A+ A A-

Legia - Arka 1-1: Strata

W meczu dziesiątej kolejki sezonu Legia zmierzyła się w Warszawie z Arką Gdynia. Mecz stał na słabym poziomie i przyniósł rozczarowujący wynik. Legia tylko zremisowała z Arką 1:1. Bramkę dla Legii zdobył Michał Kucharczyk.

 

W składzie Legii nie było żadnych zmian w stosunku do meczu z Miedzią Legnica w poprzedniej kolejce. Pierwsza jedenastka naszej drużyny wyglądała następująco: Cierzniak – Stolarski, Jędrzejczyk, Wieteska, Hloušek – Kucharczyk, Antolić, Szymański, Cafú, Nagy  – Carlitos. Goście rozpoczęli w składzie: Steinbors - Zbozień, Marić, Helstrup, Marciniak – Janota, Deja, Nalepa, Zarandia, Kolev – Jankowski.

Mecz zaczął się dla Legii w najgorszy możliwy sposób. Brak zdecydowania legionistów w obronie wykorzystał Kolev, podał do Jankowskiego, a ten płaskim strzałem pokonał Cierzniaka. Była 3. minuta meczu. Ten gol nie podziałał na naszą drużynę mobilizująco. Legioniści wydawali się zmęczeni, ospali, nie byli w stanie zepchnąć Arki do obrony. Goście narzucili Legii swój styl gry. Arkowcy byli szybsi, silniejsi fizycznie, nie bali się uderzać z dystansu.

Legia przebudziła się dopiero w końcówce pierwszej połowy. Najpierw niewiele zabrakło do tego, by piłkę w bramce gości umieścił Wieteska, a w 45. minucie padło wyrównanie. Wieteska wygrał walkę o piłkę w polu karnym Arki. Zagranie naszego obrońcy wykorzystał Kucharczyk, który z najbliższej odległości wpakował piłkę do bramki Arki.

Do przerwy było 1:1. Legia nie grała dobrej piłki, ale końcówka pierwszej połowy dawała nadzieję na lepszą widowisko po przerwie.

Rzeczywiście, drugą połowę Legia zaczęła z dużym animuszem. Po dośrodkowaniu Kucharczyka blisko szczęścia był Cafú, ale nie trafił w bramkę. Legioniści ponawiali ataki, dużo zamieszania na lewej stronie boiska robili Nagy i  Hloušek, niestety nie przekładało się to na sytuacje strzeleckie.

Po około kwadransie impet Legii zelżał i obraz gry upodobnił się do tego sprzed przerwy. Bramkarze obu drużyn mieli niewiele pracy. Czujność Cierzniaka sprawdził Kolev, który mocno uderzył z lewego skrzydła. Legia mogła mieć wyborną okazję w 79. minucie meczu, kiedy kilku naszych zawodników ruszało na bramkę Arki z kontrą, ale Zarandia w ostatniej chwili ręką zatrzymał szarżującego Carlitosa. Mimo słabej gry i widocznego w zespole zniechęcenia, trener Sa Pinto ociągał się ze zmianami. Dopiero w 76. minucie Martins zmienił Antolicia, a w 84. minucie Kante Stolarskiego. Te zmiany jednak nie zdały się na wiele. W jednej z sytuacji w polu karnym Arki padł Carlitos, legioniści domagali się rzutu karnego, ale sędzia Gil nie dopatrzył się przewinienia. W samej końcówce meczu nasi zawodnicy zanotowali kilka strat mogących przyprawić kibiców o palpitację serca, na szczęście piłkarze Arki nie potrafili wykorzystać tych prezentów.

Mecz zakończył się wynikiem 1:1 i to rozstrzygnięcie należy uznać za zasłużone. Za Legią trudny tydzień zakończony awansem do kolejnej rundy pucharu Polski, wysokim zwycięstwem z Miedzią w Legnicy, ale strata punktów z Arką na własnym boisku to na pewno zawód.

Dyskusja (8)
1sobota, 29, września 2018 12:30
Senator
Mecz brzydki, ostry i aż dziw bierze że sędzia pozwolił na tak ostrą grę. O pierwszej połowie lepiej milczeć, nie my graliśmy a Arka. Byłem jednak przekonany że nie wytrzymają całego meczu . Miałem rację w drugiej połowie byliśmy zespołem lepszym, niestety haos w ofensywie był aż nadto widoczny. Piłkarze walczyli , chcieli więc jakoś nie potrafię być zły po tym meczu.
Nie od razu Kraków zbudowano. Graliśmy trzy mecze w ciągu siedmiu dni, z uwagi na oszczędności przemierzaliśmy kraj drogą lądową, a fizycznie wygladalismy dobrze. Sa Pinto ten element poprawił szybko. Na grę piłką przyjemną dla oka trzeba poczekać .
Indywidualnych ocen nie będę wystawiał choć należy nadmienić o kolejnym dobrym meczu Dominika.
Acha tu i ówdzie czytam że zremisowalismy ponieważ Cierzniak puścił szmatę a i opóźniał mecz. Litości , ja Malarza też lubię ale żeby aż tak być zaślepionym niechęcią do pana Radosława?
2sobota, 29, września 2018 14:39
anonimowy_legionista
No, ale Legia dalej źle wchodzi w mecze. Zobaczcie w Legnicy. Cierzniak sparował strzał na początku meczu z tego samego sektora boiska. Tu był zasłonięty.
3niedziela, 30, września 2018 11:56
Zbyszek
O tym, że Arka pomimo burz trwa.
W ubiegłym roku sensację wywołał fakt zakupu 60% akcji klubu przez pana Dominika Midasa, człowieka zaledwie 20-letniego. Zastanawiano się powszechnie skąd tak młody facet ma pieniądze. Midas nie ukrywał, że swoje marzenie o prowadzeniu klubu zrealizował dzięki pieniądzom ojca, właściciela firmy recyklingowej. Nawiasem mówiąc, np. we Francji wielu najbogatszych biznesmenów wywodzi się z tej właśnie branży. Sumy transakcji nie ujawniono, ale nie mogła być ona zbyt wysoka, gdyż dwie spółki będące współwłaścicielami Arki zależne od firmy Prokom popadły w wielkie tarapaty finansowe i gotowe były ogłosić bankructwo Arki. Ciekawostką może być fakt, że ojciec Włodzimierz i syn Dominik pochodzą z Warszawy, młody grał w Ożarowiance i dopóki grał to tatuś finansował ten klub, a kiedy przestał grać to i sponsoring się skończył, a Ożarowianka wylądowała gdzieś w B klasie. Zakup Arki rekomendował jego przyjaciel, były piłkarz Legii Piotr Włodarczyk, który został dyrektorem sportowym w klubie. Współwłaścicielem klubu (w 25%) jest firma Football Club, której głównym udziałowcem jest Rafał Murawski. Wkrótce po zakupie klubu Dominik Midas spotkał się z prezesem Wojciechem Pertkiewiczem i uznał, że jest on właściwym człowiekiem na tej funkcji, także z tego powodu, że od 2012, tzn. od kiedy jest w klubie, Arka stale znajduje się na fali wznoszącej. Poza tym obaj z prezesem mieli wizję gry Arki jako drużyny grającej futbol ofensywny i miły dla oka. O swoich oczekiwaniach rozmawiali z trenerem Ojrzyńskim, który obiecał spełnić te życzenia. Za jego aprobatą dokonano rok temu przebudowy zespołu, do którego sprowadzono 12 nowych zawodników, a odeszło 11. Władze klubu oczekiwały również zmniejszenia liczby graczy w kadrze pierwszego zespołu, z czym Ojrzyński się nie zgadzał. Jego drużyna zamiast grać futbol ofensywny, grała piłkę siermiężną, siłową i pozbawioną polotu. Los trenera był przesądzony. Zastąpił go 45-letni były trener Ruchu Radzionków, Odry Opole i Stali Mielec, Zbigniew Smółka. Smółce, podobnie jak Ojrzyńskiemu, zafundowano wymianę dużej grupy zawodników, gdyż do klubu przyszło ich 11, a ubyło 17, w tym sześciu sprowadzonych przez Ojrzyńskiego rok temu. Smółka jest kolejnym pierwszoligowym trenerem, który otrzymuje szansę pracy w Ekstraklasie. Szlak przetarł Ireneusz Mamrot, który trafił do Jagiellonii Białystok z Chrobrego Głogów, a obecnie beniaminków Miedź i Zagłębie Sosnowiec prowadzą trenerzy, którzy awansowali z tymi drużynami z niższego poziomu rozgrywkowego. Moim zdaniem jest to prawidłowość i normalność, która powoli zaczyna gościć w polskiej piłce. Trenerzy nie są przywożeni w teczkach nie wiadomo skąd, ale zaczynają przybywać jako ludzie awansujący na coraz wyższe szczeble. Trener pracujący w zespołach niższych klas uczy się przede wszystkim warsztatu, czyli stosowania takich metod treningowych, takiego postępowania z ludźmi i wychodzenia z kłopotów, które zapewniają stały wzrost poziomu gry i są skuteczne. Trener Smółka to jest taki facet, którego z żadnego klubu nie zwolniono, a było ich bodaj 8 w 11-letniej karierze. Pewną sensację w środowisku wzbudził fakt wysłania Smółki przez pierwszoligowy klub na staże trenerskie do Chelsea i Bayernu. Znany jest jako pracoholik. Z opisu jego postępowania, zwłaszcza z tego, że potrafi spędzić cały dzień w klubie, będąc ubranym w dresik, przypomina Andrzeja Strejlaua. Oby tylko nie powielił jego niechęci do wygrywania meczów. Oczywiście nie z naszą drużyną.

O tym, że Legia staje się drużyną trzech prędkości.
Miesiąc temu, wbrew standardowym metodom postępowania, trener Sa Pinto wykonał manewr podniesienia poziomu wytrenowania zawodników Legii. Normalnie tego typu praktyki trenerzy przeprowadzają w okresie przygotowawczym do sezonu, jak np. Czerczesow, lub w czasie przerwy na reprezentację jak Skorża. Sa Pinto musiał być bardzo zdeterminowany albo wyniki badań były na alarmująco niskim poziomie. Lecz taka metoda, mówiąc obrazowo, sprowadziła się do tego, że są teraz ci, którzy wsiedli do ruszającego pociągu, jadą nim i płacą za bilet, są ci, którzy chcieli jechać ‘na gapę’, zostali wyprowadzeni, ale jeszcze nie wszystkich ujawniono, zaś ci, którzy w ogóle nie zdążyli się załapać, będą teraz musieli zasuwać kłusem lub rączym galopem, usiłując dogonić pociąg. Ci, którzy zostali w dołkach startowych (za młodzi) albo popełnili falstart (za starzy) muszą czekać w poczekalni. Jak dotychczas wynika z praktyki Sa Pinto podstawowym kryterium gry zawodnika w pierwszym składzie jest jego przygotowanie motoryczne, wybieganie i zdolność do intensywnej gry. Ponieważ kilku zawodników Legii o wysokich umiejętnościach techniczno-taktycznych (Remy, Philipps, Vesovic czy Niezgoda) było kontuzjowanych, ich powrót do drużyny będzie w opisanej sytuacji możliwy nie tylko po wyzdrowieniu, ale i po nadrobieniu rosnącego dystansu w przygotowaniu fizycznym. Trochę to przypomina postępowanie Okuki, który również cenił sobie ciężką pracę wytrzymałościowo-szybkościową i zawodnicy modlili się, aby nie mieć kontuzji, bo po niej musieli dodatkowo zasuwać co najmniej pół cyklu treningowego, tj. około 6 tygodni, żeby wrócili jako pełnosprawni członkowie do drużyny. W obecnej drużynie preferowanymi graczami, poza bramkarzami, są Pazdan, Jędrzejczyk, Hlousek, Stolarski, Wieteska, Cafu, Nagy, Antolić, Szymański, Kucharczyk, Carlitos, Kante oraz (nie wiadomo dlaczego) Martins. Nic dziwnego, że mając tych kilkunastu zawodników, w tym tylko jednego na każdej pozycji, trener grzmiał o niedorzeczności kalendarza rozgrywek. Przyjęło się, że dobre i mocne drużyny przez dużą część sezonu grają w systemie co 3 i 4 dni, ale granie w cyklu co trzeci dzień spowodowało, że zawodnicy Legii musieli rozegrać 3 mecze w 6 dni. Chyba na dobre odstawieni zostali Mączyński, Hamalainen i Eduardo. Co prawda trener twierdzi, że nikogo nie pozbawia szansy powrotu, ale to przecież nie zależy od chęci, lecz od możliwości podołania obowiązkom. Pozostali ‘starzy’ (Astiz, Radović) oraz ci, którzy chcą, ale nie mogą (Pasquato) oraz, Turzyniecki, Hołownia i Kulenović aspirujący i czekający na swoją kolej.
Przyznam uczciwie, że nie spodziewałem się po Sa Pinto takiej determinacji we wdrażaniu metody treningowej. Co prawda nie znam metodyki pracy trenerów w Portugalii czy Belgii, ale nieźle orientuję się w tym co i jak robią trenerzy w Bundeslidze i to co robi Sa Pinto jest nie tyle nawet zbieżne, ile wręcz identyczne. U nas przyjęło się od dziesiątków lat, że tzw. ładowanie akumulatorów odbywa się w przerwach letniej i zimowej, głównie tej ostatniej. W sezonie robi się treningi podtrzymujące cechy wytrzymałościowe, a jedynie zwiększa się szybkość, również przez tzw. rytm meczowy. Między innymi dlatego nasi piłkarze nie byli zdolni do gry na wysokich obrotach w eliminacjach do pucharów europejskich i w lidze. Natomiast w takich Niemczech praca w mikrocyklu odbywa się na wysokich obrotach. Treningi mają dużą objętość i intensywność. Ma to jednak ten efekt, że poprzez wysokie obciążenia wyłania się grupa zawodników najlepiej przygotowana fizycznie do wysiłku. Tym samym nie nazwisko, nie przeszłe dokonania, nie teoretycznie posiadane umiejętności, ale praca wykonywana na treningu wyłania skład meczowy. Co ważne zawodnicy są na podobnie wysokim poziomie wytrenowania, więc nie ma obijania się, chowania za plecami kolegów czy markowania gry. Na tym zdrowym fundamencie można budować zachowania taktyczne najpierw w defensywie, a potem przychodzi czas na taktykę gry w ataku.

O tym, że zwycięskiego składu się nie zmienia.
To przez wiele lat było wręcz dogmatem. Brak zmian w zwycięskim składzie wynikał z wielu przyczyn, głównie selekcyjnych, ale również z przekonania, że wymiana jakiegoś gracza mogła być traktowana jak niezasłużona kara. Co prawda taki sposób ustalania składu prowadzi do sytuacji,że stale grający stają się coraz lepsi,a niegrający poziomu nie podnoszą. Jednocześnie zmusza to wybrańców do udowodniania podczas treningów,że są lepsi od kolegów. W efekcie stały, zwycięski skład jest motorem postępu. Przez wiele lat takie myślenie było normą , aż w naszej lidze ktoś wpadł na pomysł,że należy rotować składem. Każdy zawodnik bowiem powinien wiedzieć nie tylko w teorii,ale i w praktyce ,że jest potrzebny. Powinno to rodzić zdrową rywalizację i prowadzić do rozwoju. Jak to zwykle bywa takie naiwnie idealistyczne i życzeniowe myślenie rozmijało się z efektami. Bowiem można iść pod prąd,ale trzeba wiedzieć po co i chociaż przypuszczać dokąd droga prowadzi. Jest zasadnicza różnica pomiędzy odwagą, a zwykłą głupotą. W piłce nie chodzi o to,aby każdy zawodnik czuł się dopieszczony,że gra w meczu,ale aby radowało go ,że drużyna wygrywa nawet kiedy jego nie ma na boisku. Ale tę mentalność trzeba budować ,również poprzez czasami drastyczne sprowadzanie do parteru graczy z nadmiernie rozdętym ego. Tak jak to zrobił np. Czerczesow z Vrdoljakiem i Furmanem.Sa Pinto jest bardziej łagodny,ale też nie wygląda na takiego, który pozwoli wejść sobie na głowę.

O tym,że chyba nie odrobiliśmy należycie pracy domowej.
Mówiąc wprost – nasza drużyna źle weszła w mecz. Można oczywiście dywagować na temat przyczyn. Jedni powiedzą,że nasi zawodnicy byli mocno podmęczeni i musiało upłynąć nieco czasu,aby zaadaptowali się do wysiłku.Inni do których ja należę uważają,że niewłaściwie oceniono jak Arka zacznie mecz.Trener Smółka jest trenerem metodycznym,właściwie długodystansowcem. Jest rzeczą niewątpliwą,że systematyczna praca doprowadzi organizację gry Arki do wysokiego, jak na nasze warunki poziomu. Trener Sa Pinto takiego komfortu pracy i czasu nie miał , gdyż zastał drużynę kompletnie zdezorganizowaną i pomimo wyraźnego postępu organizacja gry Legii pozostawia nadal wiele do życzenia. Ponadto chyba niedokładnie zanalizowano jak doszło do wygranej Arki z Lechem tydzień temu. Dlatego próby zdominowania rywali poprzez zmuszenie go do obrony były z góry skazane na niepowodzenie. Również kontrola poczynań przeciwnika była pozbawiona sensu. Drużyna Arki była nie tylko dobrze zorganizowana,ale jej zawodnicy grali aktywnie, dużo i szybko biegali,a przy tym nadspodziewanie dobrze operowali piłką i utrzymywali się przy niej. Ponadto rywale zabrali nam miejsce do gry, z czym nasi zawodnicy nie bardzo mogli się pogodzić. W moim przekonaniu nasz trener i zawodnicy muszą pojąć,że prawie każdy rywal jest dla nas równorzędnym przeciwnikiem przynajmniej w sferze fizycznej i do tej konstatacji należy dostosowywać taktykę i organizację gry. W tym również wypadałoby przywrócić do gry chociaż jednego, typowego defensywnego pomocnika.

O tym,że za bardzo chcemy.
Powtarzam to do lat. W naszej lidze nie ma mocniejszych drużyn od Legii. Nie ma najmniejszego powodu,aby im się podkładać odsłaniając gołe podbrzusze. Wystarczy grać spokojnie, rzec by można dostojnie, szanując piłkę,aby doczekać się od rywali popełnienia co najmniej jednego błędu. Może to minimalizm,ale na wygraną powinno wystarczyć przy bezbłędnej grze obronnej. Nie wystarczyło. Na razie na nic więcej niż remis z taką Arką nie było nas stać.
Oczywiście klasowa drużyna powinna umieć zmusić rywali do popełniania błędów,ale musi mieć do tego odpowiednich zawodników atakujących. A u nas?. Nie można zarzucić Szymańskiemu,że nie tyra na boisku,ale efektów nie widać. Rozgrywający tylko z pozoru pełni w zespole rolę kierowniczą, ona w istocie jest służebną, bo podstawowym obowiązkiem jest obsługa napastnika i innych graczy mogących zagrozić bramce rywali. Holowanie piłki, opóźnianie akcji, żonglerskie popisy są w tym dziele mało pomocne. Z kolei napastnik ma być tam, gdzie jest piłka. To piłka ma go szukać,a nie on piłki. A Carlitos szuka i nie znajduje. Niektórzy powiedzą,że wychodząc poza pole karne wyciąga on któregoś środkowego obrońcę za sobą. Tylko,że to nie ma nic wspólnego z tym co widzimy, bowiem nikt go indywidualnie nie kryje. U nas generalnie poza obroną w stałych fragmentach gry stosowna jest strefa i nikt za nikim nie gania . Aby wygrać trzeba strzelić o jedną bramkę więcej od rywali, a nam się to nie udało. Wnuczek powiada,że dlatego,że byliśmy za wolni i za mało wybiegani. I pewno to on ma rację.
4poniedziałek, 01, października 2018 10:09
kibic50
Krotkie sprostowanie. Nie Midas a Midak. Ojca znam 30 lat. Pieniadze zarobił na hanlu ziemią min z Lidlem
5poniedziałek, 01, października 2018 14:16
Moros
Mnie ten mecz jeszcze mierzi. Arka jest dla mnie symbolem typowego ekstraklasowego drwalstwa. Są beznadziejni w kreowaniu akcji, a środek to typowe przecinaki jak ten Nalepa czy Deja. Zależą jedynie od Janoty i Zarandi, którzy coś tam umieją wykreować. I kiedy wydaje się, że nasi idą powoli w górę, wtedy przyjeżdża taki "dream team" i na Łazienkowskiej odbiera nam punkty. Nawet porazka z Wisłą Płocka mnie tak nie zirytowała, jak piątkowy mecz. Szkoda, bo potem na koniec jest nerwowe liczenie punktów, plus psujemy sobie trochę pozycje przed kolejnymi meczami. Po zlaniu Miedzi i solidnym występie z Lechem reszta rywali mogłaby czuć już przed nami jakiś większy respekt, co miałoby może jakiś pozytywny dla nas czynnik psychologiczny. A tak to znowu się okazało, że wystarczy mocniej pobiegać, pofaulować, kilka razy mocniej wjechać wślizgiem, żeby wizja zdobyczy punktowej była jak najbardziej realna.
6poniedziałek, 01, października 2018 22:26
CTP
Ja chciałbym tylko przywołać słowa trenera Sa Pinto, który nie tak dawno ostrzegał, że to nie jest jeszcze ta Legia, na którą czekamy. I o ile pamiętam on nie mówił o tygodniach, tylko o miesiącach.
Mecz z Arką był efektem i ostrej gry, na którą przyzwalał sędzia Gil i polityki oszczędnościowej klubu, która spowodowała, że piłkarze odbyli tournee po Polsce autokarem. Cały czas również nie mamy piłkarza na pozycję nr 10. Tzn. nie mamy sensownego piłkarza. Jeśli za wzór postawimy Vadisa, to od tego wzoru chyba każdego kandydata, czy to jest Radovic, Pasquato, Hamalainen czy Szymański dzieli taka sama przepaść. Gra Szymański, pewnie dlatego, bo Polak i ma największe szanse na zarobek dla klubu. Ale Szymi, moim zdaniem, ma wielki problem z fizyką - zauważyłem, że często znika na długie minuty starając się oszczędzać tlen i bardzo łatwo jest wyłączyć go z gry kilkoma ostrymi wślizgami.
Ale ponieważ polska liga, to liga paradoksów, więc ten remis oczywiście zbliżył nas do pozycji lidera. Smile
7wtorek, 02, października 2018 15:56
anonimowy_legionista
Szymańskiego można zastąpić Carlitosem, a na szpicy niech gra Kante.
8czwartek, 04, października 2018 20:31
Zbyszek
@Kibic50.
Masz rację.Powinienem napisać Mida(s)k. Celowo sparafrazowałem nazwisko panów Włodzimierza i Dominika na legendarnego władcy, któremu na jego prośbę Dionizos zamienił wszystko w złoto.Wydało mi się dowcipnym ,że pan Włodzimierz odpady śmieciowe zamienia na czyste pieniążki ( odpowiednik złota). O jego interesach z Lidlem nie wiedziałem, wiem,że jest właścicielem świetnie prosperującej firmy Pro Eko Natura.Pozdrawiam.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1