- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- iocosus
Historia pewnego wyskoku!
Wyskoczyć można po fajki do kiosku lub po bułki i mleko do spożywczaka, niektórzy zależnie od pory roku wyskakują w weekend na narty lub żagle, dla innych „wyskok” jest chwilą upojnego szaleństwa, choć niekoniecznie spotykanego z akceptacją i wyrozumiałością partnerki lub partnera.
Skaczemy od dzieciństwa, małe dziewczynki grając „w gumę”, mali chłopcy przez parkany grodzące boiska, to kiedyś, teraz skacze się po aplikacjach i stronach WWW. Profesjonalni sportowcy podskakując, biją światowe rekordy, punktują ścinając piłkę nad siatką lub zaliczają spektakularne slam dunki, nie mylić z „zaliczaniem Dunek”, choć… to też się pewnie zdarza (gwoli ścisłości, jedną „słowiańską Dunkę” zaliczył nie skaczący, a spacerujący po trawie z kijkiem - golfista, przed skokiem na głęboką wodę już się wzbronił, czyli zaręczyny zerwał), ale lepiej to „zagadnienie” zostawmy.
Oto historia pewnego, jednego futbolowego wyskoku!
Często się słyszy, że koszykarz lub siatkarz wyskakuje na wysokość drugiego piętra i tam z gracją i maestrią robi z piłką to co do niego przynależne. W piłce nożnej walka o górne piłki świszczące nad głowami to również chleb powszedni, z tym zastrzeżeniem, że to co z piłką chcą uczynić rozsądni i racjonalni przedstawiciele innych dyscyplin, czyli uderzają lub rzucają nią, posługując się rękami, w zgodzie z naturą, z ludzkimi predyspozycjami, to futbolowi wariaci do nadania zmiany kierunku lecącemu w górze syntetycznemu kulistemu pociskowi często używają własnej czaszki. „Z bańki” chcą podać w stronę kolegi lub bezpośrednio umieścić nadętą, zapowietrzoną kulę zwaną gałą pomiędzy słupkami a poprzeczką. Zdrowemu rozsądkowi i naturalnemu porządkowi rzeczy to raczej przeczy, wystawiać własny czerep, by oberwał kawałkiem nadmuchanej kiedyś skóry, obecnie syntetyku, o wadze prawie półkilowej i lecącego z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę!? Durnie z tych, którzy na coś takiego dobrowolnie się decydują, chyba nieco sadyści z tych, którzy czymś takim się ekscytują, ale niech tam...
Gra głową to jeden z podstawowych elementów piłkarskiego wyszkolenia, łatwiejszy do nauczenia niż gra z głową. Wpływu korelacji intensywnego treningu tego pierwszego na to drugie póki co nie stwierdzono, negatywnych zaleceń, przeciwwskazań lekarskich brak, zatem „sadyści” obijaniem mózgownic mogą się delektować:
Wybory „naj” są subiektywne, wszak bilardowe główki Buncola z Bońkiem w meczu z Belgami na Espana 82 są również warte uwagi, ale przede wszystkim przecież w takich zestawieniach nie może zabraknąć gola jednego takiego szalonego Diabła, który wkładał łepetynę tam , gdzie inni bali się wsadzić nogę.
Nie o nim jednak rzecz, również nie o „topowych główkach” jakby się z pozoru zdawało. Żeby strzelić „z dyni” z reguły choć nie zawsze, trzeba z murawy się wybić i tu na plan pierwszy wkracza nasz główny bohater: „wyskok”.
Czy można na stadionie wyskoczyć do piłki lecącej tak wysoko, że nie tylko Michael Jordan lub Mariusz Wlazły z jej dosięgnięciem palcami mieliby problemy, ba może i Kozak o tyczce też by nie podołał, a mimo tego, taki wyskok się dokonał i został zwieńczony golem!?
O nim mowa!
Oto pewien mecz piłkarski, zacięty, remisowy, wyrównany choć jedna z drużyn posiada inicjatywę, przewagę w środku pola, dzięki czemu inicjuje więcej ataków. Faul i wolny w środkowej strefie, dla tych nieco aktywniejszych. Początkowo rozegranie miało być krótkie, ale ostatecznie zdecydowano się na dośrodkowanie w pole karne. Piłki bite z bocznych stref boiska, ostro, czy to z akcji, czy ze stałych fragmentów gry stanowią ogromne zagrożenie, wiadomo, ale te z pod środkowej linii „na aferę” wzbudzają raczej nerwowość tylko w końcowych fragmentach meczów, gdy drużyna dążąca do zmiany wyniku, stawia wszystko na jedną kartę, desygnując wówczas w pole karne większość własnych piłkarzy, niekiedy łącznie z bramkarzem. Przez to liczebne siły w polu karnym się wyrównują, dzięki temu, zawiesina lub balonik „na aferę” w tłok na szesnastce, ma szansę po zgraniu, czy to przemyślanemu - mniej prawdopodobne bo miejsca i czasu nikt nikomu nie zostawi, czy to przypadkowemu, fuksiarskiemu rykoszetowi - bardziej realne, trafić na jakąś cześć ciała dowolnego piłkarza tak z jednej jak i z drugiej drużyny, odbić się i myląc zdezorientowanego plątaniną ciał bramkarza, tym sposobem znaleźć drogę do siatki. Tak się dzieje w końcówkach meczów, gdy zdeterminowany zespól pozwala sobie na ryzyko, rezygnując z asekuracji i stawiając wszystko na jedną kartę. W omawianym spotkaniu była jednak dopiero 57. minuta, a wynik na tablicy widniał 1:1. O podjęciu ryzyka nie było mowy, w polu karnym ustawiło się czterech zawodników atakujących, ale przy sześciu piłkarzach broniących nie licząc siódmego suwerena pola karnego czyli bramkarza. Jakiejś wielkiej nerwowości, paniki w szeregach defensywnych sytuacja nie wzbudzała. Ustawienie w obronie mieszane z czwórką kryjących i dwójką wolną w strefie asekurującą. Nic nie powinno się przydarzyć, żadna krzywda zda się nie mogła się przytrafić. No ale jest egzekwowany rzut wolny, piłka mocno kopnięta wzbija się wysoko. Zgodnie z szablonem powinien wyskoczyć do niej jeden z atakujących, wygrać pojedynek powietrzny z obrońcą i albo ją posłać w kierunku bramki, albo ją zgrać do kolegi. Tak też się dzieje. Jeden z ofensywnej czwórki desygnowanej w pole karne ma ewidentnie takie właśnie zadanie. Ale piłka została uderzona za mocno, wznosi się niebotycznie wysoko i… tak, to jest właśnie ten moment, gdy na scenę wkracza nasz główny bohater – wyskok!
Nic to, że futbolówka szybuje gdzieś w górze, na wysokości drugiego, a może i trzeciego piętra. Niezrażony zawodnik z krótkiego rozbiegu wyskakuje w górę, ach cóż to był za wyskok, obrońcy i ten bezpośrednio kryjący i ci asekurujący w polu karnym oniemieli. Niemożliwe, żeby piłki dosięgnął na skraju pola karnego - pomyśleli, patrząc zafrapowani ze zdumieniem, niedowierzaniem, ale i z lekką obawą, jak futbolista w wyskoku wznosi się w powietrze. A ten wzbijał się w górę i wzbijał, ach cóż to był za wyskok… na wysokość drugiego piętra… ale piłeczka szybowała o pięterko wyżej, przeleciała nad skoczkiem – śmiałkiem, a obrońcy z ulgą odetchnęli, jeden się uchylił, a drugi nawet podskoczył, chyba żeby właśnie opadająca już piłeczka przypadkiem go nie uderzyła i na rzut różny się nie potoczyła. A piłeczka takim to sposobem ugrzęzła za chwilę w siatce. Nie wierzycie? To popatrzcie!
Moment wybicia rzutu wolnego, „na aferę” w polu karnym sytuacja 6:4.

„Ustawienie w obronie mieszane z czwórką kryjących i dwójką wolną w strefie asekurującą.” Godne jest uwagi jak „wolna dwójka” na środku pola karnego, wzajemnie się kryje, to ci nie uwzględnieni w żółtych kółkach. Przyklejeni do siebie perfekcyjnie!

Główny bohater tej historyjki - wyskok! Ach ten niebotyczny wyskok i oniemiali obrońcy!

„Obrońcy z ulgą odetchnęli, jeden się uchylił, a drugi nawet podskoczył, chyba żeby właśnie opadająca już piłeczka przypadkiem go nie uderzyła i na rzut różny się nie potoczyła.”

Ten sam moment uchwycony „od bramki”

„A piłeczka takim to sposobem ugrzęzła za chwilę w siatce.”

Oczywiście podobnie jak telewizyjny komentator tego spotkania, można całą winę za utratę gola przypisać obrońcy kryjącemu strzelca bramki, na powyższym ujęciu właśnie pojawia się, fakt niezbity, ewidentnie spóźniony, z lewej strony kadru. Mnie jednak zastanawiało jak to możliwe że w sytuacji 6:4 piłka bita ze środkowej strefy boiska spada na murawę na szóstym metrze pola karnego na wprost bramki, a środkowi obrońcy, czy też pełniący taką rolę w ogóle nie reagują. Kto chce może za jedynego grzesznego uważać defensora kryjącego, z pewnością błąd popełnił, ale dla mnie współwinnych jest więcej i to może nawet zasługujących na większą pokutę.
A głównym współsprawcą gola był – wyskok! Pan wyskok!
P.S.
Gwoli ścisłości całą sytuację możemy sobie przypomnieć w skrócie z meczu zamieszczonym tu:
Autorem wyskoku był prawie 34-letni Gordon Greer. Za mecz z Polską Szkoci swojemu środkowemu obrońcy na co dzień grającemu w Brighton „winni” wystawić „pomnik”, nie dość że zasłużył się przy zdobyciu gola, to jeszcze był właśnie tym zawodnikiem który na 2/3 meczu praktycznie wykluczył z gry Roberta Lewandowskiego.
To był niebotyczny „wyskok” sędziego, że tego faulu nie zauważył
Obyśmy wyciągnęli wnioski ze szkockiej lekcji, Gordon Strachan udowodnił że jego piłkarze potrafią być zarówno „łamaczami kości” jak i niezłymi sztukmistrzami. Greer takim z pewnością jest, hipnotyzuje i obrońców i sędziego.





Albo się zagapili albo bramkarz miał takie wrzutki kasować.
Generalnie fajnie to Szkotom wyszło. Moglibyśmy sami taki schemat przyswoić. Szukała jako hipnotyzer, a reszta jak kto woli
Dzynek bingo z wyblokiem Piszczka, dokładnie to widać na pierwszym kadrze przy wybijaniu wolnego. Czterech Szkotów w sposób moim zdaniem planowy, zamierzony i wyćwiczony w dość prosty sposób w futbolowym abecadle przechytrzyło i wystrychnęło na dudka sześciu Polaków, to znaczy na Szczęsnego bo on był siódmym.
Przy pierwszym golu, śmiem twierdzić że też zdezorganizowali nas planowo, tylko że z dynamicznej akcji. Wyciągnęli z linii obronnej Glika, Krychowiak odpuścił „swoje krycie” nie poszedł za Maloneyem, a krytyka za błędy później skupiła się na Szukale i ponownie Piszczku.
ps: I pomyśleć, że my mamy pretensje do Helio Pinto za sytuację w Szczecinie, podczas gdy tu rozpaprujemy zachowanie (absurdalne) dwóch "rasowych" obrońców.
tu rozpaprujemy zachowanie (absurdalne) dwóch "rasowych" obrońców.
Koniecznie trzeba pamiętać, że obrońcy jednak (zazwyczaj