- Kategoria: Trybuna komentatorów
- Garm
Łzy na deszczu
Widziałem rzeczy, którym wy, ludzie, nie dalibyście wiary. Płonące okręty przy ramieniu Oriona. Patrzyłem na promienie kosmiczne błyszczące w mroku przy Wrotach Tannhäusera. Te wszystkie... chwile... zaginą w czasie, niczym... łzy na deszczu.
- Roy Batty, "Łowca Androidów"
Nie jestem wprawdzie replikantem z czteroletnim okresem funkcjonowania, ale swoje stadionowe życie postrzegam podobnie jak cytowany wyżej, odgrywany mistrzowsko przez Rutgera Hauera, bohater wybitnego filmu Ridleya Scotta: jako serię kolekcjonowanych przeze mnie chwil - wyjątkowych doświadczeń, które siłą rzeczy znikną wraz ze mną, bo każdy z nas ma swoją wyjątkową perspektywę postrzegania otaczającej go rzeczywistości. Wczoraj moje "zbiory" zasiliło kolejne wydarzenie o wysokim poziomie ważności. Wraz z kilkunastoma tysiącami innych szczęśliwców miałem możliwość obserwować, jak Marek Saganowski strzela swoją setną bramkę w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. "Sagan" stał się tym samym pierwszym prawdziwie "moim" członkiem "Klubu 100".
Wśród niespełna 30 zawodników, którzy przynajmniej 100 razu pokonywali bramkarzy w Ekstraklasie, znajdują się oczywiście tacy, których gole miałem okazje oglądać - ba, niektóre z nich nawet oklaskiwać. Trudno mi jednak za w pełni "swojego" uznać zbierającego trafienia w siedmiu różnych klubach (częściowo przed początkiem mojej kibicowskiej aktywności) Jerzego Podbrożnego czy gwiazdora Ruchu i legijny niewypał, Mariusza Śrutwę. Niewątpliwą legendą jest dla mnie pan Lucjan Brychczy, ale z powodów demograficznych jego trafienia mogłem podziwiać już tylko i wyłącznie w gierkach treningowych. Pozostaje Saganowski, którego cała kariera przypadła na mój okres "stadionowy" i który ponad połowę swoich trafień zanotował w koszulce z "eLką" na piersi. Z okazji jego wczorajszego dokonania pozwolę sobie przytoczyć kilka myśli związanych z wyimkami kariery tego wybitnego zawodnika.
Gole 1-12: ŁKS I
O istnieniu "Sagana"dowiedziałem się w jego 5. ekstraklasowym meczu, kiedy w doliczonym czasie gry zastępował w barwach Łódzkiego Klubu Sportowego wypożyczonego z Legii Marcina Mięciela. Mięciel strzelił w tym meczu dwa gole, a ŁKS wygrywał właśnie z wielką, ligomistrzową Legią 2:1. 30 sierpnia 1995 roku nie darzyłem zbyt gorącymi uczuciami żadnego z łodzian, a co dopiero świeżo poznanego z relacji w Studiu S-13, kradnącego cenne sekundy 16-latka... Gdy 14 października tego samego roku strzelał swoje pierwsze ligowe bramki, ja żyłem Legią masakrującą w Tarnobrzegu Siarkę 7:2 oraz zbliżającym się trzecim meczem fazy grupowej Ligi Mistrzów z Blackburn Rovers. Potem Saganowski wyjechał robić karierę na zachodzie - najpierw w Feyenoordzie Rotterdam, a potem w Hamburgerze SV, ale nie poszło mu zbyt dobrze i po nieco ponad roku wrócił do Łodzi.
Gole 12-30: ŁKS II
W tym okresie bardziej interesowały mnie losy Legii walczącej o powrót na ligowy tron mimo utraty prawie całego podstawowego składu, który odszedł wraz z ówczesnym "dobrodziejem", Januszem Romanowskim. ŁKS, do którego wrócił Saganowski, był już innym klubem - rywalizował z Legią o ligowy prymat. Jak się miało później okazać, rywalizował skutecznie. Jak się miało okazać jeszcze później, skuteczność tę zawdzięczał nie tylko piłkarzom, ale i działaczom, którzy kupili hurtowo cały sezon od rządzącej wtedy polską piłką sędziowskiej mafii. Z tego okresu najbardziej w pamięć nie zapadły mi gole "Sagana", ale jego występ w zakończonym 1:1 meczu przy Łazienkowskiej z 2 listopada 1997 roku. Spotkanie to oglądałem w telewizji na... zakodowanym Canal+ (jeśli odpowiednio przekrzywiło się głowę i przymknęło oko, można było dostrzec zarys akcji, zawodnika z piłką, czasem nawet skutek strzału - a pierwsze minuty obu połów często były odkodowane!), bo licealisty nie było jeszcze stać na płatną telewizję, a modemowy dostęp do Internetu nie pozwalał nawet marzyć o dzisiejszych streamowych luksusach. W połączeniu z relacją radiową zakodowany obraz pozwalał jako-tako śledzić boiskowe wydarzenia. Saganowski był wyróżniającym się zawodnikiem gości z Łodzi, ale bramki nie strzelił - do dziś nigdy nie pokonał bramkarza Legii. Rozwój jego kariery zastopował wiosną 1998 roku koszmarny wypadek motocyklowy.
Gole 31-34: Orlen Płock / Gole 35-36: Odra Wodzisław
W ŁKS-ie mistrzostwo nie przełożyło się na trwałe sukcesy, może poza sukcesami finansowymi jego właścicieli. Sam Saganowski również walczył ze skutkami straszliwego urazu i miał problemy z powrotem do młodzieńczych dokonań. Wydawało się, że na dłużej zakotwiczy w ligowych przeciętniakach pokroju Wisły Płock (w okresie jego występów nazywanej Orlenem) czy Odry Wodzisław, w których też przecież nie był gwiazdą. Wielu dziwiło się więc, kiedy we wrześniu 2002 roku niespełna 25-letni zawodnik trafił do Legii, gdzie wraz z Łukaszem Surmą miał pomóc drużynie obronić zdobyty zaskakująco latem tytuł mistrzowski. O miejsce w ataku miał rywalizować ze Stanko Svitlicą i Cezarym Kucharskim, zastępując wybierającego się na piłkarskie saksy Sylwestra Czereszewskiego.
Gole 37-77: Legia I
"Sagan" zaliczył w Legii prawdziwe wejście smoka - debiutował w formalnie wyjazdowym, ale rozgrywanym przy Łazienkowskiej meczu II rundy Pucharu Polski z Okęciem Warszawa. Na boisko wszedł w przerwie, a już w 48. minucie zdobył swoją pierwszą z wielu bramek w koszulce z "eLką" na piersi. Trafienie to oklaskiwałem z "Żylety", zamienionej na potrzeby tego spotkania w sektor fanów drużyny formalnie przyjezdnej. Ostatecznie Legia wygrała 3:0, lecz mimo tego w pierwszym okresie Marek był w Warszawie głównie rezerwowym. Na swoją pierwszą ligową bramkę dla Legii czekał do 23 listopada 2002 roku, kiedy to pokonał bramkarza Zagłębia Lubin. Miejsce w jedenastce wywalczył sobie w końcówce nieudanego sezonu - w kolejkach 21.-30. aż dziewięciokrotnie pokonywał bramkarzy drużyn przeciwnych.
Wielu, w tym i mi, szczególnie zapadła w pamięć fantastyczna bramka strzelona przez "Sagana" 4 maja 2003 roku na Konwiktorskiej. Pracowałem wtedy nad ważnym projektem lokalizacyjnym w Irlandii. Menedżer biura klienta nieco się zdziwił słysząc, że pragnę spędzić tę słoneczną niedzielę w miejscu zatrudnienia (nie wspominałem, że chodzi mi w dużej mierze o śledzenie relacji z meczu derbowego). Fantastyczne uderzenie Saganowskiego "zdjęło pajęczynę" z krótkiego rogu bramki Roberta Mioduszewskiego, z nawiązką rekompensując mi niedogodności związane z niemożnością penetrowania północnych rejonów Dublina. Blisko dwa tygodnie później dwa trafienia "Sagana" wydatnie przyczyniły się do wyjazdowej wygranej Legii na Widzewie 3:1 i przełamania trwającej ponad ćwierćwiecze passy meczów bez wygranej przy alei Piłsudskiego.
Kolejny sezon był dla Marka jeszcze lepszy, bo zaliczył w nim aż 17 ligowych trafień. Mnie szczególnie w pamięć zapadły dwa mecze wiosenne - otwierający mającą trwać dekadę erę panowania w Legii ITI pogrom Polonii Warszawa 26 marca 2004 roku, kiedy to "Sagan" zdobył trzy gole, a "Wojskowi" roznieśli rywali zza miedzy 7:2, oraz kwietniowe spotkanie Pucharu Polski z Jagiellonią Białystok. "Ofiarne społeczeństwo" Białegostoku już wtedy miało straszliwe ciśnienie na przybyszów ze stolicy, co zakończyło się zamieszkami, przerwaniem meczu i przyznaniem Legii walkowera. Na boisku było 2:0 dla Legii, a pierwszą bramkę zdobył właśnie Saganowski. Niestety, na fatalnym placu obiektu Hetmana Białystok odniósł też kontuzję, która wykluczyła go z udziału w rozegranym kilka dni później meczu rundy w Krakowie. Osłabiona brakiem najlepszego napastnika Legia przegrała tam z Wisłą 0:1 i mimo rekordowej rundy wiosennej (tylko 1 remis i 1 porażka) znów musiała oglądać w tabeli plecy krakowskiego potentata.
W trzecim sezonie w Legii Saganowski uzbierał 21 goli, w tym 14 w lidze. Trzy z nich wbił Polonii (w meczach wygranych 4:1 u siebie i 5:0 na wyjeździe), na przełomie rund zaliczył też fantastyczną serię 5 meczów ligowych ze strzeloną bramką, w trakcie której zdobył w sumie 9 goli. Zwieńczeniem jego znakomitej postawy był występ w meczu eliminacji do Mistrzostwa Świata - 26 marca 2005 roku prowadzona przez Pawła Janasa reprezentacja Polski zmiażdżyła przybyszów z Azerbejdżanu aż 8:0. "Sagan" wszedł na ostatni kwadrans rozgrywanego przy Łazienkowskiej spotkania, a ja wraz z resztą blisko dziesięciotysięcznej publiki mogłem radować się z dwóch bramek, które zdobywał nasz goleador. Zupełnie nie przeszkadzał mi w tym fakt, że widoczność z łuku starego stadionu była mocno umowna... Ostatnią bramkę podczas pierwszego pobytu w Legii ustrzelił w wygranym 2:0 meczu z GKS-em Katowice, w czerwcu 2005 roku. Następne sześć sezonów spędził na boiskach Portugalii, Francji, Anglii, Danii i Grecji, występując między innymi w fazie grupowej Ligi Mistrzów (i zaznaczając te występy bramką).
Gole 78-83: ŁKS III
Po raz drugi do ŁKS-u wracał Saganowski już jako 32-latek, kiedy klub znajdował się w stanie daleko posuniętego rozkładu. Wszyscy spodziewali się, że doświadczony życiowo i przez życie piłkarz pożegna na starych śmieciach zawodową karierę, stary lis zgromadził jednak na przestrzeni sezonu 6 goli, został najlepszym strzelcem zespołu i pokazał się na tyle, żeby po degradacji ŁKS-u wrócić do Legii. To właśnie z wiosennego meczu z Łazienkowskiej go w tym sezonie pamiętam najmocniej - opromieniona europejskimi sukcesami i wyjazdowym pogromem Śląska Wrocław ekipa trenera Macieja Skorży grała u siebie z głównym kandydatem do spadku, ŁKS-em, i miała w tym meczu olbrzymie problemy. W 64. minucie Dusan Kuciak z najwyższym trudem sparował mocne uderzenie "Sagana" na poprzeczkę. Saganowski nie przerwał passy bez gola przeciwko "Wojskowym", ale wymęczona wygrana z ŁKS-em nie zwiastowała Legii niczego dobrego. Ostatecznie tą złą wiosnę po serii fatalnych wyników stołeczny klub zakończył zaledwie na najniższym stopniu ligowego podium.
Gole 84-?: Legia II
Do Legii Jana Urbana wprowadził się Marek z przytupem, strzelając trzy gole w rewanżowym spotkaniu europejskich kwalifikacji z Metalurgsem Lipawa. Później przeżywał trzecią młodość, notował kolejne trafienia, dostał powołanie do reprezentacji... kiedy niczym grom z jasnego nieba spadła wiadomość o jego poważnych kłopotach z sercem. Przymusowa przerwa w grze trwała od października do lutego, ale "Sagan" wrócił po niej w swoim stylu, bodaj jeszcze mocniejszy, w pierwszym meczu po pauzie strzelając - tak samo jak w ostatnim przed nią - dwa gole. Potem zapewnił Legii Puchar Polski, zdobywając dwie bramki w pierwszym meczu finałowym ze Śląskiem Wrocław, i podsumował trudny, choć niezwykle udany sezon trzema trafieniami w kończącym mistrzowskie ligowe rozgrywki spotkaniu z tym samym Śląskiem. Mało kto na niego liczył przed rozpoczęciem sezonu, ale ostatecznie we wszystkich meczach uzbierał aż 20 goli - ten wynik musi budzić szacunek.
Dobry był też początek kolejnego sezonu, kiedy to Marek sześciokrotnie pokonywał bramkarzy rywali (w tym trzykrotnie w lidze). Niestety, jego marsz do Klubu 100 po raz kolejny został zahamowany - tym razem przez Jakuba Tosika, którego bandycki faul nie został nawet odgwizdany przez Tomasz Musiała, a który wyjął "Saganowi" z piłkarskiego życiorysu kolejne 7 miesięcy. Wielu 34-latków nie wróciłoby już po takim urazie do gry, ale Saganowski to twardziel i profesjonalista jakich mało - nie tylko wrócił, ale i w pierwszym meczu po przerwie pokonał bramkarza Zawiszy Bydgoszcz ledwie dwie minuty po pojawieniu się na boisku. Gola tego "wymodlili" głośno fetujący powracającego na murawę herosa kibice - również ja miałem niewątpliwy przywilej należeć do nieco ponad 14 tysięcznej rzeszy fanów, którzy po trafieniu Marka wpadli w szał radości. Potem były jeszcze trzy trafienia ligowe, w tym jak na razie ostatnie, wczorajsze, z Koroną Kielce, które było upragnioną bramką numer 100.
Obecny większościowy właściciel Legii, Dariusz Mioduski, wypowiedział niedawno w rozmowie z "Czarną-eLką" następujące słowa: - Jest kilku zawodników, których po prostu doceniam. Za to co robią, za to jak potrafili się odbudować... Jeżeli miałbym mieć faworyta, to byłby nim Marek Saganowski - za to, jakim jest człowiekiem, jakim jest profesjonalistą, za to, co zrobił w życiu, jak podchodzi do swojego piłkarskiego fachu. To jest dla mnie wzór.
Trudno się z naszym prezesem nie zgodzić. Trudno nie żałować, że tak wspaniały człowiek i piłkarz jak "Sagan" tak dużo czasu stracił przez wypadki, choroby czy kontuzje. Trudno wreszcie nie kibicować mu w walce o osiągnięcie kolejnego celu - do 100 bramek w barwach Legii brakuje mu już tylko niespełna dwudziestu trafień.
Podsumowanie statystyczne ligowej setki Marka Saganowskiego oraz linię czasową prezentującą polski rozdział jego kariery znajdziecie w ciekawym opracowaniu Ekstrastats - pod tym adresem.



Teraz gdy czytam jasne tak było ale bez tekstu sympatycznego młodego kibica Garma sam w życiu już bym sobie nie przypomniał.
Przecież Sagan Sagan gol to w tych wspomnieniach właściwie teraźniejszość a ja przypomniałem sobie tą naprawdę wspaniałą chwilę po przeczytaniu tekstu.
Sam Sagan to dla mnie wzór walecznosci, charakteru który cechuje piłkarzy "tamtego" pokolenia.
Gdzie tamtego oznacza okres świetności naszej piłki, Sagan jest takim przedłużeniem tej linii piłkarzy.
Nie będę też ukrywał, że obecnie widzę Marka
jako zmiennika wchodzącego na ostatnie 30-20 minut ale też jestem pewny że jeszcze nie raz będziemy cieszyć się po jego golach.
Pamiętam poprzedniego 100-bramkowicza w barwach Legii, Jerzego Podbrożnego. On zdobył 100 gola w meczu Legia - Lech 5-1 kończącym przegrany sezon 1995/96. Tam się działy karykaturalne sceny, bo koledzy chcieli koniecznie, aby Gumiś tego setnego ustrzelił i nawet jak sami mieli czystą pozycję do strzału, to zaprzepaszczali, bo było jeszcze rozglądanie się na siłę, czy Podbrożnego nie ma gdzieś w okolicy.
Z Markiem te najważniejsze legijne historie zostały tu wymienione. Ja wspominam zwłaszcza mecz z 2003 w Łodzi z Widzewem i pierwsze ligowe zwycięstwo na ich boisku od, chyba, 1977. Bramki Widzewa bronił ... Zbigniew Robakiewicz, skądinąd też mający na swym koncie występy w ŁKS-ie. Marek, po meczu i pięknym golu lobem sprzed pola karnego, z rozbrajającą szczerością wyznał: 'to Zbyszek Robakiewicz jeszcze w ŁKS-ie uczył mnie jak w takiej sytuacji strzelać nad bramkarzem'. Radość była wielka.
Z sezonu 2004/05 zapamiętam też mecz, w którym Marek nie strzelił gola. To było Legia - Lech 3-0. Był bardzo bliski po strzale nożycami zza pola karnego i jeszcze raz lobem spod Żylety na bramkę od strony północnej. Co ciekawe, półasystę zaliczyłby wówczas chłopiec od podawania piłek, który bardzo szybko i przytomnie podał wrzucającemu aut.
Fajne były bramki sprzed 2 lat z Zagłębiem w Lubinie. My tak dzisiaj nie wspominamy dobrze Jóźwiaka, ale sprowadzenie Sagana z ŁKS-u okazało się strzałem w 10.
No i asystował przy jedynym golu biało-czerwonych na Euro 2008 w Austrii. To z jego podania, spalony Roger strzelił Austriakom. Zdaje się, że w reprezentacji debiutował za Antoniego Piechniczka w tym meczu na Wembley 2-1, z bramką Citki.
Bolejąc nad losami Legii w staraniach o tegoroczną fazę grupową ChL, czasami pada argument, że dla starszych zawodników (czyli dla Marka) może już nie być lepszej szansy. Ale Marek ma za sobą występy w Champions League, w barwach duńskiego Aalborga. Zdaje się, że nawet wbił gola.
Dla mnie to kawał piłkarza. Raz tylko mnie zdenerwował. W 2002 w barwach Odry Wodzisław, w czasie meczu 0-0 pieczętującego mistrzostwo Legii. Odra już o nic nie grała, ale postawiła się Legii w tym meczu, a Marek bardzo walczył. Podobno to skłoniło Okukę to sprowadzenia go. Kibice Odry za ładnie się z Markiem nie obeszli. W inaugurującym sezon 2003/04 meczu Odra - Legia 1-1 (z przepięknym golem Sokoła), krzyczeli mu z trybun, że taki owaki i wyrażali żal, że się skuteczniej na tym motorze kilka lat wcześniej nie rozbił. Takie świństwo ich Odrze wyrządził i poszedł grać do Legii. Ciekawe, czy ci, którzy tak wówczas krzyczeli, pamiętają o tym i co czuli w niedzielę.
Masz natomiast pełną słuszność co do Aalborga, o czym zresztą (zdawkowo) wspomniałem w tekście.
Jeśli mam niedokładne informacje, to przepraszam, ale chodzi mi o udział Marka Jóźwiaka w sprowadzenie Sagana do Legii w 2012 r. Wydaje mi się, że był to duży udział.
Ale Sagan solidnie zapracował sobie na szacunek. Jak napisałem kiedyś Monrooe, dla mnie to Pan Piłkarz, w odróżnieniu np. od Arka Piecha, który najpierw musi coś pokazać w barwach Legii.
Pamiętam mecz z Utrechtem z 2002 (ten, który wygraliśmy 4:1), Sagan dał tam krótką zmianę, niezbyt udaną, nawet zmarnował jakąś dobrą sytuację, a ja zastanawiałem się po co właściwie nam on. Ale wkrótce był już lepszy, a od wiosny 2003 naprawdę dobry. I to właśnie jest jego cecha charakterystyczna - ma do zaoferowania pewien przewidywalny pułap umiejętności i wysokiego zaangażowania i można na niego w tym przewidywalnym zakresie liczyć, na bank. Pamiętam też ten przywołany przez Garma mecz z ŁKS w 2012. Przecierałem oczy ze zdumienia jak ten gość był przygotowany fizycznie. Wydawało się wtedy, że prawie już emeryt (hehe) w barwach klubu skazanego na zagładę. A on walka, bieganie, no i ta bomba w poprzeczkę.
A bramka? Jakoś zapadł mi w pamięć ten wiosenny farfocel z Wisłą. Mam zresztą przekonanie, ze dobry napastnik powinien mieć na koncie znacznie więcej takich nieefektownych goli niż piekielnych bomb zza pola karnego