A+ A A-

Powtórzyć Raków

W najbliższą niedzielę Legia zagra najprawdopodobniej o mistrzostwo Polski. Jeżeli Lech Poznań nie straci w sobotę punktów z Pogonią Szczecin, mecz Legii z Ruchem dołączy do listy meczów pieczętujących tytuł dla naszego zespołu. Nie dopuszczamy myśli o wyniku innym niż zwycięstwo Legii, choć remis również będzie oznaczał, że tytuł zostanie w stolicy.

Zastrzegam, że poniższy wpis należy zakwalifikować do kategorii 'kochany pamiętniczku'. To krótkie i subiektywne wspomnienie meczów decydujących o mistrzostwie dla Legii, z uwzględnieniem jedynie meczów decydujących w sposób ostateczny. Z tego względu nie gości w tym gronie na przykład zeszłoroczny mecz z Lechem Poznań, wszak korona pojawiła się na czołach naszych piłkarzy dopiero tydzień po pamiętnym zwycięstwie 1:0, kiedy nieco zawiedzeni kiepskim wynikiem Legii osiągniętym w Łodzi (1:1), zasiedliśmy do telewizorów, by obserwować jak Lech wbija kilka bramek Podbeskidziu. Sensacyjnie, choć rzecz jasna przy naszej pełnej aprobacie, Lech uległ Podbeskidziu 0:2 i dopiero wtedy tytuł mistrzowski dla Legii stał się faktem.

1993: Wisła Kraków – Legia Warszawa 0:6

Lata pięćdziesiąte i siedemdziesiąte to dla mnie dzieje zbyt odległe. Moje wspomnienia meczów o mistrzostwo zaczynają się w roku 1993, od meczu, który zakończyło się gigantycznym skandalem. Czy Legia kupiła mecz z Wisłą? Zważywszy na okoliczności, najprawdopodobniej tak. Czy powinna zostać ukarana w sytuacji, gdy PZPN nie miał żadnych twardych dowodów winy, poza wewnętrznym przekonaniem, wykrzyczanym publicznie przez Ryszarda Kuleszę? Z pewnością nie, zwłaszcza, że tytuł odebrano Legii i jednocześnie w skandaliczny sposób podarowano Lechowi. Zadra tkwiła we mnie długo, do Lecha, bo przecież mistrza przy stole, ja... sami zresztą wiecie. Niestety również do nieżyjącego już trenera Kuleszy.

Telewizyjnej transmisji z tego meczu albo nie było, albo nie miałem do niej dostępu, ponieważ mecz śledziłem w studio S-13. Jakże odmienne były reakcje wysłanników Polskiego Radia, pełna ironicznego dystansu z Krakowa, gdzie Legia strzelała sześć bramek, i naiwnie rozentuzjazmowana z Łodzi (redaktor Tomasz Zimoch i wszystko jasne...), gdzie ŁKS gromił Olimpię 7:1. Gdyby stosowano w tamtym czasie dzisiejszy regulamin, afery by nie było, Legia miała dodatni bilans meczów z ŁKS-em (1:1 i 2:0). Gdyby PZPN zareagował na wcześniejsze wygłupy (typu mecz w Lubinie w przedostatniej kolejce, gdzie ŁKS przegrywał 2:0, by zwyciężyć 3:2), wszystko zapewne również potoczyłoby się inaczej. A tak... jest gwiazdka zamiast korony.

1994: Legia Warszawa – Górnik Zabrze 1:1

Wiecie co pamiętam z tego meczu najlepiej? Nie, nie bramkę Adama Fedoruka na 1:1 i nie kolejne czerwone kartki dla piłkarzy Górnika. Znacznie lepiej pamiętam 'Żyletę' nabitą szczelnie już na długo przed meczem. Pamiętam obserwowany z 'Żylety' dziki pęd po miejsca na trybunie krytej tuż po otwarciu bram (to były jeszcze czasy drewnianych ławeczek i wolnoamerykanki w zajmowaniu miejsc). Pamiętam wreszcie jak potężnie ryknęła 'Kryta', jak ludzie zrywali się tam z miejsc, bili brawo i wiwatowali kiedy... Legia wybiegła na rozgrzewkę pół godziny przed meczem. Chciałbym przeżyć jeszcze raz coś takiego, taką kumulację oczekiwań i nadziei, jeszcze raz usłyszeć taki spontaniczny, niezaplanowany ryk na sam widok naszych piłkarzy.

A mecz? Szamotanina, szarpanina i kopanina. Obserwując mecz z trybun, mógłbym przysiąc, że wszystkie kartki dla brutalnie grających zabrzan były słuszne. Równie mocno byłem jednak przekonany, że w ostatniej minucie meczu gościom należał im się rzut karny. Grający w ósemkę (!) Górnik miał aut na naszej połowie, piłkę wrzucono bodaj do Tomasza Wałdocha, który ostro zaatakowany, padł w naszym polu karnym. To był koszmarny mecz Legii, sztandarowy przykład 'widowiska' zepsutego przez stawkę meczu i stres pętający nogi piłkarzom.

1995: Legia Warszawa – Raków Częstochowa 3:0

O! I tu aż się roi od analogii z niedzielnym meczem z Ruchem. W sezonie 1994/95 Legia mogła zapewnić sobie mistrzostwo na trzy kolejki przed końcem rozgrywek (mieliśmy pięć punktów przewagi nad Widzewem Łódź, a obowiązywał system dwóch punktów za zwycięstwo). Graliśmy decydujący mecz na własnym boisku, ale mieliśmy w zanadrzu jeszcze dwa mecze, pierwszy wyjazdowy (wtedy z Zagłębiem Lubin) i drugi u siebie, z najgroźniejszym rywalem (rzeczony Widzew).

To był mecz – sielanka. Środa, 31 maja, przed południem zdawałem tego dnia ustną maturę z historii, cały czas nosząc przy sobie bilety na 'Krytą' (o dziwo, tym razem udało się uniknąć zesłania na 'Żyletę'). Upał był taki, że przed meczem policja polewała 'sikawką' kibiców na zakolu. Mecz dobrze zaczął Raków, ale sytuację szybko uspokoił Zbigniew Mandziejewicz, jeszcze w pierwszej połowie zdobywając dwie bramki. Skończyło się na trzech, bo po przerwie trafił jeszcze Jerzy Podbrożny. Poszło lekko, łatwo i przyjemnie.

2002: Legia Warszawa – Odra Wodzisław 0:0

W tamtych rozgrywkach, podobnie jak w sezonie 2012/13, najważniejszy nie był mecz ostatecznie decydujący, lecz ten, który go poprzedzał, z największym rywalem, wtedy Wisłą Kraków. Po kiepskim meczu zremisowaliśmy pod Wawelem 1:1 dzięki dziwacznej bramce Stanko Svitlicy, obroniliśmy przewagę pięciu punktów nad Wisłą i wystarczył nam jeden punkt w dwóch ostatnich meczach (Odra u siebie i Ruch na wyjeździe), by fetować tytuł.

Udało się już za pierwszym podejściem. Mecz z Odrą był jednak bardzo słaby, sporo było w nim fauli, a mało sytuacji strzeleckich. Pewnym wytłumaczeniem był fakt, że Odra dysponowała w tamtych rozgrywkach zupełnie niezłą drużyną, w składzie której występowali między innymi Paweł Sibik (zabrany później przez Jerzego Engela na MŚ do Azji), Piotr Rocki czy... Marek Saganowski.

2006: Górnik Zabrze – Legia Warszawa 0:1

Legia Dariusza Wdowczyka jechała do Zabrza po zwycięstwo, chociaż strata punktów w tamtym meczu nie przekreślała naszych szans na mistrzostwo. W przypadku remisu bądź porażki losy tytułu rozstrzygnęłyby się w ostatniej kolejce, w meczu z dowodzoną przez Dana Petrescu Wisłą Kraków. W Zabrzu jednak zwyciężyliśmy, w związku z czym mecz z Wisłą miał charakter jedynie prestiżowy. Przegraliśmy go 1:2, jak przyznawali nasi piłkarze post factum, niewysoko, zważywszy na sposób przygotowania do tego meczu.

Mecz z Górnikiem oglądałem w telewizji i było to piekielnie nerwowe 90 minut. Wprawdzie gola szybko zdobył Piotr Włodarczyk, a z boiska długimi fragmentami wiało nudą, ale im bliżej było końca meczu, tym wyraźniej Legia ustępowała pola Górnikowi. Górnik w tamtym sezonie mocno dołował i o mały włos zostałby zmuszony do gry w barażu o pozostanie w ekstraklasie. Właściwie to zagrałby w nim, gdyby z Amiki Wronki i Lecha Poznań nie miał w kolejnych rozgrywkach zrobić się jeden klub. Ta słabiutka ekipa w pewnym momencie zaczęła jednak toczyć mecz z osamotnionym Łukaszem Fabiańskim, bo reszta kolegów naszego bramkarza poruszała się po boisku niczym w malignie. Na szczęście Fabian dał radę.

***

Jak widać, różnie było w tych meczach, przeważnie nerwowo i niezbyt ciekawie pod względem piłkarskim. A gdyby wzbogacić powyższe zestawienie o traumatyczne wspomnienia meczów z Widzewem z 1996 i 1997 roku... Dlatego, choć wystarczy nam w niedzielę powtórka z meczu z Odrą Wodzisław, chyba nieco milej i zdrowiej byłoby przeżyć deja vu z meczu z Rakowem Częstochowa.

Dyskusja (3)
1czwartek, 22, maj 2014 01:22
Oliver
Bardzo fajne wspomnienia. Muszę tu się pochwalić, że byłem na każdym z wymienionych meczów dających tytuł mistrzowski Legii.
Kraków 1993 - ten tak oczekiwany od niemal pół wieku tytuł udało się wreszcie zdobyć. Te coroczne "modlitwy" Alchima na płotach różnych stadionów w tym Żylety oczywiście ( ...słuchaj Jezu jak Cię błaga lud, słuchaj, słuchaj mistrza z Legii zrób.), zostały wreszcie wysłuchane.
Okoliczności i wysokości tego zwycięstwa nad Wisłą były oczywiście dość żenujące, ale wpisywały się w ówczesny regulamin i w coroczne "niedziele cudów" na finiszu ligi. Nikomu z obecnych na Reymonta kibiców Legii w najczarniejszych nawet myślach nie przyszedł by do głowy późniejszy werdykt PZPN-u, pozbawiający nasz klub tytułu.
Po meczu w Krakowie zabawa była przednia. Eskortowany wojskowymi ósemkami przemarsz na krakowski rynek, pieśni legijne na tymże, ozdobienie pomnika Mickiewicza w barwy Legii...tego w obecnych warunkach polityczno-policyjno-organizacyjnych trudno sobie wyobrazić.

Mecz z Górnikiem rok później.
PZPN doszedł chyba do wniosku że zrobił Legii krzywdę w poprzednim sezonie i dał do sędziowania kończącego swoją karierę sędziego z Nowej Soli który dość mocno pomógł nam w uzyskaniu tego zwycięskiego remisu.
Faule ze strony Górnika oczywiście były, ale nie były to czasy aby tak lekko dawać czerwone kartki.
Do tego ten młodzian z Górnika strzelający nam bramkę, zupełnie jak w filmie "Piłkarski poker".
No i to zakończenie meczu przed czasem, kiedy na boisko zaczęły wybiegać z Żylety tłumy rozentuzjazmowanych kibiców. Mnie również udało się przeskoczyć ten płot...

Tytuły w 1995 i 2002 bardzo lajtowe, bez szczególnych trudności, ze świętowaniem na murawie boiska na Ł3.

Zabrze 2006
Mecz toczony w bardzo napiętej atmosferze na trybunach, znacznie bardziej napiętej niż na boisku.
Po ostatnim gwizdku ruszyły na nasz sektor setki kibiców Górnika którzy zostali powstrzymani przez policyjne polewaczki które zaparkowały pod sektorem Legii.
Po odparciu kibiców Górnika, dysze armatek zostały skierowane na nas, czym na krótki czas "ochłodziły" emocje.
Ale po kilkunastu minutach setki kibiców Legii wbiegły na murawę zabrzańskiego stadionu i pod trybuną Górnika świętowały zdobyty tytuł.
Wyszli do nas niektórzy piłkarze i wspólnie z nami tańczyli i śpiewali.
Prym wiedli szczególnie brazylijczycy ze swoją flagą - Edson i Roger.
Służby porządkowe Górnika przy stosunkowo niewielkim udziale policji pogonili nas potem z murawy i miałem okazję z bliska poznać korytarze i zakamarki klubowego budynku Górnika znajdującego się za trybuną krytą, szukając bezpiecznej drogi ewakuacji Wink

Do tych wyżej wymienionych meczów o tytuł muszę jeszcze koniecznie dodać mecz z ostatniej kolejki chyba 1985 roku.
Kilkoma pociągami pojechaliśmy do Szczecina na mecz z Pogonią. Zwycięstwo w tym meczu, przy stracie punktów Górnika na Widzewie (który mógł zostać wicemistrzem)dawało Legii tytuł MP.
Niestety, Widzew perfidnie podłożył się Górnikowi i przegrał, Legia odpuściła też potem Pogoni i zakończył mecz remisem 1:1.
W bardzo kiepskich nastrojach, mocno złorzecząc na znienawidzony klub z Łodzi, wróciliśmy do Warszawy.
Powrót odbywał się bardzo wydłużonym składem kolejowym, a pomimo tego w każdym przedziale wbiło się po kilkanaście osób + kompletnie zatłoczone korytarze. Nigdy wcześniej i później nie widziałem tak "wypełnionego" pociągu.Osobistą ciekawostką jest fakt mojego wsiadania przez okno do tego pociągu, podczas której to czynności całkowicie urwałem nogawkę spodni Wink

Oby najbliższa niedziela dostarczyła nam tylko pozytywnych doznań.
I oby kibice Ruchu nie zakłócili zbyt mocno tego wydarzenia, gdyż dochodzą mnie ze strony osób związanych z niebieskimi głosy o pewnych niepokojących planach związanych z tym meczem.
Nasze służby muszą być znacznie bardziej czujne niż podczas meczu z Jagą.
2czwartek, 22, maj 2014 03:06
gawin76
@ Oliver

Tak, z nieco przedwczesnym zakończeniem tamtego meczu z Górnikiem to mogła być nawet jeszcze grubsza sprawa. Szczęście, że Redziński zachował przytomność umysłu w obliczu szarżujących kibiców i zdążył formalnie zakończyć mecz.

Ja płotu nie przesadziłem Razz Długo stałem na tych ławkach i zastanawiałem się czy i tym razem nie odbiorą nam tytułu. A następnego dnia pomaszerowałem do szkoły w koszulce Legii, bo poszedł zakładzik z kumplem. To jeszcze nie były te czasy, że się na luzie chodziło w kolekcji lifestyle, ludzie patrzyli na mnie jak na wariata. Dominowały wtedy buldogi w czapkach, a ja akurat miałem taką zieloną na plecach i białą z przodu z ukośnym czerwonym pasem. Do niczego to nie było podobne, no ale było. Mam zresztą do dzisiaj Very Happy

Kartek było oczywiście zatrzęsienie, ale to co robił Górnik to IMO był boiskowy bandytyzm. Nie inaczej zachowywali się wcześniej w półfinale PP i co ciekawe wtedy sędzia (Wójcik?) dostał karę za... pobłażanie ich wyczynom.

"Niepokojące plany Ruchu", hm... Oby zatem lekcja z Jagiellonii została dobrze odrobiona.
3czwartek, 22, maj 2014 20:46
corazstarszy
Hmmm,
ja o dwóch pierwszych meczach.
1993
Zajęło mi to kilkanaście lat, ale w końcu przyjąłem tę przykrą prawdę, że mecz 0-6 nie był uczciwy. Jednak trenerem Legii był Janusz Wójcik.
Nie pamiętam, czy to było w 2006, czy w 2007, ale mi się udało zapis całego meczu ściągnąć z internetu. Go emitowała w całości, choć chyba nie na żywo regionalna TVP w Krakowie. Plik z meczem to była jakaś kopia z kasety VHS słabej jakości. Ale było widać, że nie grają uczciwie, zwłaszcza wiślacy, choć my, korelatywnie, też.
Też miałem pretensje do Lecha. Ale jeśli kogoś mamy obwiniać, to bardziej PZPN i nieżyjącego Kuleszę. Każdy z głosujących takich meczów się naoglądał od lat 80-tych sporo (w 1987, np. unieważnionych zostało kilka meczów ostatniej kolejki sezonu 86/87, bez poważnych konsekwencji dla kształtu tabeli), ale to Legią dopiero się zainteresowano. Dla Lecha to nieoczekiwane mistrzostwo oznaczało, przynajmniej dla działaczy, duże kłopoty finansowe. Jest podejrzenie, że oni też grali niesportowo, tylko w drugim kierunku niż Legia i ŁKS. Starali się nie zająć 1. miejsca, m.in. mieli w 34-kolejkowym sezonie passę 8 meczów bez wygranej.
Powiem tak: lepiej być uczciwie wicemistrzem niż takim mistrzem, jakim byłaby Legia, gdyby zachowano wyniki i tabelę. Nie chcę o tym pamiętać.

1994
Też byłem na stadionie, na Krytej. Głównie pamiętam zjazd o kilka rzędów do przodu i w dół po golu Fedoruka. Na stadionie przysiągłbym, że przy golu Szemońskiego piłka całym obwodem przekroczyła linię boczną. Potem, oglądając wiele razy cały mecz, nie byłem już taki pewien.
Redziński? Czułem, że to będzie mocno komentowany mecz, gdy na samym początku (3. minuta?) nie wyrzucił Grzegorza Mielcarskiego za wycięcie Jałochy od tyłu. To była klasyczna czerwona, nawet wedle ówczesnych bardziej liberalnych przepisów. Potem, też, ok. 19 minuty, jest taka sytuacja, że uwaga sędziów jest przy jakimś faulu przy linii bocznej pod Krytą, a na środku leżą Jałocha i Mielcarski. I przy wstawianiu, jest przewyraźny cios łokciem zawodnika gości w twarz zawodnika gospodarzy.
Każda z trzech czerwonych to była druga żółta. Na pewno nie wszystkie żółte się należały; niektóre zostały wsparte fatalną stylowo symulką w wykonaniu naszych, np. Kowalczyka. I złamane żebro Jacka Zielińskiego. To było przy stanie 0-0, rzut rożny pod bramką Gónika. Zielu wyskoczył najwyżej i skończył leżąc za linią końcową. Już nie wrócił na boisko. Moim zdaniem, późniejszy strzelec gola Szemoński, przegrawszy z nim walkę w powietrzu, doprowadził do upadku Zielińskiego tak dramatycznego w konsekwencjach. Też, jak Gawin, miałem myśli, że zweryfikują wynik na 0-3 ze wzgl. na tłum, który w doliczonym czasie wziął gwizdek na faul za gwizdek końcowy i wbiegł na boisko. I też pamiętam śpiew po golu na 1-1 'Kto będzie mistrzem, Kulesza, kto będzie mistrzem'.
Dla mnie idealny scenariusz, to ten zeszłoroczny, przedtelewizorowy.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1