- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
Zezem. O Krzysiu, który wierzy, że jest ekonomistą
Pan Stanowski popełnił kilkanaście dni temu tekst w Przeglądzie Sportowym zatytułowany "Daj to był chiński sprzedawca jaj". Wykazuje się w nim ignorancją ekonomiczną i wręcz ideologicznym zacietrzewieniem. Zaczyna od pochwały prywatyzacji, ale są to słowa puste, bo nie pisze dlaczego jest ona dobra.
Za to podaje, że prywatyzacja była złodziejska, rozkradano narodowy majątek, często przez ludzi powiązanych z dawnymi służbami. Ot, taki populistyczny bełkot. Podniesiony do rangi prawdy objawionej. Wypada wiedzieć, że prywatyzacja, i to szybka, była w Polsce po przełomie koniecznością, gdyż nie można było wytworzyć wolnego rynku i walczyć z inflacją w monopolistycznym otoczeniu. Krajom bogatym zajęło to dziesiątki lat, których my nie mieliśmy. Gdybyśmy tego nie uczynili, bylibyśmy bankrutem jak Ukraina. Gdzieś tam się czai taka nostalgiczna myśl, że te wielkie przedsiębiorstwa socjalistyczne to był złotodajny interes. To były bankruty, które nie wytrzymały konkurencji, jak ta wreszcie nastała. Do tych bredni nie wypada nawet się odnosić.
Dalej Krzysztof wypowiada swoje zdanie, że on nie chce medali łyżwiarzy szybkich z Olimpiady, bo jemu nie są do niczego potrzebne. I ma do takiego osądu prawo. Ja co prawda wolę jak nasi zdobywają dla siebie i dla Polski medale na wielkich imprezach, niż kiedy ich nie zdobywają, ale niech mu tam. W części dalszej wywodu z tego swojego niechcenia medali wyciąga zasadniczy wniosek, że zadaszać toru dla łyżwiarzy szybkich nie wolno, bo nie daj Boże ta ich medalomania sie rozpleni i co my z tymi medalami zrobimy, jak Krzysio ich nie chce? No co? Polemizuje z innym dziennikarzem, który wcześniej w PS napisał, że jest taka potrzeba i potrzeba na to 30 mln zł. i że taki tor na siebie zarobi. I tu też można kwestionować zasadność takiej inwestycji, ale wystarczyło w tym celu napisać, że taki biznesplan jest hurraoptymistyczny i papier wszystko przyjmie, każde wyliczenia. Powinno się zrobić rzetelny rachunek opłacalności takiej inwestycji, gdyż kwota 30 mln zł na ten cel jest sufitowa. Tor w Zakopanem nie nadaje się do zadaszenia, podobnie jak Stegny. Przynajmniej nie na potrzeby dzisiejszego wyczynu. Trzeba by zbudować zupełnie nową halę z torem. Spece mówią o kwocie rzędu 200 mln zł. Co jest chyba ponad możliwości Państwa. No, chyba, że przyjdzie Olimpiada. Władze nasze tak ochoczo ustawiają się w kolejkę po tę Olimpiadę wiedząc, że MKOL nam jej nie przyzna. Ale może się zdarzyć jakimś przypadkiem, że nacisną nie te guziki i ją dostaniemy, wówczas byłoby dopiero nieszczęście, bo jak to odwołać, jak nie ma gdzie organizować ani za co. Stanowski idzie innym tropem. Ten zupełnie banalny przypadek wystarcza mu do głoszenia tezy, że taką halę to niech prywatny inwestor zbuduje i jak chce zarabiać to niech zarabia, a Państwu zapłaci podatki i inne opłaty. Tego nie rozumiem. Widocznie ja logiki uczyłem się na Uniwersytecie, a Krzysiu był samoukiem. Jak to miałaby być kura znosząca złote jajka, to dlaczego oddawać innemu, a samemu nie zarabiać? To byłaby co najmniej głupota. Wiara, że wielkie firmy płacą podatki od wszystkiego w pełnej wysokości jest naiwna, bo podatek płaci się od dochodu. Manipulując kosztami można mieć zarobek i stratę równocześnie. Bowiem płaca też jest kosztem i wystarczy, że kadra zarządzająca będzie zarabiała krocie, a jak za mało to się uzupełni premiami, nagrodami itp. W pochwałach prywatnego biznesu też trzeba zachować umiar.
Stanowski zauważa trafnie, że sport jest ważny, ale są rzeczy do niego ważniejsze. Niestety ani jednego z tych celów nie wymienia. Znowu gadka – szmatka. Powiada, że nie widzi potrzeby wydatków na sport skoro Państwo jego nie wspierało, a go doi. Zapomniał o żłobku, przedszkolu, szkole, uczelni czy służbie zdrowia. Może i z tego nie korzystał, bo oporny na wiedzę jest bardzo. Sa to takie popłuczyny po poglądach Korwina Mikke, że gdyby nie było podatków i innych obciążeń, to wszystko byłoby tanie i wszystkim by się żyło znakomicie. Podstawy ekonomii, ale i zdrowego rozsądku mówią, że podatki bez nadmiernego fiskalizmu są elementem kosztu, też ceny, a ceny wpływają na zarobki. Tyle można wydać ile się ma. W opisie niedojenia zarobki spaść muszą i ograniczą popyt, popyt ograniczy podaż i zaczniemy się zapadać. Ratuj nas Panie przed błazeńskimi głupcami chcącymi zrobić z nas nędzarzy. Przez grzeczność nie zapytam: skoro to takie łatwe i proste to czemu tych cudownych recept na dobrobyt nikt nigdzie nie stosuje? Chyba nie i sądzą , że reszta to tumany, a tylko oni doznali olśnienia. Jakoś tak bliżej mi do opinii odwrotnej.
Krzysztof pisze też, że samorządy nie powinny wspierać klubów piłkarskich. Podaje przykłady. Oczywiście, że nie jest w porządku jak samorząd wspiera prywatnego właściciela klubu, jeżeli nie jest jego współwłaścicielem i to proporcjonalnie do wkładu właścicielskiego. I tu pojawia się hipokryzja, bo wymienione są jakieś zadupia, a o ulubionym prezesie z Zawiszy nie wspomina. Bo jak pisze się o patologi to ona tam jest, bo miasto daje w 100% prywatnemu właścicielowi pieniądze stanowiące w całości jego zysk. Natomiast tam, gdzie jak w Kielcach czy Gliwicach miasta są właścicielami, nie ma tym nic złego. Oba te miasta na klubie zarabiają, wiec dlaczego maja oddać prywatnemu? Mówiąc obrazowo: prywatny właściciel zaspokaja wyłącznie swoje potrzeby, zaś miasto i państwo nasze.
Nasz uczony Krzysztof jest również przeciwny budowie stadionów piłkarskich przez Państwo i samorządy i uważa, że opłaty za ich użytkowanie powinny być tak skalkulowane, aby środki zainwestowane jak najszybciej się zwróciły. Generalnie jest za całkiem prywatnymi stadionami. Jego zdaniem prywatny inwestor musi wydawać po to, aby zarabiać na sporcie. Jak nie potrafi niech szuka innego zajęcia.
Kompletnie nie rozumiem tej nabożnej miłości do prywatnego kapitału. Kto to napisał, że on jest lepszy od innego? Jest on dokładnie taki sam. Pieniądz nie ma przynależności narodowej, religijnej czy jakiejkolwiek innej ideologicznej. Już na I roku studiów ekonomicznych student dowiaduje się, że gospodarce wolnorynkowej zagraża nie pieniądz, ale monopole i oligopole. To one wytwarzają zawsze mniej produktów za wyższą cenę. W dziejach kapitalizmu ważną datą jest 15.05.1911 roku. Tego dnia zapadł wyrok Najwyższego Sądu Federalnego USA nakazujący rozwiązanie Standard Oil Company Johna Rockefellera. W jego rekach znajdowało się 2/3 zasobów ropy i jej dystrybucji i uznano to za monopol zagrażający interesom Państwa. Nie jest więc ważne, czy ten monopolista jest prywatny czy "państwowy". Każdy jest szkodliwy. Tak to nieborak wpadł w sidła, które sam na siebie nastawił. Bo drugim zagrożeniem dla gospodarki wolnorynkowej jest jej ideologizacja. Czyli zakładanie a priori, że coś jest dla gospodarki, finansów, rozwoju lepsze, a coś gorsze. Tylko dlatego, że ma się władzę lub własne przekonania. Taka ideologiczną pułapką był tzw. realny socjalizm, powstały jako antykapitalizm. Jego istotą był: etatyzm, bolszewizm i centralizm. Z czasem nie był w stanie zaspokajać nawet elementarnych potrzeb społecznych, więc odszedł do lamusa historii jako bankrut.
Społeczeństwo obywatelskie ma pełne prawo określać swoje cele, bo ono jest twórcą budżetu i ma poprzez wybranych przedstawicieli te cele realizować. Jeżeli my w większości swojej, chcemy wydatkować pieniądze na stadiony to nikt nam tego zakazać nie może. Nadto byłoby to nonsensem, bo trzeba wiedzieć, że podstawą własności jest ziemia. To do właściciela ziemi należy to co się na niej znajduje czy jest zbudowane. Tak od tysięcy lat jest wszędzie na świecie. Najpierw by trzeba było sprzedać ziemię, aby tzw. prywatny mógł budować stadion. Tylko wówczas kto mu nakaże ten stadion zbudować, a nie np. biurowiec czy apartamentowiec. On ma prawo zarabiać, bo na tym działalność gospodarcza polega. W wolnym i demokratycznym Państwie dla każdego jest miejsce, tylko że my musimy dbać o to, aby była przestrzeń i dla sportu i dla piłki nożnej. Pomysły Stanowskiego to recepta na jej likwidację. Na to zgody być nie może.


Zacznę od kwestii prywatyzacji samej w sobie. Ów "populistyczny bełkot", o który lekką ręką oskarżasz K.S., to przecież nic innego, jak stwierdzenie oczywistości. Tak, przy okazji prywatyzacji odbyło się w naszym kraju mnóstwo szwindli. Tak, czasem maczali w tych szwindlach palce ludzie związani z różnorakimi służbami. Co jednak ani na jotę nie zmienia faktu, że prywatyzacja była dobra. Konieczna. Dlaczego? O tym za chwilę.
Kompletnie nie rozumiem skąd Twój wniosek, że Stanowski nie chce olimpijskich medali panczenistów. No przecież napisał, że się cieszył i to nawet przez dwa dni (czyli o jakieś półtora dnia dłużej, niż np. ja). Wyraża natomiast swój brak zrozumienia wobec szybkości, z jaką przechodzi się u nas od medalu do planów budowy obiektu za grube miliony złotych. I ja się jak najbardziej pod tymże brakiem zrozumienia podpisuję. Żeby jasność była: chylę czoła przed osiągnięciami pana Bródki i innych medalistów. Generalnie żywię głęboki szacunek dla ludzi, którzy w swej dziedzinie dobijają do poziomu mistrzowskiego. I nie ma dla mnie przesadnego znaczenia, czy tą dziedziną jest kopanie piłki, jazda na łyżwach, pisanie wierszy, dzierganie swetrów, czy cokolwiek bądź innego. Uważam natomiast, że państwo, jako zbiór równych sobie obywateli, także powinno te dziedziny traktować po równo. Znaczy albo sypiemy grosiwem wszystkim (i futbolistom, i panczenistom, i poetom, i rękodzielnikom, i..., i...), albo nikomu. Jasne - oklaski, wieniec laurowy na głowę, wyrazy uznania i w ogóle, ale dalej to już radź sobie, chłopie, sam. Ponieważ jako państwa nie stać nas na to, by każde mistrzostwo honorować gratyfikacją pieniężną, zdecydowanie jestem tutaj za Stanowskim.
No i teraz gwóźdź programu, czyli rozróżnienie pomiędzy kapitałem prywatnym, a publicznym. Jasne, nie da się stwierdzić, który z nic jest lepszy (w ogóle, co to jest "dobry" kapitał?), a wszelkie dyskusje na ten temat prędzej raczej, niż później grzęzną na podobnych manowcach, co głupkowate próby określenia, czy "lepsze" jest wino białe, czy czerwone. Na każde jest czas, miejsce i okazja. No właśnie. Czas, miejsce i okazja.
I tutaj to Ty, Zbyszku, wpadasz moim zdaniem - bez urazy, rzecz jasna - we własne sidła. Bo po coś przecież ta prywatyzacja została u nas dokonana, prawda? I dla czegoś była dobra. Nawet jeśli wielu by się znalazło takich, co to tęsknią za "złotymi" czasami "czy się stoi, czy się leży". Sam bardzo trafnie piszesz, że To były bankruty, które nie wytrzymały konkurencji, jak ta wreszcie nastała. Nasze dzisiejsze "miejskie" kluby to też są bankruty, które nie wytrzymują niemal żadnej konkurencji. Nawet, z całym szacunkiem, tej made in Azerbaijan. Dlaczego? Dlatego, że nie muszą. Peerelowskie firmy też nie musiały. Mogły sobie wytwarzać produkty, których absolutnie nikt nie chciał kupować. I co? Nic, trwały nadal utrzymywane przez koffane państewko. Dokładnie tak samo nic nie muszą Piasty, Korony reszta. Mogą trwonić pieniądze na coraz to nowszych quasipiłkarzy, na ustawiczne, bezsensowne wymiany trenerów, na to na tamto, na siamto. I co? Nic. Kompletnie nic. W gospodarce rynkowej dawno by zdechły. W polskim realnym socjalizmie futbolowym mają się świetnie, bo w każdej chwili mogą iść do magistratu i zażądać kolejnych milionów.
Tak, musimy dbać o to, by była w naszym państwie przestrzeń dla sportu, dla piłki nożnej. Wymagajmy zatem od państwa, by inwestowało w infrastrukturę dla sportu masowego (200 milionów złotych - wiesz ile ogólnie dostępnych lodowisk da się wystawić za taką kwotę?), w tym dla masowego futbolu. Niech dzieci i młodzież ćwiczą. A profesjonalne kluby niech sobie z tej młodzieży wybierają zawodników i tworzą drużyny. Za własne pieniądze.
Niestety ideologia bierze u Ciebie górę nad znajomością rzeczy. To co piszesz o jakichś szwindlach przy prywatyzacji istnieje tylko w główkach zwolenników realsocjalizmu. Zakłada to myślenie, że tamte zakłady były wiele warte. Były tyle warte co tamten ustrój. Poniżej dna. Inaczej by tamten system nie zbankrutował. Kilka razy mówiłem Panu Tadeuszowi, żeby zrobić bilans otwarcia, ale zawsze mówił: "to nam historia przyznała rację". Do tej pory nikogo nie ukarano, a zarzuty Prokuratorów nie rozumiejących gospodarki wolnorynkowej Sądy oddalają z uzasadnieniem, że jak kto kupił to co było warte 0 za 1 zł to i tak zapłacił za dużo.
Niestety nie przeczytałeś tekstu Krzysia, bo on odnosił się do tego, że kluby z małych miejscowości są na garnuszku gmin. Nie ma pojęcia o czym pisze. Gminy mają obowiązek przejmować mienie "porzucone", bo ktoś musi. Mogą to sprzedać, ale kto kupi, może Krzychu? Miasta mające kluby Ekstraklasy nie dołożyły do nich złotówki, poza Wrocławiem, ale to z uwagi na szalbierstwo Pana Solorza i Bydgoszczą o której Stanowski z uwagi na właściciela nie wspomina. To co wypisują pismaki, a na co się powołujesz, świadczy o ich całkowitej ignorancji. Owszem budżet klubu to X wydatków, ale też y wpływów. Dopiero porównanie tych wielkości daje obraz. Np. piszą, że budżet miasto wkłada w Piasta 20 mln zł co jest nieprawdą, bo Miasto ma 60% udziałów, a prywatni właściciele 40%. Przy czym dochód za 2012 rok to trochę ponad 26 mln zł. Każdy zarabia. Pytanie czy prywatni właściciele by to udzwignęli, bo najpierw trzeba włożyć, aby wyjąc. Tylko dlaczego miasto ma pozbywać się dobrego interesu?
To wreszcie musisz zrozumieć. Stajesz się lobbystą przejęcia tego co nam służy na rzecz tego co służy wyłącznie jednemu. I na koniec. On nie tylko nie chce panczenistów, on nie chce sportu, on nie chce, aby młodzież miała szanse na aktywność fizyczną, aby w małych ośrodkach młodzi ludzie próbowali realizować swoje marzenia o sukcesach w życiu poprzez sport. On chce, aby sport zdechł, bo on dziś jego zdaniem ma się opłacać. Na stalinowskiej zasadzie "Nie rabotajesz, nie kuszajesz". Po to mamy własne Państwo i własne samorządy, aby to one realizowały nasze społeczne potrzeby, a nie ideologie jakieś opętanego degrengoladą Krzysia. Mógłbym przywołać autorytety wielu myślicieli i ekonomistów na poparcie tego o czym piszę. Ja tylko chciałem napiętnować wyjątkowe nieuctwo. W ZUS taki Krzysio miałby z tego powodu III grupę inwalidzką, a jak by się upierał, że ma rację to by dostał i II z uwagi na rozdżwięk indywidualnej percepcji z rzeczywistością.
Myślałem, że rozwinę niektóre myśli i wątki, ale choroba mecząca mnie od dni paru na razie nie puszcza. Osłabłem i na umyśle, bo czuję duży dyskomfort, że tak powiem percepcyjny. Pozdrawiam.
Nie spiesz się. Mnie z kolei przysypały palące kwestie zawodowe i rodzinne. Dyskusja nie zając, nie ucieknie
Zdrowia życzę!
Mam ostre zapalenie drzewa oskrzelowego co w moim wieku może być grożne. Dostałem silny antybiotyk, który mnie miażdży i jeden wątek ogarnę, ale więcej nie. Dziękuję za życzenia. Pozdrawiam i życzę uporania się z problemami.
Felieton, zwłaszcza polemiczny ma swoje prawa i z konieczności operuje skrótem myślowym, ironią, wyostrzaniem błędów autora. Dla porządku przypominam,że kanwą była przemożna chęć sprywatyzowania sportu przez redaktora Stanowskiego na zasadzie jak kto sobie nie da rady niech ginie. Przy okazji niejako autor wygłosił obiegowe opinie nazywając prywatyzację złodziejską. Ponieważ zarzucono mi niekonsekwencję postaram się wyjaśnić mój punkt widzenia.
Na początek cytat z eseju Martina Seymura - Smitha tyczącym Adama Smitha: "Ale czy ekonomia - ekonomia polityczna, coś o czym powinni pamiętać władcy, jeśli chcą zachować władzę - jest w ogóle nauką. Odpowiedz na to pytanie jest negatywna. Wprawdzie usiłowano nadać pewna racjonalność analizowanym zjawiskom gospodarczych, jednak zbyt silnie dochodzą w nich do głosu irracjonalne elementy ludzkiego zachowania, by można było uprawiać ekonomię w sposób prawdziwie naukowy. Jeśli pominąć zwykłe reguły zdrowego rozsądku, wszystkie niezmienne prawa ekonomii okazywały się zawodne. I jakkolwiek marksiści równie niechętnie rozstaliby się ze swoimi 'naukowymi' wyobrażeniami na temat gospodarki, jak troskliwi lichwiarze /jeżeli tacy są/ z poglądem, że służą ludziom wysysając ich jak pijawki, nie da się ukryć, że tak właśnie wygląda prosta prawda schowana za uczoną fasadą ekonomii, której teorie równie często służyły do uzasadnienia niepohamowanej chciwości, jak i nierealnych utopii". Ponieważ mówimy o Polsce to Marek Belka uważany w świecie za jednego z najlepiej wyedukowanych ekonomistów, zwłaszcza po pracach "Reganomika. Sukces czy porażka" i "Doktryna ekonomiczno-społeczna Miltona Friedmana" zauważa, że w dużym stopniu wyobrażnią zawładnął neoliberalizm, którego teoretycznych założeń nigdzie nikt nie realizuje poza Polską. Neoliberalizm jest takim samym poglądem o charakterze filozoficzno-polityczno-ekonomicznym jak marksizm. Dopóki go się tak traktuje to nie ma w tym nic złego, gorzej jak te utopię ktoś chciałby zastosować w praktyce, bez jej istotnej modyfikacji. Ja podobnie jak zdecydowana większość ekonomistów jestem za prywatyzacją gospodarki. Natomiast nikt, mający trochę rozsądku nie chce prywatyzacji podstawowych funkcji Państwa. Nawet neoliberałowie. Powiedzmy wreszcie co przemawia za prywatyzacją. Ludzie staranniej gospodarują własnym majątkiem /teoria agencji/. Prywatyzacja zapewnia najlepszą alokację kapitału. Procesy dostosowawcze do zmian są efektywniejsze. Łatwiejsze jest zarządzanie. Umożliwia bezbolesne ograniczenie monopoli. Nie pozwala na upolitycznienie gospodarki. Wymusza inwestowanie, a nie wydawanie. Przeciw prywatyzacji są takie argumenty. Dziś duże firmy kupują w innych krajach nie przedsiębiorstwa, a rynek konsumentów, przez co ograniczają krajową produktywność. Często mienie zakupione nie jest przedmiotem produkcji czy usług, ale spekulacji. Ogranicza zatrudnienie i płace. Duże firmy mają większe obowiązki wobec akcjonariuszy, więc prywatyzacja powoduje drenaż finansów, a w konsekwencji zubożenie i bezrobocie. Jej skutkiem społecznym jest powiększanie przepaści pomiędzy bogatymi, a resztą ludzi.
Pamiętajmy, że mówimy o sferze stricte gospodarczej. Teraz przejdziemy do funkcji Państwa. Wymienia się tu funkcje: prawodawczą, porządkową, gospodarczo-organizatorską, kulturalno-wychowawcza /tu sport/ i socjalna. Funkcja gospodarczo-organizatorska dzieli się na: alokacyjną /rozdział i gospodarowanie dobrami publicznymi/, regulacyjną /dbanie o uczciwą konkurencję/, stabilizacyjną /łagodzenie trudności, wspieranie postępu innowacyjnego/, redystrybucyjną /system podatkowy, płaca minimalna/. Równie ważną jest funkcja związana ze sportem jako zadaniem Państwa. W jaki sposób to Państwo realizuje czy bezpośrednio czy przez pośredników to kwestia wyboru. Zauważmy, że odpowiada to społecznym potrzebom i oczekiwaniom. Państwo jako organizacja po coś jest. Dobrze jak jest go jak najmniej, ale bez niego współczesne życie społeczne nie istnieje. Różnica pomiędzy gospodarką a funkcjami Państwa jest zasadnicza i zasadza się na roli pieniądza. W gospodarce pieniądz czyli zysk jest celem tej działalności. W innych dziedzinach pieniądz jest środkiem, dzięki któremu te cele możemy zrealizować.
Teraz zdań kilka o przyczynach konieczności prywatyzacji w Polsce po 1989 roku. Banałem jest powiedzenie, że tzw. gospodarka socjalistyczna była niewydolna. Składały się na to 3 czynniki: monopolizacja, centralne planowanie czyli wyeliminowanie regulacyjnej roli rynku oraz wydatki na cele tzw. obronne. Na wojskowość wydawaliśmy od 25% do 35% /w latach 1950-55 i 1976-80/ całości wydatków państwa. W zakładach produkujących dla armii państw Układu Warszawskiego pracowało przynajmniej 20% ludzi. To, że wiele zakładów padło to z tego powodu, że zapotrzebowanie na broń i nie tylko spadło ponad 10 krotnie. Wiele innych zakładów przestało istnieć, gdyż miały w tamtych czasach zapasy sięgające kilkunastu lat. Podam przykład. Pracowałem w połowie lat 70-tych w Hucie Szkła w Ożarowie. Fachowcy przeszkoleni w Anglii, naukowcy z AGH robiący różne udogodnienia dla wzrostu produkcji np. zmniejszające przestoje remontowe. Wzywa mnie Dyrektor i mówi, kierowniku pan jest prawnikiem, musi pan z "Kablami" załatwić, aby nam oddali trochę terenu na magazyn, bo nie jesteśmy w stanie sprzedać 1/3 produkcji. Nikt nie wpadł na pomysł, aby produkować podstawowy wyrób /lampy oświetleniowe/ przez 8 miesięcy, a przez pozostałe np. wazony, których brak na rynku był dotkliwy. W efekcie w 1990 roku Firma jeszcze jakoś się broniła, ale upadła pod naporem tych lamp w magazynie. Do tego niebywałe przerosty zatrudnienia. Praca miała charakter socjalny i takie też niestety były zarobki. Monopolizacja powodował niedobór towarów, ich wysokie ceny i galopującą inflację. Jedyne wyjście naprawcze to prywatyzacja, radykalna i szybka. Często podaje się jako przykład tzw. złodziejskiej prywatyzacji Zakłady "Polam" im. Róży Luxemburg. Otóż w 1990 roku sprzedano je za 35 mln USD Firmie Philips wraz z 15 letnim zapasem żarówek. Holendrzy na żarówkach zarobili ok. 50 mln USD, gdyż sprzedali je na Bliski Wschód, gdzie była wojna, a następnie Fabrykę sprzedali za 40 mln USD Niemcom, którzy tak postawili Bank i sprzedali część ziemi pod budowę domów mieszkalnych. Gdzie tu złodziejstwo? Holendrzy uczciwie zarobili pieniądze. Można powiedzieć, że my też mogliśmy te żarówki sprzedać. Otóż chcieliśmy, ale nikt ich kupić nie chciał. Dopiero pod marka Philips rozeszły się wszystkie. Mam wielki podziw i szacunek dla prywatyzujących naszą gospodarkę w pierwszej połowie lat 90-tych, bo tak jak przy "Polamie" to coś pracuje, przynosi zysk i wymierne korzyści. Póżniej mamy ten obsesyjny strach, a co "prawdziwi Polacy" na to powiedzą? I te Prokuratury przegrywające wszystkie sprawy, ale oskarżające na podstawie oceny ceny sprzedaży na podstawie wartości księgowej. W gospodarce rynkowej. Obłęd. W Warszawie i w okolicach straszą te niesprzedane i niepracujące tereny po molochach z pustymi oczodołami hal. Znowu zobrazuję to o czym myślę przykładem. Ze dwa lata temu przypadkiem rozmawiałem z pewną Panią, która żaliła się, że Sąd Karny ją dręczy już kilka lat. Została Prezesem zarządu spółdzielni i w ramach uprawnień wynajęła stojącą pusto halę jakiemuś przedsiębiorcy, który płacił czynsz ok. 200 tys.zł rocznie. Kiedy zawarła nowe kontrakty zrobiła pracę na dwie zmiany, aby wykorzystanie maszyn było większe. I wszystko byłoby ok, gdyby ten przedsiębiorca nie zaczął zarabiać dużych pieniędzy rzędu 4 mln zł rocznie. Członkowie Spółdzielni zrobili nadzwyczajne walne zgromadzenie, odwołali Panią Prezes i nakazali wypowiedzieć najem prywaciarzowi. Dodatkowo wnieśli oskarżenie o niegospodarność, gdyż ich zdaniem za mały pobierała czynsz. W trakcie procesu powoływano biegłych ile to w innych firmach biorą opłat za 1 m /więcej/ i ile powinno go być w stosunku do dochodu wynajmującego. Poradziłem, aby podziękowała adwokatowi i dała szansę Sądowi poprzez wykazanie, że hala przez wiele lat przed nią stała pusta i już po wypowiedzeniu przez kilka lat też stoi pusta. Sąd z szansy skorzystał i ją uniewinnił. A konkluzja: ta Pani pracowała na wysoko płatnym stanowisku w ubezpieczeniach, tamten wynajmujący gdzie indziej za zbliżone pieniądze tłukł interes, a spółdzielnia padła, bo ludzie wrócili do wykorzystania maszyn w połowie. Zapewne mają satysfakcję klepiąc biedę, ale szkody im narobiliśmy. U nas każdy kto uczciwie chce zarabiać, jak zarabia zdaniem wielu za dużo, albo się dorobił jest złodziejem. Taka nieuleczalna choroba.
Natomiast sport kryteriami zysku kierować się nie może. Jeżeli przyjmiemy jakieś kryterium to może to być kryterium efektywności, a nie nie zysku i nie totalnej prywatyzacji. W klubie "Legia Warszawa" za te kilkadziesiąt lat było tylko kilkunastu piłkarzy z Warszawy i tylko 2 wychowanków Legii. Reszta z małych ośrodków. Prywatyzacja tych małych klubików spowoduje, że nie będą one wytwarzać piłkarzy dla dużych klubów. Więc nasza piłka zemrze. Oczywiście poza granicami naszymi tacy mądrzy nie są i na sport łożą, więc zawsze duże kluby mogą sobie kupić. Podobnie z innymi sportami. Można powiedzieć, a na cholerę nam polscy sportowcy, a po co nam reprezentacje i jakieś tam gdzieś tam sukcesy. O sporcie mówi się, że wyczyn to wierzchołek piramidy. Jak nie ma podstawy to nie ma i piramidy. To co pisze Stanowski to absurd, to jakieś ideologiczne zacietrzewienie, jakieś myślenie o liberalizmie jako doktrynie oderwanej od rzeczywistości. Tylko pamiętajmy, że praktykami liberalizmy byli twórcy idei "państwa dobrobytu". Nie marksiści. Zwróć uwagę na słowa: państwo i dobrobyt.
Można bowiem żyć bez sportu, kultury tylko po co? Życie nie polega tylko na jedzeniu, trawieniu i wydalaniu. Chyba, że znowu się mylę i polega. Pozdrawiam serdecznie. Niestety chciałem krócej, ale się nie dało, a i tak wiele wątków poruszyłem w dużym uproszczeniu.
Cieszy mnie, że z Twoim zdrowiem lepiej przynajmniej na tyle, że możesz usiąść i pisać. Mam nadzieję, że oddychasz już swobodniej.
Zanim zacznę, mam dwie serdeczne prośby natury organizacyjno-polemicznej. Po pierwsze: tnij tekst. Nie wiem, jak inni (choć przypuszczam, że podobnie), ale ja naprawdę dużo na Twoich wypowiedziach korzystam. Wiele zagadnień z zakresu ekonomii, czy prawa znam jedynie ze strony praktycznej (wykształcenie mam filologiczne) i zupełnie serio wdzięczny Ci jestem za systematyzujące i poszerzające wiedzę treści. Ale tak wielkich bloków tekstu nie da się przyswoić przez monitor. W każdym razie nie bez bólu oczu
Po drugie, jakbyś tak jednak był łaskaw powstrzymać się od decydowania, co to ja przeczytałem, a co niekoniecznie, byłbym wdzięczny jeszcze bardziej
No, do rzeczy: wiesz, mam nieodparte wrażenie, że Ty cały czas o niebie, a ja (do spółki ze Stanowskim) o chlebie. Pozwolę sobie jednak od środka, czyli od kilku słów o powodach konieczności prywatyzacji zawodowych klubów piłkarskich. Otóż wspomniane przez Ciebie jako dwa odrębne czynniki monopolizacja i centralne planowanie to dla mnie tak naprawdę jedno i to samo zagrożenie, sprowadzające się właśnie do zniwelowania regulacyjnej funkcji rynku, jak również zdjęcia z przedsiębiorstw faktycznej odpowiedzialności za własne posunięcia.
W (rzekomo) zawodowej polskiej piłce mamy w zasadzie to samo. Przykłady wydają mi się trywialne, toteż tak bez sążnistych elaboratów: w Legii niegdyś panowie Walter i Wejchert, obecnie Mioduski i Leśnodorski mogą wydać tylko tyle, ile mają. I ani grosza więcej. W związku z czym każdy ich błąd powoduje dziurę w budżetowej kołderce, którą trzeba załatać. A że kołderka ma - jako się rzekło - skończoną długość i szerokość, jeśli zechcą przykryć tu, muszą odkryć gdzie indziej. Żeby nie sięgać za daleko: burdy na niedawnym meczu z Jagiellonią, spowodowane w głównej mierze błędną polityką prezesa Leśnodorskiego wobec określonej grupy kibiców, to dla Waszego klubu policzalne, wysokie straty finansowe. Trzeba zapłacić kary, oddać pieniądze rozczarowanym karneciarzom, odcierpieć hitowy mecz z Wisłą przy pustych trybunach, oszacować (też przecież całkiem wymierne) ubytki na wizerunku, etc., etc. Jak by na to nie zerkać - miliony złotych, które trzeba skądeś wziąć, skądś przesunąć. A zatem te miliony nie pójdą już ani na rozwój klubowej akademii, ani na sprowadzenie i zakontraktowanie nowych graczy, ani w ogóle na nic innego. Proste, prawda?
Tyle że Legia jest jednym z tych bardzo nielicznych klubów piłkarskich w naszym kraju, które naprawdę są zawodowe. Wyobraźmy sobie teraz, że podobny scenariusz rozegrał się w Kielcach. Albo we Wrocławiu. Albo w Gliwicach. Co robią władze klubu? Z żalem przesuwają perspektywę rozbudowy infrastruktury treningowej na następne lata? Zgrzytają zębami nad utraconą szansą na poważne wzmocnienie personelu kopiącego? E tam. Idą do magistratu i mówią "daj!". Dokładnie tak samo, jak Korona dwa lata temu, gdy z przerażeniem odkryła, że wyasygnowane na początku sezonu przez miasto pięć baniek nie wystarczy na dokończenie rozgrywek, toteż szantażem wymusiła kolejne prawie cztery.
Dalej, piszesz o rozdętych w czasach peerelowskich ponad wszelką miarę wydatkach "obronnych". Znów widzę bardzo wyraźną analogię, przy czym wydatki polskich klubów określiłbym raczej mianem "ofensywnych". Chodzi przecież o atakowanie jak najwyższego miejsca w tabeli. Wiadomo: im wyższe chcesz zająć, tym lepszych potrzebujesz piłkarzy, tym więcej musisz im płacić. A że rynek jest, jak wspomniałem, nieregulowany i bardzo łatwo się psuje, toteż i wykres tychże wydatków wzlatuje gdzieś pod niebiosa. Aby zaistnieć w elicie, właściciel Cracovii, pan Filipiak, wydawał swego czasu niebotyczne kwoty na pensje piłkarzy. Nic to ani jemu, ani Pasom nie dało. Wręcz przeciwnie, zakończyło się poważną kraksą w postaci degradacji. Prezes profesor wreszcie poczuł, że się poparzył i dziś każdą złotówkę po wielokroć obraca w palcach, nim zdecyduje się ją wydać. Ma to, rzecz jasna, swoje niewesołe konsekwencje. Ot, choćby wąski i dramatycznie słabo zbilansowany skład, który bezpieczne miejsce w środku tabeli zawdzięcza jedynie uporowi i żelaznej konsekwencji (też niedrogiego w utrzymaniu) trenera Stawowego.
Mądrale z Canalu i innych mediów czepiają się co i rusz, że Cracovia niby gra ładnie, ale jest jakaś takaś "niekonkretna". A ja twierdzę, jest bardzo konkretna. W przeciwieństwie do większości ligowej konkurencji zatrudnia takich piłkarzy, na jakich konkretnie ją stać.
Można by tak jeszcze długo. Ot, np. Twarowski (którego skądinąd cenię i lubię) zadał dziś trenerowi Rumakowi idiotyczne pytanie o to, dlaczego na pozycję nr 10 wystarcza mu sam Hamalainen i czy nie przydałby się także Stilić. No bo przecież poważny zespół powinien mieć po dwóch graczy na każdą pozycję. W Wiśle z kolei pan Bednarz rozpoczął trudną i bardzo ryzykowną batalię z najbardziej ekstremalnym odłamem kibiców. Dlaczego? Bo nagle ich znielubił? A skąd. Po prostu Wisły nie stać na to, by płacić kary.
Jasne, dałoby się gładko stwierdzić, że sprawy te dotyczą zaledwie czterech klubów, a więc to one mają problem, nie cała reszta. Tyle tylko, że to przecież ta cała reszta psując rynek psuje jednocześnie cały polski futbol. (cdn)
To teraz ciut w kwestiach ideolo. Neoliberalizm? Ta-ak. Wiesz, mam wśród znajomych ładnych kilku neolibów. Takie rekyny smolbyzu. W zawodową aktywność wchodzili naście-dwadzieścia parę (Jezusie, jak ten czas ciśnie!) lat temu z ustami pełnymi frazesów o niewidzialnej ręce wszechwolnego rynku, mniejpaństwawpaństwie i innych korwinistycznych pierdół. Podatki? Uliniowić, obniżyć, a najlepiej w cholerę zlikwidować! Dlaczego ja mam się dorzucać do państwowej edukacji, skoro posyłam dziecko do prywatnej podstawówki?! Dlaczego mam płacić składkę zdrowotną, skoro chodzę do prywatnej przychodni?! Itepę, itedę. Oczywiście, każdy z nich jakoś tak zgrabnie zapominał o tym, że sam ukończył przecież państwową edukację (przynajmniej do matury), zaś prywatna służba zdrowia jest fajna gdy się przeziębisz, albo skręcisz kostkę. Bo jak Cię - nie daj Boże - dopadnie co poważniejszego, to prywatny lekarz rozkłada rąsie i odsyła do (najczęściej państwowego) specjalistycznego szpitala, gdzie w miesiąc dostaniesz tyle, że nie starczyłoby składek z pięciu twoich żyć.
A potem przyszedł krajzis, firmy chłopakom popadały i ni z gruchy, ni z pietruchy okazało się, że to państwo, którym tak niewymownie pogardzali, ma im dać to, tamto i siamto. I to zaraz!
Dobra, dość dygresji
Właśnie z krzysiowej inspiracji trzy miesiące temu napisałem tekst, który dość dobrze obrazuje moje stanowisko w tej sprawie. Gdybyś nie zechciał się zagłębiać w całość, tak po łebkach: otóż jakiś czas temu piłkarze klubu z mojego rodzinnego grajdołka (4ty poziom rozgrywek, średnia frekwencja na meczach ok. 300 osób) postanowili zastrajkować, bo miasto nie chce płacić im pensji. Krzysio się cokolwiek zirytował i stwierdził - moim zdaniem absolutnie słusznie - że pieniądze za kopanie piłki powinien dostawać jedynie ten, kto swą kopaniną przyciąga na stadiony kibiców i sponsorów do klubu. Ja też się zirytowałem. Również dlatego, że wiem, iż miasto Łomża jak najbardziej łoży na sport. Masowy. Buduje powszechnie dostępne obiekty, z których korzystać mogą mieszkańcy miasta. Klubowi zaś daje akurat tyle, by miał czym zapłacić za prąd i wodę oraz paliwo do autokaru.
I wiesz co? Parę dni temu, gdy zrobiło się ciepło i słonecznie, poszedłem z rodziną na spacer na wspomniane w tekście bulwary. W ciągu dwóch godzin spotkałem tam wielokrotnie więcej ludzi, niż kiedykolwiek na jakimkolwiek meczu ŁKS. Stateczne małżeństwa człapiące pod rączkę, rozkoszujące się świeżym powietrzem i naprawdę ładnymi widokami. Mnóstwo amatorów (!) rowerów, rolek, wrotek, czego tam jeszcze. Tu ktoś gra w pingponga, tam w piłkarzyki, siam ćwiczy na siłowni... Tysiące, literalnie tysiące ludzi.
Powiedz mi teraz, Zbyszku, który prezydent lepiej spełnia społeczne potrzeby swojego miasta: Czerniawski budujący obiekty rekreacyjne? Czy może jednak taki np. Frankiewicz wypłacający pensję Juradom i Horvathom?
Piszesz, że wyczyn to tylko wierzchołek piramidy. Znów głupim byłbym, gdybym oponował. I jak najbardziej jestem za tym, by to właśnie Państwo inwestowało w jej dolne rejony. W szkolnictwo, w masową infrastrukturę, w lokalne, amatorskie (!) klubiki pomagające przyszłym zawodowcom stawiać pierwsze kroki na boisku/parkiecie/bieżni/tafli/czym tam jeszcze. Natomiast sport zawodowy - apeluję po raz kolejny - zostawmy zawodowcom. Tak, jak to robią mądrzy ludzie za naszymi granicami.
pees.
Piszesz: sport kryteriami zysku kierować się nie może. Po co w takim razie podajesz przykład zyskownego sezonu Piasta? Zwłaszcza, że jest to, wg wszelkich znaków na niebie i ziemi, przykład mocno odosobniony?
Wiesz, że choroba najczęściej przechodzi. Mnie już zdecydowanie odpuszcza. Natomiast mam niedostatki techniczne w pisaniu i mam i na poprawę się nie zanosi, bo w technice tępy jestem okrutnie.
Tekst zalinkowany przeczytałem. Ciekawy i świetnie napisany. Nie będę jednak recenzował. Dziękuję za słowa.
Nigdy bym nie śmiał komuś narzucać co ma czytać i jak mniemam tego nie uczyniłem. Mam tylko taki zwyczaj, że lubię swoje sądy podpierać zdaniem kogoś cenionego, zwłaszcza w swoim środowisku autorytetu. Nadto ja staram się być precyzyjny w swym pisaniu i mam świadomość, że to jest trochę akademickie, ale wątków nie poszerzam. Pretekstem był tekst Stanowskiego. Można mieć do mnie zarzut, że krytyka była łatwa, bo facet się odkrył i jak w boksie dostał czyściutki cios. Tylko, że u niego nie chodzi o niewiedzę, ale o system wartości. On ten ma nieprawidłowy. Gdyby nie to,że żyjemy w innych czasach to bym mógł napisać, że to taki zaangażowany zwolennik partyjnego betonu z czasów PRL. Oni też mieli taki zwyczaj pouczania wszystkich, mówienia co dobre dla kogo, a co złe. Oni też mówili, że wszyscy mamy równe żołądki, że wszyscy mamy tak samo zarabiać, że władza musi wydawać pieniądze na tych co ich najbardziej potrzebują. Ja jestem liberałem tylko tym od Gunnara Myrdala i Johna Kennetha Galbraitha, a więc od tych, którzy w praktycznym działaniu stali się twórcami dobrobytu w USA i Szwecji. I wiem, że monetaryzm to już prehistoria do której poza nielicznymi nikt się nie chce przyznać.
Dlatego nie ma powodu patrzeć na rzeczywistość oddzielnie, jak to mówią wybierać czy kochać mamusię czy tatusia. Raczej oboje. Nie ma powodu, aby dając nakłady na rekreację nie dawać na sport. Podobnie nie znoszę z przyczyn podanych powyżej tego zaglądania komukolwiek do kieszeni i mówienia mu co ma zrobić z pieniędzmi. Twierdzenie, że to nasze jest demagogią mającą swe żródła w dawnym systemie.
Dlatego staram się dyskredytować tamte odgrzewane poglądy. Trafiają one na podatny grunt co oznacza, że ludzie w Polsce niewiele się zmieniają pod względem mentalnym i że zmiana systemu gospodarczego została żle przeprowadzona, że większość ludzi na przemianach nie zyskała, ale straciła i że poczucie bezpieczeństwa bytowego zostało zachwiane. Mam tego świadomość, ale populizmu już nie kupuję. Naczytałem się go, aż do przesytu.
A teraz do sportu. Po to zacytowałem Martina Smitha, aby wykazać, że w historii różne teorie ekonomiczne były wykorzystywane do różnych, czasami haniebnych celów, a tak naprawdę to decyduje zdrowy rozsądek. Nie można być doktrynerem. Tam gdzie na sporcie, na kulturze można zarobić to grzechem zaniechania byłoby tego nie czynić. Tylko, że wrzucanie wszystkiego do jednego wora mądre nie jest. Bo w sporcie jak potoczna wiedza wskazuje w większości się nie zarabia. Jak to mówią z definicji celem sportu nie jest zysk. On może być i czasami bywa elementem ubocznym tej działalności. Chodzi o elementarny ład pojęciowy. To w Polsce o czym pisał Marek Belka mamy głównie przez niedouczonych dziennikarzy głoszone takie proste i łatwe rozwiązania, jak sprywatyzujmy sport, co on nas obchodzi, niech sobie sam radzi. Otóż obchodzi.
A to czy w tym czy w innym klubie płaci się tyle czy tyle to przepraszam ale co to kogo obchodzi. Jak go stać to płaci. A go stać, bo na to zarobił. Jest to proste i w "normalnym" kraju normalne. My się do tego przyzwyczajamy. Przy czym po Pażdzierniku 1956 roku Pan prof. Oskar Lange usiłował nawet w podręczniku akademickim przemycić pogląd, że zarabianie jest czymś dobrym, potem delikatnie zaznaczał ten aspekt Pan prof. Wiesław Brus, ale dominanta była taka, że zarobek ma, w skrócie to ujmuję, starczyć na zaspakajanie potrzeb czyli mamy zarabiać i wydawać tyle, abyśmy nie zdechli i przodujący ustrój mieli siły budować. Przy czym ja w felietonie "Dwa łyki ekonomiki" o tym pisałem, że niskie zarobki nas jako kraj niszczą. Wszędzie. W piłce też, bo przenosząc na ten grunt myśl prof. Stiglitza można by rzec: jakie zarobki, tacy piłkarze.
Nie można też przenosić wzorców z wielkich i zasobnych klubów na te małe. Bo potoczny ogląd rzeczywistości przeczy takiemu odniesieniu. Nie chcę pisać o innych dyscyplinach sportu np. o najpowszechniej uprawianej przez dziewczynki gimnastyce artystycznej, że ma na siebie zarabiać. Jak? O tym, że prymitywny neoliberalizm u nas zapanował świadczyć może dowodnie np. to, iż na Zachodzie ekwiwalent za wyszkolenie piłkarza to 210 tys. euro /za 7 lat/, a w Polsce 70 tys. zł /za 10 lat/, a więc tam jest to 12 albo 18 razy więcej. Bogaci mówią, że ich nie stać i Związek stoi po ich stronie i ograbia biednych, aż im się szkolenie nie będzie opłacało. To szkolenie opłacają samorządy i w niewielkim stopniu Państwo, więc bogate kluby dostają tylnymi drzwiami dotacje. Na tym polega Polski model neoliberalizmu. Właściciel w normalnym systemie ponosi całkowitą odpowiedzialność za swoją własność i ryzyko związane ze swoja działalnością. W Polsce odwrotnie. Bogaci mają się bogacić, ale własną pracą. A u Stanowskiego oburzyła mnie też hipokryzja, bo tak naprawdę jedynym skandalem w oficjalnym finansowaniu jest Bydgoszcz,a on wymienia różne urojenia a ponieważ Pana Osucha zna to nie wspomni o tym. Wiarygodny to on może i jest, a rebus.
Drugim przykładem to są skandalicznie nakłady budżetowe na sport. U nas wynoszą 0.45%. Jak wynikało z dyskusji sprzed kilku lat w Sejmowej Komisji Sportu są najniższe na świecie. W większości innych krajów są co najmniej 5 razy wyższe. W sytuacji w której sport wyczynowy staje się przemysłem taka polityka jest po prostu szkodliwa. Bo, żeby zarabiać to trzeba inwestować, a na to pieniędzy nie ma. UEFA planuje rewolucyjne zmiany w rozgrywkach piłkarskich z wprowadzeniem Ligi Narodów, z możliwością oglądania wszystkich meczów przez wszystkich, a więc też banerów Polskich firm w innych krajach. Na razie nie słyszę, aby reprezentację Polski sprywatyzować, ale zapewne i taki pomysł się pojawi. I w tym kontekście trzeba powiedzieć, że Państwo nie musi samo w te przedsięwzięcia wchodzić, ale ma narzędzie w postaci Telewizji Publicznej. Wielu pogodziło się z upadkiem jej roli kulturo i sporto twórczej. Nowe wyzwania i realne ogromne dochody powinny wreszcie spowodować wprowadzenie powszechnego, łatwo ściągalnego abonamentu zapewniającego TVP co najmniej 2 mld zł, z czego np. 1 mld na sport, w tym 500 mln na Ekstraklasę. Bowiem telewizje tzw. komercyjne to najwyżej 500-600 tysięcy ludzi oglądających, zaś każdy mecz ligowy w publicznej to 2-2,5 mln, a mecze reprezentacji to ponad 10 mln. Ten przemysł zwany piłką nożną dlatego tak prężnie się rozwija, że rzesze fanów te mecze oglądają i wszyscy na tym zarabiają, bo to zestaw naczyń połączonych. Jak w starym dowcipie, pieniądze leżą na ulicy, wystarczy je podnieść. Oczywiście w USA. Tak powiedziano Polakowi, który jechał do tego kraju. Wysiadł na lotnisku i patrzy, a tu leży Madison/banknot 1000 dolarowy/. Co zrobił? Poszedł dalej, ze słowami: od pierwszego dnia nie będę się zapracowywał.
Niech zarabiają wszyscy. I prywatni właściciele i państwowi i samorządowi. Miejsca starczy. I niech dla nas, zjadaczy chleba też coś skapnie. Bowiem sport to jest taki wynalazek, że z niego zadowoleni mogą być wszyscy, ci co wydają, bo mają frajdę i ci co zarabiają, bo mają kasę. Więc może go nie likwidujmy.
Masz rację, Stanowski wystawił się na strzał. Pisać w alarmistycznym tonie o pożarach lasów, a jednocześnie "zapominać" o rozkosznej działalności własnego kumpla, który ochoczo te lasy podpala, to bez dwóch zdań kompromitacja. I tu się zdecydowanie Krzysiowi prawy prosty należy. Ot, tak choćby na otrzeźwienie
No, ale po kolei: nie ma powodu patrzeć na rzeczywistość oddzielnie - pełna zgoda. I dlatego właśnie, moim zdaniem, nie ma sensu rozgraniczać rekreacji i sportu. Nie, rekreacja jest częścią sportu, nie osobnym bytem. Podstawą piramidy, której wierzchołek stanowi wysoki wyczyn. Piszesz dalej: w sporcie jak potoczna wiedza wskazuje w większości się nie zarabia. Wybacz, ale mocno to dla mnie dyskusyjne. Spójrz, nawet nasz niedorozgarnięty kłamczuszek
A wracając jeszcze na sekundę do kwestii leczenia: doktorat z nauk medycznych nie jest potrzebny do wzięcia za prawdę starej ludowej mądrości "w zdrowym ciele zdrowy duch". Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale lekko licząc co czwarty obywatel naszego kraju dotknięty jest takim, czy innym zaburzeniem psychicznym. Zaś leczenie zaburzeń psychicznych jest zazwyczaj cholernie czasochłonne i m.in. przez to drogie. No i nie muszę chyba dodawać, że człowiek dotknięty takim zaburzeniem jeszcze bardziej, niż osobnik chory na ciele, obniżać będzie swą wydajność w pracy (często do zera), przez co mniejszy będzie przychód i podatki. Nawiasem pisząc: wiesz jakie są pierwsze przedmioty, które otrzymują świeżo przyjęci depresyjni pacjenci w niemieckich psychiatrykach? Dres i trampki
Jasne, postawione za prezydenta Miecia nadnarwiańskie bulwary w Łomży błyskawicznego zysku na pewno nie przyniosą. W dłuższej perspektywie mogą jednak "zarobić" takie pieniąchy, że głowa mała.
Nie chciałbym, rzecz jasna, aby wyszło na to, że trywializuję i sprowadzam całość zagadnienia do prymitywnego liczenia złotówek. Nie, jak najbardziej dostrzegam - ba! wysoko cenię! - społeczny aspekt takich inwestycji. Zaznaczam jedynie, że Państwo może na nich zarabiać. I to całkiem nieźle.
Do obchodzenia i płacenia wrócę jeszcze za moment. Teraz, jeśli pozwolisz, chciałbym się odnieść do tego niespełna pół procenta. To piekielnie szeroki temat. Nieporównywalnie szerszy, niż dyskusja o jednym, mniej lub bardziej udanym felietonie Stanowskiego. Temat, który mnie osobiście przeraża z jednej, a napawa odrazą z drugiej strony. Jeśli miałbym się gdzieś doczepić do Krzysia, to znacznie bardziej od "przeoczenia" Osucha razi mnie jedno zdanie: jest na świecie od niego /sportu - przyp. mój/ mnóstwo spraw ważniejszych. Och, doprawdy? A ile konkretnie i co to niby są za rzeczy? Pytam, rzecz jasna, nie o sport rozumiany wąsko, jako wyczyny panczenisty Bródki, czy futbolisty Bernhardta, a szeroko, jako kulturę fizyczną en bloc. Pytam, bo tak, jak Ty, Zbyszku, określasz się jako liberał, tak ja - jeśli mogę się tu tak uzewnętrznić - jestem zdeklarowanym humanistą. Dla mnie najwyższą wartością w świecie jest człowiek ze swą troistą, duchowo-umysłowo-fizyczną naturą. Skoro zatem na sport wydajemy 0,45% naszego budżetu, na co idzie pozostałe 99,55%? Na ducha, czyli kulturę? Wolne żarty. To może na umysł, czyli naukę? Jasełka jakieś. Przeraża mnie, że ludzie rządzący naszym krajem - czyli nami wszystkimi - tego nie dostrzegają. Przeraża mnie, że nie dostrzega tego także prominentny dziennikarz, rzekomo sportowy.
A odraza? Odrazą napawają mnie przeróżnej maści politykierzy, mizdrzący się do kamer w blaskach sportowych wydarzeń i przepychający budżet, w którym na sport idą takie grosiaki. Uff, mówiłem, że to szeroki temat, dość już, bo się zagotuję ze szczętem
czy w tym czy w innym klubie płaci się tyle czy tyle to przepraszam ale co to kogo obchodzi.
No cóż, mnie obchodzi. Po pierwsze, jako obywatela RP. Odbieram to jako jakieś haniebne kuriozum, że przeciętny skórokop z przeciętnego, utrzymywanego z publicznej kiesy klubiku przeciętnej Ekstraklasy zarabia tyle, co polski premier, a więc osoba mająca de facto największy wpływ na losy naszego kraju. Po drugie, jako sympatyka całej polskiej piłki nożnej. Piszesz, Zbyszku, że niskie zarobki nas jako kraj niszczą.Wszędzie. W piłce też,bo przenosząc na ten grunt myśl prof.Stiglitza można by rzec:jakie zarobki,tacy piłkarze. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. OK, jest wiele dziedzin, w których powyższe twierdzenie to stuprocentowa, często mocno bolesna prawda. Niemniej uważam, że przeniesienie myśli prof. Stiglitza na grunt polskiego futbolu rodzi bardzo cierpki, ironiczny wydźwięk. Jakie zarobki, tacy piłkarze? Tak, zarobki za wysokie. Zarówno w odniesieniu do faktycznej klasy sportowej zarabiających, finansowych możliwości ich klubów, jak i - chyba przede wszystkim - ogólnych warunków ekonomicznych panujących w naszym kraju. Stąd też piłkarze (z wyjątkami, rzecz jasna, acz nielicznymi) rozleniwieni i kompletnie niezainteresowani swym dalszym rozwojem. Powiedz, Zbyszku, jaką motywację do pracy nad sobą ma osiemnastolatek, który właśnie podpisał swój pierwszy zawodowy kontrakt, na mocy którego w miesiąc zarobi tyle, ile oboje jego rodzice w kwartał? (CDN)
Związek, taaak. Za rządów Laty cymbały z mediów sportowych łupały w Grzesia jak bęben, bo niewyględny jest, z gruba ciosany i słabo się po angielskiemu wysławia. Od półtora roku miłościwie nam panuje "światowiec" Boniek, a kwestie naprawdę istotne jak leżały odłogiem, tak i nadal leżą. Centralnego pomysłu na szkolenie nie ma, pomocy dla trenerów nie ma, wsparcia dla małych klubów nie ma, uregulowania kwestii 'solidarity payments' - o której słusznie wspominasz - nie ma. Jak za Kononowicza - nie ma niczego. Choć nie, pardon, coś jednak jest. Ba, jest nawet sporo. Związek pod wodzą "światowca" serwuje nam rewelacyjne pomysły w podobie takiego limitu dla nie-Unitów. Do tej pory jak polski Pan Piłkarz - oczywiście ustami swego, hehe, agenta - zaśpiewał klubowi pół miliona rocznie, to klub mógł sobie znaleźć podobnej klasy zawodnika z takiej Białorusi, który z pocałowaniem w rąsię wziąłby kwotę o połowę mniejszą, a po jakichś tam negocjacjach pograłby i za dwieście tysięcy. No i sprawa była prosta: albo Tomcio zdecydowanie spuszczał z tonu, albo klub brał sobie Sieriożę. Wskutek cud-idei jaśnie pana prezesa klub już sobie Sierioży nie weźmie, więc Tomcio będzie mógł sobie krzyknąć choćby i bańkę. A klub zapłaci. Miasto zapłaci. Pan zapłaci, pani zapłaci, społeczeństwo zapłaci.
Z innych ciekawych pomysłów: od przyszłego sezonu będziemy mieć scentralizowaną tzw. II ligę, czyli III poziom rozgrywek. Wskutek czego takie np. Zagłębie Sosnowiec uda się na uroczą wycieczkę na mecz do Suwałk. Nie no, Suwalszczyzna śliczny zakątek, moim skromnym zdaniem najpiękniejszy w całym naszym kraju. Co jednak włodarze Zagłębia powiedzą na próby zamiany ich klubu w biuro podróży? A po co futbolistom z Suwałk wyjazd do Sosnowca, gdzie, umówmy się, za pięknie to nie jest?
Z jednym się, Zbyszku, nie zgodzę. To nie jest forowanie bogatych kosztem biednych. To jest forowanie leniwych "państwowców" kosztem zaradnych "prywaciarzy". I to właśnie, moim zdaniem, w przeciwieństwie do nawoływania do realnej profesjonalizacji rzekomo profesjonalnych klubów, jest likwidacja polskiej piłki.
Na koniec w kwestii Twoich "telewizyjnych" pomysłów: wiesz, ja jestem zdeklarowanym sympatykiem C+. Jednocześnie uważam, że (znacznie) szersza, niż bieżąca obecność w telewizji otwartej baaardzo dobrze by Ekstraklasie zrobiła. Moim zdaniem sens miałoby rozwiązanie kompromisowe - niech sobie Canal ma te 100% Ekstraklasy i kieruje swą ofertę do koneserów (czyli w sumie tak, jak obecnie). Do otwartej natomiast niechby trafiłby trzy spotkania w każdej kolejce (powiedzmy mecze 1go, 3go i 5go wyboru). Warunki? Canal, oczywiście, płaci Ekstraklasie mniej, niż obecnie, co zostaje wyrównane wpływami z otwartej. A otwarta zobowiązuje się do pokazania określonej ilości (3? 4?) domowych spotkań każdego klubu w sezonie. Widzę tylko jeden problem: gdyby "otwartą" miałaby być faktycznie TVP, to tam musiałoby dojść do bardzo szeroko zakrojonych zmian. Jak zapewne się ze mną zgodzisz, w transmisji liczy się nie tylko ilość, lecz także jakość. Nasza liga jest w najlepszym wypadku przeciętna i by ją sprzedać, trzeba ją dobrze opakować. Jeśli za to opakowanie zabiorą się tknięte demencją i samouwielbieniem dinozaury Szaranowicz ze Szpakowskim i imbecyle pokroju Patyry, to ja temu projektowi wielkiego powodzenia nie wróżę.
Jako humanista docenisz smakowity fragment eseju Martina Wrighta o Fredrichu von Hayeku, którego "Droga do zniewolenia", mimo,że w zasadzie nieznana, stała się "Biblią" monetarystów". Nawet ojciec neoliberalizmu Milton Frieedman inaczej nie nazywał tego dzieła jak nonsensowne. Hayek uważał bowiem, że do tyranii prowadzi nie tylko komunizm i faszyzm, ale przede wszystkim "państwo dobrobytu". Jego praca "Konstytucja wolności" stała się żródłem "anarchizmu prawicowego" proponującego skrajny indywidualizm. Wywody miał mętne i myślicielem był drugorzędnym, za to operował niczym nie zweryfikowanymi przesądami, jak ten, że Państwo ma być minimalne, bo z natury jest wrogiem wolności. Czym jest wolność nie wyjaśniał.
Oto ten wypis: "Hayek doprowadził jedynie do skrajności koncepcje Burke'a /a także skrajnej francuskiej prawicy ucieleśnionej w osobach Mauricea Barresa i petainowskiego zdrajcy Charlesa Maurras/, mimo to jego poglądy na temat wrodzonej "mądrości" instytucji zwykle cytuje się, jakby były oryginalnym osiągnięciem. Hayek przypisywał instytucjom /jeśli je lubił/, np. swojemu ulubionemu wolnemu rynkowi /tyle, że rynki zawsze są przez kogoś kontrolowane/, moc autorytetu daleko wykraczającą poza moc zwykłych ludzkich autorytetów. Jednak uczciwie trzeba przyznać - skoro tak często powiada się o nim, że był anarchistą - że Hayek niewątpliwie kochał pojęcie autorytetu i to w sposób, by tak rzec austriacki. Ważne, że uwielbiana przez niego władza nie miała prawa być socjalistyczna - ku jakim barwom skłaniał się osobiście, nigdy jasno nie powiedział. Powiada się czasem, że istnieje anarchizm lewicowy i prawicowy. Anarchizm lewicowy, jak np. u Godwina, idzie krok dalej od poglądów Painea, że państwo to zło konieczne: proponuje całkowite zniesienie państwa. Prawicowy anarchizm w ogóle nie jest anarchizmem, choć często tak się go nazywa. Podobnie jak Rothbard czy Robert Nozick w swej sławnej i zakłamanej "Anarchii, państwie i utopii", zwolennicy tego kierunku twierdzą, że istnieje jeden podmiot polityczny: jednostka /bezwstydnie przy tym odwołują się do kantowskiego rozumienia prawa; Kant był jednak przyzwoitym człowiekiem/. Nie wolno więc odmawiać ludziom prawa do własności, do prywatnych armii, do bogactwa /prawo do ubóstwa nie figuruje na ich sztandarach/, a państwo jest dopuszczalne jedynie, jak to ujmuje Nozick, bez większego związku z rzeczywistością jako państwo "minimalne". Zwolennicy tego rodzaju argumentacji, podobnie jak inny /tym razem brytyjski/ ulubieniec tzw. prawicy liberalnej, Michael Oakeshott, posługują się filozofią i kantowskimi pojęciami praw do obrony świata gwałtownego chaosu, z którego całkowicie wyparowała dobra wola i poczucie wspólnoty, wyjąwszy dobrowolne korzystanie przez jednostkę, jeśli tego zapragnie, z prawa do "dobroczynności, sentymentalizmu albo innych przejawów głupoty". Opowiadają się za rodzajem anarchii, w której wodzowie prywatnych armii mogą z sobą walczyć do woli, ściągając cierpienia na resztę zwykłych ludzi. Kompletnie ignorują pewną cechę istot ludzkich, którą Hume, a za nim Adam Smith, nazwali sympatią. Jeśli nawet filozofowie nigdy nie zdołali precyzyjnie zdefiniować, czym jest sympatia, wszyscy doskonale rozumiemy, co mieli na myśli. Toteż gdybyśmy mieli być skazani na filozofię "prawicowego anarchizmu" /Hayek był z tej paczki/, to już lepiej, żebyśmy w ogóle nie mieli żadnej filozofii".
Takie poglądy, którym hołdują tacy jak Stanowski są wypreparowane z cechy najważniejszej - z człowieczeństwa. Człowiek staje się przedmiotem manipulacji doktrynalnych. Celem bowiem doktryn jest objaśnianie rzeczywistości i praw w niej panujących, po to, aby następował postęp i rozwój ludzkości, a nie jej ograniczanie, ubożenie i tracenie. Nawet jak coś musi upaść to po to, aby w to miejsce zrodziło się coś nowego i lepszego. Niestety u nas ostatnio dominuje myślenie odwrotne. Czyli doktrynerstwo niweczące sens ludzkiego bytowania i aktywności. Można chodzić również tyłem, albo na głowie, albo na rękach - tylko niech nikt mi nie wmawia, że to lepsze od chodzenia na nogach w stronę, którą wybiorę. Sam. Hayek mi do kroczenia po ścieżkach mojego życia byłby tylko zawadą.
Cieszę się,że mogliśmy merytorycznie podyskutować i w większości kwestii prezentujemy stanowiska zbliżone.Na pewno ponad doktrynerstwo demagogię i tani populizm stawiamy walory zdrowego rozsądku.
Pozdrawiam serdecznie.
Przepraszam, ale dopiero teraz dostrzegłem, że nie dopisałem w ostatnim akapicie kluczowych dwóch zdań. Z reguły piszę za żywo, bez przygotowania uprzednio tekstu. Tym razem przygotowałem i przeoczyłem. Gdybym nie dopisał byłoby to grubiaństwo, bo by oznaczało, że nie odnoszę się do Twojego wpisu. Oczywiście przeczytałem i aprobujące zdanie wyraziłem.
Gdybym nie dopisał byłoby to grubiaństwo,boby oznaczało,że nie odnoszę się do twojego wpisu.
Absolutnie tego tak nie odebrałem. Nie odzywałem się dalej, bo temat chyba został wyczerpany, przynajmniej jak na warunki pod-tekstowej polemiki.
Też dziękuję i pozdrawiam!