- Hubert K.
Nie jest Legia, jak dobrze wiemy, czołową drużyną w lidze. Gdyby uogólniać szanse klubu na czołowe miejsca wyłącznie wartością zawodników liczoną wg. danych z Transfermarkt to kończylibyśmy zawody na 8 miejscu, gdyby nawet dokonać przed rozpoczęciem sezonu dokładniejszej analizy składu, pozycja po pozycji z uwzględnieniem głębokości ławki rezerwowych to wylądowalibysmy pewnie nie wyżej, niż na miejscach 4-6 i to już przy założeniu m.in. kompletnej zapaści Rakowa Częstochowa. A jednak zespół ten wykręca liczby, jakich mało kto mógł oczekiwać wygrywając pierwszy od dawna mecz na bardzo trudnym terenie, wykorzystując wyraźną zadyszkę Jagielloni Białystok a więc klubu, nie oszukujmy się, długodystansowo po prostu od Legii zdecydowanie silniejszego.
Ciekawy to był mecz i wreszcie nie zawiódł oczekiwań związanych ze spotkaniami najbardziej medialnych zespołów w Polsce. Bardzo czesto bowiem jest tak, że kiedy spotykają się dwie – powiedzmy – czołowe zespoły ligi to jakość takiego meczu jest niższa, niż cała ta medialna otoczka poprzedzająca tego typu wydarzenie. A w ostatnią niedzielę dostaliśmy interesujące danie, gdzie byliśmy świadkiem zapewne większej kultury gry i umiejętności technicznych po stronie Jagielloni ale jednoczesnie szalenie wysokiej skuteczności po stronie Legii Warszawa, której niewątpliwie pomógł będący w wyraźnie słabszej formie bramkarz Sławomir Abramowicz oraz cała niepewna obrona aktualnego uczestnika rozgrywek Ligi Europy. To, w połączeniu z białostocką nieskutecznością zapewniło Legii pierwsze od dawna zwycięstwo z jedną 3 najlepszych drużyn tej ligi na obcym terenie.
Wydaje się wręcz, że słynna ostatnio „afera sms-owa” Adriana Siemieńca mogła mieć negatywny wpływ na ten zespół. W tych wiadomosciach sugerował on podpowiedzi sędziów w sprawie potencjalnych kartek dla jego zespołu tuż przed zakończeniem ubiegłego sezonu (a walka o czołowe miejsca trwała wręcz do ostatnich sekund sezonu). Tydzień temu zespół Siemieńca przegrał wyraźnie z Wisłą Kraków 2:0, następnie nie dał sobie rady z Olympiakosem Pireus aby dosłownie kilka dni później mierzyć się z warszawskim zespołem co z punktu widzenia regeneracji łatwe nie jest ale, cóż, ileż to sezonów wstecz z podobnymi problemami mierzyła się wcześniej Legia, obecnie przez Jagiellonię często wyśmiewana tekstami w rodzaju (uwaga: nie przytaczam dosłownie) „a o której Legia gra w pucharach?”.
To był mecz niezniszczalnego Pawła Wszołka przez wielu porównywanego z cyborgiem oraz, tradycyjnie już, Otto Hindricha, będącego na ten moment najlepszym bramkarzem w lidze. Gdyby nie ten pierwszy, nie byłoby karnego na 1:0 oraz imponującego, ale też szalenie niebezpiecznego wślizgu przed golem na 3:1, po świetnym do czego już przyzwyczaił wyrzuceniu piłki z autu przez nie kogo innego jak słynnego i legendarnego wręcz Rafała Augustyniaka, gdzie po bramowej zdobyczy nie byliśmy pewni, czy cieszyć się z gola czy obawiać o to, czy kość piszczelowa naszego skrzydłowego nie została połamana w drobny mak. Doceniłbym także Zorana Arsenicia, którego podanie uruchomiło Wszołka przed golem na 1:0 a przed 2:0 tenże piłkarz dogrywal na głowę Jana Kuchty, który jednak nie umie dobrze nastawić celownika, więc pomagać przy golach muszą mu przeciwnicy.
Nie ma co jednak psioczyć jakoś szczególnie akurat na Jana Kuchtę oraz jego rodaka Michala Sevcika. Trener Papszun wyraźnie stawia ostatnio wyraźnie na nich ze względu a to na brak formy dwójki Zjawiński – Adamski (duet „Zjadamski”) oraz, choć to nie jest pewne, ich mniejsze umiejętności dostosowania się do poleceń taktycznych trenera czy po prostu mniejszy potencjał (sprawa dyskusyjna, za kilka miesięcy będziemy znali odpowiedź) a to przez nieprzerwane poszukiwania rozgrywającego, który chociaż po części zapełni dziurę, która powstała po nieodżałowanym odejściu Josue. Warto także pochwalić Wojtka Urbańskiego, który nareszcie pokazał większą próbkę swoich umiejętności i po prostu pewnie pchał akcje Legii wyraźnie do przodu. Z kolei posiadanie w składzie wspomnianego wczesniej Augustyniaka zapewnia ogromne emocje i zwieksza widowiskowość właściwie każdego meczu. Warto jednak podkreślić, że oprócz prokurowania rzutów karnych dla przeciwników zapewnia on także a to widowiskowe gole, a to świetne asysty (te dalekie wyrzuty piłki z autów) czy też zostawia mnóstwo zdrowia na boisku i za to należy mu się szacunek a nie tylko wieczny hejt, podobnie zresztą jest z Kapustką, którego trener Papszun szalenie ceni, a na pewno o wiele bardziej od dyrektora sportowego Bobicia ale to temat na inną opowieść.
Tekst pojawił się również na stronie legia.wordpress.com
This is a comment on "Jagiellonia - Legia 1-3: Cenna zdobycz"

