- Kategoria: Trybuna komentatorów
- gawin76
Ucieczka spod stryczka
Wojewoda Mazowiecki nie zamknął stadionu Legii ani na całą rundę jesienną, co złowieszczo przepowiadali niektórzy, ani nawet na arcyciekawie zapowiadający się niedzielny mecz ligowy z Górnikiem Zabrze. Sytuacja, z którą mamy w tym przypadku do czynienia jest z jednej strony dobrze nam już znana z autopsji, z drugiej strony pod pewnymi względami precedensowa.
Sprawa ujrzała światło dzienne w zeszłym tygodniu, kiedy Legia wstrzymała sprzedaż biletów na mecz z Górnikiem Zabrze, dając do zrozumienia, że spodziewa się decyzji administracyjnej zakazującej zorganizowania meczu z udziałem publiczności. Przez kilka dni napływały różne sygnały. Niektóre z nich od początku utrzymywały, że wojewodzie chodzi o doprowadzenie do sytuacji, w której wszystkie mecze rozgrywane przez Legię na Łazienkowskiej będą ponownie uznane za mecze wysokiego ryzyka oraz o przedstawienie przez Legię konkretnego planu postępowania wobec zdarzających się na naszym stadionie naruszeń przepisów prawa. Prawdziwa bomba wybuchła jednak w niedzielę, kiedy tygodnik Wprost zamieścił na swojej stronie internetowej zapowiedź artykułu dowodzącego, że w całej sytuacji nie chodzi wcale o status meczów rozgrywanych przez Legię w Warszawie, lecz o to, że Jacek Kozłowski rozczarował się współpracą z prezesem Legii, Bogusławem Leśnodorskim, którego nie uważa już za partnera w dyskusji, lecz za człowieka 'Żylety', a nasz stadion zamierza zamknąć, uwaga, do końca rundy jesiennej.
Ten apokaliptyczny wariant nie ziścił się, tymczasem przez kilka wypełnionych spekulacjami dni zdążyliśmy już wrócić do doskonale nam znanego punktu, w którym część kibiców złorzeczy na policję i wojewodę, nie dostrzegając merytorycznego sensu w zamykaniu stadionów, dostrzegając za to rażącą dysproporcję pomiędzy przewiną a zastosowanym środkiem interwencyjnym oraz doszukując się w podejmowanych decyzjach inspiracji politycznych i próby zbicia kapitału politycznego na walce z rzekomym stadionowym chuligaństwem, inna część kibiców ma natomiast za złe swoim 'braciom po szalu', że mając świadomość delikatnej sytuacji, w jakiej znajduje się będący na cenzurowanym klub, nie potrafią odmówić sobie racowisk i blokowania stadionowych dróg ewakuacyjnych, narażając tym samym Legię na straty finansowe, a pozostałych kibiców na potencjalny dyskomfort oglądania meczów sprzed ekranu telewizora.
W porównaniu z poprzednimi uwarunkowaniami zmienił się w zasadzie tylko jeden element układanki – wzajemne relacje na linii klub - kibice. Trudno wyobrazić sobie, żeby kibice mieli teraz zacząć protestować na złość Bogusławowi Leśnodorskiemu, wypominając klubowi, że nie broni ich interesów, czy wręcz prowokuje działania konfrontacyjne. Prezes Leśnodorski potrafił przecież zdobyć się na gesty takie jak pozbycie się skonfliktowanego z fanami Bogusława Błędowskiego, potrafił w publicznych wypowiedziach stanąć po stronie kibiców, co w obecnych czasach jest ewenementem, w dodatku obciążonym pewnym ryzykiem, potrafił wreszcie mocno wesprzeć kibiców w pomyśle na organizację dopingu podczas meczu ze Steauą Bukareszt. O dziwo, tym razem to nie kibicowskie przewiny, lecz organizacyjne zaniedbania ze strony klubu popełnione właśnie w trakcie meczu ze Steauą o mały włos nie doprowadziły do zamknięcia Pepsi Areny.
Nasz prezes i jego podwładni z pewnością mają świadomość, że klub nie rozpoczął zupełnie nowego życia wraz z momentem objęcia przez Bogusława Leśnodorskiego stanowiska szefa całego przedsięwzięcia, że Legia ciągnie za sobą bagaż wieloletnich doświadczeń w rozmaitych aspektach związanych z sytuacją na trybunach, że stosunek świata polityki i mediów do kibiców piłki nożnej w Polsce stawiał nas już, nadal stawia i zapewne jeszcze wielokrotnie będzie stawiał w niezbyt wygodnym położeniu. Zapominać o tym to nieroztropność, nie sposób przecież liczyć na to, że szczęśliwa ręka prezesa i jego dar przekonywania rozwiążą wszystkie problemy.
Jeżeli zatem prawdą jest, że klub zaniedbał kwestie tak banalne jak przygotowanie dróg dla pojazdów pogotowia czy straży pożarnej, jeżeli prawdą jest, że przepływ kibiców między trybunami odbywał się w sposób 'hurtowy' i 'całkowicie niekontrolowany', to trzeba sobie niestety powiedzieć, że dopuszczając się takich zaniedbań, klub wystawił się na strzał zdecydowanie zbyt łatwo (nikt nie wmówi mi, że nawet w obliczu chaotycznych przygotowań do meczu ze Steauą, były to kwestie nie do załatwienia), dostarczając policji i wojewodzie wygodnego pretekstu do wkroczenia z raportami, łajankami i groźbami. Nawiasem mówiąc, abstrahując na moment od wszelkich administracyjnych konsekwencji, utrata kontroli nad stanem zapełnienia konkretnej trybuny jest jednym z najcięższych grzechów, które może popełnić organizator. Na szczęście to już nie te czasy, kiedy kraty oddzielające trybuny od boiska potrafiły przemienić zatłoczone sektory w śmiertelne pułapki, ale samo skojarzenie powinno działać w sposób wystarczająco odstraszający.
Oczywiście nie sposób nie wziąć pod uwagę wyjątkowości sytuacji, która wytworzyła się przed meczem ze Steauą, nie sposób nie dostrzec imperatywu, który sprawił, że klub świadomie podjął ogromne ryzyko organizacyjne, żeby w trudnej sytuacji spowodowanej decyzją o wyłączeniu z użytkowania Trybuny Północnej, zapewnić piłkarzom doping w obliczu historycznej szansy na awans do Ligi Mistrzów. Nikt nie musi wstydzić się tamtej nadziei, spontaniczności, tamtych wysiłków, żeby maksymalnie wspomóc Legię, wszyscy powinni być dumni, że zaufanie okazane sobie wzajemnie przez klub i kibiców, nie zostało zawiedzione. Ale jeżeli przy tej okazji w jakimś momencie strzeliliśmy sobie z kolta w stopę niczym greenhorn z powieści Karola Maya, cóż, nie ma sensu krzyczeć, że na dachu sąsiedniej kamienicy przyczaił się na nas snajper terrorysta i to on wypalił. Gdyby wojewoda Kozłowski zamknął stadion na mecz z Górnikiem, trzeba byłoby to po prostu wziąć 'na klatę'.
Ku powszechnemu zaskoczeniu, wojewoda Legii jednak nie zamknął, mimo że miał nas na widelcu. Dlaczego? Tego zapewne szybko się nie dowiemy, możemy jedynie snuć domysły:
- wedle koncepcji ambicjonalnej Jacek Kozłowski nie mógł pozwolić na to, żeby powstało wrażenie, że jest ciągle ogrywany przez Bogusława Leśnodorskiego, a na Legii jawnie się go lekceważy, postanowił skorzystać z okazji, żeby przypomnieć o swojej władzy i pokazowo postawić na swoim w kwestii organizacji meczów jako imprez podwyższonego ryzyka,
- wedle koncepcji mocarstwowej Jacek Kozłowski wystraszył się konsekwencji swojej decyzji, wściekłości kibiców Legii, może i właścicieli naszego klubu,
- wedle koncepcji optymistycznej wszystko było burzą w szklance wody, raporty na serio wystraszyły wojewodę, padło kilka mocnych słów, jednak zawarte w raportach treści okazały się przejaskrawione lub wręcz upadły w konfrontacji z rzeczywistością,
- wedle koncepcji spiskowej cała afera, łącznie z artykułem we Wprost, była elementem nakreślonego wcześniej planu, zgodnie z którym Jacek Kozłowski wraz ze stojącym za nim ugrupowaniem politycznym miał zyskać kilka punktów popularności wśród sympatyków Legii (patrzcie, tak nabroiliście, a my wam to darujemy),
- wedle koncepcji zdroworozsądkowej wojewoda nie chce żadnych problemów na Legii, sprawa nie zaprząta jego uwagi, zamierzał dla świętego spokoju przychylić się wreszcie do wniosku policji, przedstawicielom Legii udało się jednak przekonać wojewodę, że sytuacja z meczu ze Steauą była wyjątkowa, a wskazane zaniedbania już się nie powtórzą
Koncepcje podano w kolejności alfabetycznej, zapewne dałoby się je uzupełnić o jeszcze kilka liter alfabetu. Oczywiście z kibicowskiego punktu widzenia najważniejsze jest, że będziemy mogli ruszyć w niedzielę na stadion.
Tym razem (jeszcze?) sport się obronił.


Jeśli weźmiemy to pod uwagę nie dziwi ,że raport policji był zatrważający. Pamiętajmy też ,że UEFA z trochę innej perspektywy ocenia mecz i stąd rozdźwięki o których wspomina szlachetny Walles 'na aucie"
To samo ze słowami pana Kozłowskiego. Rozmawia ustala, a tu na takim meczu jak z rumunami dzieje się dokładnie wszystko odwrotnie .Może czuć się zawiedziony? może. Dlaczego nie doszło do zamknięcia stadionu? moim zdaniem przyczyna jest jedna i wspomina o niej sir Gawin. Wyjątkowość meczu i wyjątkowa sytuacja. Można przypuszczać ,że na tym opierała się argumentacja władz klubu i jak widać wybór trafny bo zarówno policja jak sam wojewoda argumenty klubu przyjął i uznał. Trzeba natomiast zadać pytanie czy koszty które klub poniesie aby spełnić fanaberie kibiców nie są zbyt duże. Mecze podwyższonego ryzyka to wydatek czystej gotówki dużo większy niż mecze zwykłe. Ponownie zapłacimy wszyscy poczynając od pierwszego meczu w LE gdzie ceny biletów będą tak skalkulowane aby straty choć lekko wyrównać. Następne pytanie czy zapłaci za to cały stadion czy tylko wschodnia zachodnia i południowa? Znając siłę związku zawodowego kibiców SKLW boję się ,że północną obronią, a za "podwyższony standard ochrony" zapłacą Ci których akurat za bardzo pilnować nie trzeba.
Natomiast u nas mamy do czynienia z Ustawą o bezpieczeństwie imprez masowych, która jest ewidentnym przykładem woluntaryzmu prawnego. Jest z tego powodu powszechnie lekceważona. Do tego naruszając żywotne interesy klubów, nie tylko finansowe nie wylicza enumeratywnie za jakie przewiny stadion może być niedostępny dla kibiców /nazywa się to kazuistyką/. Czyli kiedy i w jakich warunkach stosujemy określoną sankcję. Lecz stosowanie tej Ustawy w praktyce jest jeszcze gorsze, gdyż odbywa się na podstawie głoszenie wojen z kibolami. Jak Pan Premier krzyknie, że walczymy to Urzędasy zamykają, przy czym Premier nie ogłasza końca walki, ale zapał w Panach Wojewodach opada i po pokazówce znowu kapcanieją. Niestety przypomina to stare przysłowie: "Jak chcesz psa uderzyć to kij zawsze znajdziesz". Tak władzy publicznej postępować nie wolno.
A teraz o nas zdanie jedno. Pan Prezes Leśnodorski był uprzejmy wreszcie zauważyć, że "medialno-polityczna atmosfera nam nie sprzyja". Takie porozumienie z kibicami jakie Prezes zawarł może zaowocować tym, że żadnych kibiców na naszym stadionie nie będzie. Kiedy dojdzie do władzy inny Prezes /z którym przez 4 lata byłem na studiach i na obozach wojskowych/, o czym nie marzę, ale jest to możliwe, to ta perspektywa będzie całkowicie pewna.
Teraz jest podobnie: nie da się jednocześnie uprawiać miłości z radykalnymi kibicami i przestrzegać prawa (czyt. nie narażać się wojewodzie). Nie mam nadmiernych pretensji do Leśnodorskiego, bo sytuacja jest w tej chwili bez wyjścia. Droga, którą wybrał ma wiele złych stron, ale nie widzę żadnej innej, która nie miałaby ich tyle samo bądź więcej. Wygląda to rzeczywiście na urwanie się ze stryczka, jeszcze jedno darowanie winy (bardzo dobrze Walles to ocenił w stylu wolnym). Kiedyś doczekamy tej niemiłej chwili, że stadion miejski zostanie zamknięty na dłużej i wojewoda się z tego szybko "warunkowo" nie wycofa. I będzie miał swoje dobre powody, by tak zrobić. Legia będzie mocno stratna, finansowo i sportowo, my będziemy smutni, ale znam takich, którym w to graj, bo się spełni diagnoza o opresyjnej władzy, diagnoza dla nich dużo ważniejsza niż jakaś tam Legia.
Wracając do meczu z Rumunami i reperkusji tegoż: niektóre wpadki skandaliczne (zablokowanie pojazdów służb zabezpieczających imprezę), inne do przewidzenia, a spowodowane wyjątkową sytuacją i wybaczalne (przejścia między trybunami, race). Suma sumarum: wyrok malutki, nie powinniśmy narzekać, a wnioski trzeba wyciągnąć (również po stronie kumatych - wierzę że to nastąpi).
150.000E, zamknięty stadion na jeden mecz, co w sumie daje około 1 mln euro straty, do tego zamknięcie na kolejny mecz, zawieszone na 5 lat uważasz za "malutki wyrok"? Jaki byłby duży?
UEFA chyba nie spodobała się oprawa, ale takie sankcje wydają mi się ostrym przegięciem pały. I nie twierdzę, że nie mamy nic na sumieniu. Jestem rozgoryczony i nie wiem nawet na kim się wyżyć - na kibicach, czy na dygnitarzach.
Współczuję tylko Leśnodorskiemu - taki fun był do tej pory, wszystko było takie fajne, niesłabe.
Przykro w takiej sytuacji mieć rację. Ale ten ciąg zdarzeń to "zasługa" Prezesa. Trzeba wiedzieć kim się jest. Każdy kto się zetknął z teorią ról społecznych wie o czy mówię. Nie wolno siedzieć okrakiem na barykadzie i udawać, ze nikt nie strzela. A Prezes przestał być wiarygodnym partnerem dla decydentów, a stał się zakładnikiem części kibiców, którzy z tego świata niewiele rozumieją.
Przepraszam za nie dość wyraźne rozdzielenie wątków: moje słowa o "malutkim wyroku" dotyczyły tego zasądzonego przez wojewodę - szczególnie z perspektywy kary od UEFA, która, tak jak mówisz, jest drakońska.
nie znam się niestety, więc mogę tylko opierać się na tym co "gdzieś tam" przeczytałem. a "gdzieś tam" była informacja że zabezpieczenie każdego spotkania o podwyższonym ryzyku kosztuje o 50 tyś. zł więcej niż normalnie. Nie brzmi jak dramat w obliczu kary UEFA.