- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
Zezem. Prezesi i działacze
W Polsce powojennej można wyróżnić co najmniej cztery okresy, w których słowo "działacz" miało różne znaczenie.
W okresie tuż powojennym i do końca lat sześćdziesiątych, jak opowiadali jeszcze starsi ode mnie, działacz był przede wszystkim społecznikiem, wychowawcą młodego pokolenia, gorącym miłośnikiem sportu i jego aktywnym współtwórcą. Uważał on działalność w futbolu za swój obywatelski obowiązek, nie żądał za to ani przywilejów, ani honorariów. Jednym z takich był płk Poterejko - sekretarz generalny Legii Warszawa w latach 1956-70. Drugi okres zaczął się od 1971 roku, kiedy to "starą gwardię" wymieniono i do sportu zaczęto wciskać urzędników, nie zawsze orientujących się w problemach piłki i nie związanych z nią emocjonalnie. Dla tych drugich klub sportowy stał się zwyczajnym miejscem pracy. Ta zmiana w pojmowaniu roli i funkcji działacza doprowadził do stanu, w którym klub sportowy, w swoim założeniu drugi dom młodego człowieka, przekształcił się w przedsiębiorstwo sportowo-widowiskowe, w którym rolę zysku zaczął spełniać wynik sportowy. Można rzec, że wcześniej działacze żyli piłką i dla piłki, a w tym okresie żyli z piłki. To oni, w imię sukcesów za wszelką cenę, doprowadzili do korupcji w polskiej piłce, do kaperowania, obniżenia roli sędziów, marginalizacji mediów, oszukiwania widzów i innych negatywnych zjawisk. Jednocześnie tworzyli i rozpoznawali różnorodne układy i świat futbolu nie mógł bez nich niemalże istnieć. Koniec ery systemu doprowadził po 1989 roku do zmian własnościowych w piłce i rozpoczął się okres właścicieli, zarządców, a także tych, którzy w futbolu dojrzeli szansę na wypranie pieniędzy zdobytych w poprzednim systemie, a także na zrobienie w nim nowych szemranych interesów. Oni doprowadzili korupcję na szczyty, gdyż wynik sportowy między innymi promował ich zawodników i zarabiali na transferach, kosztem klubów, którymi zawiadywali. Okres ten w dużym stopniu się skończył. Po 2004 roku poczyna się w coraz większym stopniu wytwarzać typ prezesa zwanego kiedyś działaczem jako osoby traktującej klub jako przedsięwzięcie komercyjne, w którym zysk czy rachunek ekonomiczny ma największe znaczenie. Nie doprowadza to jak na razie do zmian systemowych, gdyż w większości naszych klubów prezes nie jest właścicielem czy współwłaścicielem, ale wynajętym menedżerem, a klub piłkarski często hobby, żeby nie powiedzieć czasową zabawką właściciela. Tyczy to też klubów samorządowych, które odpowiadając na istotne zapotrzebowanie społeczne i na dziś dobrze, że istnieją, są formą przejściową i wcześniej czy później staną się przedmiotem prywatyzacji.
Kim są Prezesi naszych klubów na początku 2015 roku? Jedynym klubem bez prezesa jest Górnik Zabrze. Najpierw poznajmy ich nazwiska i okresy od których szefują: Cracovia Kraków - Janusz Filipiak od 2004 roku; Jagiellonia Białystok - Cezary Kulesza od 04.2010; Górnik Łęczna - Artur Kapełko od 01.2011; Pogoń Szczecin - Jarosław Mroczek od 02.2011; Zawisza Bydgoszcz - Radosław Osuch od 05.2011; Lech Poznań - Karol Klimczak od 11.2011; Ruch Chorzów - Dariusz Smagorowicz od 02.2012; Podbeskidzie - Wojciech Borecki od 11.2012; Legia Warszawa - Bogusław Leśnodorski od 12. 2012; Śląsk Wrocław - Paweł Żelem od 11.2013; Piast Gliwice - Adam Sarkowicz od 06.2014; Lechia Gdańsk - Adam Mandziara od 12.2014; Wisła Kraków - Robert Gaszyński od 01.01.2015; PGE Bełchatów - Konrad Piechocki od 10.02.2015. Są to mężczyźni w wieku od 35 lat /Paweł Żelem/ do 63 lat /Janusz Filipiak/. W wieku od 40 do 50 lat jest ich 4, w wieku 51-60 lat ośmiu i powyżej 61 lat dwóch. Jeżeli idzie o wykształcenie to nie podaję dwóch, którzy zastrzegli swoje dane i tyczy to dwóch byłych menedżerów piłkarskich Adama Mandziary i Radosława Osucha. Wszyscy pozostali mają wykształcenie wyższe, prawnicze dwóch, techniczne siedmiu, sportowe trzech i ekonomiczne jeden. Poza panami Żelemem i Wojciechem Boreckim, pozostali mają większe lub mniejsze doświadczenie w biznesie pozasportowym. Największe ma oczywiście prof. Janusz Filipiak.
Spośród wymienionych moim zdaniem na pozytywne oceny zasługuje tylko czterech: Bogusław Leśnodorski, Paweł Żelem, Cezary Kulesza i Wojciech Borecki. Wielką niewiadomą jest Konrad Piechocki z Bełchatowa, który uznawany jest za twórcę potęgi PGE Skry Bełchatów w siatkówce, a prezesem /równolegle/ w piłce nożnej został dlatego, że zrezygnował z walko o fotel prezesa PZPS na rzecz Pawła Papkego.
Najbardziej wyrazisty jest prezes Legii Warszawa, który wcześniej nie miał doświadczenia w sporcie, ale znał się na biznesie. On dał potężny, pozytywny impuls klubowi, który wcześniej miał tylko aspiracje. To prezes Leśnodorski stworzył podstawy, także kadrowe pod dobrze zorganizowany klub, który dzięki niemu i panu Mioduskiemu jest w takim miejscu w jakim jest. Wie on, że wynik sportowy jest najważniejszy, ale nie wydaje pieniędzy ponad miarę i doprowadził do samowystarczalności finansowej klubu. Zdarzają mu się wpadki, ale stale się uczy i wyciąga wnioski. Legia pod względem organizacyjnym, marketingowym to już średniak europejski. Ale dla mnie najważniejsze jest to, że jest osobiście uczciwy i elementarnie rzetelny.
Drugim wyróżnionym jest Cezary Kulesza. Jemu łatwiej, gdyż ma doświadczenie piłkarskie /wiele lat kariery/. Także pilnuje interesu, aby mu się nie rozlazł i aby go nie rozgrabiono. Jeden z największych piłkarskich ryzykantów. Nauczył się dawać wolną rękę trenerowi i do jego roboty się nie wtrąca. I dobrze na tym wychodzi. Jaga powoli, ale dostrzegalnie pnie się w górę. Jego osobistą zasługą jest, że niezbyt zasobne miasto wybudowało w krótkim czasie piękny stadion.
Miejsce na podium zajmuje też Paweł Żelem, wcześniej pracujący jako redaktor naczelny "Słowa Sportowego", który do Śląska trafił wprost ze stanowiska wiceprezesa Lechii Gdańsk d/s marketingu. Po poprzednim prezesie mianowańcu pana Solorza-Żaka zastał niebywały bałagan organizacyjny i finansowy. Udało mu się przekonać prezydenta Wrocławia do sprzedaż polowy udziałów w klubie prywatnym inwestorom. Wyprowadził klub na prostą finansową i "odkrył" dla klubu trenera Pawłowskiego.
Tuż za podium miejsce zajmuje Wojciech Borecki. Klub, który ma najmniejszy budżet w lidze, nie ma problemów finansowych, ani problemów z utrzymaniem się w Ekstraklasie. To już bardzo dużo.
Ze stażem kilkuletnim jest jeszcze prezes Lecha, ale on jest figurantem, gdyż za sznurki pociąga właściciel 100% akcji pan Rutkowski, a interesu na bieżąco jako wiceprezes pilnuje jego syn. Możliwości finansowe klubu są niewspółmierne do kiepskich wyników sportowych, zwłaszcza w wymiarze międzynarodowym. Natomiast mający również kilkuletnie przebiegi prezesi Pogoni i Górnika Łęczna ciągną kluby stabilnie. Pan Mroczek stara się dbać o dopływ młodych do klubu, czego zupełnie nie czyni pan Kapełko, a co może skończyć się źle. Pana Osucha w tym gronie nie ocenię , gdyż ocenia go miejsce w tabeli i pusty stadion.
Jak trafnie zauważyliście, poza Panem Filipiakiem to średnia lat sprawowania funkcji Prezesa w klubie wysoka nie jest. Częste zmiany na tych funkcjach stanowić mają remedium na potrzeby sukcesów, ale w moim postrzeganiu również na oczekiwanie coraz większej profesjonalizacji. Zauważamy to na przykładzie doboru trenerów. Prezesi zaczynają rozumieć, że w futbolu jak w życiu obowiązuje hierarchia i na jej czele obok nich ma stać trener. Traktowanie trenera jako zapchajdziury, co takim zażenowaniem obserwowaliśmy u prezesa Wojciechowskiego, powoli odchodzi do lamusa. Muszą do tego przyzwyczajać się również media. Jak już dochodzi do zmian to wcześniej kandydat jest przygotowywany, a nie, jak było dotąd częstą praktyką, najpierw zwalniamy, a potem szukamy. Podobnie z piłkarzami. Coraz mniej jest przypadkowych graczy w klubach. Nie tylko ogląda się każdą złotówkę wydaną na transfer, ale też obserwuje się i ocenia przydatność zawodnika do drużyny. Już nie kupuje się na pęczki, na zasadzie, że coś się z tego wybierze, albo że trener jest cudotwórcą i ze złomu stworzy najlepszy model. No i zaczyna się szkolić własny narybek i wyciągać zdolnych z własnych okolic, a niekonieczne z okolic np. Belgradu. To wymusza nowe zachowania także w Legii. Napisałem wiele ciepłych słów o prezesie, bo mu się należy, ale musi on dostrzegać, że niedostrzegalnie, ale rośnie nam konkurencja. Rodzi to tak potrzebną rywalizację, ale tak jak na wolnym rynku bywa, trzeba ostro zakasać rękawy, by jej nie tylko sprostać, ale by z konkurentami wygrać.

