A+ A A-

Boiskowi hackerzy – o faulach taktycznych raz jeszcze.

Stoisz sam, mocno i stabilnie, obie stopy na parkiecie. W dłoniach pewnym chwytem trzymasz piłkę. Nikt cię nie atakuje. Nie może. Pomiędzy tobą, a obręczą znajdują się tylko cztery metry wolnej przestrzeni, w którą absolutnie nikomu nie wolno się wpakować. Nikt także przesadnie cię nie popędza. Masz czas na głębszy oddech i koncentrację.

Ba, możesz nawet – wzorem niegdysiejszych legend – pogadać z mamą, albo sprawdzić, czy aby na pewno gładko się ogoliłeś. Na koniec rzecz w całej hecy najistotniejsza: nie jesteś jakimś przypadkowym kolesiem, któremu z niejasnych przyczyn ktoś pierwszy raz w życiu wcisnął w ręce ten dziwny pomarańczowy przedmiot. Nie. Jesteś profesjonalnym koszykarzem. Grasz w lidze nie bezpodstawnie uważanej za najlepszą na świecie. Miliony ludzi oglądają twoje popisy. Miliony dolarów, zgodnie z zawodowym kontraktem, regularnie wpływają na twoje konto.

Czyli co, w ciemno można zakładać, że trafisz?

Nooo... niekoniecznie. Nie, jeśli nazywasz się Jordan (ale nie Michael, a DeAndre). Nie, jeśli nazywasz się Drummond. Nie, jeśli nazywasz się Howard.

Na wypadek gdybyś, Drogi Czytelniku, niespecjalnie orientował się w realiach (zaoceanicznej) koszykówki, spieszę z wyjaśnieniem: w/w tercet to nie są jakieś ogórasy. Żaden z tych graczy nie trafił na parkiety NBA przypadkowo. Wręcz przeciwnie, każdy dysponuje szerokim wachlarzem zalet, które czynią go – co najmniej – szeroko rozpoznawaną postacią ligi. Tyle tylko, że wykonywanie rzutów wolnych do tego wachlarza nie należy. Z całej trójki w bieżącym sezonie tylko Dwight Howard częściej z linii trzynastu stóp trafia, niż nie. Na sto statystycznych prób pięćdziesięciopięciokrotnie umieszcza piłkę w obręczy. To, rzecz jasna, odsetek bardzo mizerny, acz i tak znacznie lepszy – czy raczej: znacznie mniej koszmarny – niż w przypadku DeAndre Jordana (42,5%), o Andre Drummondzie (34,6%*) nie wspominając.

Ze względu na swą żenującą skuteczność rzutów za jeden cała trójka (i nie tylko ona, świat kiepskich wykonawców wolnych ani się na niej nie zaczyna, ani nie kończy) stała się w ostatnim czasie obiektem zmasowanych ataków hackerstwa. Przy czym wcale nie chodzi o to, że uzdolnieni informatycznie kibice, sfrustrowani brakiem skuteczności gwiazd w tak prostym elemencie gry, postanowili włamać się im na konta i własnoręcznie dokonać zwrotu za bilety. Rzecz w popularnej na amerykańskich – i nie tylko – parkietach taktyce pod hasłem ‘hack-a’. Hack-a-Jordan, hack-a-Howard, hack-a-Drummond, hack-a-ktokolwiek, kto raczej na pewno nie wykorzysta obu wolnych, a i z jednym może mieć pokaźne kłopoty.

Sama nazwa wzięła się bodajże od Shaquille’a O’Neala. Wielki – i dosłownie, i w przenośni – center Magic, Lakers i kilku innych ekip też miewał przecież spore problemy z celnością z tych cholernych trzynastu stóp. A boiskowi rywale potrafili to bezlitośnie wykorzystać, ustawiając Shaqa na linii wolnych i z sardonicznym uśmiechem obserwując jego nieudolne próby rzutowe. Ale, ale! – zauważy bystry Czytelnik. Przecież O’Neal od dawna na emeryturze? Ależ jasne. A sam pomysł na faulowanie graczy nie umiejących wykonywać wolnych jest jeszcze starszy. Pewnie nawet tak stary, jak same wolne. Dość wspomnieć, że nawet legendarny Wilt Chamberlain trafiał z nich raczej rzadko, nawet mimo okresowego stosowania techniki „spod kiecy”.

Tyle tylko, że do niedawna całe to hackowanie stanowiło tylko jakiś tam koloryt, nie zaś poważnie traktowaną zagrywkę taktyczną. Jakiś czas temu jednak cała liga zrobiła się piekielnie wyrównana. Spójrzmy na obecny sezon: odetnijmy kosmicznych Warriors, bardzo silnych Spurs oraz – tak dla kontrastu – beznadziejnych Lakers i (zwyczajowo) koszmarnych 76ers. Co nam zostanie? Dwadzieścia sześć ekip, z których zupełnie serio każda może wygrać z każdą, a w bezpośrednich meczach nierzadko o wyniku decydują detale. Ot, np. takie, jak przestrzelony wolny. Albo kilka wolnych. I tu chyba należy upatrywać powodu, dla którego hackowanie urosło do rangi pełnoprawnego sposobu na wygrywanie spotkań. W całym poprzednim sezonie zastosowano ów sposób 277 (słownie: dwieście siedemdziesiąt siedem) razy. Dużo? To co powiecie o obecnych rozgrywkach? Te jeszcze młode, dopiero za półtora tygodnia Weekend Gwiazd, wciąż mnóstwo grania przed nami, a tymczasem hacków odnotowano już dwieście sześćdziesiąt. Specjaliści szacują, że cztery setki pękną spokojnym leszczem. Może nawet pięć, o ile rywalizacja w play-offach okaże się naprawdę zacięta.

Problem? Przede wszystkim ekonomiczno-estetyczny. Za oglądanie NBA – czy to bezpośrednio z trybun, czy też w transmisji – ludzie płacą ciężkie pieniądze. W zamian oczekują płynnej gry, efektownych wsadów, bajecznych podań, piorunujących bloków i całej reszty atrakcji, do których liga ich przez lata przyzwyczaiła. Tymczasem coraz częściej dostają niekończący się festiwal taktycznych fauli i strzeleckiej impotencji. A to, jak łatwo zrozumieć, zachęca ich do ponownego rozważenia sensu zakupu biletów, czy odnowienia subskrypcji.

Zostawmy jednak estetykę i ekonomię, czarna-eLka nie jest – nie, nie zapomniałem – portalem poświęconym NBA, władze tej ligi na pewno poradzą sobie bez naszego wsparcia. Skupmy się raczej na aspekcie etycznym. Z technicznego punktu widzenia problem wydaje się dziecinnie łatwy do usunięcia. Wystarczyłoby przecież – wzorem choćby futbolu (ale tego naszego, nie amerykańskiego) – zwolnić faulowanego gracza z obowiązku wykonywania rzutów wolnych. Wyobraźmy sobie teraz, że zamiast „wyhaczonego” DeAndre Jordana na linii staje jego partner z drużyny, Jamal Crawford (92,5% wykorzystanych wolnych w bieżącym sezonie). Albo może – tak, jak np. w rugby – pozwolić poszkodowanej drużynie na wybór sposobu rozegrania sytuacji po faulu? Albo rzuty wolne, albo piłka z boku i zresetowany zegar akcji. Brak jakichkolwiek nagród za odgadnięcie jak szybko hakerstwo odeszłoby do lamusa.

O dziwo jednak mało kto – przynajmniej na razie – jest w ogóle zainteresowany poszukiwaniem tego typu rozwiązań. I wcale nie przez jakieś nadmierne przywiązanie do tradycji. NBA słynie raczej jako prekursorka, twórczyni nowych trendów w światowej koszykówce, nie zaś miejsce kultu legislacyjnej konserwy. Chodzi o to, że wielu graczom i trenerom hackowanie jak najbardziej pasuje. Och, jasne. Żaden z nich nie przyzna otwarcie, że mu się podoba taktyczne faulowanie przeciwnika. Niemniej, bardzo niewielu chciałoby z niego zrezygnować. Argumentują to w bardzo prosty sposób: istotną częścią każdego sportu – a więc także koszykówki – jest wykorzystywanie słabości rywala. Gdy przeciwnik nie radzi sobie z penetracją, celowo wpuszczamy go pod kosz. Gdy słabo rzuca z dystansu, odwrotnie: wypychamy go poza łuk. Kiedy zaś nie umie rzucać wolnych – faulujemy. I w trąbie mamy, że dzięki temu koszykówka jest w zasadzie jedyną dyscypliną (czyżby? o tym jeszcze za chwilę), w której rozmyślne faulowanie może się wyraźnie opłacać. Ot i cała filozofia. Jak to ujął jeden z gwiazdorów NBA (czołowa dziesiątka ligi jeśli chodzi o rzuty za jeden): „nie chcesz być hackowany? Pracuj nad pieprzonymi wolnymi!”.

Tak mi się to całe ‘hack-a’ skojarzyło z zapodanym niedawno przez Iocosusa wywiadem Jacka Kurowskiego z Arturem Siódmiakiem. OK., z pozoru różnice są aż nadto widoczne. Były reprezentant Polski w piłce ręcznej przechwalał się przecież po gówniarsku umyślnie wyrządzoną rywalowi krzywdą. W baskecie o niczym takim nie ma mowy. Faule w koszykówce – zwłaszcza te taktyczne – zazwyczaj bywają nad wyraz delikatne. Aby sędziowie odgwizdali przewinienie, wystarczy przecież położyć dłoń na ramieniu rywala, albo np. czule go objąć (tutaj Tim Duncan i parokrotnie już wspominany DeAndre Jordan w kordialnym uścisku. Tak, tak właśnie może wyglądać boiskowe hackerstwo). Gdy jednak spojrzeć uważniej, obraz ewidentnie traci ostrość. Gdzie postawić granicę? Gdzie narysować grubą, widoczną gołym okiem kreskę? Co jest jeszcze OK., co wciąż można uznać za akceptowalną próbę osiągnięcia korzystnego rezultatu; co zaś należałoby zdecydowanie potępić, napiętnować, wyrzucić poza nawias?

Przejdźmy może na koniec do futbolu (tak, wiem, długo na to czekaliście). O tym, że nasza – mimo wszystko – ukochana dyscyplina wolna jest od celowych fauli, brutalności, czy okazjonalnych erupcji chamstwa, nie ma nawet sensu dyskutować. Koń jaki jest, każdy widzi. Ale, ale! Co jak co, „u nas” to się nie opłaca. Tak by się przynajmniej zdawało. No bo wiadomo: stałe fragmenty gry wykonuje zawodnik dowolnie wybrany przez poszkodowany zespół, toteż każdy rzut wolny w promieniu trzydziestu metrów od bramki (o rzutach karnych nie wspominając) stanowi bardzo poważne zagrożenie. Ergo o żadnym tam ‘hack-a-Rymaniak’ nie może być mowy. Co więcej, mamy przecież kartki (czerwone za faul na zawodniku na czystej pozycji oraz brutalne zagrania), mamy wielomiesięczne dyskwalifikacje za przejawy boiskowego bandytyzmu...

I wszystko pięknie. Tyle tylko, że taki np. Roy Keane, w czasach piłkarskiej kariery okaz chamstwa i tchórzostwa, wciąż jeszcze – choć od momentu, gdy przestał plugawić sobą futbol minęło już ładnych parę lat – paraduje w aurze twardziela. Tak, dokładnie. Nie tchórza, nie zbira, nie kolesia, który za celowe połamanie przeciwnika powinien mieć dożywotni zakaz jakiegokolwiek kontaktu z futbolem, a twardziela. Co zaś się tyczy opłacalności: przypomnijcie sobie Luisa Suareza. Ale nie sprawdzającego, czy kolejni rywale nadają się na obiad. Przywołajcie przed oczy obraz Luisita wybijającego ręką piłkę sprzed bramki w ostatnich sekundach dogrywki ćwierćfinałowego meczu z Ghaną podczas MŚ’10. Suarez jak najbardziej świadomie złamał przepisy. I poniósł za to karę. Dostał czerwoną kartkę. Ukarany został również Urugwaj. Sędzia podyktował rzut karny. Tylko co z tego, skoro Asamoah Gyan go nie wykorzystał i do półfinału awansowali ostatecznie Urusi?

Co mnie w tym wszystkim dziwi? Ano to, że takiemu Keanowi, postaci budzącej we mnie niekłamaną odrazę i pogardę, pamięta się nie nogę Alfa Ingego Haalanda, a kapitańską opaskę w Man Utd (tak jakby uprawniała ona do łamania czyichkolwiek kości). Tymczasem Suarez, który nikomu (akurat wtedy) fizycznej krzywdy nie zrobił, dorobił się łatki oszusta. Oszusta. Dobre sobie. Przecież w takim razie oszustem jest każdy szachista. Gambit. Poświęcasz figurę, wygrywasz grę.

A Wy? Gdzie narysowalibyście swą cienką czerwoną linię? Wszystkie chwyty dozwolone (gdy sędzia nie widzi)? ‘Hack-a-Jordan’ OK., ale już „łokieć Siódmiaka” niekoniecznie? A może w ogóle uznajecie, że sport nie wojna, ani miłość i z definicji powinien być czysty?

* wszystkie statystyki aktualne na 3go lutego 2016, 0:11 czasu środkowoeuropejskiego)

Dyskusja (17)
1środa, 03, luty 2016 14:11
iocosus
Albiceleste ze mną o koszu nie pogadasz, ponoć Michał Kopczyński zarywa noce dla NBA, gdyby po treningach na maltańskim obozie zaglądał na c-L to może zamiast relaksacyjnej drzemki skusiłby się na wymianę koszykarskich hackowych poglądów?

Natomiast odnośnie kluczowego pytania:

„Gdzie narysowalibyście swą cienką czerwoną linię? Wszystkie chwyty dozwolone (gdy sędzia nie widzi)? ‘Hack-a-Jordan’ OK., ale już „łokieć Siódmiaka” niekoniecznie? A może w ogóle uznajecie, że sport nie wojna, ani miłość i z definicji powinien być czysty?”

to, gdy przykładowy i przywołany Artur Siódmiak w trakcie gry smaruje z premedytacją włosy rywala klejem żeby go zdeprymować, to mnie to ani ziębi, ani wzrusza. Gdy „podpuszczają” z Dzidziusiem atakującego przeciwnika a następnie biorą go w „kleszcze” uniemożliwiając oddanie rzutu na bramkę, to według mnie to szczypiornicza proza życia! Natomiast gdyby celem tej „kanapki” oprócz uniemożliwienia rzutu, było jeszcze takie sponiewieranie klienta, żeby ten chodzić przez jakiś czas nie mógł, nie mówiąc o dograniu meczu do końca, to wówczas coś we mnie się burzy i takim praktykom przypisuję „hipokryzję” a jeżeli trudno premedytację oddzielić od przypadkowości i zwyczajnej sportowej zawziętości, nieustępliwości, jeżeli są problemy z rozdzieleniem tego co jest brutalne i chamskie od twardej, charakternej gry i postawy, a efektem tego są kontuzje to mam jasny i oczywisty postulat zabezpieczmy przynajmniej szczypiornistów w podobny sposób jak amerykańskich futbolistów. Niech się wówczas w ferworze walki „łokciują”. Asortyment ochronny przywołałem w „MEM-oriach styczniowych”.

Gdy celem gry w grach kontaktowych jest wieksza ilość zdobytych punktów, koszy, bramek, goli i gdy ktoś wykorzystuje dopuszczalność fizycznego kontaktu do tego żeby rywala wyeliminować z gry i dzięki temu zdobyć przewagę, to wówczas jest to dla mnie niedopuszczalne. Nazywam to hipokryzją, bo do piłki nożnej, ręcznej adaptuje się wtedy zasady MMA.

Lubię MMA ale niech to pozostaną oddzielne dyscypliny, z oddzielnymi regułami.

Co do Suareza, według mnie odium jednak ciąży na nim za wcielanie się w gryzonia, a nie że piłka ręczna z piłką nożną w jednym momencie mu się pomyliły. Oszustem ewidentnym w tym kontekscie był Henry w wiadomej sytuacji, a Suarez zastosował „gambit”. Poniósł konsekwencje, były i karny i czerwona kartka. W 1978 roku Mario Kempes wybił ręką z bramki piłkę w meczu z nami. Był karny (pamiętny Deyny), ale żadnej indywidualnej kary nie otrzymał, Argentyna kończyła mecz w jedenastu, a Kempes został bohaterem Argentyny i krolem strzelców całego turnieju. W takim zestawieniu jednak sytuacja z 2010 roku wydaje się sprawiedliwiej potraktowana niż ta z 1978.

Przy tym ręka, „boga” czy jakakolwiek inna to jest dla mnie i tak inny wymiar gdy ktoś z premedytacją kosi przeciwnika, lub w jakikolwiek fizyczny sposób świadomie pozbawia możliwości dalszej gry, powoduje kontuzje, uszczerbek na zdrowiu. Takich "eliminatorów" należy bezwzględnie eliminować. Jak ktoś się w czymś takim realizuje niech idzie do MMA, wówczas nie będzie hipokrytą.
2środa, 03, luty 2016 17:27
Senator
Rozmawiałem z kolegą byłym koszykarzem i wielkim kibicem koszykówki. Faule taktyczne uważa za zło niezależnie czy faulowany jest umiejący rzucać czy nie.
Nazywa to cwaniactwem niegodnym tej wspaniałej gry.
Tyle on ja jednak przypomnę końcówki meczów w których drużyna fauluje sekundy po wznowieniu gry. Ileż to meczów zostało wygranych dzięki zastosowaniu tego prostego zabiegu. Myślę też że NBA mocno monitoruje słupki oglądalności itp, wszak pieniądz to podstawa dla nich i jeśli tylko zauważą spadek zainteresowania wynikający z tego faktu szybko zareagują. O piłce późnej
3środa, 03, luty 2016 20:36
Zbyszek
Tak się głośno zastanawiam ,czy chcemy żyć w takim przeświadczeniu,że jest coś na tym zaśmieconym świecie co jest krystalicznie czyste,takie bielusieńkie i wzniosłe i że tym czymś jest sport.Jego wartości wymyślone przez barona de Coubertina i skorelowane z regułami honorowymi fair play chcemy traktować jak Dekalog z całym jego mistycznym przesłaniem.Odziedziczyliśmy cały ten majestatyczny korowód utopii z całym jego zakłamaniem. Przecież nikt mówiąc o życiu społecznym nie powie,że Dekalog zaświadcza o tym,że ludzie żyją bez grzechu. Jest wręcz odwrotnie. On właśnie zaświadcza,że ludzie błądzą i że on jest po to, aby być przewodnikiem i wskazaniem.Pewno można ubolewać nad tym,że zatracono Kodeksy Honorowe i dziś zastępują je sądy. Tyle ,że sądy są dla każdego a Kodeksy Honorowe były wyłącznie dla ludzi ich godnych z racji urodzenia.
Tak też upowszechnienie np sportu powoduje,że miejsce w nim znajdują wszyscy i tak jak w życiu są ci uczciwi niejako z natury i ci nieuczciwi też. Pamiętać przy tym koniecznie należy,iż wedle zasad barona de Coubertina te reguły miały zastosowanie, gdyż w sporcie naczelną zasadą miało być samo uczestnictwo i że udział w nim mogły brać wyłącznie osoby mające inne zajęcia i traktujące sport jako zabawę,żeby nie rzec jako hobby. Jednak przestały te myśli o sporcie natychmiast obowiązywać kiedy zaczęto walczyć o wygraną. Od razu pojawiła się kolizja i fundamentalna sprzeczność pomiędzy szlachetnymi i bezużytecznymi zasadami a realiami walki sportowej. I natychmiast, a nawet jeszcze wcześniej pojawili się sędziowie , którzy mieli tych praw sportowej walki przestrzegać.I do dziś ta dychotomia pomiędzy ideałami a prozą życia przetrwała. Ja twierdzę,że jak nie ma ludzi bezgrzesznych / sam tu świecę przykładem Smile/ tak i w sporcie ci sami ludzie raz przestrzegają idei a innym razem nie. Obejrzenie jakiejkolwiek sportowej rozgrywki pozwala na stwierdzenie,że znacznie więcej jest w sporcie czystych zachować niż tych niewłaściwych. I że te ostatnie są marginalne,ale też,że w jakiś sposób przynależą i są częścią sportowego widowiska.Dlatego ja bym,aż tak stanowczy w ich potępianiu nie był.I każdemu powołującemu się na byłych lub aktualnych sportowców chętnie potępiających tych wstrętnych faularzy zadałbym pytanie ; czy ich rozmówcy na pewno sami nie mieli takiej przypadłości. Bo tylko ten miałby prawo rzucać kamieniem i oskarżać kto sam byłby bez grzechu.A bez grzechu jest tylko ten kto sportu na poziomie wynikowym nigdy nie uprawiał. Mamy więc znowu do czynienia z takim dziwacznym paradoksem,że ludzie ,którzy spotu nie uprawiali na poziomie wyczynowym wyobrażają go sobie jako możliwy bez nagannych zachowań. Natomiast sportowcy byli lub obecni wiedzą,że jest to niemożliwe i byłoby zgoła czymś nienaturalnym ,aby ich w sporcie nie było.
I to nie chodzi przecież li tylko o sporty walki w których dochodzi do bezpośredniego kontaktu fizycznego pomiędzy zawodnikami,ale też o działania zielonostolikowe związane z ustalaniem zasad rywalizacji, doborem uczestników a nawet zmienianiem ich w trakcie trwania zawodów jak to np. miało miejsce podczas MŚ w siatkówce w ubiegłym roku w Polsce.Jakoś głosów oburzenia nie było słychać.I znowu mamy tu do czynienia ze swego rodzaju relatywizmem, kto się czego dopuszcza; jeżeli ja to łatwo znajduję dla siebie usprawiedliwienie , a jeżeli on to jest bezapelacyjnie winny.
Do tego te reguły właściwego postępowania są różne dla różnego rodzaju sportu i niestety są one już tak stare,że nikt nie pamięta skąd ich rodowód, a co najgorsze często zupełnie nie przystają do aktualności. Koszykówkę oglądam i nadziwić się nie mogę,że sędziowie wręcz "polują"z lupą przy oku i wypatruję czy aby ktoś się o kogoś nie otarł po to ,aby uzasadnić swoją obecność i odgwizdać faul.Niestety często podobnie mamy i w piłce ręcznej. Dlatego z wielką przyjemnością , nie ukrywam także etyczną oglądam rugby i każdemu radzę,aby zasady w innych sportach kontaktowych odnosił do tej najstarszej w nowoczesności dziedzinie sportu. Wtedy być może te dotknięcia będą mniej razić Smile.
Być może mi łatwiej żarciki sobie uskuteczniać, gdyż przepisów gry w kosza czy piłkę ręczną nie znam i za bardzo nie chcę ich poznać,ale te w piłkę kopaną trochę poznałem i pozwolę sobie o nich kilka słów skreślić. Przepisy gry w piłkę nożna obrosły w interpretacje i w zasadzie nie mogą być stosowane przez zwykłego człowieka, ponieważ pojąć je można, albo co najmniej po litrze na głowę,albo co łatwiejsze po całożyciowym szkoleniu.
Bowiem o faulach taktycznych "precyzyjnie i równie konkretnie" tak się stanowi w dziale "Niesportowe zachowanie karane napomnieniem ":
" Występują różne okoliczności w których zawodnik musi być ukarany za niesportowe zachowanie np. jeżeli zawodnik :
- popełni przewinienie w taktycznym celu przeszkodzenia w prowadzeniu korzystnej akcji albo jej przerwania,
- trzyma zawodnika drużyny przeciwnej w celach taktycznych odciągając go od piłki lub przeszkadzając w dojściu do niej".
A-c10 wybacz,ale dyskusji na temat brutalności w piłce czy zdobycia bramki ręką nie ,że nie chcę prowadzić,ale jest to temat na inne opowiadanie i z faulami taktycznymi sensu sctricto nie mający wiele wspólnego.
Z powyższego wynika,że tak naprawdę sędzia decyduje czy określone boiskowe zachowanie wyczerpuje znamiona faulu taktycznego czy też nie i to na podstawie przewidywania, a nie skutku.Ileż to daje pola do domysłów i ocen typu, " A ja bym tego nie gwizdnął, a to tak". Jest pytanie : czy da się przepis tak napisać, aby był precyzyjny i zrozumiały dla niefachowca ? i czy jest to potrzebne?. Producenci odpowiedniego sprzętu zakrzykną,że oni go mają i jak się każe w piłce go zastosować to wszystko wszyscy będą wiedzieli, bo będą widzieli. Tych fantazji nie podzielam.
Mało tego uważam,że w piłce doszło do parodii i nadużywania tego przepisu również przez tzw. poszkodowanych piłkarzy. Ileż to razy widzimy jak zawodnik owszem zaczyna biec z piłką,ale wystarczy zwykłe dotknięcie, aby padał on na boisku i tarzał się po nim jak by go co najmniej walec zatrzymał.I takiego zachowania nie traktuje się jako niesportowego.Sędzia dokonuje oceny zdarzenia na podstawie samego zamiaru sprawcy. I tu powinien wkraczać trener, który takiego padakę powinien upomnieć. Ja pamiętam tylko jednego takiego Franza Smudę, który wyzywał takiego od różnych. Bo dla niego sport zwany piłką był dla mężczyzn / cokolwiek to znaczy/ , a nie dla byle jakich łajz i oferm.
A teraz resume i proszę,aby A-c10 nie wziął tego do siebie, gdyż tyczy on pismactwa sportowego szukającego w sporcie nie tego co piękne i łączącego ,ale tego co niedobre i nadającego temu ton dominujący. Jak kocham sport taki jaki jest, w jego całym spektrum.
Dlatego uważam,że lanie krokodylich łez nad stanem sportu trąci cokolwiek ckliwym moralizatorstwem i jest domeną tych, którzy przegrywają i szukają usprawiedliwienia dla swych porażek w naruszaniu reguł sportowej rywalizacji wyłącznie przez ich rywali. Oni muszą sobie odpowiedzieć na pytanie : czy nadają się do sportu jako miejsca rywalizacji czy może lepiej by dla nich i dla sporu było,aby z ciepłych pieluch nigdy nie wyszli.
4środa, 03, luty 2016 23:03
Senator
Miałem pisać o piłce a pan Zbyszek mnie ubiegł ponieważ wiele wspólnych przemyśleń jak widzę mamy w tym temacie .Fakt język pana Zbyszka zawiły ale dziwić się nie można wszak to profesor, a profesor to nie byle kto. Musi mieć łeb jak sklep i tytuł sam prezydent wręcza.
Więc krótko po chłopsku. W całym tym bałaganie chodzi o jedno - zwycięstwo ( pan Zbyszek to zauważył ) więc wiadomo nie wszystkie środki dozwolone ale taki faul taktyczny typu złapanie za koszulkę czy obrona strzału ręką nie rażą mnie. Sam pewnie bym to zrobił. Konsekwencje są jasne a i rywal ma jeszcze szanse. Zupełnie inną sprawą jest strzelenie bramki ręką. Tu widzę różnicę, fałszywy jestem?
W moim przekonaniu nie, to drugie to jawne oszustwo . Kiedy się uda rywal nie ma najmniejszych szans.
Reasumując oddzielnym tematem są faule taktyczne a innym ordynarne chamskie wycinki itp ( to też pan Zbyszek zauważył )
Odpowiadając wprost na pytanie które dla mnie dotyczy jedynie drugiego aspektu w zamiarze. Jeśli w walce ok jeśli celowo to
https://www.youtube.com/watch?v=rssZNBpYlkM
5czwartek, 04, luty 2016 01:31
a-c10
@ Iocosus:

ponoć Michał Kopczyński zarywa noce dla NBA, gdyby po treningach na maltańskim obozie zaglądał na c-L to może zamiast relaksacyjnej drzemki skusiłby się na wymianę koszykarskich hackowych poglądów?

ZapraszamySmile Ze swojej strony mogę nawet obiecać, że nie pisnę choćby słówka trenerowiWink

Lubię MMA ale niech to pozostaną oddzielne dyscypliny, z oddzielnymi regułami.

Poza kwestią sympatii do MMA, którego kompletnie nie trawię, w pełni się zgadzam.

Co do Suareza, według mnie odium jednak ciąży na nim za wcielanie się w gryzonia, a nie że piłka ręczna z piłką nożną w jednym momencie mu się pomyliły.

Teraz tak. Pamiętam jednak, że po tym meczu z Ghaną psy na nim wieszano dość powszechnie.

W 1978 roku Mario Kempes wybił ręką z bramki piłkę w meczu z nami. Był karny (pamiętny Deyny), ale żadnej indywidualnej kary nie otrzymał, (...) W takim zestawieniu jednak sytuacja z 2010 roku wydaje się sprawiedliwiej potraktowana niż ta z 1978.

Znów się zgadzam. W ogóle popieram takie modyfikacje przepisów, które sprawiają, że nad opłacalnością "gambitów" trzeba się mocno zastanowić.

Przy tym ręka, „boga” czy jakakolwiek inna to jest dla mnie i tak inny wymiar gdy ktoś z premedytacją kosi przeciwnika, lub w jakikolwiek fizyczny sposób świadomie pozbawia możliwości dalszej gry, powoduje kontuzje, uszczerbek na zdrowiu.

Trzeci raz "tak"Smile

@ Senator:

Ileż to meczów zostało wygranych dzięki zastosowaniu tego prostego zabiegu.

No właśnie. I wygląda na to, że przynajmniej w tym sezonie (NBA poważna organizacja i zmian w trakcie trwania rywalizacji nie wprowadza) będzie ich jeszcze więcej.

NBA mocno monitoruje słupki oglądalności itp, wszak pieniądz to podstawa dla nich i jeśli tylko zauważą spadek zainteresowania wynikający z tego faktu szybko zareagują.

Z jednej strony pełna zgoda. Z drugiej, NBA równie mocno dba o swoje największe dobro, czyli zawodników (zwłaszcza) i trenerów i liczy się z ich zdaniem...

Zupełnie inną sprawą jest strzelenie bramki ręką. Tu widzę różnicę, fałszywy jestem?

Tam od razu fałszywy. Moim zdaniem szkopuł tkwi w potencjalnych konsekwencjach. Jeśli zatrzymasz ręką piłkę zmierzającą do bramki, w najlepszym - z cynicznego punktu widzenia - wypadku sędzia nie zauważy i wynik się nie zmieni. W najgorszym - ale zarazem najbardziej prawdopodobnym - wypadku sędzia jednak zauważy. Zobaczysz czerwień, co przecież oznacza, że do końca spotkania twój zespół będzie musiał grać w osłabieniu, a ty sam nie załapiesz się do składu na (w zależności od regulaminu) co najmniej jedno następne spotkanie. Co więcej, oprócz wyrzucenia cię z boiska, sędzia podyktuje także rzut karny, a ten w przeważającej większości przypadków oznacza bramkę. Wtedy cały ten gambit pójdzie psu pod ogon. Summa summarum ryzyko jest naprawdę pokaźne.

Jeśli natomiast strzelisz bramkę ręką, w najlepszym wypadku sędzia się nie zorientuje i bramkę uzna. Biorąc pod uwagę niskowynikowość futbolu, śmiało można zakładać, że właśnie dałeś swej drużynie zwycięstwo, a przynajmniej remis. W najgorszym wypadku sędzia jednak się zorientuje, pokaże ci żółtą kartkę (dla ofensywnego zawodnika zazwyczaj żadna strata), a wynik się nie zmieni.
6czwartek, 04, luty 2016 02:10
a-c10
@ Zbyszek:

ludzie ,którzy spotu nie uprawiali na poziomie wyczynowym wyobrażają go sobie jako możliwy bez nagannych zachowań. Natomiast sportowcy byli lub obecni wiedzą,że jest to niemożliwe i byłoby zgoła czymś nienaturalnym ,aby ich w sporcie nie było.

No dobrze. A co ze sportowcami (byłymi, bądź obecnymi), którzy uparcie się od wszelkich zachowań nagannych odżegnują? Ze szczętem łgarze i hipokryci?

Koszykówkę oglądam i nadziwić się nie mogę,że sędziowie wręcz "polują"z lupą przy oku i wypatruję czy aby ktoś się o kogoś nie otarł po to ,aby uzasadnić swoją obecność i odgwizdać faul.

To nie do końca tak. Jak sam przecież doskonale wiesz, każdy przepis, także sportowy, ma - a przynajmniej powinien mieć - swoje ratio legis. Zdecydowana większość modyfikacji zasad gry w koszykówkę ma na celu ochronę i wspieranie największej zalety tej gry, czyli jej płynności. Po to właśnie dawno temu wprowadzono zegar akcji; po to nakazano opuścić własną połowę w określonym, krótkim czasie i nie po co innego władze basketu (czy to spod znaku FIBA, czy NBA) usilnie starają się utrzymać go sportem bezkontaktowym (a że sędziowie czasem gwiazdorzą? A pewnie. W końcu też ludzie).

W rugby (rozumiem że mówimy o union, w league i siódemkach kontaktu jest przecież znacznie mniej) jest dokładnie odwrotnie. Nie bez kozery za jeden z najbardziej porywających elementów rozgrywki z jajem uznawany jest młyn. Stają na przeciw siebie łącznie dwie tony z hakiem człowieczyny z kością. Trzeszczą stawy, jęczą wyginane gnaty, drżą ponapinane mięśnie, na skroniach skrzy się pot, a kibicom ciary łażą po plecach. Owszem, są w rugby inne kapitalne momenty: granie piłką, oskrzydlające akcje rodem z południowej półkuli, zwody, side-stepy, no, cała masa atrakcji. Ale wyjmij zeń młyn i co zostanie? Bieganina w te i wewte na podobieństwo league, którego osobiście nie cierpię.

Przy czym zobacz: nawet tutaj potrzebne są zasady, które uniemożliwią zamianę twardej, męskiej walki w krwawą jatkę. I tak, jak w koszykówce sędziowie zwracają uwagę na najmniejsze kontakty, tak w rugby, na ten przykład, najdrobniejsze odchylenie młyna od równoległości względem murawy też jest penalizowane. Osobiście nie mam absolutnie nic naprzeciw.

czy da się przepis tak napisać, aby był precyzyjny i zrozumiały dla niefachowca ? i czy jest to potrzebne?

Ideału nie będzie nigdy, niemniej dążenie w tym kierunku uważam za potrzebne i wskazane. Przy czym problemy dostrzegam dwa. Pierwszy to niefachowcy, którym bardzo by się uśmiechało uchodzić za fachowców. Wszystkie te eksperciny z bożej łaski, co to gwizdka w zębach nie miały nawet podczas wiekopomnego starcia derbowego Mickiewicza 15 contra Słowackiego 10. Niemniej w żaden sposób nie przeszkadza im to oceniać sędziów z pełną surowością i nieznoszącą sprzeciwu wszechwiedzą. Drugi - i chyba jednak ważniejszy - to fachowcy z FIFA'ów, UEFA'ów i reszty, którym się zdaje, że przepis tym lepszy będzie, im częściej go zmieniać i bardziej pogmatwać.

zawodnik owszem zaczyna biec z piłką,ale wystarczy zwykłe dotknięcie, aby padał on na boisku i tarzał się po nim jak by go co najmniej walec zatrzymał.I takiego zachowania nie traktuje się jako niesportowego

Myślę że tutaj to deczko przesadzasz. Owszem, traktuje się. Boiskowa padaczka bezprzyczynowa coraz częściej piętnowana jest tak pośród kibiców, jak i w telewizyjnych studiach. Mało tego, sami sędziowie potrafią się mocno na danego delikwenta uczulić i nie gwizdać fauli na nim nawet wtedy, gdy faktycznie się one zdarzają. Nie żeby mi było żal.

Na koniec w kwestii resume: nie biorę go do siebie. Wręcz przeciwnie, często sam się oskarżam, że patrzę na sport nazbyt cynicznie. Że zbyt wiele chwiejnych moralnie zachowań uznaję za możliwe do przyjęcia w imię dążenia do zwycięstwa. Ale skoro nie, to żadnych krokodylich łez rozlewać nie zamierzamSmile
7czwartek, 04, luty 2016 22:47
Zbyszek
@Senator.
Ja w ciągu swego żywota widziałem tylko jedną bramkę zdobytą ręką / i uznaną/ przez Maradonę w pamiętnych MŚ w 1986 roku.I pokazała to dopiero telewizja bodaj ze dwie godziny po meczu, Na żywca nikt nie był w stanie, łącznie z sędzią tego dostrzec.I nie było to szerzej komentowane , gdyż wszyscy /prawie/ uznali to za koloryt widowiska piłkarskiego.
Natomiast reszta do są jakieś bzdury pismactwa szukającego dziury w całym. Czym innym jest strzelenie bramki ręką a czym innym odbicie się piłki od reki i jej wpadnięcie do bramki.I znowu przepis , który brzmi :
"Zagranie piłki ręką ma miejsce w sytuacji gdy zawodnik rozmyślnie dotyka piłki ręką lub ramieniem.
Przy ocenie zagrania piłki ręką sędzia musi wziąć pod uwagę:
- czy ma miejsce ruch ręki do piłki (a nie piłki do reki),
-odległość przeciwnika od piłki ( nieoczekiwana piłka),
-ułożenie rąk, które samo w sobie niekoniecznie stanowi o przewinieniu,".
Ja lubię rozmawiać jak dżentelmen o faktach prawdziwych,a nie o tych medialnych. One żyją własnym życiem. Tylko,że to życie oparte jest na fałszu.
Mnie więc bardziej interesuje decyzja sędziego, a nie byle gapia, który opowiada bajki dla niegrzecznych dzieci.Ja też byłem dzieckiem i to raczej tym grzecznym, więc do bajek ma stosunek rzekłbym nienachalny. Pozdrawiam.



-
8piątek, 05, luty 2016 00:05
Senator
@Zbyszek
No nie tych bramek było trochę więcej. Choćby Furtok ale to pryszcz. Henry perfidnie ręką wyeliminował Irlandię i jestem na 100% pewny że kto jak kto ale pan profesor Zbyszek je widział.
Tak jak pisałem celowe zatrzymanie piłki ręką zmierzającej do bramki uznaję jako faul taktyczny który spokojnie akceptuje. Celowe zagranie ręką po którym piłka trafia do siatki jest dla mnie nieakceptowalne i tyle. Najważniejsze słowo w tej wypowiedzi to celowe

No dobra Smile francuz nie bezpośrednio
9piątek, 05, luty 2016 02:20
iocosus
https://www.youtube.com/watch?v=W4DBytWoW70
https://www.youtube.com/watch?v=jxw1-Id91lQ
https://www.youtube.com/watch?v=dt5CMz0WyxY
10piątek, 05, luty 2016 20:16
Zbyszek
@Senator.
Teraz toś mnie rozeźlił nie na żarty.Smile,
Widzisz ja tych tam rzekomych lub prawdziwych przewalanek nie traktuję zbyt poważnie. Traktuję je jako immanentnie związane z zabawą zwaną sportem, a także z powiedzeniem,że nic co ludzkie nie jest mi obce.Oczywiście wdjabla mnie to i owo, ale na ogół nie boiskowe wydarzenia tylko ich rozgrywanie przez różnych pacykarzy już po meczu .Wybacz,ale też powtarzasz te Irlandzkie bzdury o ich perfidnym wyeliminowaniu. Gdyby to był boks to by ich sędzia po 5 minutach wygnał z boiska ogłaszając t.k.o za unikanie walki i druzgocącą przewagę rywali.Do samej istoty, ano Francuzi mówią,że wszystko było w porządku ,a Irlandczycy,że nie .Sędzia uznał bramkę.Dlaczego akurat wierzy się Irlandczykom?.Że dobrze jest dolać mocnemu. Wolałbym,żeby na boisku,a nie poza nim. Ale po co sięgać tak daleko.? Toż to po każdym wygranym meczu przez Legią kibice jej przegranych rywali dopatruję się pomocy sędziów .Też mamy uznawać,że mają rację?. Jak przyznajemy rację każdemu, który płacze,że przegrał ,bo chciał wygrać z faworytem, to każdemu.
Tylko,że z tego nic nie wynika. Wyniku na szczęście nie zmienimy.Chyba,że wprowadzimy głosowanie , albo lepiej referendum.Smile.Oczywiście rozbawił mnie A-c10 ,który powołał się na jakiś rzekomych sportowców, którzy nigdy, przenigdy, niczego złego . Tylko zapomniał zapytać czy mieli taką okazję,żeby tego no trochę podokazywać i poswawolić.Ja też nigdy bramki ręką nie strzeliłem. Z żalem przyznaję,że takiej okazji nie miałem Smile.
Nie dajmy się zwariować i widźmy to wszystko w ramach pewnej gry,albo lepiej wątpliwej jakości rozrywki dla gawiedzi.Mecz jak widać nie kończy się wraz z gwizdkiem sędziego.On trwa, aż jak to mówią starzy górale, do usranej śmierci.
I jest to kwestia rozumienia znaczenia słów. Jak w starym dowcipie. Mamusia wysyła 3 córeczki na wakacje i je napomina :"No i najważniejsze. Bawcie się jak damy". Dzieweczki piszą do mamy list :"No i najważniejsze mamo. Bawimy się jak damy".

A jak już mamy okazję trochę pouprawiać pogaduch to pomimo niechęci poczułem taki mus odniesienia się do zawiłości rzekomej mego pisania.Ja ze wstydem się przyznaję,że staram się nieudolnie używać w piśmie polskiego języka literackiego.A mistrzem mi był co też ledwie przechodzi mi przez pióro Tadeusz Żeleński "Boy", przez którego tłumaczonymi dziełami francuskiej literatury zaczytywałem się za wczesnej młodości bez umiaru i w zachwycie. O jego tłumaczeniach można powiedzieć,że są jak kobieta :" Im piękniejsza tym mniej wierna, im brzydsza tym bardziej wierna". Trochę do tego dodał Henryk Sienkiewicz no i Haszek i mieszanka gotowa.O poetach wspominał nie będę . bo ich zbyt wielu. Taka to ta moja profesura.
A dlaczego nie tą gwarą pismaczą ,zapytasz. Bo mnie mierzi . Pamiętam wielkie pióra dziennikarskie i to przez nich nie poszedłem na studia dziennikarskie tylko na prawo, bo bałem się,że im nie dorównam. Janusz Atlas miał podobnie, ale po prawie poszedł na studia podyplomowe dziennikarstwa. Ja z biednej rodziny musiałem zarabiać na chleb, a nie byczyć się za nieswoje na kolejnych studiach.Dziś pewno bym wybrał tamtą drogę i pewno wśród dzisiejszych miernot jako ten rak w stawie bez ryb bym gwiazdorzył Smile.A dlaczego akurat tak, zapytasz?. Bo dla mnie i mam coraz wątlejszą nadzieję dla innych,że nie tylko sport to część kultury. Nie siląc się na zdefiniowanie co to takiego ta kultura , bo tych definicji jest ponad 100, można dowieść,że każdy intuicyjnie wie co to kultura.Dodam,że wielkie umysły tego świata intuicję traktują jako dowód naukowy w różnych dziedzinach.W każdym razie potrafimy odróżnić co do kultury nie należy. A już na pewno wiemy,że zwierzęta sportów nie uprawiają. Tak więc ta kultura i w jej ramach ten sport to wytwór człowieczy jest. Wypada przynajmniej dopatrywać się w nim tych ludzkich czyli humanistycznych wartości. Tego co jest pewną ideą nie tyle przewodnią, ile porządkującą czyli nadającą temu co czynimy autentyczny sens.Lecz przecież to też tylko my ludzie przydajemy określonym zachowaniom walor zgodności z prostą ich oceną i odczuwaniem jako dobre lub jako złe. Nie w tej manichejskiej odmianie albo dobro, albo zło , bo wszyscy jesteśmy grzeszni,ale w tej Leibnizowskiej,że suma dobra jest większa od sumy zła i w tej wywodzącej się od Św. Augustyna :" Kochaj i rób co chcesz". Nie oznacza to przyzwolenia na czynienie zła,ale wyraża tylko tę smutną konstatację,że zło jest korelatem dobra i nie wiadomo czy gdyby jego nie było to byśmy byli w stanie powiedzieć czym to dobro jest.Chodzi więc o to,abyśmy byli moralni w tym sensie,że potrafimy to co dobre odróżnić od tego co złe. I tu dotykamy problemu starego jak świat i dotąd nie rozwiązanego , a mianowicie, te byty zwane ludźmi z ich wartościami, te moralności opierają swoje istnienie na pojęciu prawdy. I niemal wszyscy potrafią zdefiniować czym jest prawda : "Jest to sąd zgodny z rzeczywistością". I o ile od biedy umiemy tę rzeczywistość urealnić i niejako zobiektywizować to sąd jest zawsze subiektywny. Na ile jest ukształtowany,aby się uniezależnić od emocji i na ile dysponuje wiedzą dostrzegania całej rzeczywistości to jest to kwestia newralgiczna, która nie pozwala nikomu w niczym mieć stuprocentowej pewności. Stad ostatnio karierę robi relatywizm jako podstawa postmodernizmu.Większość mędrców upatruje w języku fundamentu trudności w nazwaniu czegoś jako prawdziwego, moralnego, zgodnego z aksjomatami.Po prostu nasz aparat pojęciowy oparty jest o język ,który pozwala coś w ogóle rozumieć, a po wtóre tylko poprzez język potrafimy to co czujemy i wiemy z siebie wydobyć i ujawnić wobec innych. Dlatego też różnice zdań i ocen są zgodne z naturą człowieka.. Ja też nie wiem na pewno czy białe jest białe, czy też czarne. Ja tylko na podstawie nabytej wiedzy, doświadczenia i posiadanym zasadom etycznym oraz autorytetom, w tym skodyfikowanym prawom nadaję językowi walor poprawności i zgodności z tym co rzeczywiście jest.Nie ma to jak słusznie zauważyłeś nic wspólnego z woluntaryzmem lub umysłową anarchią,gdyż własne sądy w różnych kwestiach muszą być uzasadnione lub przynajmniej uprawdopodobnione.
Inaczej są to bzdurne fantazje i głupota. Też wytwór umysłu. Cokolwiek spaczonego , bo wolnego od wiedzy. A tego staram się unikać. Ale nie jestem w stanie opisać mego poglądu jako jedynego czy jedynie słusznego. Bo tylko Dekalog i Ewangelie takimi niepodważalnymi prawdami dysponują.
Stąd też pomniejsze prawdy wynikają u mnie z prawd niejako większych i się w nich zawierają.Bo to jest tak jak byś patrzał na myszy z góry co one wyczyniają w akwarium nie patrząc w górę i nie wiedząc,że są obserwowane. Im się wydaje,że to co robią jest samoistne i niepowtarzalne i że to jest tylko ich i tylko do nich ten ich świat należy.Tylko czy dla obserwatora niejako spoza jest to prawda. I tak i nie. Gdyby te myszy mogły mówić to pewno opowiadałyby o swoich zachowaniach w sposób im wygodny, nie zawsze zgodny z tym co człowiek zaobserwował. I wówczas , gdyby stanęła kwestia rozstrzygnięcia sprzeczności pomiędzy ich wiedzą,a wiedzą obserwatora to komu należałoby przyznać rację. Nie uzurpując sobie prawa do bycia obserwatorem zabaw myszy.- nie mogę jednocześnie udawać,że w tych gierkach nie uczestniczę. Biernie, za zewnątrz, ale jednak. Tylko czasami staję się myszą.Ale na krótko i to wtedy kiedy emocje zaślepiają zdolność racjonalnego myślenia.I dobrze mi tak. Pozdrawiam serdecznie.
11sobota, 06, luty 2016 00:34
gawin76
Ja na kwestię zapodaną przez a-c10 patrzę trochę przez pryzmat swoich doświadczeń praktycznych, z wyraźnym zastrzeżeniem, że jedynie amatorskich więc z pewnością obciążonych jakimś tam błędem.

Otóż z tego co pamiętam to na boisku zawsze wiadomo było kto jest zwyczajnie niebezpieczny dla zdrowia (bo idzie na pałę i żadne prośby/groźby nie pomagają), kto gra twardo czy wręcz bardzo twardo, a kto jest... 'pipką', która płacze na prawo i lewo po byle dotknięciu. Wydaje mi się, że to bardziej kwestia natury człowieka niż czegokolwiek innego, a zapanować nad nią - niełatwo.

Myślę, że warto też pamiętać o emocjach i adrenalinie, które potrafią skutecznie upośledzić jasność myślenia w warunkach rywalizacji. Kiedyś np. w ostatniej minucie osiedlowego (!) meczu zagrałem piłkę ręką w polu karnym, powinien być karny ewidentny, ale wykłócałem się do upadłego, że ręka była nieumyślna, aż mi wreszcie odpuścili. W tym sensie ja nie jestem w stanie potępić w czambuł ani Kempesa, ani Maradony, ani Furtoka, ani Henry'ego, ani Suareza (w przypadku meczu z Ghaną to już w ogóle jakiś nonsens). A, i dodałbym jeszcze Raula, któremu Wójcik uznał kiedyś bramkę ręką w meczu z Leeds w CL, a kamery wyłapały jak sam Raul, odbierając gratulacje po golu, z zadowolonym uśmiechem na ustach mówił 'mano' (Wójcik zasłynął później przeprosinami w szatni Leeds). Oni wszyscy przede wszystkim grają w piłkę, walczą o swoje w swoim świecie i my do końca nie zrozumiemy jak to działa. Ba, może oni sami po ostatnim gwizdku sędziego, gdzieś pod prysznicem, też przestają to rozumieć...

Reasumując, problem wytyczenia granic gry fair uważam za praktycznie pomijalny w rozważaniach dotyczących jego wpływu na wynik rywalizacji sportowej, a mój prywatny poziom zrozumienia dla różnych form boiskowych przewin jest (niepokojąco?) wysoki.

Bardziej drażnią mnie kwestie sędziowskie, bo co prawda rozumiem, że sędzia może nie widzieć, że gol został wbity ręką, ale, do licha, skoro jak byk widzą to wszyscy inni na trzydziestu siedmiu powtórkach w tv, to jednak odbieranie szansy korekty takiej decyzji jest niesprawiedliwością i anachronizmem.
12sobota, 06, luty 2016 20:07
Senator
@Gawin
Na mistrzostwach we Francji już oficjalnie będzie technika pozwalająca ocenić czy padł gol. Co raz więcej mówi się też o możliwości korzystania przez sędziów z powtórek wideo. W tym drugim przypadku właściwie moim zdaniem przesądzonym zastanawiają się już tylko nad formą, czyli czy tylko sędzia czy może trener i challenge ( nie wiem czy dobrze napisałem ) itp.
13niedziela, 07, luty 2016 09:05
a-c10
@ Zbyszek:

Powoli. Nie pozwólmy despektowi dla dziennikarskich wymysłów przesłonić nam rzeczywistości. Dlaczego w wiadomej sytuacji wierzyć Irlandczykom? Ano dlatego, że w tym konkretnym przypadku po prostu mają rację. I nie ma kompletnie żadnego znaczenia, czy są/byli od Francuzów "silniejsi", czy "słabsi"; czy "unikali walki", czy też nie. To nie boks (ani, na ten przykład, skoki narciarskie), tylko futbol. To, co sędzia uważa na temat postawy danego zespołu (o ile w ogóle coś uważa, moim zdaniem nie powinien), absolutnie się nie liczy. Liczy się to, co w sieci. A do irlandzkiej sieci piłka wpadła głównie dlatego, że chwilę wcześniej Henry zagrał ją ręką. Koniec, kropka.

@ Gawin:

Ty świnioWink

A poważniej: parafrazując znany tu i ówdzie refren, miałem tak samo, jak Ty. Uczciwie się przyznaję, że w latach chmurno-durnych jednym z moich idoli był niejaki Siergiej Juran. I wcale nie dlatego, że jakieś zjawiskowo piękne bramki strzelał.

Dziś jednak, gdy - jako się rzekło - lata chmurno-durne daleko za mną, równie szczerze się przyznaję, że trochę mi tego wstyd. Nawet bardziej, niż trochę. I ochoczo bym napisał, że ten cały sport to jednak powinien promować uczciwość, fair play, szacunek dla rywala i insze takie. I już-już kładę paluchy na klawiaturze. I wtedy przypomina mi się ten nieszczęsny Sierioża...

pees.
Tak gwoli uzupełnienia treści: słyszy się tu i ówdzie, że w związku z coraz głośniejszym niezadowoleniem publiki, od przyszłego sezonu władze NBA dobiorą się hackerom do skóry.
14niedziela, 07, luty 2016 20:07
Zbyszek
@A-c10.
Jak ja lubię to podkreślanie niepodważalnych racji wynikających z wyraźnej wady wzroku.Smile i z chęci poprawiania tego co bezpowrotnie minęło. Zanim się napisze,że na pewno widziałem powinno się przynieść zaświadczenie,że się ma lepszy wzrok o sędziegoSmile. Ale w tym wypadku wzrok to nie wszystko , bo by trzeba jeszcze ,aby ten sędzia oblał egzamin z praktycznej znajomości przepisówSmile.A poprawiacz sędziował finał MŚ Smile.
Podobnie rozbawiają mnie te fantazje o tym,że technika w piłce rozwiąże wszystkie problemy.Stworzy nowe, które jeszcze trudniej będzie rozwiązać.
Chyba,że zmienimy przepisy na takie które będą możliwe do zastosowania dla maszyn. A więc żadnych opartych na interpretacjach, doświadczeniu i nauce,które są atrybutem sędziego , przyznaję na ogół dla gapiów nieodstępnych, na takie które da się zapisać w układzie 0 1. Tylko,że te układy też tworzą ludzie. Póki co. wiec i ich by wypadało zastąpić.Efekt końcowy byłby taki,że w piłkę grały by maszyny dla maszyn. Co niemożliwe nie jest patrząc na karierę gier PS.
Natomiast masz taką tendencję,że zawodzi Ciebie dyscyplina intelektualna. Naprawdę czym innym są faule taktyczne, a czym zgoła odmiennym strzelenie bramki ręką czyli przestępstwo boiskowe.
NIe odmówię jednak sobie pewnej złośliwości. To,że w piłkę jak nazwa wskazuje gra się nogami nie oznacza,że czynią to bezrękie kadłubki.
W nią graja ludzie mający i ręce i nogi i głowę i emocje i mnóstwo innych przymiotów i wad.I to oni tworzą też zabawę, tę rozrywkę dla mas. Widać,że publice nie przeszkadzają różne błędy popełniane lub tylko wyimaginowane, bo tłumnie na stadiony chodzi i te widowiska w telewizji ogląda. Nie przyszło Ci do głowy, że może też dlatego,że tam dostrzega też takich siebie. Ludzi z wadami, z błędami i z wiedzą,że trzeba z tym żyć. I z takim namysłem,że może jak by tych grzeszków nie było to może by i grać i patrzeć i bytować nie warto było.Smile. Pozdrawiam.
15poniedziałek, 08, luty 2016 06:52
a-c10
@ Zbyszek:

Zaprezentowałeś kiedyś na łamach Czarnej-eLki kapitalne powiedzonko: "prawda jest jak kamień, w wodzie gadulstwa jej nie rozpuścisz".

Nie wiem, czy mam lepszy wzrok od sędziego (bramkowego) meczu Irlandia-Francja. Pewnie nie. Wiem za to, że akurat w tym przypadku dostrzegłem - i ja, i całe mrowie innych ludzi - całą sytuację lepiej od niego. Nie jest to przyczynek do nazywania arbitra ślepcem, czy odmawiania mu zawodowych kompetencji. Ot, po prostu: sędzia też człowiek, istota omylna i akurat w tym przypadku wziął i się pomylił.

Tak, piłkarze też ludzie i ręce mają. A ja w żadnym razie od nich nie wymagam, aby te swoje górne kończyny przed wejściem na murawę jakoś odkręcali i pozostawiali w szatni. Niemniej, piłka nożna to jednak piłka nożna i granie rękoma jest w niej zabronione. A Henry w wiadomej sytuacji zagrał ręką. Nie "został trafiony", nie "przypadkowo odbił", a właśnie zagrał. Ot i cała filozofia. Jeśli koniecznie chcesz się posprzeczać, znajdź, proszę, lepszy tematSmile

A, faktycznie. Zagranie ręką to nie zawsze dokładnie to samo, co faul taktyczny. Rzeczywiście mogłem lepiej zatytułować ten tekst.

Co się tyczy zastosowania maszyn, to ja niezmiennie trwam na tym samym stanowisku: jedynymi, którym się to przysłuży, będą producenci.

Na koniec: to pewnie temat na zupełnie inną dyskusję, ale... czy Tobie z kolei, tak z przypadku, nie wydaje się czasem, że ten tłum, co to pędzi na stadion i przed telewizor oglądać mecz, chciałby jednak podziwiać ludzi w jakiś tam sposób od siebie lepszych? Czy aby nie stąd właśnie biorą się - sw. dr. moim zdaniem bezsensowne - głosy oburzenia, gdy ten, czy ów gwiazdor zapali sobie papierocha, lub - o zgrozo! - zaleje się w trupa, albo będzie miewał spore problemy z utrzymaniem portek na biodrach?
16wtorek, 09, luty 2016 00:11
Senator
@Zbyszek
Co by się nie rozpisywać i nie bić piany. Rozumiem to wszystko dobrodziejstwo inwentarza, ale są granice przyzwoitości lub jak kto woli dobrego smaku,
17wtorek, 09, luty 2016 20:54
Zbyszek
@Senator i A-c10.

Sport to tylko zabawa.Należy do niego mieć dystans. Nie traktować sportu jak wojny ze śmiertelna powagą, bo to niczego dobrego nie przynosi.Wręcz staje się śmieszne.
Jeden z największych umysłów Bertrand Russell, filozof, matematyk, twórca logiki matematycznej, laureat literackiej nagrody Nobla z 1950 roku w jednej z pogadanek dla BBC tak mówił : "Nie sądzę, aby przeciętni ludzie mogli czuć się szczęśliwi bez rywalizacji, to ona bowiem, od powstania człowieka, stanowiła motor wszelkich najważniejszych działań.Nie powinniśmy więc dążyć do wyeliminowania rywalizacji, lecz tylko pilnować, by nie przybierała zbyt szkodliwych form.W prymitywnej postaci rywalizacja sprowadza się do konfliktu, w którym należało zamordować przeciwnika oraz jego żonę i dzieci, co w warunkach współczesnej wojny nadal na tym polega.Jednakże w sporcie,literaturze,sztuce oraz polityce uprawianej zgodnie z zasadami konstytucji przybiera formy nie tak znów groźne, zapewniając mimo to ujście naszym agresywnym instynktom.Problem polega więc nie na tym,że rywalizacja przybiera nieprawidłowe formy,ale że w życiu przeciętnych mężczyzn i kobiet jest jej za mało".
Powyższy fragment pomieszczony jest w zbiorze pogadanek Russella p.t. "Władza i jednostka".W przystępny sposób przybliża uwikłania człowieka w swój los na styku z Państwem.Gorąco polecam. Cały cywilizowany świat je znał , poza tzw. "demoludami". Stąd często próbujemy odkryć to co dawno już znane i zapomniane i dyskutujemy o tym co dawno gdzie indziej załatwione.
Sam w "Kalejdoskopie 19" dałem wyraz swej frustracji z sięgania po jajeczka mocno nieświeże.A już żadną miarą nie pojmuję zacietrzewienia w odwracaniu kijem Wisły. Toż to zajęcie zupełnie bezpłodne i jałowe.
Dla mnie sprawy zakończone orzeczeniem choćby sędziego piłkarskiego są załatwione ostatecznie.
Więc Senatorze człowiek przyzwoity wiedzący co to dobry smak tego nie czyni. Po prostu. Nawet gdyby wydawało mu się,że ma rację.Bowiem mamy do czynienia z jednej strony z jakimś meczem jakich setki tysięcy , a z drugiej z żywym człowiekiem , którego flekujemy na dodatek w sposób najbardziej obrzydliwy ,gdyż wtedy , gdy nawet obronić się nie może. I w jakim to wzniosłym celu czynimy?.Bo chyba nie w takim ,aby potwierdzić,że to "Człowiek jest miarą wszech rzeczy".Lecz, aby wyłącznie za wszelką cenę uzasadnić swoje racje. Ale to też oznacza,że żadnego autorytetu nie chcemy uznać. Więc siebie i swoje ja chcemy wywyższyć, a innego poniżyć. Nie ma takiego celu, aby to czynić.Nie ma.
A co do autorytetów to św. Augustyn już w 417 roku za pontyfikatu Papieża Innocentego I uznał,że "Roma iocuta, causa finita" co oznacza,że jak ten co miał prawo zadecydować taką decyzje podjął to sprawa i dyskusja nad nią jest zakończona. Ostatecznie. I jest to niebywale mądre i płodne.
A-c10 złagodniał i twierdzi,że popełnił sędzia błąd czyli albo nie dowidział, znaczy ślepy,albo źle zinterpretował znaczy niedouczony. Przez prawie 50 lat Niemcy żyli w przeświadczeniu i wraz z nimi pół świata,że podczas finału MŚ w 1966 roku sędzia nieprawidłowo uznał bramkę dla Anglików. I symulacje komputerowe wykazywały, aż do ubiegłego roku,że mogli mieć rację. Technika najnowocześniejsza przyznała rację nie przekonaniu, ale sędziemu.
Więc wybaczcie,ale w w sporze jestem za orzeczeniem sędziego.Dla zasady.
I żadne przekonania oparte o widzi mi się do mnie nie docierają.
W ubiegłym roku napisałem felietony p.t. "Osły Temidy". Podobały Wam się.
Tylko nie wiem dziś dlaczego. Bo tam stawiałem tezy, które obecnie podważacie.
Nadto można dyskutować o szkodliwości fauli taktycznych , bo jest to jakiś problem zakłócający ducha fair play. Ale o tym czy sędzia kiedyś tam popełnił czy nie popełnił błędu.? Toż to magiel i zwykła pyskówka. Ostatni raz w czymś takim brałem, bezwiednie udział.Na swoje usprawiedliwienie mam to,że chciałem wrócić na tory,że chciałem obrócić w żart. Jednak "Dobrymi chęciami piekło wybrukowano".

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1