- Kategoria: Trybuna komentatorów
- gawin76
'Nie jesteśmy mocarzami'
Tytułowe zdanie zaczerpnąłem z wywiadu trenera Urbana dla warszawa.sport.pl. Padło ono w kontekscie potrzeby zachowania niezbędnego szacunku wobec zespołu The New Saints, z czym rzecz oczywista należy się zgodzić, na potrzeby niniejszego wpisu pozwolę sobie przytoczoną myśl zapożyczyć i nieco rozwinąć.
Nie jest łatwo oprzeć się entuzjazmowi po wywalczeniu mistrzostwa Polski, oj nie. Krajową konkurencję zdystansowaliśmy i w lidze, i w pucharze. Godnych nas przeciwników gdzieś wymiotło, poza Lechem, któremu jednak przez kilka miesięcy zdołaliśmy wbić z pół tuzina bolesnych szpileczek. Polonia zdematerializowana, Śląsk pohańbiony 5:0, Wisła z potęgi zmienia się na własne życzenie w pośmiewisko, a na tym smętnym tle MY, błyszczący niczym miss Portoryko w uzdrowisku w Ciechocinku. Wyciągamy piłkarzy z ekip uczestniczących w Lidze Mistrzów i Lidze Europy, w kraju triumfują nasi juniorzy, ligowcy ustawiają się w kolejce, chcąc wypożyczyć produkty legijnej Akademii. Koniunktura rośnie. Nawet odsłony skromnej strony pod nazwą czarna-eLka skaczą nie gorzej niż Kamil Stoch w val di Fiemme. Oto otrzymujemy potwierdzenie faktu, o którym byliśmy przekonani od zawsze - Legia jest najlepsza, najpotężniejsza, w Polsce wyjątkowa... Hm, czyżby?
Trzeba dużego samozaparcia, właściwie masochizmu raczej, żeby w tak pięknych okolicznościach przyrody zmusić się do myślenia zdystansowanego, ostrożnego, zachowawczego, żeby pamiętać o tym, że w sporcie nic nie jest dane raz na zawsze. Ale spróbujmy.
Wspominając nasze ostatnie triumfy, prześladuje mnie przekonanie, że poza momentem euforii, będącej co prawda wartością samą w sobie, nie udało się wykorzystać ich do zbudowania czegoś trwałego, że za każdym razem uparcie podążaliśmy męczącym szlakiem sinusoidy, ze szczytów spadając na poziom dla nas rzekomo nie do zaakceptowania, potem znów się podnosząc, nie zawsze własnymi siłami.
Po kolei. W połowie lat dziewięćdziesiątych mieliśmy Legię wielką, grającą w Lidze Mistrzów, tyle tylko, że zbudowaną z zawodników... Pogoni Konstancin należącej do naszego dobrodzieja, Janusza Romanowskiego. Wystarczyła porażka 1:2 z Widzewem w 1996, by tamta Legia rozpadła się jak domek z kart, Romanowski rozesłał swoje zabawki w świat, a Legia z dnia na dzień została z dwunastoma zawodnikami do gry. Co ciekawe, znajdując się w tak opłakanym stanie, rozegraliśmy świetną sportowo rundę jesienną, odnosząc między innymi niezapomniany triumf nad Panathinaikosem. Wtedy nadeszło, tak wówczas sądziliśmy, wybawienie ze strony koncernu Daewoo, jak się miało jednak rychło okazać, krótkotrwałe. Po serii rozczarowań, po rozmaitych zawirowaniach, wreszcie nastąpił tytuł w 2002 roku. Miało być pięknie, młody prezes Leszek Miklas wydawał się być właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Sam brałem wtedy udział w internetowym czacie z Miklasem, do dziś pamiętam z tego czatu nazwisko Wladimira Manchewa, skutecznego napastnika CSKA Sofia, który miał jakoby wzmocnić Legię przed walką o Ligę Mistrzów. Jednak z wielkich planów znów nic jakoś nie chciało wyjść, w kolejnym sezonie w lidze nie zmieściliśmy się w strefie pucharowej, Legia pod sterami Polmotu docierała do ściany swoich operacyjnych możliwości. Wtedy, ku początkowemu entuzjazmowi, trafiliśmy w ręce ITI. Pierwszy triumf przyszedł dość szybko, w 2006 roku, po czym natychmiast... powtórzyła się historia z 2002. Było mistrzostwo, radość, marzenia o Lidze Mistrzów, szał zakupów, pojawienie się drugiej tury brazylijskiego zaciągu Dariusza Wdowczyka, potem w łeb od Szachtara, w łeb od dołującej Austrii Wiedeń, w lidze baty nawet od Zagłębia Lubin i Bełchatowa, wkrótce Wilno i lata traumatycznej smuty.
Teraz mamy 2013, kolejny sukces i kolejne podejście do jego skonsumowania. Oby nie w minionym stylu, oby też nie na modę Wisły, która dwa lata temu (chwila, to było zaledwie dwa lata temu?!) zdobyła mistrzostwo Polski, będąc liderem jeszcze wyraźniejszym niż my obecnie, która miała w składzie najlepszego zawodnika polskiej ligi Maora Meliksona, a obok niego nie oglądaną wcześniej nad Wisłą armię zaciężną byłych i obecnych reprezentantów Serbii, Bułgarii, Estonii i Holandii. Wystarczył jeden fatalny mecz w Nikozji, by ludziom po wiślackiej stronie Błoń wszystko naraz zaczęło lecieć z rąk, a efekty owej zagadkowej dysfunkcji z niejakim rozbawieniem obserwujemy do dziś.
Nie jesteśmy mocarzami. Nie zmienia tego nawet dublet w sezonie 2012/13, nie zmienią tego transfery Helio Pinto czy Dossy Juniora. Legia jest wiodącą siłą polskiej piłki dzięki wielu połączonym czynnikom, dzięki miastu, w którym występuje, dzięki historii, którą napisały poprzednie pokolenia, dzięki licznym w wartościach bezwzględnych kibicom, wreszcie dzięki odrobinie szczęścia, przez które już przynajmniej dwukrotnie w swojej najnowszej historii, klub stąpający po bardzo cienkim lodzie, był ratowany i przenoszony na suchy ląd. Zwykle zresztą nie bezinteresownie. Od roli mocarza dzieli nas dziś mniej więcej tyle, co i od pozycji kolosa. Tego na glinianych nogach.
Jeżeli prezes Leśnodorski mówi, że za kilka lat Legia powinna być zarabiającym na siebie przedsiębiorstwem, to robię się podejrzliwy i niespokojny. Nie dlatego, żebym kwestionował zasadność czy szczerość słów prezesa prezesa, lecz dlatego, że podobne teksty słyszę z różnych ust już od dawna. Mijają kolejne sezony, tymczasem hasło o czekaniu 'X' lat wciąż wraca jak bumerang. Za każdym razem brzmi równie dobrze, wydaje się nam roztropne i logiczne, no tak, za chwilę będziemy zarabiać, zaraz wyjdziemy na prostą, co za rozsądek, jaki znakomity, przemyślany plan! I tylko trochę tę świetlaną wizję komplikuje jeden zaimek. 'Jak'.
Zapewne nie jestem jedynym, który zachodzi w głowę, jakie są rzeczywiste plany ITI względem Legii. Jak kwestia ewentualnego odzyskania pieniędzy, które koncern włożył w nasz klub, może rzutować na przyszłość Legii? Czy w polskich warunkach, przy słabym poziomie futbolu, przy przeciętnym medialnym i społecznym zainteresowaniu rodzimą piłką w klubowym wydaniu, da się w ogóle osiągnąć finansową niezależność, da się pogodzić naturalne ograniczenia ze zrozumiałymi ambicjami? Czy na tym etapie, po latach doświadczeń w prowadzeniu klubu, wątpliwość wyrażona w poprzednim zdaniu, została wreszcie wzięta pod uwagę? Na ile zdeterminowanym można być w dążeniu do sprawdzenia wykonalności podjętego projektu? Co właściwie stało się, może nie tyle w samej Legii, ale wokół Legii, zimą? Kto wymyślił Bogusława Leśnodorskiego, kto i dlaczego dał mu wolną rękę w podjętym dziele energicznej odmiany w Legii... dosłownie wszystkiego?
Nadal zbyt wiele jest wokół Legii zagadek, żeby dać się bezkrytycznie porwać fali pomistrzowskiego entuzjazmu, wzmocnionego perspektywą walki o Ligę Mistrzów i transferową gorączką. Nie jesteśmy mocarzami, nie dzielą nas od reszty kraju lata świetlne, znajdujemy się dopiero na początku wymarzonej drogi. Prawdziwymi mocarzami zostaniemy, kiedy europejskie salony staną się dla nas codziennością, na bazie której będzie można uniezależnić klubowe finanse, nie zaś niedościgłym celem, którego osiągnięcie wymaga jednoczesnego spełnienia setki różnych warunków. Każdy sukces raduje, to codzienna pogoń za nim jest solą kibicowania, ale prawdziwy spokój będzie można osiągnąć dopiero wtedy, kiedy ten sukces będzie logicznym efektem konsekwentnie prowadzonej długofalowej polityki zarządzania klubem, nie zaś dziełem niespodziewanej ułańskiej szarży.
Przyznaję, że nie do końca rozumiem, co się właściwie w ostatnim czasie w Legii wyrabia. Chyba dlatego z paranoiczną nieufnością w każdym ruchu prezesa Leśnodorskiego szukam dowodów na plan, na długofalowość, na wizję. I mocno mu kibicuję, jak powinien każdy, kto chciałby, żeby tym razem wreszcie było inaczej niż kiedyś.


Ciekawe pytanie, co się stało tam "na górze", ze dostaliśmy Leśnodorskiego? Czy to krótkotrwały, zryw spróbujmy ostatni raz, czy długofalowa zmiana myślenia a właściwie inaczej, zmiana ludzi którzy długofalową politykę ITI będą prowadzili. Co by nie pisać ITI jak mantrę powtarzało , Legia jest nie na sprzedaż, budujemy klub który będzie się sam finansował, klub który wcześniej czy później musi stać się wiodącym i najlepszym w kraju. Z drugiej strony co by nie pisać, to nie kiedyś, a teraz coraz głośniej mówi się, że Legia jest na sprzedaż, ba ponoć wiadomo komu. Osobiście mi rybka kto, ważne jaką ma (Będzie miał) politykę i plany względem naszego klubu. Tak więc ta sytuacja mnie osobiście nie niepokoi. Jeśli się boję to tego,że nowi piłkarze nic innego nie mówią tylko marzą o lidze mistrzów. Pomogę awansować, chciałbym zagrać z Legią w lidze mistrzów itp. Czy ich zapał nie osłabnie jeśli się nie uda? Czy gdy zostaną raz drugi skopani przez Cienciałe, Górkiewicza czy innego Bartkowskiego nie odechce im się marzeń o LM. W sumie prawdę pisze sir Gawin, że w Europie jesteśmy w dolnej tabeli a w kraju wiele zbiegów okoliczności spowodowało, że nie mieliśmy sobie równych. Długa droga przed nami aby regularnie bywać na salonach nawet tych dla uboższych. Na koniec tak myślę ,że Leśny Leśnym ale dobrą robotę w klubie muszą robić również ludzie z którymi przyszedł. Taki "Kouman" kibic pełna gębą któremu Legia obojętna nie jest, to nie praca to pasja i dlatego jest szansa aby było dobrze.
Dzięki za ten tekst. Człowiek ma taki dziwny zwyczaj że co złe to zapomina. I nagle zaczyna uważać że teraz to będzie tylko lepiej i wspanialej i same sukcesy, a potem przychodzi rozczarowanie i ból i frustracja.
Tak więc raz jeszcze dziękuję za sprowadzenie na ziemię i trzymam kciuki żeby móc za rok napisać pod tym tekstem "TY PESYMISTO"
Zdziwię się nawet, jeśli inwestycja ITI w klub jest w prosty sposób do odzyskania z klubu (prawnie i organizacyjnie nawet, nie finansowo). Od dłuższego czasu sobie obiecuję, że przejrzę sprawozdanie finansowe Legii i tak pewnie wreszcie uczynię - jak tylko pojawi się to za 2012 rok.
Choć faktycznie, dzięki zauroczeniu ostatnim pół roku (toż to lepsze okienko od truskawek, a dwa takie okienka pod rząd jak mieliśmy w te 6 miesięcy to już w ogóle rzadsze niż spotkania z UFO), łatwo się buja w obłokach.
Wydaję mi się, że nie upadniemy jak Wisła Kraków, że co nieco będzie z tej Polskości w Legii i tragicznie nie skończymy. Co prawda Pan Bogusław L., jest bradziej nastawiony na excela, aniżeli na Legię, ale na razie wygląda to wszystko poprawnie.
Widzę, że nie bardzo wierzysz w to co może być, ja w sumie również mógłbym się pod tym podpisać. Wygląda to aż nazbyt pięknie by było prawdziwe. Jednako to się dzieję. Ekstraklasa mam nadzieję, że będzie coraz mocniejsza, coraz lepsza gra wszystkich zespołów w końcu spowoduje, że Mistrz Polski nie będzie beniaminkiem w Lidze Mistrzów tylko częstym i aktywnym graczem.
Jak będzie zobaczymy, wszystko wyjdzie na Deyna Cup. Jeśli tam przegramy sromotnie to będzie ostatni dzwonek. Umówmy się, nie jesteśmy mocarzami ale nie gramy z mocarzami.
Legia raz gra fenomenalnie raz tragicznie, jeśli to zmieni, Mistrz Polski będzie często, a może i puchary również...
MojaLegia.pl
Oczywiście rację ma Jan Urban mówiąc, że „nie jesteśmy mocarzami” . Bo nimi nie jesteśmy, ba w najbliższej przyszłości nimi nie będziemy. Nie widzę większych szans abyśmy odskoczyli od ligi na podobieństwo Wisły Kraków z lat minionych. Choć jak mawia nasz prezes to jest naszym celem. Jednak w obecnej chwili futbol jest nico inny, zbyt często jeden strzał, lub jeden błąd decyduje o piłkarskim być albo nie być. Boleśnie się o tym przekonała wspomniana przeze mnie i przez Ciebie Wisła. Gdzież by była gdyby Pareiko nie popełnił błędu, lub Ailton nie trafił do siatki? Kto to wie. Na pewno jednak wiemy natomiast jak się skończył ten ostatni krakowski zryw. Tego powtórzyć nam nie wolno.
Mnie bardzo cieszy to, że drogą klubu spod Wawelu nie zmierzmy. Mamy własną trasę i jej staramy się trzymać. Wiemy co to jest budżet, wiemy na co możemy sobie pozwolić. Zanim zaczęliśmy zatrudniać, postaraliśmy się zwolnić. Budujemy nasz zespół bezpiecznie, jedna czy druga wywrotka nie powinny zapędzić nas tam gdzie żaden z kibiców nie chciałby nas widzieć. „Nie jesteśmy mocarzami” , ale też z dnia na dzień nikt się takim nie staje. No chyba, że akurat za oknem tryśnie ropa. Nam nie trysła, więc budujemy naszą siłę z mozołem.
„Nie jesteśmy mocarzami” – mówi trener stołecznego zespołu i ma rację, ale prawdą jest, że wiele w tym kierunku robimy. Działacze po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, poza dbaniem o klubowe finanse, potrafili też ściągnąć piłkarzy, którzy przynajmniej teraz, na papierze wyglądają na takich, którzy są w stanie podnieść nasz zespół o jeden szczebel wyżej. Zawodników, których zamieszczane na youtubie filmiki, mające prezentować ich umiejętności, pokazywały w rywalizacji z Realem Madryt czy Anderlechtem Bruksela i to nie „naście” lat temu a w zeszłym sezonie.
„Nie jesteśmy mocarzami” – podobnymi słowami zwraca się do nas prezes naszego klubu. Nie zdobywamy mistrzostw seryjnie, nie mamy wielu niezbędnych rzeczy aby móc się do takowych zaliczać. Ale nawet w tym stanie, tu i teraz staramy się stworzyć drużynie jak najlepsze warunki. Pamięta ktoś z kibiców zespół znad Wisły, który jeszcze przed otwarciem okienka miał w zasadzie skompletowaną kadrę? Ja nie, przyznaję bez bicia. A do tego turniej na przetarcie, nowy sztab medyczny i generalnie wszytko co solidnego przygotowania było potrzebne (a z czym w poprzednich latach były niejakie problemy).
Dlatego mając to wszystko na uwadze jak najbardziej rozumiem potrzebę tonowania nastrojów, ale… też nie umniejszajmy proszę tego co już osiągnęliśmy. „Nie jesteśmy mocarzami”, ale swoją wartość już powoli powinniśmy poznawać. Wcale nie musimy się z nią chować, a tym bardziej jej wstydzić. Oczywiście, nie warto też "odlatywać". Jeden strzał, jeden błąd wciąż nas obowiązuje.
W następstwie sukcesów klubowych zaczęła się też epoka sukcesów reprezentacji /olimpijskie złoto 1972, 3 miejsce na MŚ w 1974 i 1982 roku oraz 5-6 na MŚ w 1978 roku/. Srebro olimpijskie z 1976 roku przyjęto jako klęskę i trener Górski w sromocie opuścił reprezentację i kraj. Na początku lat 70 -tych wydawało się,że w czołówce światowej usadowimy się na dekady. Mieliśmy po temu niezbędne warunki: organizacyjne, szkoleniowe i finansowe. Szczególnie szkolenie począwszy od trampkarzy stało na wysokim poziomie. Wyszkolono instruktorów,którzy pracowali we wszystkich klubach na takim samym minimum programowym /nie można było mniej, tylko więcej/. Niestety chyba sam Lucyfer zamieszał w naszym piłkarskim tyglu i zesłał nam korupcję.
Sukcesy stały się zalążkiem klęski. Do piłki zaczęli napływać ludzie, korzy mieli tu wyłącznie własny finansowy interes. Rozwój futbolu ich nie obchodził. W raporcie z MŚ w Meksyku z 1986 roku znalazło się charakterystyczne zdanie: "Nasza liga rzadko ma wpływ na reprezentację, ale w tym wypadku nieodpowiedzialny styl gry i walki na krajowych boiskach w znacznym stopniu oduczył reprezentantów twardości, hartu, nieustępliwości koniecznych na mistrzostwach świata, natomiast przyzwyczaił do wygodnictwa i osiągania sukcesów,bez wysiłku fizycznego, niekiedy przy pomocy czynników pozasportowych". Niezmiernie rzadko pisało się w owym czasie w oficjalnym dokumencie o destrukcyjnym wpływie korupcji na całą piłkę. Prym wiodły w kupowaniu meczów kluby Śląskie. Legia na kupowanie kasy nie miała za to ochoczo, mecze sprzedawała. Nie bez przyczyny od 1971 do 1992 nie byliśmy Mistrzem mimo, że skład zawsze był wyśmienity. O latach po 1993 roku /kupione Mistrzostwo/ pisze Gawin76, zapomina tylko dodać o sprzedanym za 200 tys. DM tytule w 1997 roku /wywiad Ryszarda Stańka dla PS-nikt nie sprostował w obawie, ze Staniek ujawni nazwiska/.
I tak w tym bagnie uczestniczyliśmy, aż nas zmiana Kodeksu Karnego z tej otchłani wyrwała w 2005 roku. Niestety nadal świeciliśmy światłem odbitym,a to z tego powodu,że klub został przejęty przez hobbystów i laików w świecie sportu. Nie mieli oni żadnego pomysłu na jego funkcjonowanie, poza wydawaniem pieniędzy czytaj wyrzucaniem ich w błoto. Żadnego bowiem pożytku nie było. Nic się nie poprawiło.Prezesi i personel kierowniczy brali kasę i do tego się ich wysiłek ograniczał. Ale nie tylko korupcja i nieudolność postawiły nas w tym miejscu, w którym jesteśmy.
Kiedy Europa zmieniała na początku lat 80-tych infrastrukturę piłkarską /podgrzewane płyty umożliwiające grę prawie cały rok, sztuczne nawierzchnie okryte halami typu lekkiego pozwalające na permanentne szkolenie młodzieży czy stacjonarne ośrodki sportowe/ my tkwiliśmy w dobrym samopoczuciu 10 lat wcześniej i nie robiliśmy nic. Jeszcze w 1992r w Barcelonie mogliśmy konkurować z najlepszymi w swojej kategorii wiekowej to później nasze roczniki szkolone na błocie zaczęły wyraźnie ustępować młodzieży wytrenowanej w nowoczesnych warunkach. W Legii też nikt o tym nie myślał. Akademia jest bardzo dobrą inwestycją, ale beż stałego ośrodka z bursą jest skazana na to co czyni dotychczas. Nie na selekcję poprzez trening,ale opiekę nad wybraną grupą. Tak daleko nie zajedziemy. Do tego chlubiliśmy się w piłce tzw. polską myślą szkoleniową. Tylko, że ta myśl może i jest tylko jest tak przestarzała, że nawet na kraje arabskie się nie nadaje.
W okresie korupcji wielu trenerów robiło za załatwiaczy oraz innych cudotwórców. Nazwisk nie wymienię. Rok 2005 wielu z nich wymiótł, bo nagle okazało się, że są niewiele warci. Na końcu zostawiam pieniądze nie są one bowiem najważniejsze. Są one bowiem środkiem do cele, a nie celem samym w sobie. Najpierw trzeba wiedzieć po co środki, potem trzeba je zdobyć i dopiero wydawać. Legia więc jak cały nasz futbol wiele lat temu zaczęła się staczać i zatrzymać ten proces jest bardzo trudno. Dziś stoimy na rozdrożu. Albo zaczniemy świecić własnym blaskiem, albo latarnię trzeba będzie zgasić.