędrowanie w ten rejon dyskusji (w oby wywiadach) zawsze przynosiło ogólniki. O coraz większej świadomości, o rosnącej przychylności z tym związanej. Ale bez żadnych konkretów. Moim zdaniem wciąż jest więcej problemów niż wsparcia, które po prostu nie jest dobrze widziane. Pomaganie Legii może odbić się czkawką, a na to nikt się nie zdecyduje (wiadomo dlaczego). Dlatego musimy najpierw udowodnić, że nie jesteśmy wielbłądem, a potem liczyć na pozytywne reakcje. Te ostatnie ponoć są już zauważalne. Konkretów jednak, jak rozumiem brak.
@ a-c10
- "Niech myśli co chce, niech działa jak chce, no ale na cholerę robić sobie wrogów. "
Dwa wywiady, dwa różne sposoby narracji. Obaj nasi szefowie, mogą zaprzeczać, że są jak ogień i woda, ale to porównanie jeszcze bardziej mi się utrwaliło. Bogusław Leśnodorski opowiada, emocjonuje się, przeżywa, Dariusz Mioduski waży słowa, słucha, rozmawia. Uwierz mi jeśli coś powiedział, to mam takie wewnętrzne przekonanie, że sprawa jest jasna. Widać na tym polu działamy już z otwartą przyłbicą, a wrogowie pewnie już rzucili rękawicę. Przy czym jak rozumiem to nie jest tak, że chcemy tej rewolucji na już. Naprawdę zarówno u jednego, jak i drugiego z naszych właścicieli istnieje duża świadomość potrzeby silnej ligi. Obdarcie wszystkich i bogacenie się samemu nie doprowadzi rodzimego futbolu, a co za tym idzie Legii tam gdzie chcielibyśmy ją widzieć.
"Pomaganie Legii może odbić się czkawką, a na to nikt się nie zdecyduje (wiadomo dlaczego). "
To jest jasne ale przekonywanie że nie jesteśmy wielbłądem jest mało skuteczne, więc trzeba się przyłączyć do stada takich wiełbłądów i wtedy będziemy łatwiej dostrzegalni jako grupa występująca w słusznym interesie.
Oczywiście mówię tu o sporcie dla dzieci (akademia), bo tylko na takie działanie musi być zgoda społeczna (polityczna) i tylko ztakiej pomocy powinny korzystać kluby.
A wiec to o czym pisalem wcześniej, trzeba się przyłączyć do już istniejących inicjatyw w sprawie rozwoju infrastruktury sportowej w ogóle i później w ramach systemowych rozwiązań realizować własne cele jako jeden z beneficjentów.
Oddzieleni w Legii szkółki dziecięcej od akademii jest chyba krokiem w tym kierunku żeby nikt nie mógł powiedzieć że Legia ze społecznych pieniędzy realizuje swoje prywatne cele.
Chodzi o działanie społecznie użytecznej (rozwój kultury fizycznej wśród dzieci)ktorą powinny wspierać samorządy bo to jest jeden z obszarów ich działania.
Przecież po coś rezerwuje się tereny tylko pod sport i rekreację i po coś są wydzielone jednostki administracji zajmujące się sportem.
Klimat w Polsce powoli się zmienia wiec urzędnicy muszą dostać jasny sygnał z góry i konkretne rozwiązania prawne żeby przestali się bać podejmować decyzje.
U nas z zoorganizowaniem się w czymkolwiek jest jak z pressingiem na boisku, "jeden hyc, drugi nic"
jeśli coś powiedział, to mam takie wewnętrzne przekonanie, że sprawa jest jasna. Widać na tym polu działamy już z otwartą przyłbicą
Ależ ja nie twierdzę, że ta wypowiedź jest na pewno nieprzemyślana. Uważam po prostu, że w chwili obecnej i w tej konkretnej sprawie otwieranie przyłbicy może spowodować jedynie to, że ktoś, albo nawet paru ktosiów będzie Wam próbować nasikać w twarz. Wybacz ordynarność metafory, ale tak to właśnie wygląda. Przy 99% "zawodowych" klubów w Polsce zainteresowanych tylko i wyłącznie trwaniem inaczej być nie może.
Wszystko fajnie, ale ten tort już w tej chwili jest niewspółmiernie duży jak na zasługi i realną wartość solenizanta. To, co tam wyżej pisze A_l, wygląda może i kusząco. Pamiętać przy tym jednak by należało, że my nie Francja, szejków interesujemy lekkopółśrednio, toteż i subsydiowanej telewizji raczej spodziewać się nie należy. Prędzej tego, że Canal powie "sprawdzam!"...
- "Prędzej tego, że Canal powie "sprawdzam!"..."
Z tego co pamiętam, to już raz omal powiedział, paniki było co niemiara i szybkie potulne obniżenie wymagań.
No dokładnie. Do tego warto pamiętać, że Canal był podówczas 'tylko' Canalem, transmisje sportowe w ogromnej mierze warunkowały sens jego istnienia na polskim rynku, zaś transmisje Ekstraklasy stanowiły wśród nich coś na kształt rdzenia. Teraz, po mariażu z n-ką, skłonność C+ do ulegania ligowym szantażykom wzrastać raczej nie będzie.
Oj, tutaj polemizowałbym. W dalszym ciągu głównymi odbiorcami kanałów sportowych są oglądacze naszej ligi. Jeśli powstanie w końcu Ekstraklasa TV, to raczej się nie obrażą, tylko sięgną do portfela i kupią. Różnica będzie polegać na tym, że mecze Legii będzie można obejrzeć również w innych stacjach. I o to głównie toczy się wojna. Legia w obecnej formie praw TV strasznie dostaje po dupie.
Brak ekstraklasy dla c+ to śmierć tej stacji, propagandowa zagrywka z ich altruizmem niestety nadal działa i dzięki czemu nieźle żyją płacąc ochłapy.
"Dobroczynność" c+ to taka sama prawda jak że błędy sędziowskie to część i urok piłki nożnej
Zanim się coś napisze, może lepiej najpierw przeczytać?
http://pl.wikipedia.org/wiki/Vivendi
Oj, chyba nie za bardzo wiesz jak funkcjonują takie koncerny. Kasa, to raczej idzie z dołu do góry a nie odwrotnie. Inaczej mówiąc, nasze lokalne NC+ jest zdane wyłącznie na siebie i nie partycypuje w zyskach np. NBC.
Chwila-moment. Przecież tu się nikt nawet o jakimś tam altruizmie nie zająknął. Jak już pisałem, przed powstaniem nc+ posiadać/nie posiadać praw do transmisji meczów Ekstraklasy oznaczało dla Canalu być/nie być na polskim rynku. I stąd właśnie wynikała skłonność rodzimego oddziału francuskiego koncernu do ulegania pazerności klubów i płacenia za ligę znacznie więcej, niż jest ona w rzeczywistości warta. Dobrze by jednak pamiętać, że było to uzależnienie obopólne. Nikt inny nie byłby skłonny, ba, być może nawet nie byłby w stanie płacić Ekstraklasie choćby w przybliżeniu takich pieniędzy, jak C+. A wiadomo powszechnie, że pieniądze z tv stanowiły (i w wielu przypadkach nadal stanowią) lwią część przychodów wielu klubów. Bez Canalu te kluby zwyczajnie by padły. A przynajmniej nie mogłyby funkcjonować w obecnej/ówczesnej formie. Biorąc to wszystko do kupy - nie byłoby Canalu bez ligi, ale też nie byłoby ligi bez Canalu.
Nawet jednak tak silna zależność ma swoje granice. I tu należałoby wrócić do tego, o czym pisze Monrooe: trzy lata temu Canal delikatnie dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany windowaniem cen w nieskończoność i jeśli kluby będą obstawać przy kontrakcie znacznie przewyższającym poprzedni, mogą się srodze rozczarować. Czy to był blef, czy realna groźba – trudno dziś ocenić. Faktem pozostaje, że większość klubów w trymiga – excusez le mot – obfajdała się na rzadko i natychmiast zeszła z księżycowych roszczeń.
Co się od tamtej pory zmieniło? Dość sporo. Canal wchłonął (tak żeby kol. Kibic50 był usatysfakcjonowany) n-kę, a wraz z nią jej abonentów i różne atrakcje, także sportowe, m.in. Ligę Mistrzów). Nie oznacza to, broń Boże, że nc+ ma teraz Ekstraklasę w trąbie. Mam jednak wrażenie, że – powtarzam – skłonność nadawcy do przepłacania za ligowe prawa może się okazać znacznie mniejsza, niż to się ligowym prezesom wydaje. Zwłaszcza że poważnej konkurencji nie widać. Jeśli chodzi o firmy istniejące na polskim rynku w chwili obecnej, Polsat jest skąpy, a mając naprawdę silną pozycję raczej nie będzie zainteresowany spełnianiem klubowych zachcianek. TVP? Bardzo wątpliwe, by było ją stać (i finansowo, i – przede wszystkim – organizacyjnie) na pokazywanie ligi na poziomie choćby zbliżonym do obecnego. Co zaś się tyczy nadawców, których (na razie?) u nas nie ma, trudno przypuszczać, by zdecydowali się kupić prawa do Ekstraklasy tylko po to, by na naszym rynku zaistnieć. Jeszcze raz: wypowiedź A_l wygląda niezwykle sympatycznie. Pamiętać jednak należy, że w takiej Francji mieszkają grube miliony ludzi o szeroko rozumianych arabskich korzeniach. To jest ogromny rynek i w żaden sposób nie powinno dziwić zainteresowanie nim ze strony podmiotów z Bliskiego Wschodu. Myślicie, pardon, że ci katarscy jaśnie wielmożni to weszli w PSG bo co? Bo zapałali niepohamowaną miłością do granatowego trykotu z biało-bordowym paskiem? A może uznali kanciasty Parc-des-Princes za najpiękniejszy stadion na świecie? O, też nie? No właśnie. Sport – także ten telewizyjny – to doskonały sposób „miękkiej inwazji” na atrakcyjne rynki europejskie. Niestety, ani Polska nie jest aż takim znowu atrakcyjnym rynkiem, ani tym bardziej polska liga nie jest produktem, który – choćby nie wiem jak kusząco opakowany – byłby w stanie podbić Europę.
Biorąc to wszystko do kupy, „powiększanie tortu” za pomocą ustawicznego windowania ceny uważam za pomysł ściętej głowy. To się po prostu nie uda i tyle. Jeśli powstanie w końcu Ekstraklasa TV ? Nooo… to takie, bym powiedział, duże „jeśli”. Trzy lata temu kluby, hehe, nie były gotowe na jej powstanie. Skąd pomysł, że będą gotowe za rok? Tu odsyłam do bardzo trafnej, umieszczonej kilka postów wyżej wypowiedzi kol. Zbyszka nt. spółki Ekstraklasa S.A. OK., gdyby pośród ligowych decydentów znajdowali się sami Mioduscy, przypuszczam iż byliby skłonni rozważyć następujący krok: tniemy cenę za ligę. Drastyczne. O połowę, może nawet więcej. Ale w zamian chcemy gwarancji pokazywania co najmniej połowy sezonu (w tym tych co bardziej chodliwych spotkań) w prime time w paśmie otwartym. Tylko – wracając do pytania QD o sojuszników Waszego sympatycznego bossa – kto poprze taką ideę? Lech? Pewnie tak. Wisła, Lechia? Może. Cracovia? Po pewnych negocjacjach przypuszczam, że i owszem. Spróbujcie jednak wyskoczyć z takim pomysłem do urzędującego z magistrackiego nadania prezesa jakiegoś „miejskiego” klubu. No wszelkiego powodzenia życzę. Jak, jak!? On miałby rezygnować z połowy kasy z Canala?!? W imię tego, co będzie kiedyś tam!?! A ch.. go obchodzi jakieś „kiedyś tam”, on już wtedy prezesem nie będzie! „Miejskich” klubów mamy w Ekstraklasie grubą większość. Nie muszę chyba tłumaczyć co z tego wynika?
A, jeszcze jedno: nieźle żyją płacąc ochłapy. Och… co?! Wybacz, stary, ale formułując takie opinie szerokim łukiem omijasz realia. Pamiętajmy, mówimy o lidze, która:
# nie miała swojego przedstawiciela w LM od, bagatela, dziewiętnastu lat. W tym okresie po najbardziej prestiżowych rozgrywkach Starego Kontynentu rozbijały się kluby z tak egzotycznych piłkarsko państw, jak Białoruś i Słowacja. O cypryjskich ćwierćfinalistach nie wspominając. W LE niewiele z nami lepiej. Wytrwanie do wiosny w tych rozgrywkach uznajemy za spore osiągnięcie, wygranie czegokolwiek wiosną – za prawie-cud. W ogóle z sukcesami u nas łysawo, nawet historycznie. Jeden jedyny finał europejskiego pucharu plus jakieś pojedyncze półfinały w odległej prehistorii – no śmiech na sali po prostu.
# nie przyciąga gwiazd (bo nie ma czym i za co), ani ich nie produkuje (bo nie ma gdzie i po co).
# całą średnią frekwencję mogłaby – w najlepszym razie! – zmieścić na jednym stadionie Bundesligi. I to mimo wielu nowych, całkiem sensownych stadionów.
# kompletnie nie jest rozpoznawalna w Europie, o szerszym świecie nie wspominając. Nazwy naszych klubów, nawet tych czołowych, przeciętnemu kibicowi-oglądaczowi z Anglii, Hiszpanii, Niemiec, czy Włoch nie mówią absolutnie nic.
I Ty serio uważasz, że trzydzieści coś baniek w eurowalucie za roczną przyjemność pokazywania takiej ligi to są „ochłapy”? Pogratulować samopoczucia.
W tym sezonie do podziału było ponad 120 mln zł (~28 mln €) doliczyć do tego jakiś zysk i koszty własne (podatki, komentatorzy, produkcja, i etc.). Musi się na tym dać zarobić.
Tą ligę da się wypromować, ale na razie trzeba przepłacać. Doping ponoć najlepszy w europie, stadiony również w większości top europejski.
@dojazd na stadion
Ja już napisałem w zeszłym roku, metro przy stadionie to podstawa, ale za 50 lat może do tego dojdzie.
Nic dodać, nic ująć.
Może tylko tyle, że koncern Vivendi (właściciel nC+) który bez TME miałby niby umrzeć
zysk operacyjny wyniósł €2.878 mld. W walce o TVN pokonał innego światowego giganta Time Warner.
Aby realnie myśleć o większych wpływach należy coś znaczyć czyli nie dać się ogrywać ogórkom? z byłych republik radzieckich, a w piłce klubowej mieć drużyny które cyklicznie grają przynajmniej w fazie grupowej Ligi Europy. Liga Mistrzów to już marzenie ale to byłby kop dla rozwoju i ewentualnych wymagań co do kwot od praw transmisyjnych.
Przypomnę Wam panowie szlachta ,że frekwencja spada a nie rośnie i w obecnym sezonie bardzo możliwe ,że ten kierunek się utrzyma. Awansowały miasteczka gdzie wszystkich ludzi razem do kupy mieszka 80 tys ( Łęczna 20 tys Bełchatów 60 ) czyli jeden mecz BVB
I ta nieszczęsna struktura naszych trybun. Pan Mioduski prawidłowo podkreśla klimat i atmosferę naszego stadionu jako wielki plus, którego nie można stracić. Należało by jednak zrobić badania, czy więcej w kraju jest miłośników atmosfery, czy dobrej piłki? Najlepiej dla nas byłoby mieć i jedno i drugie, tylko na to potrzeba czasu, dużo czasu.
- ""No, ale między bogiem a prawdą to nc+ musi mieć na plusie kilkanaście baniek za pokazywanie zaścianka europy bo inaczej ten interes byłby nierentowy
Ależ oczywiście, że jakieś zyski ma, bo mieć musi. Toż to nie Robin Hood telewizyjny, do tego jak zauważam nikt nie przekonuje. Pytanie ile ma i z czy z tego co ma może coś jeszcze wykroić. Tak aby oczywiście zostało też tego zysku do wykazania przed "wielkim szefem wszystkich szefów". Pamiętajmy też, że struktura Canal+ nie obejmuje jedynie programów sportowych. Te jako takie służą do wzbogacania rodziny tematycznej, którą mają w ofercie. Szerokie spektrum tematyczne służy natomiast do przyciągnięcia jak najszerszej publiczności, gotowej wysupłać "grosz" (wcale zresztą niemały) na programy premium. Dlatego też zyski z samego działu sportowego nie są wcale tak łatwo policzalne. Po prostu nie można ich oderwać od całej reszty oferty NC+ i traktować jak oddzielnego znoszącego złote jaja produktu. Jeśli w NC+ uznają, że ligii zagraniczne, wzbogacone o Ligę Mistrzów zupełności wystarczą jako rozszerzenie oferty i nadal pozwolą na utrzymanie widza "sportowego", to dotychczasowa polityka wobec Ekstraklasy może ulec radykalnej zmianie. Niestety, zarówno dla nas jak i dla samej ligi nie będzie to zmiana na plus.
Dlatego tak ważnym aspektem jest to o czym wspomina Dariusz Mioduski, czyli poprawianie wizerunku Ekstraklasy. Konieczny jest rozwój sportowy, poprawa atrakcyjności samych spotkań, ale też zmiana opakowania. Szalenie ważną rolę ogrywają tu sami pracownicy NC+, czyli komentatorzy, oraz tak zwani eksperci. Niestety, nasza narodowa natura wciąż bierze górę i zamiast okazjonalnych być może zachwytów słyszymy jak to jest źle, jak to brakuje nam tego, lub tamtego. Słyszymy, że piłkarz X nie umie podać, a piłkarz Y zupełnie nie opanował sztuki oddawania strzałów. I nic z tego, że jeden jest naprawdę niezłym i co ważne skutecznym napastnikiem, a drugi znajdującym się sferze zainteresowań selekcjonera defensorem. Nie istotnym zdaje się to co obaj zawodnicy umieją, ważne jest to z czym wciąż mają problemy. Nie mówiąc już o notorycznej sytuacji, w której pan ekspert zamiast skupić się na jakości akcji zabawia się w detektywa próbującego wyręczyć sędziego, lub co gorsza wręcz ośmieszyć jego decyzje. Znalezienie dziury w całym to już hobby niektórych panów z mikrofonem i żadnego wpływu na ten fakt nie ma bardzo słaba znajomość przepisów. A już wybitnym osiągnięciem popisał się swego czasu Grzegorz Mielcarski, który wobec przytoczonego przepisu stwierdził, że i tak się z nim nie zgadza bo to według niego jest sprzeczne z duchem gry. Brawo.
Niech każdy z czytających zada sobie pytanie ile widział meczów Ekstraklasy, podczas których zarówno komentator jak i "wspierający" go ekspert zajmowali się wyłącznie narzekaniem na poziom komentowanego spotkania. Przerywając niekiedy udanym przyłapaniem sędziego na straszliwym błędzie, który udało się wypatrzeć po trzeciej kolejnej powtórce.
Sorry, panowie tak krytykowanego i opakowanego produktu nie da się sprzedawać drożej i drożej. Nie każdy marketingowiec jest na tyle szalony aby pozwolić na kojarzenie własnej firmy z nieudolnymi kopaczami, na których wszyscy smęcą bez ustanku. Szczególnie, że tą samą reklamę może wykupić przed meczem Chelsea - Arsenal i spać z przekonaniem, że tym razem odbiór jego produktu/firmy był jakby zgoła inny. Nawet jeśli publika nieco mniejsza.
nc+ musi mieć na plusie kilkanaście baniek za pokazywanie zaścianka europy bo inaczej ten interes byłby nierentowy
Na pewno ma. No przecież nie rozmawiamy o filantropii, dajmy już temu spokój. Przypuszczam jednak, że ta rentowność w pewnym momencie zaczęła niepokojąco dążyć w stronę punktu krytycznego. Stąd właśnie m.in. niechęć do dalszego odrealniania ceny za Ekstraklasę.
Tą ligę da się wypromować, ale na razie trzeba przepłacać. Doping ponoć najlepszy w europie, stadiony również w większości top europejski.
Jasne że się da. Ale może najpierw promujmy, a potem dopiero będziemy się zastanawiać nad powiększaniem tortu, hm?
Doping wporzo. Kłopot w tym - sw. dr., dla mnie jest to bodaj największy problem z "zaangażowanymi", znaczy ich brak zrozumienia dla tego prostego faktu - że doping, ten zorganizowany, to tylko dodatek. Jak zamierzasz sprzedać transmisję z czterdziestotysięcznego stadionu wypełnionego w ledwie 20%? Co z tego, że te parę tysięcy ludzi niezły szoł robi, skoro wokół nich straszą koszmarne połacie pustych krzesełek?
Ze stadionami jest circa to samo. O, taki Wrocław. No ładny obiekcik, na da się schować. Ale żeby płacić za jego oglądanie? Bez jaj. Wujek Gógiel jest za darmoszkę.
@ Kibic50:
Wg mnie obroty Vivendi są w tej konkretnej sprawie bez znaczenia. I tu akurat zgadzam się z CTP - kasa w tego typu koncernach idzie z dołu ku górze, nie vice versa. Bardziej bym się skupiał na tym, że po mariażu z n-ką Canal ma (dobra - może mieć) znacznie lepszą ofertę, niż przedtem. A w związku z tym jego determinacja do utrzymywania praw do Ekstraklasy po prostu musiała choć trochę opaść.
Myślę że reprezentacja nie pomaga głównie dlatego, że statystyczny Kowalski coraz mniej chce ją uznawać za swoją drużynę. Człowieka można oszukać raz, drugi, trzeci, ale za czwartym, piątym, góra szóstym nawet najgorszy gamoń dojdzie do wniosku, że ktoś go robi w trąbę. Że wieczne bęcki zbierane przez nasz narodowy zespół to nie wina zmienianych w cyklofrenicznym ((c) Gawin
Znika zatem poczucie jedności, znika identyfikacja z kadrą, a wraz z nią z całą polską piłką. Poziom? OK., trza poprawiać, bez tego daleko nie zajedziemy. Jednak bądźmy szczerzy: na samą jakość to my w przewidywalnej przyszłości nie złapiemy nikogo. Nie wiem co musiałoby się stać, aby ktoś szukający jakości i tylko jakości zdecydował się na Ekstraklasę, skoro o pstryknięcie pilota ma Primera Division, Bundesligę, Premier League etc. Atmosfera? Ale co to jest atmosfera? Garstka ultrasów robiąca świetną oprawę na poza nimi pustym stadionie? Pełne trybuny dopingujące może mniej synchronicznie, za to na pewno bardziej spontanicznie? Tych drugich bez powszechnej identyfikacji nie zobaczymy.
Dlatego tak istotne dla mnie jest to, o czym pisze Monrooe. Przy czym ja bym się tak tych Kanalarzy nie czepiał. Zastrzegałem już parokrotnie na zacnych łamach Ce-eL, że nie zamierzam występować w roli ślepego zwolennika C+. OK., chłopaki robią błędy. Niektórzy znacznie częściej, niż inny. O, taki Grzesio Mielcarski mógłby sobie śmiało po Mundialu zostać w TVP, nieprawdaż? Mam wrażenie, że znacznie mu bliżej do Szpariusza, niż do Smokowskiego. Po pierwsze jednak, niezłym "lusterkiem" dla Canalu jest właśnie Publiczna. Jak komu nie pasuje Canal, niech sobie go zestawi z wyczynami podopiecznych Włodzia Sz.
Po drugie (i znacznie ważniejsze) nieporównywalnie gorszą krecią robotę robią lidze media pisane. Nie liczyłem, acz mam mocne wrażenie, że co drugi polski dziennikarz piłkarski stawia sobie za punkt honoru co najmniej raz w tygodniu narzygać słownie na Ekstraklasę. Tak. Polski dziennikarz wymiotuje na polską piłkę, a otumaniona polska publika mu klaszcze. Nie jestem w stanie tego pojąć. Raz: w bardziej cywilizowanym kraju byłaby to zawodowa śmierć. Nagła śmierć, bez żadnej szansy na jakiekolwiek zmartwychwstanie. Dwa: już kiedyś o tym u Was pisałem - nie rozumiem dlaczego te słoworzygi nie stykają się z żadną kontrą ze strony ligi, czy poszczególnych klubów. Opakowanie? Trochę bez sensu o nim gadać. Większość potencjalnych klientów i tak go nie zobaczy, bo uwierzy przeróżnym medialnym "ałtorytetom", że produkt jest z gruntu ch*jowy.
Hm. Biorąc pod uwagę, że EBIDTA tej stacji za I półrocze 2013r. wyniosła 200 mln zł, to rzeczywiście, tylko przypuszczasz. 2,3 mln abonentów, ponad 1 mld zł przychodów. Rzeczywiście, bida z nędzą...
NC+, to jest klasyczny monopol i jak to monopol, dyktuje ceny wygodne dla siebie. A że Legia nie od dzisiaj prezentuje nastroje secesyjne, to nie dziwmy się, że słyszymy teksty "ekspierdów" w stylu "ja bym to gwizdnął/nie gwizdnął".
No tak, jak już nabazgrałem swoje, uświadomiłem sobie, że pominąłem aspekt pisany. No ale co tam, po co tu strzelać przykładami, zamiast tego wystarczy wejść na Weszło. Styl, retoryka, powtarzalność i wszystko jasne. To się sprzedaje, tak będziemy pisać. nawet jeśli to co moglibyśmy robić (chyba najlepiej w tym kraju) zniknie pod tą rzeką gówna, która "czyta" się najlepiej. Zaczyna się kolejka.... wszyscy czekają... pierwszy kiks, jest już tekst o patałachu, słabsza dyspozycja dnia... jest podsumowanie kariery kompletnego dziada. Uch.. ależ robota, a gawiedź klaszcze i przenosi te "standardy" na cały znany nam medialny świat. A, że potem trzeba się pogimnastykować, bo z liczb wychodzi, że najlepszy w ocenach był "jechany" przez całą jesień Żyro, nic to, napisze się, że to zupełnie inny człowiek i tyle. Berg go odmienił (całe szczęście, że przyszedł, bo trzeba by zwalić na cud Boski). To taki papierek lakmusowy, obraz naszych mediów pisanych. Dla których "łatwy target" jest o wiele atrakcyjniejszy, bo nie wymaga żadnej fachowości, czy skomplikowanych analiz. Wystarczy kogoś zmieszać z błotem, najlepiej tuż po tym jak właśnie się przewrócił.
- "EBIDTA tej stacji za I półrocze 2013r. wyniosła 200 mln zł, to rzeczywiście, tylko przypuszczasz. 2,3 mln abonentów, ponad 1 mld zł przychodów. Rzeczywiście, bida z nędzą... "
Wybacz ale mówisz o dwóch rożnych rzeczach. My o zyskach Canal+Sport płynących z okazji pokazywania spotkań Ekstraklasy (choć dla NC+ oczywiście), a Ty o rentowności całej stacji ze wszystkimi jej kanałami tematycznymi. Doceniam sport, piłkę nożną w szczególności, ale nie wydaje mi się, aby generowała ona większe przychody niż widzowie kanałów, dajmy na to, filmowych. Wracając do piłki, to pragnę też zwrócić uwagę, że połączone mecze lig zagranicznych cieszą się porównywalną oglądalnością do naszej rodzimej Ekstraklasy*. Dlatego też pamiętając o unikalności naszej ligi, starajmy się nie zapominać, że nie to nie jest jedyny produkt oferowany przez NC+.
(* zupełnie pomijam "dziwolągi" w stylu Gran Derbi, które biją wszelkie możliwe klasyfikacje oglądalności)
@ anonimowy _legionista
- "Ile ekstraklasa traci przez brak dostępności rozgrywek TME u innych operatorów? "
To trochę tak jakbyś spytał, ile traci sprzedawca na tym, że nie może danego towaru sprzedać wszystkim możliwym chętnym. Najlepiej po takich cenach, aby każdy mógł kupić. W końcu ,do grosza... Z jednej strony byłoby fajnie, z drugiej byłby to klasyczny strzał w stopę. Wartość praw telewizyjnych (tu znowu odwołam się do powyższego wywiadu z Dariuszem Mioduskim) polega na wyjątkowości contentu jaki oferuje. Możesz kupić coś, czego nie ma nikt inny.
Ja widzę to tak, jeżeli kanał ekstraklasy będzie dostępny na wielu platformach i różny sposób udostępniany w stałej cenie ~20 zł/mc to Ekstraklasa zarobi więcej. Po pierwsze taki kanał będzie docierał do większej liczby odbiorców, a po drugie przychody od reklamodawców również powinny być w związku z tym większe.
Mamy CP, nC+, kablówki oraz płatną naziemną telewizję cyfrową i internet.
Ja bym sobie chętnie wykupił tylko kanał Ekstraklasy jakby można go wykupić do obejrzenia w internecie (na kompie lub przez aplikację smart TV) lub przez moduł CI.
Przy odpowiedniej skali zainteresowania można by z ceną zejść do 15 zł/mc i wszyscy byliby zadowoleni.
Zwolnij trochę, bo na zakrętach nie wyrobisz
NC+, to jest klasyczny monopol i jak to monopol, dyktuje ceny wygodne dla siebie.
Znów... Monopol? No faktycznie. Bo przecież pokazywaniem Ekstraklasy zainteresowanych było dwustu trzydziestu czterech innych nadawców, oferujących znacznie korzystniejsze warunki, niż Kanalarze, ale niefartownie skonstruowana umowa wiąże ligę z C+ na kolejne siedem dekad.
Bądźmy poważni, ok? Ostatni kontrakt telewizyjny Ekstraklasy zawarty został trzy lata temu, gdy jeszcze istniały u nas trzy platformy cyfrowe plus oczywiście tvp plus jakieś tam inne możliwości. I co? I liga po staremu została w C+. Każdy mógł przebić ich ofertę, nikt tego nie zrobił. Mimo przed-przetargowego prężenia mułów nikt nawet się tak na serio o tę ligę nie postarał. Ile warte były "groźby" stworzenia odrębnego kanału ligowego - o tym już pisaliśmy. Mam graniczące z pewnością przekonanie, że za rok będzie dokładnie to samo. Że ani Polsat, ani TVP, ani w ogóle nikt inny nie podejmie choćby poważnej próby przerwania tego "monopolu", a paplanina o EkstraklasaTV okaże się po raz kolejny pustym żartem.
@ A_l:
Ile ekstraklasa traci przez brak dostępności rozgrywek TME u innych operatorów?
Dużo. Zwłaszcza jeśli przez "innych operatorów" zrozumiemy "otwarte transmisje". Ale to są straty ponoszone w tak szerokiej perspektywie czasowej, że większość klubów ma na to wyłożone.
Jak również ile traci kasy przez streaming?
To, myślę, jeszcze trudniej oszacować, niźli powyższą kwestię. Ale też jestem ciekaw.
Weszło to tylko Weszło. Tematyczny brukowiec, który zawsze będzie wszystkich, za przeproszeniem, jebał i szukał sensacji na siłę, bo taka jest natura brukowców. Mnie znacznie bardziej przeraża to, co dzieje się w tzw. poważnych mediach. W dziale sportowym Wyborczej dobrego słowa o polskiej piłce nie uświadczysz. Ba, jeśli w ogóle się tam o polskiej piłce pisze, to niemal wyłącznie w kontekście tej cholernej kibolsko-faszystowskiej hołoty, która znowu coś zdemolowała, lub - w najlepszym wypadku - wywiesiła jakąś "szmatę" z symboliką, która Jaśnie Państwu Redaktorstwu nie w smak. Niewiele lepiej jest w Rzepie, gdzie masz tkniętego demencją Szczepłka plus zgraję nieudaczników. Dalej masz tytuły stricte sportowe, gdzie sytuacja też wcale nie wygląda fajnie. Powtarzam: mnie to się w głowie nie mieści. Raz po raz łapię się na tym, że oglądam jakiś mecz, potem czytam relację i dochodzę do wniosku, że albo ja przesadzam z winem, albo redaktorowi przydałby się dłuuugi urlop w jakimś słonecznym miejscu.
Żeby nie było: ja nie oczekuję, że ktoś mi - i całej reszcie polskojęzycznego świata - wciskał będzie, że zasadniczo nie ma żadnej różnicy między Legią, a Realem; Lechem, a Barceloną; Cracovią, a Athletikiem Bilbao, etc., etc. Uważam po prostu, że dopóki jedynie słusznym tonem pisania w polskich mediach o polskiej piłce będzie "jest ch*jowo", to nawet cała armia panów Mioduskich (przy całym szacunku dla tego oryginalnego D.M.) niewiele pomoże.
Podałeś wyniki oglądalności naszej Ekstraklasy i nie odczuwasz żadnej sprzeczności z tym, co zarabia Legia? Przecież 12 mln za 37 meczów, to ok. 400 tys. za mecz - tyle mniej więcej wynosi średni dochód z meczu przy frekwencji kilkunastu tys. ludzi na trybunach. No, coś tu jest bardzo nie halo i nie dziwię się panom L&M, że zaczynają głośno psioczyć na obecny układ.
Wozy transmisyjne i w ogóle cała ta infrastruktura akurat nie jest problemem. Od paru lat sygnał jest produkowany przez LivePark, którego właścicielem jest nie kto inny a Ekstraklasa S.A.
- "Weszło to tylko Weszło."
No tego argumentu nie przebiję, choćbym się skichał
Niemniej jednak wspomniane weszło to dla mnie obraz potrzeb naszego kibicowskiego społeczeństwa. Zarządzający wszystkich Stanowski ewidentnie jest nastawiony na kasę, aby bilans się zgadzał zrobi to co zrobić trzeba. Gdyby czytelnik oczekiwał rzetelnych analiz to na łamach tegoż tematycznego brukowca owe analizy by się pojawiły. I to jak już napisałem, zapewne najlepsze w tym kraju (bo jak chcom to umiom). Tyle, że analizy, statystyki nikomu nie są potrzebne. Ich "nośność medialna" jest wręcz znikoma. (to co im się dziwić, że nie chcom)
"No dobra, to po kiego grzyba męczyć tym ludzi" - zapyta uważny czytelnik (o ile jest takowy) mając w 100% rację. Tyle, że jak powszechnie wiadomo, ryba zazwyczaj psuje się od głowy a nie na odwrót. Kibic nie potrzebuje statystyk i tak wie, że "Lech, zdechł, kolejorz", czyli swoje. Wszak do niedawna znaczna większość ekstraklasowych trybun dumnie wypinała pierś twierdząc, że gdyby interesowała ich piłka to byliby piłkarzami. Znacznie gorsze jest to, że owych statystyk nie potrzebują ludzie piłki. Skąd ten kibic może wiedzieć o wadze analizy, czy statystyk jak te nikomu głowy nie zajmują. Nie posługuje się nimi ex-pert, nie posługuje się dziennikarz, w zasadzie wszem i wobec wiadomo kto wygrał, wynik przecież znają wszyscy. Patrzysz na tablicę i już wiesz kto mistrz, a kogo będą "ryli" przez tydzień.
"No dobra, do czego zmierzasz?" zapyta ten sam uważny czytelnik (a tak, założyłem, że jednak jest takowy). Ano pragnę unaocznić, że w polskich realiach futbolu dyskusja, czy wręcz wymiana fachowych informacji jest nieobecna. Nie funkcjonuje potrzeba rzetelnej analizy przyczyn takiego a nie innego obrazu danego spotkania. Czy ktoś się pochylił nad występami Legii w Europejskich pucharach, czy ktoś stworzył artykuł w oparciu o genialne statystyki, powszechnie dostępne po meczu ze Steauą Bukareszt? Czy dyskutowaliśmy o poszczególnych decyzjach i ich powodach Jana Urbana? (sorry, że jadę przykładem z własnego podwórka, jest mi po prostu łatwiej) Po co, jeśli zamiast tego pojawiła się szansa na walenie w stołecznych "kopaczy" jak w bęben. No to wszyscy walili, wzbudzając powszechy aplauz.
Czy Ekstraklasa przez ten cały dostępny czas wykorzystała kiedyś technikę jaką dysponuje? czy choć raz zostaliśmy uraczeni jakimiś statystykami z któregokolwiek z hitów (o codziennych występach już nawet nie wspomnę) zarządzanych przez siebie rozgrywek? Czy możemy się więc dziwić, że jeden z najlepszych programów o ligowej piłce czyli Liga+Extra (być może tylko dlatego, że konkurencji praktycznie żadnej) zapełnia swój czas antenowy durnotami w stylu Turbokozaka. Czyli kolejnej odmiany tandetnej rozrywki dla znudzonych mas (żeby nie było, nic mi do turbokozaka, ale pasuje on do poważnego programu analizującego kolejkę ligową jak pięść do nosa).
Nie dziwmy się więc, że większości odbiorców naszej piłki kopanej wystarczy jazda codzienna po "frajerach". Nie dziwmy się też, że reklamodawców, czy innych przedstawicieli sfery biznesowej, ciężko zachęcić aby brali w tym udział.
@ CTP
- "Przecież 12 mln za 37 meczów, to ok. 400 tys. za mecz "
Wybacz mi, ale ile w takim razie powinna dostawać Legia? Powiedz mi też co kreuje wartość pokazywanego meczu?
@ anonimowy_legionista
- "Ja widzę to tak, jeżeli kanał ekstraklasy będzie dostępny na wielu platformach i różny sposób udostępniany w stałej cenie ~20 zł/mc to Ekstraklasa zarobi więcej."
Z jednej strony towar dostępny dla wszystkich przestaje być unikatowy. W chwili gdy traci elitarność, traci na atrakcyjności. Zauważ, że na całym świecie jest to produkt na wyłączność i to jest jego wielki atut (znów odwołuję się do powyższego wywiadu, który zawzięcie ignorujesz). Zauważ też, że teoretycznie nic nam nie stoi na przeszkodzie aby wyprodukowany już sygnał "obrobić" i sprzedać wszystkich chętnym, których jak zakładasz byłoby co niemiara. A jednak wciąż jesteśmy niegotowi, wciąż mówimy, planujemy, a sygnał podajemy na tacy NC+. Strzelamy samobója? Czemu?
Lato wiele lat po mundialu opowiadał w wywiadzie o bramce którą strzelił Brazylii w meczu o 3 miejsce.
Mówił że "analitycy" z mediów chwalili go za sprytny wybór że wyczekał bramkarza i strzelił obok jego nogi na którą przeniósł ciężar ciała.
A tak na prawdę, powiedział Lato, gówno widziałem na oczy po przebiegnięciu boiska i po prostu walnąłem na bramkę i wpadło.
Nikt nie kwestionuje tandetności naszej ligi, a co za tym idzie nie ma szans na większe pieniądze od kanalarzy lub brak innej stacji skłonnej zapłacić więcej. Z drugiej strony nie widzę sposobu na podniesienie poziomu, jakości i rozpoznawalności ligi bez zwiększenia pieniędzy od tv.
Nawet gdyby nagle wszyscy zaczęli na potęgę szkolić i pojawiły by się młode gwiazdki, to bez większych pieniędzy nawet Legia nie jest w stanie zatrzymać utalentowanego 19-latka. Nikogo również nie kupimy bo nie mamy za co, a ci wolni traktują Polskę jako ostateczny wybór. Pozostaje grzebanie po śmietnikach i szukanie desperatów lub inwalidów.
A nawet jak na stu trafi się 5, którzy, podniosą poziom to i tak nie zagwarantują LM, lub regularnej gry na wiosnę w Europie.
Czy ktoś, ma zdanie na temat tego czy Legia mogłaby sama dysponować prawami tv, bo chyba oczywistością jest, że czekanie na podniesienie atrakcyjności i poziomu ligi (a za tym większe pieniądze), może nie nastąpić za naszego życia.
- "Z całej dyskusji na forum wynika, że sytuacja wydaje się być bez wyjścia. "
Nie to chyba nie tak. Po prostu staram się (piszę o sobie) tonować nastroje mówiące o nagłym skoku, który wydaje mi się niemożliwy (własne kanały podobnie jak a-c10 uważam za fantasmagorie). Uważam natomiast, że możliwe jest stopniowe zwiększanie zarówno atrakcyjności ligi, jak i środków, które będzie ona generować. Kreuje się kilku liderów (Legia, Lechia, Lech - kolejność przypadkowa), którzy zdecydowanie wychylają się do przodu, reszta choćby nawet chcąc w tych realiach wegetować, musi się podciągnąć. Budują się kolejne obiekty, mecze będą wyglądały coraz lepiej. To wszystko naprawdę idzie w niezłym kierunku. Jeśli udałoby się awansować odrobinę dalej w Europie, najlepiej odrobinę szerszym gronem to i pucharach moglibyśmy coś zacząć pokazywać. A to kolejne pieniądze wzbogacające klubowe budżety. Dlatego nie widzę powodu aby bić na alarm, ale też absolutnie nie widzę możliwości skoku o kilka szczebli w górę. Pewną drogę musimy wypracować, pisząc my, mam na myśli całą polską piłkę.
- "Czy ktoś, ma zdanie na temat tego czy Legia mogłaby sama dysponować prawami tv"
Znów odwołam się do powyższego wywiadu. Niezależnie od tego czy mogłaby czy nie, zindywidualizowanie wpływów za prawa telewizyjne zabiłoby tą ligę. A my naprawdę musimy mieć z kim tu grać. Zgodnie z tym co mówi Dariusz Mioduski, tu nie chodzi o to by komuś zabrać, ale o to by wszyscy mieli więcej. Model Szkocki jest przestrogą dla wszystkich, nikt nie chce się do niego zbliżać, nawet jeśli gdzieś tam w oddali majaczy możliwość skopiowania systemu Hiszpańskiego
"Nawet gdyby nagle wszyscy zaczęli na potęgę szkolić i pojawiły by się młode gwiazdki, to bez większych pieniędzy nawet Legia nie jest w stanie zatrzymać utalentowanego 19-latka."
Policzmy ilu tych utalentowanych wyjechało. Kilkunastu? Jeśli pojawiają się głosy że wyjazdy Milika, Wolskiego, Furmana czy Pawłowskiego zrujnowały poziom ligi to jak to świadczy o tej lidze?
Model szkocki jest słaby bo piłkarze 1-2 topowych klubów nie mają z kim grać w lidze i się tylko manierują i nie jest to dla nich żadnym sportowym wyzwaniem. A po łatwych zwycięstwach w lidze pewnie ciężko jest się przestawić na inne granie.
Tylko harmonijny wzrost całej ligi jako produktu może nam dać trwałe podstawy do rozwoju.
Jeśli Legia i Lech będą lać wszystkich w lidze kto będzie chciał to oglądać oprócz kibiców tych klubów. A nie ma ich tylu żeby się opłaciło zapłacić za prawa do transmisji 100mln.
Niestety jesteśmy skazani na cierpliwość.
weszło to dla mnie obraz potrzeb naszego kibicowskiego społeczeństwa
Mam inną teorię na ten temat. Moim zdaniem popularność Weszło bierze się z kompletnego upadku "poważnych" tytułów, o których pisałem wyżej. Wiem, to straszne co teraz napiszę, ale po odcedzeniu tych wszystkich rzygowin na portalu Stanowskiego można od czasu do czasu znaleźć jakiś naprawdę ciekawy materiał. I to właśnie różni Weszło od "poważnych" tytułów. Różni, rzecz jasna, in plus.
Co do statystyk, sam, przyznaję szczerze, nie jestem ich fanem. Głównie z powodu, o który zahaczył KAM. Statystyki świetnie sprawdzają się w koszykówce. Znacznie mniej, ale też jako-tako w hokeju. Natomiast w dużych grach boiskowych, przynajmniej tych, które oglądam, czyli rugby i futbolu - jedno machnięcie butem i szlag całe statystyki trafił.
Brakuje mi natomiast bardzo rzetelnych analiz eksperckich. Poważnych dyskusji o taktyce. Na swoje nieszczęście znam włoski na tyle, by dość swobodnie czytać różne GdSy, CdSy i resztę. Tam praktycznie każdy mecz jest rozłożony na czynniki naprawdę pierwsze. Czytam i po kilku akapitach jestem mądrzejszy o rzeczy, których sam nie zauważyłem. A potem przełączam się na nasze media i dostaję albo "flekowanie Żyry", albo szadkowszczyznę. I sam nie wiem - śmiać się? Płakać? Z dyni komu pociągnąć?
Ale to jest problem w ludziach. Transmisje z trwającego Mundialu włączam sobie na trzy minuty przed pierwszym gwizdkiem, wyłączam równo z ostatnim (ech, żeby jeszcze się dało wyciszyć komentarz...!). Dwukrotnie jednak nieopatrznie nadziałem się na dyskusje "ekspertów" w studio. Szczepłek. Wołek. Engel. Normalnie miód na uszy. A potem musiałem tłumaczyć swej młodszej córce czego ja właściwie chcę od mamy tego pana w telewizorze.
Zresztą, nawet w tym nieszczęsnym Canalu, moim zdaniem o kilka długości najlepsze sportowej stacji w naszym kraju (choć to faktycznie bardziej świadczy o konkurencji), zdarzają się takie kwiatki, jak ten nieszczęsny Grzesiu M., od którego można, za przeproszeniem, "dowiedzieć się", że Wisła jest cacy, a Cracovia be, no i że nie, panie sędzio, żadnego faulu tam nie było, kolano naturalnie mu się wklęsło, a ta krew to na pewno fałszywka. Zgroza. Nie zgadzam się, że to jest tak, że ludzie mają czego chcą. Ty nie chcesz. Ja nie chcę. Mnóstwo innych osób nie chce. Jak na moje, to jest trochę tak jak z popularnością muzyki, o której pisał kiedyś nota bene Stanowski: w radio non-stop słychać to samo. Rzekomo dlatego, że ludzie tak chcą. A potem milion tych ludzi idzie na film o muzyku, którego jakoś nikt w radio puszczać nie chciał.
@ Walles:
Gdyby było tak, jak pisałeś, to pomysły ligowego kanału stanowiłyby nie tyle blef, co ordynarną ściemę
Dowiedziałem się już ile kol. A_l chciałby płacić za dostęp do takiego kanału. Z całym szacunkiem dla kolegi, bardziej interesuje mnie jednak ile poszczególni nadawcy chcieliby płacić za możliwość umieszczenia "pakietu Ekstraklasa" w swej ofercie. Powtarzam za Mioduskim i Monrooem: w chwili obecnej nc+ płaci nie tylko za prawa do transmisji meczów Ekstraklasy, lecz także - i przede wszystkim - za wyłączność tych praw. Jasna kwestia: ma tę wyłączność, może sobie na niej budować klientelę, więc płaci dużo. Znaczy te, no, "ochłapy". Sytuacja uległaby radykalnej zmianie, gdyby wyłączność znikła. Na towarze, który mogą mieć wszyscy, klienteli budować nie sposób, nie ma więc sensu zbyt wiele za niego płacić. Czy zatem kasa, która spłynęłaby od wszystkich zainteresowanych sprzedawaniem "pakietu Ekstraklasa", na pewno przewyższałaby to, co liga dostaje obecnie od tego wrażego "monopolisty"? Czy może jednak byłaby - o zgrozo - znacząco niższa? To raz.
Dwa - co konkretnie zmieni się dla statystycznego Kowalskiego? Znając polski rynek tv w ciemno można obstawiać, że "pakiet Ekstraklasa", rzekomo kosztujący 20PLN, dostępny byłby dopiero od którejś tam półki abonamentowej. Przeciętny Kowalski musiałby zatem po staremu wysupłać kilkadziesiąt zyli miesięcznie na Ekstraklasę. Biorąc to pod uwagę, trudno przypuszczać, by ilość Kowalskich oglądających Ekstraklasę miała ulec jakiemuś znaczącemu zwiększeniu.
Trzy - jeśli to wszystko dalej miałoby być kodowane, co zmieni się dla ligi? Ilość Kowalskich nie wzrośnie, nadal nie będzie się dało kusić reklamodawców transmisjami w ogólnopolskiej, ogólnodostępnej telewizji... Czy ta skórka serio jest warta wyprawki?
@ Raster:
Ja po prostu - podobnie jak Monrooe - uważam rojenia o ekonomicznym skoku Ekstraklasy poprzez (dalsze) zwiększanie ceny za coś, co i tak obecnie jest przepłacone, za... rojenia właśnie. Nie tędy droga. Można przyciągać ludzi na stadiony, walczyć z medialnym obsmarowywaniem Ekstraklasy odchodami, wychowywać kibiców, zwiększać ich (naszą, k'mać, naszą!) świadomość ekonomicznego aspektu istnienia klubu, etc., etc. Nie nazwałbym tego beznadzieją, choć łatwo na pewno nie jest.
Jeśli natomiast będziemy czekać, aż jakiś telewizyjny dobry wujcio przyjdzie i kopsnie nam jakieś niewyobrażalne pieniąchy, to się obudzimy z ręką w gaciach.
Tobie kibicuję, dlatego że prezentujesz głos rozsądku. On z reguły zwycięża, co prawda nie od razu. I oczywiście masz całkowitą rację odnośnie "mediów". W tzw. moich czasach PS, PN, Sportowiec i inne miały świetne "pióra" i raczej wiem, że dlatego, że sport był czymś ważnym. Ale też na maturze pisało się wypracowania po polsku, a nie językiem SMS. I staje się sprzężenie zwrotne, albo inaczej wzajemne nakręcanie. Krótkie komunikaty, brak refleksji, odejście od reguł rozumu i danie "autostrady" dla szmalu. On wedle Balcerków ma nas organizować i zaświadczać, kto ile jest wart. Jako człowieka. Pan Mioduski /tu wracam do jego wywodu/ powiada: "zwłaszcza w Ameryce szanowani są pasjonaci. A odrzucani bezideowi "szmalcownicy". Tak jest w cywilizowanej społeczności, która odróżnia normalne od dewiacji. Zacznijmy od normalności.
Troszki jesteś nie spójny
w jednym miejscu piszesz że a i owszem kibica można oszukać ale za siódmym razem się jednak jargnie . W innym miejscu całkiem słusznie piszesz, że dziennikarze tylko jadą po naszej piłce itp itd.
Łącząc można by wyciągnąć wniosek, że jednak do czasu. Tak jednak nie jest bo czym ostrzej i szmatlawiej tym większy aplauz . Czyli co kiedy przeginają mówiąc cacy połapiemy się wcześniej czy później. Jeśli przeginają w drugą stronę czyli dramat tragedia lipa dajemy się ogłupiać?
Przepraszam, panowie, w mundialowym zgiełku gdzieś mi ta dyskusja uciekła.
sport był czymś ważnym. Ale też na maturze pisało się wypracowania po polsku
Ja wiem, że to pewnie nie jest rozmowa na teraz i tutaj, ale... Zupełnym przypadkiem złapałem niedawno egzemplarz mojego niegdyś ulubionego tygodnika spośród tych tzw. opiniotwórczych. Parę lat temu (no, ładnych parę) to pismo prenumerowałem. Dostawałem nowy numer, czytałem od dechy do dechy i choć z wieloma przedstawionymi tezami, argumentacją, etc. mogłem się nie zgadzać, to miałem a) sporą czytelniczą przyjemność, b) pożywkę do - nieraz b. gorących - dysput z przyjaciółmi i rodziną. Dziś to pismo nie jest warte papieru, na którym je wydrukowano. Zarówno pod względem merytorycznym, jak i językowym.
Powyższy przykład jedynie utwierdza mnie we wrażeniu, że jakiś czas temu polskie media (i te sportowe, i te nie) jak na komendę postanowiły pogonić myślących czytelników i zająć się produkcją prostej brukowej rozrywki. A że na ryku prostej brukowej rozrywki było już i tak pełno ludzi i tytułów znacznie bardziej doświadczonych w tej działalności, efekty są jakie są: drastyczny spadek czytelnictwa i przenosiny wielu bardziej wymagających czytelników do mediów niszowych, niezawodowych itp.
Dlatego nie sądzę, Senatorze, abym był niespójny. Jeśli biorąc do ręki "poważny" tytuł i oczekując lektury na poziomie srodze się zawiedziesz, to cóż, za pierwszym razem może pomyślisz, że państwo redachturstwo tyż ludzie i może po prostu mieli słabszy moment. Za drugim przypuszczalnie gorzko się skrzywisz, a za trzecim sklniesz własną naiwność, która kazała Ci kupić to badziewie. Czwartego już nie będzie, prawda?
Ten schemat działa i dlatego sprzedaż płatnych mediów drukowanych (także sportowych) w ciągu ostatnich kilku lat poleciała u nas na łeb na szyję. I wleciała w swoistą spiralę: nie mamy sprzedaży ergo nie mamy kasy ergo musimy ciąć koszta ergo trza wywalić na bruk tych najlepiej zarabiających (a zatem często najlepszych) i zatrudnić w ich miejsce niedojdów, którzy za parę stówek miesięcznie zgodzą się pisać jakieś bzdury (bo na więcej ich nie stać). Medialni macherzy w naszym kraju psioczą na internet, na to, na tamto, ale jakoś uparcie nie chce im się zmieścić w głowach, że przecież tak naprawdę sami upiłowali gałąź, na której siedzą...