- Kategoria: Trybuna komentatorów
- gawin76
-
Idziemy na mecz?
Kibice radują się, że oto wielkimi krokami zbliża się powrót emocji z udziałem naszej Legii. Ja również. Jednak w przedsezonowym entuzjazmie nie sposób zamykać oczu na problemy towarzyszące naszemu klubowi w perspektywie rychłego wejścia w rundę jesienną.
Niepokojem napawają w pierwszej kolejności kwestie sportowe. Czy poddana drobnemu liftingowi kadrowemu Legia potrafi pod batutą starego - nowego dyrygenta zagrać na poziomie pozwalającym utrzymać pozycję w ścisłej czołówce ligowej stawki i przeprowadzić skuteczny atak na mistrzowską koronę tkwiącą obecnie na wrocławskich czołach, czy Legia 2012/13 jest w stanie rzucić wyzwanie swoim własnym zeszłorocznym osiągnięciom w Europie, czy... może raczej grozi nam regres, a swoich wiodących szans upatrujemy w spodziewanej słabości innych?
Martwią również sprawy finansowo - organizacyjne. Przy tradycyjnie 'dyskretnej' w tym obszarze polityce informacyjnej klubu, musimy układać obraz całości ze strzępów pojedynczych wypowiedzi oraz na własną rękę łączyć ze sobą poszczególne fakty. Wnioski, do których na tej podstawie dochodzimy, w żadnym razie nie są budujące. Wygląda na to, że wichura, która przetacza się przez beznadziejnie zarządzaną i żyjącą na kredyt polską piłkę, może wkrótce uderzyć nie tylko w maluczkich, ale też w tych największych.
Wreszcie bodaj najbliższe kibicowskiemu ciału sprawy trybun. Tu również nietrudno o obawy dotyczące scenariusza, w którym wiosenne napięcie w relacjach pomiędzy klubem a najbardziej zaangażowanymi fanami mogłoby przerodzić się w coś dalece gorszego. Sytuacji nie polepszają deklaracje służb i instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo w naszym kraju, z których płynie przekaz, że są one gotowe przy pierwszej sposobności zaprowadzić porządek specyficznie pojmowany jako puste trybuny na pozamykanych stadionach.. Dominuje atmosfera pełnego rezerwy oczekiwania. Co prawda na wyjazd do łotewskiej Lipawy pofatygowała się imponująca liczebnością grupa fanów Legii, która wbrew medialnym obawom zachowywała się w sposób wręcz wzorowy, ale już pierwsze w tym sezonie mecze na Łazienkowskiej, pucharowy z Metalurgsem i towarzyski z Borussią Dortmund, cieszą się póki co śladowym zainteresowaniem kibiców.
Każdy z powyższych punktów zasługuje na potraktowanie w sposób odrębny, każdy z nich to pretekst do rozważań wielowątkowych, w kilku elementach wykraczających poza Legię, czy wręcz w ogóle piłkę nożną. W tym miejscu zainteresuję się pokrótce jedynie sprawą frekwencji przy Łazienkowskiej.
Naprawdę bardzo chciałbym dożyć czasów, w których każdy człowiek deklarujący, że jest kibicem Legii, będzie uważał za swój cel regularne bywanie na stadionie. Bez żadnych warunków wstępnych, bez paranoicznego analizowania wszystkich za i przeciw, bez dociekań komu nabija się przy okazji przysłowiową kabzę - tak po prostu i zwyczajnie. Skoro jestem kibicem Legii, chodzę na Legię. Tak to powinno wyglądać.
Odrzucam jako fikcję dyskutowany w innym wątku na naszej stronie pomysł dodatkowego kibicowskiego składkowania na rzecz przedsiębiorstwa, jakim jest klub piłkarski, natomiast chodzenie na mecze uważam dość naturalny i oczywisty punkt wyjścia, nad którego indywidualną, wewnętrzną asymilacją warto byłoby popracować. Pomijam w tym miejscu kwestie takie jak fakt, że pełny stadion dostarcza bardzo poważnych argumentów finansowych i - przede wszystkim - marketingowych na rzecz rozwoju klubu. Swoją uwagę kieruję raczej ku temu, że ogromną korzyścią byłaby szansa na odpowiednie zagospodarowanie czynników czysto ludzkich mogących przynieść pozytywne długofalowe efekty, czynników takich jak wypracowanie pozytywnego społecznego nastawienia, skuteczne pielęgnowanie wieloletnich przyzwyczajeń, zakorzenienie propiłkarskiego i prolegijnego wychowania kolejnych pokoleń. Warto myśleć o tym, żeby każdy kibic chciał być na stadionie nie tylko już dziś, ale także jutro.
W polskich warunkach walka o podniesienie frekwencji, a zwłaszcza jej ustabilizowanie, to ciężka praca i jedno z najpoważniejszych zadań stojących przed ludźmi chcącymi inwestować w piłkę. Ktoś może w tym miejscu zapytać czy pamiętamy niedawne mistrzostwa Europy i najprawdziwszy kibicowski szał, który zapanował w społeczeństwie. Fala społecznego entuzjazmu, na czele której stanęła gigantyczna armia pogardzanych 'Januszy' przetoczyła się przez Polskę jak kraj długi i szeroki. Przyznaję, przechadzając się po Warszawie w dniu meczu Polski z Grecją, nie raz i nie dwa przemknęła myśl, jak fajnie byłoby, gdyby taka powszechna radość, optymizm, brak agresji, brak wstydu, ujmująca odwaga i zaufanie w demonstrowaniu nieporadnych niekiedy co prawda aktów kibicowskiego przywiązania była obecna w Warszawie przy okazji meczów Legii. Tylko że warto uświadomić sobie o jakim wydarzeniu mówimy, jak niezwykła była jego skala. Mówimy o wydarzeniu poruszającym głęboko zakorzenione emocje wsparte na fundamentach narodowej dumy i patriotyzmu, co do których istnieje niemal kompletny społeczny konsensus, o wydarzeniu skupiającym na sobie badawcze spojrzenie całej Europy, o wydarzeniu cierpliwie i systematycznie pompowanym przy pomocy ekstensywnie pozytywnego przekazu przez wszelkie liczące się w tym kraju media.
Zamknięta w światku z innej epoki polska klubowa piłka nożna wygląda przy mistrzostwach Europy jak sport niszowy, taki w rodzaju rzucania beretem czy siłowania się na rękę. Wiara, że uda się równie licznie przyciągnąć 'Januszy' na stadiony ligowe, jest wiarą dziecięco naiwną. Co innego niepowtarzalne wydarzenie na międzynarodową skalę, a co innego młócka z Podbeskidziem czy Bełchatowem w listopadowych przymrozkach, względnie marcowej słocie. Polska piłka nożna bez budzących powszechne zainteresowanie sukcesów i bez medialnego wsparcia nie ma najmniejszych szans stać się na dłuższą metę atrakcyjnym produktem dla pierwszego lepszego Kowalskiego z ulicy. Piłka nożna to zabawa dla kibiców, to w ich stronę kluby takie jak Legia powinny kierować swoje działania. Nie można mylić się co do 'targetu'.
W tym miejscu nie wycofuję się z tez, które zawarłem w zeszłym roku na stronie Blogiem z Krytej. Klub taki jak Legia, chcąc wykorzystać potencjał 30-tysięcznego obiektu, musi walczyć o sukcesy. Wraz ze stadionem, właściciele klubu otrzymali bilet w jedną stronę. W środowisku niestabilnym kibicowsko, z atmosfery zniechęcenia, niemocy i braku wiary, łatwo może urodzić się średnia frekwencja nie na poziomie trzydziestu, lecz piętnastu, może nawet dwunastu tysięcy, co byłoby finansową katastrofą dla klubu oraz jego wizerunkowym problemem. Przy czym rzecz jasna nie chodzi tu o nieprzemyślane obracanie kasą, jakie oglądaliśmy przy Łazienkowskiej wiosną. Chodzi o to, że, mówiąc obrazowo, lew musi ryczeć. Niezależnie od okoliczności, nie może bezradnie popiskiwać głosem dyrektora do spraw rozwoju sportowego, jeżeli rozumiecie co mam na myśli. To pierwszy element układanki, drugi - kibica zachęconego do przybycia na stadion trzeba próbować na nim zatrzymać. Legia w zeszłym sezonie miała swoje piękne chwile jesienią, naprawdę fantastyczne. Można zastanowić się, czy wydarzenie takie jak na przykład ogromny sportowy i kibicowski triumf odniesiony w dwumeczu z Rapidem Bukareszt, zostało skonsumowane w sposób optymalny. Czy nie za mało było, napiszę wprost, propagandy sukcesu.
Skoro natomiast jesteśmy przy kibicach, dwa słowa o naszym wewnętrznym wpływie na frekwencję. Należę do tych (naiwnych?), którzy bardzo mocno wierzą w pokojową koegzystencję na trybunach tego samego stadionu kibiców mniej i bardziej zaangażowanych. Są we mnie nieprzebrane pokłady tolerancji i dla tych, którzy stoją i dla tych, którzy siedzą. Dla tych, którzy klną i dla tych, którzy milczą. Wszystko to pod jednym warunkiem - że szanujemy się wzajemnie, że zgadzamy się co do tego, że przyszliśmy na mecz piłkarski, a nie na happening służący załatwianiu partykularnych interesów. Jest jasne, że część spośród kibiców obecnych na stadionie ma przewagę nad pozostałymi, ponieważ siłą rzeczy tworzy mniej lub bardziej jednolitą całość, podczas gdy pozostali są tylko zbiorowiskiem wtopionych w tłum jednostek. Z punktu widzenia starań o wzrost frekwencji przy Łazienkowskiej, nie byłoby dobrze, gdyby w tej najsilniejszej grupie utrwaliła się zgoda na rytualne opóźnianie spotkań huraganem serpentyn, przerywanie ich pirotechniką lądującą na murawie boiska, gdyby dominował źle pojęty triumfalizm biorący się z wrażenia wygranej walki 'o dusze', w sytuacji, gdy cztery trybuny skandują obelgi wobec właściciela klubu. Wiara, że mój sposób kibicowania jest jedynie słusznym i wyłącznie właściwym to krótkowzroczność, skutkująca napięciem, które nie służy temu stadionowi, nie służy Legii Warszawa. Jedni bez drugich nie damy rady.
Donoszą, że w Poznaniu sprzedano 17 tysi i liczą na ponad 25 na meczu tej samej kategorii i rangi.
Legijny zorganizowany ruch kibicowski się nastroszył, wobec "więznia politycznego", wobec zapowiadanego w "krucjacie antykibolskiej" walenia pałą na oślep, czyli egzekwowania odpowiedzialności zbiorowej, wobec być może sobie znanych jakichś innych przyczyn.
Kibic piknikowy natomiast jest po wiosennej traumie. Już dostał obuchem w łeb w Gdańsku w potyczce z Lechią. Trepanacja czaszki i stan pourazowy trwa, rehabilitacja musi potrwać, by dojść do normalnego aktywnego funkcjonowania.
W tym drugim przypadku w kuracji kluczowa jest postawa podopiecznych Jasia Urbana, jeżeli Jankowi uda się zebrać zgodnie z własną koncepcją i wizją gromadkę piłkarzy, załozenia trenerskie będą skutecznie realizowali, to na trybunach zacznie się pojawiać ponad 20 tysięcy kibiców.
- "....jeżeli Jankowi uda się zebrać zgodnie z własną koncepcją i wizją gromadkę piłkarzy, założenia trenerskie będą skutecznie realizowali, to na trybunach zacznie się pojawiać ponad 20 tysięcy kibiców"
I tego pragnę się trzymać. Tez wydaje mi się, że po kolejnych próbach budowania Wielkiej (medialnie) Legii ta z tego roku wypada najbardziej blado. Nie dziwi więc, że ludzie podchodzą bardzo ostrożnie, z lekka dozą niedowierzania. Gdy dodamy do tego nastroje "trybunowe" akcja na "przeczekanie" wcale mnie nie dziwi.
Po raz kolejny wszystko w rękach/nogach piłkarzy. Jeśli będzie "żarło" to i kibice wrócą na stadion. Oczywiście języczkiem u wagi będzie sytuacja na i wokół trybun. Moim zdaniem przewidywane 12 tyś na początek nie jest złe.
Mecz z BVB to już zupełnie inna para kaloszy. Moim zdaniem ktoś w klubie przeszarżował i to kompletnie. Cena z kosmosu, nie ukrywajmy, może dla Jakuba Koseckiego to wielkie wydarzenie ale dla kibiców to kolejny mecz i to w dodatku sparingowy. Coś czuję, że zamiast atmosfery święta będziemy raczej świadkami wielkiej smuty. A wiatr będzie hulał po pustych trybunach.
Tak więc w zdaniu "Jeśli będzie "żarło" to i kibice wrócą na stadion. " jest błąd. Widzowie wrócą na stadion tak powinno być. Panowie szlachta rozmawiamy do cholery o kibicach piłki nożnej, a szczegółowiej o kibicach klubu tak na marginesie bez znaczenia jakiego. Sir Gawinie piszesz, że ja i szanowny kibic innej drużyny mówimy o fikcji. Ok niech tak będzie, zacznijmy od wyrobienia nawyku przychodzenia na mecz drużyny której kibicuję. Problem jest taki, ze dokładnie podobną pracę trzeba wykonać czy to w propozycji Twojej czy mojej.
Trzeba dotrzeć do głów i świadomości kibica. Widz sprawa prosta. Jest sukces jest widz. Kibic oczekuje sukcesu ale to nie powinno być głównym bodźcem. Górnolotnie napiszę miłość do klubu identyfikowanie się z nim ( to już górnolotne nie jest) powinno być normą. Jasne działania zarządu powinny iść w kierunku zatrzymania widza bo jest wtedy szansa że stanie się kibicem.
O programach lojalnościowych piszemy od ładnych paru lat. Co szkodzi aby co dziesiąty karnet był za przysłowiową złotówkę. Ja mam tak skalkulować ceny aby takie rozwiązanie miało sens? Co szkodzi zaprosić wylosowanych karnetowiczów na wigilię klubową lub spotkanie z drużyną?. Co do koegzystencji na trybunach. Też sprawa trudna, chęć zrobienia z całego stadionu w uproszczeniu ultrasów jest tak samo nie do przyjęcia jak i myślenie odwrotne czyli wszyscy to "Janusze" Na dziś cały czas na formach internetowych czytamy My, Oni itp.
Jest to celowa polityka pewnych środowisk i do czasu jej zmiany możemy liczyć na przebłyski frekwencji a nie na stałą zadowalającą liczbę kibiców na stadionie. Znowu fikcja sir Gawinie
Nadziei na poszerzenie tego kręgu nie można upatrywać, moim zdaniem, w radykalnej poprawie wyników. Do tego trzeba szeroko zakrojonych, wspólnych działań promocyjnych. czy pamiętamy niedawne mistrzostwa Europy i najprawdziwszy kibicowski szał, który zapanował w społeczeństwie. Fala społecznego entuzjazmu, na czele której stanęła gigantyczna armia pogardzanych 'Januszy' przetoczyła się przez Polskę jak kraj długi i szeroki. Ależ jasne, pamiętamy. Nie pamiętamy za to - przynajmniej ja - żadnych akcji pod roboczym hasłem "zostańmy na stadionach", rozpoczętych jeszcze podzcas trwania ME i ukazujących, że w piłkę gra się w Polsce nie tylko przy okazji przyjazdu Casillasa, Xaviego, Pirlo, Ronaldo i reszty.
Dalej, janusze są pogardzani? Są. I to nie tylko i nie przede wszystkim przez "zaangażowanych". Jeszcze większy despekt okazują im klubowi (i miejscy) włodarze. Widzieliście ceny na Polish Masters? Przecież to jest chore. Dlaczego nikt nie wpadł na to, by rodziny z dziećmi wpuszczać za darmochę, ew. za symboliczną piątkę? Pewnie, trzeba by do całej hecy dopłacić. Ale w gospodarce rynkowej to już tak jest zrobione, że jak chcesz jutro dużo wyjmować, dziś musisz chociaż trochę włożyć. Z tego, co słyszę, podobnie przedstawia się sytuacja z Waszym sparringiem z BVB. A przecież naprawdę nie trza być nie wiem jakim wizjonerem, żeby skumać, że popołudnie spędzone na oglądaniu zmagań Sląska/Legii z Benficą, Athletikiem, czy Borussią może dać znacznie więcej w kontekście budowania więzi z klubem, niż zauważane tylko przez fanatyków wiktorie nad jakąś Buducnostią, względnie innym tam Metalurgsem.
Wreszcie, po fali eurowej radości przyszła fala licencyjno-finansowej poruty. Dlaczego nie było zdecydowanej, wspólnej reakcji czołowych polskich klubów oraz reprezentującej je rzekomo Ekstraklasa S.A. na rozpierduchę przy Konwiktorskiej? Odłóżmy na bok honory, tradycje, Wojciechowskiego, komunistów, ciemiężącą Legię, spiskującą Cracovię i resztę. Zamieszanie na linii J.W. - I.K. sprzedało i tak słabującemu wizerunkowi ligi siarczystego kopa w krocze. Co na to liga? Nic. Tak, jakby zupełnie nic się nie stało.
A na tym nie koniec. Nie było też żadnej reakcji, ani chociaż refleksji nad upadkiem Radzionkowa, ani planowanym (?) wycofaniem prawdziwej GieKSy. Czyli wygląda na to, że wszystkim pasuje taki stan, w którym kończy się ostatnia kolejka, piłkarze i trenerzy rozjeżdżają się na urlopy, a do boju ruszają prawnicy i księgowi. I dopiero po zakończeniu ich działań (które zazwyczaj nieco trwają) dowiadujemy się, kto w przyszłym sezonie zagra w której lidze.
Zmiany w głowach kibiców powinny nastąpić, to fakt. Ale jeszcze pilniejsze i głębsze powinny być zmiany w głowach całej (wielo)klubowej wierchuszki. Inaczej wciąż będziemy się obracać w świecie fikcji.
1. Nie pamiętamy za to - przynajmniej ja - żadnych akcji pod roboczym hasłem "zostańmy na stadionach"
Ja pamiętam co najmniej jedną, ale nie dotyczyła piłki, lecz PLFA. Finał tych rozgrywek rozegrano na Narodowym i głównym nośnikiem marketingowym był właśnie obiekt, a nie sport, którego w Polsce zbyt wiele osób nie rozumie. Dodatkową zachętą były ceny biletów. Za takie pieniądze, za jakie można było obejrzeć Seahawks i Eagles, większość kasjerów klubów Ekstraklasy nawet na petenta nie splunie
2. Pewnie, trzeba by do całej hecy dopłacić. Ale w gospodarce rynkowej to już tak jest zrobione, że jak chcesz jutro dużo wyjmować, dziś musisz chociaż trochę włożyć.
Obawiam się, że w polskiej piłce ta prawda nie jest aktualnie zbyt popularna. Niektórzy latami "chociaż trochę" wkładali, a ponieważ nie mieli pojęcia jak, niewiele im z tego przyszło. Inni z kolei w ogóle nie mają z czego wkładać, więc turniej/mecz z udziałem gwiazd jest głównie okazją, żeby się dorobić. Nachapać na szybko.
3. Zamieszanie na linii J.W. - I.K. sprzedało i tak słabującemu wizerunkowi ligi siarczystego kopa w krocze. Co na to liga? Nic.
Zasadniczo żeby zareagować na kop w krocze, trzeba mieć jaja. Inaczej spływa to po kopniętym jak woda po kaczce... To oczywiście uwaga na marginesie. Ja również nie rozumiem, jakim cudem Ekstraklasa oraz (nawet bardziej) jej główni sponsorzy, czyli T-Mobile i Canal+, przechodzą do porządku dziennego nad systematycznym gnojeniem jej klasy, wartości, jakości.
4. Odnoszę wrażenie, że i Ty i Senator piszecie o modelu w dużej mierze zbieżnym i spieracie się głównie co do tego, kto powinien w nim odgrywać ważniejszą rolę, a co za tym idzie - kto ponosi większą odpowiedzialność za obecną sytuację. Tylko jak ugryźć ten problem nie na zasadzie "A u Was to bardziej murzynów biją", lecz na zasadzie "Co moglibyśmy spróbować zrobić, żeby murzynów nie bili ani u nas, ani u Was"?
1. PL... co? Aaa... ci kolesie w zabawnych kalesonach, co to chcieliby udawać rugbistów, ale brak im cojones, by robić to bez hełmu?
2. No więc właśnie to jest jeden z głównych powodów, dla których tak głośno opowiadam się za określonymi zmianami strukturalnymi w rodzimym futbolu. OK, wkładali chłopaki, może nawet chcieli dobrze, czasem zresztą coś tam im wychodziło. Jednak na ogół robili to bez ładu i składu, a już na pewno bez wyjścia poza perspektywę szybkiego zbicia paru złotych. Wciąż uważam, że najwyższy czas, abyśmy zaczęli machać ludziom tego typu na pożegnanie.
3. Co do TiMobajla i CePlusa - mnie się wydaje, że i jedni, i - zwłaszcza - drudzy znaleźli się (fakt, częściowo na własne życzenie) w wysoce nieciekawym położeniu. Nie mogą ot, tak sobie przejść do porządku dziennego nad tym, że ktoś po chamsku psuje wizerunek produktu, który firmują. Z drugiej jednak strony, nie mogą też za bardzo się wydzierać, no bo przyznaliby tym samym publicznie, że z tym prouktem to jest jednak coś nie halo. Słowem: gdzie się nie ruszysz, tam obsuwa.
4. Ależ ja się o nic z Senatorem nie spieram