A+ A A-

Czy śpiewa z nami kibic, czyli White Hart Lane

Natchniony relacją Czarnego Elfa z wizyty na Upton Park zawartą w artykule "West Ham – Chelsea okiem legionisty” doszedłem do jedynego możliwego wniosku: jak on mógł to i my możemy. Jadę, a raczej jedziemy, gdyż moi synowie wyparliby się ojca gdybym podobną wycieczkę zaliczył samemu.

W tym miejscu, na samym wstępie z mojej relacji, chciałbym gorąco podziękować Czarnemu Elfowi za to, że dzieląc się z nami swoim pomysłem dał mi  impuls i pokazał, że przy odrobinie chęci da się.

 

Kup Pan bilet

Dla każdego kibica piłkarskiego chęć obejrzenia na własne oczy meczu Premiership to oczywista oczywistość więc kiedy dotarło do mnie, że zdobycie biletu nie jest problemem nie do przeskoczenia, rozpocząłem poszukiwania „zakrojone na szeroką skalę”. Wybór padł na Londyn. Pomimo, że jestem gorącym kibicem Czerwonych Diabłów nie bardzo miałbym możliwość dostania się do Teatru Marzeń nie kupując zbyt drogich jak dla mnie biletów w pakiecie. Kolejne powody to mnogość stołecznych drużyn (zawsze coś się trafi) i gościnność mojej kuzynki, pozwalająca mi łatwiej zorganizować budżet wyjazdowy. Po wykluczeniu miejsc „zakazanych” czyli stadionów Chelsea i Arsenalu z wywieszonymi tabliczkami „brak biletów” na placu boju pozostały mi jeszcze:West Ham, Tottenham, Fulham i Crystal Palace. Z wymienionej czwórki najbardziej imponująco wygląda skład „Kogutów” z Hugo Llorisem, Aaronem Lennonem, Moussa Dembele, Soldado czy Adebayor’em więc moje poszukiwania szybko zostały zawężone do drużyny z północnego Londynu.

Od powstania pomysłu do jego realizacji, minęły w moim przypadku dwa miesiące a czas ten poświęciłem na studiowanie zachowań osób nabywających bilety w systemie on-line, sprawdzenie jak dużo zostaje biletów do ogólnej sprzedaży gdyż pierwszeństwo w zakupie mają posiadacze wszelkiego typu kart typu bronze, silver, gold, etc. W moim wypadku miało to ogromne znaczenie ponieważ nasz plan wyjazdu obejmował trzy osoby i musiały one być obok siebie a takich zbyt dużo nie zostaje. Zdarza się, że przy dużej ilości dostępnych biletów są one tak rozstrzelone, że w praktyce zupełnie dla mnie nie przydatne.  W międzyczasie przestudiowałem także terminarz. Całość złożyła się na wybór – poluję na bilety na mecz z Southampton – stosunkowo dobra drużyna, grająca miły dla oka, ofensywny futbol plus Artur Boruc w bramce. Tak, to jest to! W efekcie 20 lutego, tuż po godzinie 10:00 zostałem posiadaczem trzech biletów na wybrany mecz. Nabyliśmy bilety na górną trybunę za bramką (dość wysoko bo w najwyższym, 26 rzędzie). Bilety, należące do II kategorii cenowej na tę trybunę, to koszt 41£ dla osoby dorosłej i 22£ dla młodszego z moich synów.

W tramwaju jest tłok, w pociągu jest tłok, kibice na Lane jadą…

Przyszedł w końcu dzień meczu. Jedziemy na White Hart Lane przeżyć niezapomniane emocje. Planowo mamy dojechać metrem na stację Seven Sisters a potem przesiąść się na pociąg, który po przejechaniu dwóch stacji dowiezie nas na miejsce. Po drodze, jadąc metrem, dosiada się coraz wiej kibiców „Kogutów”, i o dziwo pojedynczy supporterzy „Świętych” (bądź co bądź spodziewałem się, że wszyscy przyjadą zorganizowani ale widocznie albo dotarli na własną rękę bądź po prostu są mieszkańcami Londynu). Nasza ekscytacja rośnie w oczekiwaniu na zaintonowanie miejscowego W tramwaju jest tłok… ale nic takiego nie następuje.

Po dojechaniu do docelowej stacji metra jest już sporo kibiców gospodarzy. Okazuje się, że udają się oni w zupełnie innym kierunku niż zaplanowaliśmy, czyli nie do pociągu. Decyzja nie zajmuje nam zbyt wiele czasu. Idziemy za nimi. Tam musi być cywilizacja. Po wyjściu z metra kibice wybierają autobusy, których kilka linii zmierza w kierunku stadionu lub pieszą wycieczkę, być może z zaliczeniem jeszcze jakiegoś pubu, gdyż do meczu mamy jeszcze ok. 1,5 godz. No dobra, jedziemy autobusem. W środku lekki tłok ale nie wyczuwamy tego napięcia przed meczem i znów brak atrybutów w postaci przyśpiewek, okrzyków czy czegokolwiek co znamy z naszego podwórka. Moi synowie są zdecydowanie zawiedzeni i zdegustowani tym faktem  a ja, cóż przyjmuję to z pokorą i cierpliwością. Dziwi mnie jednak trochę ten spokój. Niby zdaję sobie sprawę, że Wyspiarze dokonali trochę wymiany publiczności na bardziej konsumencką ale jednak rozglądając się dookoła widzę, że wiele otaczających nas osób jest z twarzy podobnych zupełnie do kibica/kibola. Wiem, że to stereotyp ale…

Statecznie i z godnością docieramy na White Hart Lane. Tu rzucają się w oczy dwie rzeczy. Pierwsza to dość duża ilość stoisk z szalikami i akcesoriami kibicowskimi na ulicy przed stadionem. Nie mam pewności ale wyglądają na podróbki – brak tradycyjnych plakietek, że są to oficjalne produkty, choć znajdują się na nich zarówno herb klubowy jak i nazwa klubu (mały edit już po napisaniu tego fragmentu, przyjrzałem się dokładniej tym szalikom, które kupiliśmy nie w oficjalnych sklepach i herby lekko różnią się od oryginalnych, dodatkowo zamiast napisu Arsenal jest Arsnal z armatą zamiast litery „e” w środku, ale już nazwa Chelsea normalnie). Druga to ubiór fanów. Stosunkowo niewielka liczba, a przynajmniej w porównaniu z naszymi kibicami, ma szaliki klubowe. Dodatkowo, pomimo tego, że z kolei duża większość ubrana jest w koszulki Coys’ów, jest to prawie niewidoczne. U nasz w Warsiawie koszulki najczęściej zakładane są na wierzch, nawet na kurtki zimowe. Tam, koszulki tkwią „wstydliwie” schowane pod garderobą wierzchnią. No ale co kraj to obyczaj.

Kończąc wątek komunikacyjno-przedmeczowy dodam tylko, że wizyta w sklepie klubowym w zasadzie w niczym nie odbiegała od znanego nam z Ł3. Jeszcze tylko zakup szalików i jesteśmy gotowi do meczu.

Ze stadionu White Hart Lane wita Państwa Dariusz Szpakowski

Zaznajomiony z realiami dotyczącymi wejścia na stadion nie wybałuszam oczu ze zdziwienia związanego z łatwością, z jaką wchodzimy. Pokazujemy bilety, kołowrotek i myk do środka. Stadion nie jest najnowszy ale powoduje to swoisty klimat. Piwo spożywane jest dość obficie ale podobnie jak na Upton Park nie można z nim wejść na trybuny. Fakt, że stadion nie jest nowoczesnym obiektem sprawia, że kupno czegokolwiek w przerwie lub dojście do toalety stanowi pewien problem (ilość i przestronność barów i toalet). W związku z tym, że do meczu została niecała godzina obserwujemy rozgrzewkę bramkarzy, robimy fotografie i żałujemy, że nie mamy miejsc na dole skąd można „poklepać po plecach” piłkarza wyrzucającego aut.

Żałujemy tym bardziej, że z naszego najwyższego rzędu widać co prawda całe boisko ale spora część trybuny naprzeciwko jest zasłonięta przez dość specyficznie skonstruowany dach. Komentujemy też słupy na jednej z trybun, tak charakterystyczne dla angielskich boisk, wspominając z lekkim rozrzewnieniem starą „Krytą”. W momencie kiedy piłkarze Southampton wychodzą na rozgrzewkę, nie są proszeni przez miejscowych o opuszczenie stadionu. Nie ma też gwizdów czego w gruncie rzeczy można się było spodziewać. Piłkarze miejscowi zostają przyjęci brawami i tylko brawami. Praktycznie do momentu rozpoczęcia meczu zarówno na stadionie jak i przed stadionem panuje cisza a miejsca na trybunach zapełniają się w ostatniej chwili.

Krewetkowym skrytożercom mówimy stanowcze NIE!!!

W końcu jest 13:30 czyli godzina rozpoczęcia meczu. Wychodzą. Nareszcie też słyszymy pierwsze okrzyki i śpiewy. Wreszcie czuć atmosferę meczu ale…Trwa to krótko. Kibice Tottenhamu dość szybko milkną. Na szczęście goście, czyli jak to zazwyczaj bywa, najbardziej zaprawieni wyjazdowicze dają dużo lepszy popis dopingu zazwyczaj intonując When The Saints Go Marching In. Faktem jest, że początek spotkania to dość chaotyczne ataki gospodarzy i groźne kontry gości co powoduje, że już po 28 minutach, za sprawą Rodrigueza i Lallany na tablicy wyników (której, ach te nasze miejsca, nie widzimy!!!) widnieje 0:2. Wynik i gra „Kogutów” trochę dramatyczne ale miejscowi kibice nie pomagają drużynie dopingiem. Jedynie przy stałych fragmentach gry zrywa się okrzyk Come On You Spurs!!! I tak szybko jak się zrywa tak szybko ginie. Dwa do trzech takich okrzyków i wystarczy. Dla nas, wybrednych, mało.

Mecz przebiegał według scenariusza „z piekła do nieba”. W 31 minucie padła bramka kontaktowa. Zaraz po przerwie, za sprawą najgoręcej przywitanego przed meczem i oklaskiwanego w trakcie meczu Eriksena był remis. Gospodarze zaczęli grać, natomiast Święci niespodziewanie stracili, koncept, dobrą dyspozycję i w doliczonym czasie gry trzecią bramkę. Samego spotkania piłkarskiego, taktyki, przebiegu akcji, opisywać nie będę. Ani fach, ani zdolności nie upoważniają mnie do tego a poza tym część z Was być może oglądała to spotkanie w TV. Dodam za to jeszcze kilka moich uwag dotyczących dopingu. Tak jak już wcześniej wspominałem ta część widowiska wydała mi się najbardziej zaniedbana. Kibice gospodarzy odzywali się rzadko i na krótko, goście po stracie drugiego gola też spuścili z tonu. Miejscowi nie przejęli inicjatywy i  nawet w końcówce kiedy ich wsparcie wydawało się naprawdę potrzebne zauważyłem tylko niewielki progres.

Jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy to wcześniejsze wyjścia kibiców. O ile dotyczyło to końca pierwszej połowy to wydawało się zrozumiałe. Opisywany wcześniej deficyt barowo-toaletowy najwyraźniej wyrobił u wielu fanów takie nawyki i ustalił u nich taktykę na przerwę. Wszak i u nas, przy lepszym dostępie do tych przybytków, widać swoistą emigrację rozpoczynającą się od 42-43 minuty. Zdziwiły mnie natomiast, może nie masowe, ale zauważalne i znaczne wyjścia na 10 minut przed końcem spotkania. Jest remis, drużyna nie gra padaki a raczej przeważa, jest szansa na odniesienie zwycięstwa w końcówce a oni wyłażą. Wyłażą i to naprawdę sporą grupą pozostawiającą puste place na trybunie. Ostatecznie zwycięska bramka padła w 93 minucie. I dobrze. Miałem niesamowitą satysfakcję, że „uciekinierzy” tego nie widzieli, że nie przeżyli tych radosnych chwil, które daje wygrana w ostatnich minutach meczu.

Po spotkaniu wszyscy kibice spokojnie opuszczają stadion. My przechodzimy obok autokarów, które przywiozły kibiców gości. Kibiców gości przemieszanych z gospodarzami. Pomimo tego, że fakt o możliwości przebywania obok siebie brytyjskich fanów jest nam znany, czujemy się dziwnie. Robimy jeszcze pamiątkowe zdjęcie ze „Świętymi” i to koniec naszej Wielkiej Przygody.

W Londyn idziemy drodzy Panowie

Chciałbym jeszcze słów kilka zamieścić o innych podbojach związanych z Premiership. Mając do dyspozycji kilka dni postanowiliśmy sprawiedliwie podzielić czas na zwiedzanie czyli trochę Big Benów i Westminsterów przeplatane Emiratesami czy Stamford Bridge’ami. Na pierwszy ogień poszedł obiekt Kanonierów. The Emirates to nowoczesny obiekt leżący w bezpośrednim sąsiedztwie poprzedniego stadionu Arsenalu. Ładny, nowy, duży ale jakiś taki bez duszy. Ciekawe czy nasz obiekt też tak jest odbierany? My zachowujemy się typowo. Sklep klubowy, kupno szalików, zdjęcia i szukamy drogi na Highbury.

Przechodzimy kilka kroków (pewnie ok. 400 metrów) i już jesteśmy na starym, dobrym Highbury wciśniętym gdzieś między rzędy domków, co zresztą jest tu dość charakterystycznym elementem krajobrazu. Co ciekawe, dawny stadion zmienił diametralnie swoje przeznaczenie. W chwili obecnej trybuny zabramkowe pełnią rolę apartamentowców, a główne mieszczą biura. Pomimo zmiany swego przeznaczenia nie da się nie zauważyć pierwotnej roli obiektu. Murawę zastąpił trawiasty skwer co też łączy teraźniejszość z przeszłością.

22 marca to dzień kiedy wyjątkowo  w Londynie odbywa się mecz derbowy. Chelsea gości na Stamford Bridge Arsenal. Kiedy więc zobaczyć stadion i okolicę jak nie wtedy, przed meczem, mieszając się z tłumem rozentuzjazmowanych kibiców. Tak też zrobiliśmy.  Niestety pod sam stadion udało nam się dojechać z lekkim opóźnieniem bo dopiero na jakieś 5-10 minut przed rozpoczęciem. Ale kibiców w metrze i przed stadionem było jeszcze sporo.

Tu podobnie, pomimo meczu derbowego brak jakiejś szczególnie widocznej ekscytacji czy śpiewów. Udało nam się zakupić pamiątkowy szalik z derbów, odwiedzić sklep klubowy, po wizycie w którym mój młodszy syn stał się „Władcą Pierścienia Chelsea” i usłyszeć okrzyki przy słynnej ręce Alexa Gibasa, a może Kierana Oxlade-Chamberlaine’a Wink i golu Hazarda z rzutu karnego po tejże ręce. Działo się to na moment po tym kiedy dowiedzieliśmy się, że the Blues prowadzą już 2:0. Co ciekawe w tym czasie widzieliśmy sporą grupę kibiców spóźnialskich spieszących na mecz. Zastanawialiśmy się nawet czy te szybko strzelone bramki nie zmobilizowały ich do przyjścia, którego wcześniej nie planowali? Wcześniejsze nasze plany obejmowały obejrzenie tego meczu gdzieś w pubie ale szybkie rozstrzygnięcie i związany z tym brak emocji a przede wszystkim ilość wolnych miejsc w pubach na Chelsea (ludzie stali na ulicy wsadzając jedynie głowy do środka; o ile to było możliwe) skutecznie nas odstraszyły.

Końcowym etapem naszego zwiedzania „piłkarskich świątyń” była wizyta na Craven Cottage. Niby nic wielkiego a jednak. Po pierwsze obiekt położony jest w bardzo malowniczej scenerii wśród bardzo zadbanych angielskich szeregowców, nad samą Tamizą. Po drugie sam obiekt. Na pierwszy rzut oka typowa liverpoolska fabryka z czerwonej cegły i gdyby nie maszty jupiterów niewprawne oko mogłoby nie zauważyć, że to stadion. Ciekawe jest też to, że nawet wiedząc o tym i oglądając wcześniej ten stadion na zdjęciach czy w TV i tak zrobił na mnie wrażenie i w pewien sposób mnie zauroczył. Oryginał w każdym calu.

Może jeszcze, podchodząc żartobliwie do tematu, mała podpowiedź dla naszego Prezesa w kwestii rac:

I tyle o naszej rodzinnej przygodzie. Moi synowie już mnie pytają kiedy i gdzie wybierzemy się na kolejną wyprawę tego typu. Jeżeli macie swoje przemyślenia, doświadczenia i praktyczne rady to chętnie je poznam.

Dyskusja (6)
1wtorek, 01, kwiecień 2014 09:02
Moros
Rewelacyjny opis Smile Potwierdził tez to co się słyszy od dłuższego czasu. Na angielskich stadionach atmosfery takiej jak choćby w naszej części Europy praktycznie brak.

Co do tych psów wykrywających materiały pirotechniczne to naprawdę ciekawa sprawa. Kiedyś zastanawiałem się jak by można by było piromanów skuteczniej stopowac i myślałem o jakiś detektorach na bramkach. Wydawało mi się to jednak jakimś science fiction. . Naprawdę nie sądziłem, że gdzieś próbuje się inaczej rozwiązać ten problem niż tylko samymi "macankami" na wejściu.
2wtorek, 01, kwiecień 2014 11:54
Michał
@Moros

Drogi Morosie, być może w natłoku informacji o walce z "kibolami" umknęła Ci informacja, że przed jednym z meczów w zeszły roku policja z psami przeszukiwała cały stadion Legii, łącznie z gabinetem Prezesa. Oczywiście poszukiwano pirotechniki i oczywiście jej nie znaleziono. Więc nie jest to jakieś nowum, to raczej polska odmiana brytyjskiej specyfiki.

A jeżeli myślisz, że pies przy bramce byłby w stanie zastopować dostarczenie pirotechniki na stadion, to zwyczajnie nie za bardzo orientujesz się w temacie. Zresztą, pirotechnika jest w ostatnich miesiącach coraz częściej odpalana na stadionach Premiership (szczególnie upodobano tam sobie świece dymne).

A co do samego podróżowania na stadiony brytyjskie - tak szczerze - jaki ma to sens? Trybuny tam to zwyczajna umieralnia, no chyba że kogoś kręci widok "na żywo" z kilku-kilkudziesięciu metrów "gwiazdy". Patrz: zrobię fotkę i się pochwalę w pracy. Premiership wygląda dobrze przed telewizorem, przy efekcie sztucznego podbicia mocy trybun, przy wykorzystaniu mikrofonów.
3wtorek, 01, kwiecień 2014 14:43
@Michał
A co do samego podróżowania na stadiony brytyjskie ... Powiem tak. Wszystko zależy od tego czego oczekujesz. Ja, znając realia, nie nastawiałem się na jakieś super emocje związane z dopingiem. Raczej, mając taką możliwość chciałem "na żywo" obejrzeć zmagania w Premiership. Patrząc pod tym kątem nie jestem zawiedziony. Inna sprawa, że również moi synowie, którzy regularnie są ze mną na Legii, mogli zobaczyć różnice zarówno w grze jak i w sposobie zachowania się na stadionie. Dla nich na pewno była to ciekawa lekcja i fajne przeżycia. Poza tym samemu, nawet wiedząc o opisywanej specyfice kibicowania, warto jest coś takiego przeżyć i zobaczyć. to oczywiście moja opinia. Ja mając możliwość zawsze wybiorę stadion.
Premiership wygląda dobrze przed telewizorem, przy efekcie sztucznego podbicia mocy trybun, przy wykorzystaniu mikrofonów jak to napisałeś to faktycznie zastanawiam się czy czegoś takiego nie robią żeby uatrakcyjnić przekaz telewizyjny Wink .
4wtorek, 01, kwiecień 2014 15:10
Senator
Podróżowanie po stadionach to fajna sprawa i tylko żal ,że człowiek nie ma tyle środków aby uczynić z tego normę.
Widzę ,że większość spostrzeżeń bardzo podobna. Zupełnie inny sposób kibicowania niż u nas co mi akurat zupełnie nie przeszkadzało. Słynne telewizyjne śpiewy rzeczywiście lepiej słyszalne w relacjach niż na żywo choć tu może to zależeć od zajmowanego miejsca.
To wychodzenie na 10 -15 minut przez końcem związane jest z późniejszymi kolejkami do metra, autobusu czy pociągu. Osobiście dziwi mnie to bardzo bo sam nigdy nie wychodzę przed ostatnim gwizdkiem.
Co do stadionu Arsenalu to mam diametralnie inne zdanie. Oczywiście mówię o zewnętrznej stronie bo wewnątrz nie byłem. Historia klubu przedstawiona naprawdę fajnie, właśnie dla mnie czuć Arsenal na każdym metrze kwadratowym .
5wtorek, 01, kwiecień 2014 16:38
Michał
@ WielkieLegiony

W sumie fakt - różne doświadczenia ubogacają. Dają punkt odniesienia do otaczającej nas rzeczywistości. Osobiście, nie "kupuję" meczów nawet najlepszych piłkarzy bez otoczki żyjących trybun. Dlatego przykładowo mecze Euro, na których zagościłem, były dla mnie porażką, za to żona była zachwycona Wink. Także i w tej kwestii punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Co do zabawy z mikrofonami, jest to normalka w Wielkiej Brytanii. Ba, ostatnio i u nas praktykowana. Najlepszy przykład to był pierwszy mecz Wisły w trakcie bojkotu fanatyków, kiedy z perspektywy telewizora doping przybyłych kilku tysięcy kibiców był donośniejszy niż w trakcie... meczu derbowego z Cracovią.

Wracając jednak do meritum - ciekawy opis "wyjazdu", szczególnie te uwagi dotyczące zachowań kibiców angielskich. Potwierdzają one inne zasłyszane historie.
6wtorek, 01, kwiecień 2014 16:42
Zbyszek
@Wielkie Legiony.
Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem, bo lubię opisy naocznych świadków wydarzeń. Opis bardzo plastyczny co też mi odpowiada. Im więcej wiem o świecie tym lepiej. Wielkie dzięki.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1