A+ A A-
  • a-c10
@ Dalkub: od naszych tuzów pięknej gry w piłkę nie powinniśmy oczekiwać Piękno jest w oku obserwatora. Wbrew szerzonym przez Gawina oszczerstwom Wink wcale nie jestem maniakiem grania w stylu „huzia na Józia!”. Wręcz przeciwnie, od dziecka preferuję futbol dobrze poukładany, a 1:0 zawsze przedłożę nad 4:4. Ponad tym wszystkim jednak, jestem zwolennikiem rozsądku. Stąd też np. zauważam, że rozwój futbolu poszedł w takim kierunku, iż bez względu na moje (czy czyjekolwiek inne) preferencje, obecnie (znacznie) łatwiej jest wygrać mecz 3:2, niż 1:0. Ergo, chcemy czy nie chcemy, lubimy czy nie lubimy, musimy jakoś nauczyć się atakować. Czy to musi być atak pozycyjny, utkany z dziesiątek podań, rozpoczęty krótkim zagraniem od bramkarza do stopera? A skąd. Znaczy owszem, fajnie by było, gdybyśmy kiedyś i takie budowanie akcji mieli w repertuarze. Zgadzam się jednak w zupełności, że w przewidywalnej przyszłości może być z tym fest pod górę i atak szybki, na zasadzie „doskocz-uderz-odskocz” w żadnym wypadku mi nie przeszkadza. Przede wszystkim jednak – tak wracając do rozsądku – chciałbym zauważyć, że w chwili obecnej to nas nie stać na budowanie żadnych ataków. Nie z takimi rywalami, jak ci przedwczorajsi. Ta cała Liga Narodów to może i nie są przesadnie poważne rozgrywki (ani generalnie sensowna idea), jednak jakieś tam korzyści można z niej wyciągnąć. Ot, np. ogólną orientację nt. siły danego zespołu. I tak oto od inauguracji LN zagraliśmy w niej 19 meczów. 5 z nich to były starcia z ekipami na naszym, bądź nawet – nikomu niczego nie ujmując – deko niższym poziomie (najpierw Bośnia i Hercegowina, potem Walia, no i obecnie Szkocja). Wszystkie te mecze wygraliśmy. W pozostałych 14 przypadkach mierzyliśmy się z rywalami notowanymi wyżej (w różnych konfiguracjach Belgia, Chorwacja, Holandia, Portugalia i Włochy). I teraz tak – z jednej strony nie są to jakieś tureckie sparringi poza oficjalnymi terminami, tylko mecze o stawkę. Z drugiej, Stanisław Mikulski (świeć, Panie, nad jego duszą) nie przyjechał, ta stawka na pewno nie jest większa, niż życie, nikt się o punkty w LN zabijać nie będzie. Można by więc przypuszczać, że choć raz, czy drugi trafiliśmy jakiegoś zdekoncentrowanego rywala i odnieśliśmy triumf (ile on byłby wart, to już zupełnie inna historia). Niestety, nic z tych rzeczy. Zero zwycięstw, ledwie cztery remisy i aż dziesięć porażek. Skromniutkie cztery punkty w czternastu spotkaniach pod różnymi selekcjonerami, którzy preferowali różne „systemy” i „ustawienia”, miewali różne pomysły na grę i powoływali różnych piłkarzy. Czarno na białym widać, że mamy poważny, systemowy problem, do którego należałoby poważnie, systemowo się odnieść. Tymczasem w naszym futbolowym (pół)światku toczą się gorące dyskusje o tym: • czy wolno krytykować Maxiego Oyedelego, jeśli tak, to komu i dlaczego nie Jakubowi Wawrzyniakowi. Nosz k’mać, sprawa wagi państwowej, nie ma to tamto…; • że selekcjoner żeni nam grubą ściemę, niczym akwizytor AmWaya z lat ’90. No jasne. A co innego ma robić? Powiedzieć prawdę? Przyznać wszem wobec, że choćby stawał na uszach i rzęsami klaskał, to z taką Portugalią i tak najprawdopodobniej obskoczymy wpierdol? Kurde, ja sobie mogę nie być fanem Michała Probierza, ale nie zamierzam facetowi odmawiać instynktu samozachowawczego! • że należy wywalić z kadry Bednarka, Dawidowicza i kogoś tam jeszcze. Świetny pomysł. A kto w zamian? Na to pytanie miłośnicy wywalania zazwyczaj odburkują coś niezrozumiale, względnie raczą interlokutora mundrościami w typie „ktokolwiek”. I to mimo, że przecież paru „ktokolwieków” już się przez tę kadrę przewinęło. Przyznam szczerze, że jak wchodzę w kontakt z tą intelektualną egzotyką, ogarnia mnie silne poczucie zniechęcenia. A może by tak tym wszystkim piznąć w kąt…? Przestać to oglądać, przestać słuchać, książkę se w zamian poczytać, pograć na gitarze, w scrabble’a, iść do teatru, nie wiem, cokolwiek? Jasne, Twoja propozycja pogadania o kwestii, że tak to ujmę, tiki-taka vs gegenpressing wygląda – o, bez dwóch zdań! – nieporównywalnie sensowniej, niż te wypunktowane powyżej. Wciąż jednak, uważam, znajdujemy się o kilka etapów za wcześnie. Aby to wszystko miało ręce i nogi, zdecydowanie wolałbym, żebyśmy pogadali (nie tylko i nie przede wszystkim my tutaj) o tym, dlaczego, do k’nędzy, taka Portugalia, kraj o bardzo zbliżonym PKB per capita do naszego, za to niemal czterokrotnie mniej od nas ludny, potrafi regularnie i hurtowo produkować zajebistych piłkarzy, a my ciągle nie i nie. Jak to się dzieje, że mimo gigantycznych środków wydawanych rokrocznie na futbol, mimo zmian koncepcji, selekcjonerów, itepę, itedę, wciąż tak nam daleko do kontynentalnej czołówki? Dlaczego ustawicznie poruszamy się w kręgu tych samych dwudziestu-trzydziestu paru z gruntu rzeczy przeciętnych futbolistów, wskutek czego konkurencja o miejsca w reprezentacji pozostaje na żenująco niskim poziomie, przez co tym przeciętnym futbolistom wolno właściwie bezkarnie się obcyndalać? Etc., etc. To są te fundamenty, o których wspominałem wcześniej. Uważam, że dopóki tych tematów nie ogarniemy, wszystkie inne nie znajdą punktu zaczepienia.
This is a comment on "Nic do stracenia, dużo do zyskania"