- a-c10
@ Iocosus:
było mimo wszystko warto w te treningi inwestować
Ależ to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Przez te prawie dziewięć lat Młoda zjeździła całą Polskę i trochę zagranicy. Zagrała w setkach meczów w dziesiątkach rozgrywek. Przywiozła ileś tam medali i ileś tam siniaków na dupie. Zdarzało jej się zarówno podnosić rywalki z parkietu po tym, jak wraz z koleżankami złoiły im skórę oraz samej być podnoszoną, gdy to jej ekipa zebrała wciry. Nauczyła się kontrolować i ciało, i emocje. Fenomenalnie rozwinęła refleks i widzenie peryferyjne (z racji niezbyt wybujałego wzrostu, zwłaszcza na tych poważniejszych etapach grała jako klasyczna „jedynka”, a to wymaga oczu dookoła głowy). Zawiązała kilka bardzo silnych, wypróbowanych przyjaźni. Nauczyła się stawiać granice, również trenerom i sędziom. No same plusy.
Dla niej. Bo dla koszykówki to już nie
I przecież tylko dlatego moje dziecię się w ogóle w tej dyskusji znalazło. By pokazać, że nie ma sensu przekładać liczby trenującej młodzieży na liczbę potencjalnych profesjonalistów(-ek). Nie wiem, nie robiłem, rzecz jasna, żadnych badań i nie traktuj tego, proszę, jako prób wyrażenia prawdy objawionej, mam jednak silne wrażenie, że za – ekhem, ekhem – naszych czasów było deko inaczej. Że jak ktoś w wieku późnych lat nastu coś trenował, to jednak wiązał z tym przyszłość. A przynajmniej chciał. Dziś? Niekoniecznie. Dla wielu z nich jest to albo po prostu zabawa, albo jedna z iluś tam ewentualności, albo – jak np. dla Twojego bratanka – „Podwórko 2.0”. A także, o czym wspomniałem wyżej, sporo rodziców patrzy dziś raczej z ukosa na plany swych pociech związane z zawodowym sportem.
Wracając do bieżączki: z jednej strony, to już było. Nawet parokrotnie. Przypomnę nieśmiało, iż następny selekcjoner będzie już czwartym (!) mianowanym przez Cezarego Kuleszę. W dwóch z trzech poprzednich przypadków jaśnie wielmożny pan prezes kazał czekać na swą decyzję około miesiąca. Dopiero za trzecim razem interregnum potrwało ledwie tydzień, ale to pewnie tylko dlatego, iż Michał Probierz był akurat pod ręką. A że teraz, ze zrozumiałych przyczyn, Michała Probierza pod ręką nie ma (chociaż może…? To dopiero byłby zawijas!), najprawdopodobniej poczekamy jeszcze gdzieś tak do połowy lipca. Po czym poznamy nazwisko trenera, który był do wzięcia już w połowie czerwca, ale przecież pośpiech jest cechą niższości, nieprawdaż?
Z drugiej, już parę lat temu przytoczyłem gdzieś tutaj stareńką wypowiedź śp. Janusza Atlasa o tym, iż reprezentacja Polski to taka kobyła, na której trudno gdzieś dalej zajechać, łatwo natomiast zepsuć sobie reputację wytrawnego jeźdźca. Mam silne wrażenie, że te słowa nigdy nie były tak prawdziwe, jak dziś. Że Skorża spuści Kuleszę na drzewo, to się śmiało można było zakładać. Wygląda jednak na to, iż co najmniej kilku innych trenerów traktuje obecnie pracę z kadrą jak imprezę imieninową u nielubianej ciotki. Znaczy głupio by było tak wprost odmówić, ale żeby się człowiekowi chciało iść, to absolutnie nic z tych rzeczy. Najlepiej jakby cioteczka zapomniała o naszym istnieniu. To zostawia na placu boju desperatów pokroju Brzęczka. Smutne.
This is a comment on "Męczy nas piłka!"

