A+ A A-

Zezem. Jaki trener jest potrzebny piłkarzom? cz. 1

Na początku rozważań zacytuję kilka fragmentów Radosława Matusiaka. Nie dlatego, że one takie mądre, lecz dlatego, że są w pewien sposób reprezentatywne nie tylko dla dzisiejszego pokolenia piłkarzy. Otóz pisze "RadoMatu" dla Weszło:

"Uważałem, jako junior, że funkcja trenera w zespole jest mało istotna. Że przecież jak masz dobrych piłkarzy to będą wygrywać i tak i tak. A jak grają ogórki, to najlepszy trener im nie pomoże  (...) To było dawno, byłem młody i głupi. Minęło parę lat, abym przekonał się, że jest zupełnie odwrotnie" (...) Nawet najlepsi piłkarze tworzą bez dobrego coacha zwykłą zbieraninę: stado baranów prowadzonych przez lwa jest więcej warte, niż stado lwów prowadzonych przez barana. To powiedzenie zacytowałem kiedy jakiś dziennikarz pytał mnie o Beenhakkera (...) Trener powinien być ambitny, pracowity, sprawiedliwy. Oczywiście bardzo mocny motorycznie. Charyzmatyczny, chętny do nauki. Nie pizda, ale też nie szaleniec pieniący się przy linii przez 90 minut. Dobry człowiek". W dalszej części Matusiak na konkretnych przykładach rozważa jakie cechy osobowościowe posiadali trenerzy z którymi pracował.

Co zwraca szczególną uwagę? To mianowicie, że jako najważniejsze wymienia u trenera cechy charakterystyczne dla "dobrego przełożonego", który przede wszystkim ma być skuteczny w jak najlepszym wypełnianiu funkcji przez zespół ludzi, którymi kieruje. Jego więc obowiązkiem jest takie sterowanie podległymi, aby byli on w stanie stawiane zadania wykonać. Do finalizacji tego celu ma przeze wszystkich środki motywacji interpersonalnej czyli podmiotowe, a w mniejszym stopniu przedmiotowe.

W sposób zupełnie oczywisty Matusiak nie do końca ma rację. Zacytuję teraz z kolei fragment z książki sir Alexa Fergusona: "Przez dłuższą chwilę, a nawet więcej czułem się jak wódz wydający rozkazy i decydujący o rozstrzygnięciu bitwy, prawie o życiu i śmierci. Ale kiedy wydałem rozkazy to uświadomiłem sobie, że tę operację przeprowadzają tak naprawdę szeregowy, kapral... To oni decydują tak naprawdę co z tego będzie".

Takie więc podejście, że trener jest w piłce demiurgiem jest błędne i szkodliwe, lecz jednocześnie dla piłkarzy wygodne, gdyż stawia trenera w pozycji nie do obrony, gdy zespół przegrywa to on jest winien. Ale też dla wypowiedzi Matusiaka charakterystyczne jest, że o meritum pracy trenera ma mało do powiedzenia. Podobnie w przypadku wielu innych piłkarzy. Nie są w stanie ocenić tak naprawdę jak to się dzieje, że zespół wygrywa, albo przegrywa. Przecież nie tylko dlatego, że trener jest "ludzki" albo nie. W historii piłki nożnej trenerzy "kaci" odnosili większe sukcesy niż trenerzy traktujący piłkarzy po partnersku.

Ale odejdźmy od Matusiaka. Też nie pretenduję do wyczerpania tematu. Wypada zacząć od od tego, że rola i funkcja trenera piłkarskiego zmieniała się w czasie. Prawie od zarania nowoczesnej piłki nożnej, a wiec od ponad 150 lat, aż do połowy lat 90-tych trener był szkoleniowcem odpowiedzialnym za motorykę, technikę, taktykę i psychikę piłkarzy. Sam te elementy tworzył, kształtował i doskonalił, a weryfikowany był przez wynik prowadzonego zespołu na boisku i poziom wymagań pracodawcy. Do dziś to wynik meczu decyduje czy trener jest "dobry" czy "zły". Dlatego najistotniejsze jest wygrywanie. Trener Gmoch w książce "Alchemia futbolu" odpowiada na pytanie co składa się na zwycięstwo:
- wartości potencjalne zespołu pod względem psychofizycznym zakładające przynajmniej średni poziom wytrenowania,
- poziom wiedzy i metoda pracy trenera,
- wiedza o przeciwniku,
- nastawienie psychiczne zawodników,
- "rytmy biologiczne” piłkarzy,
- samoocena i samokontrola piłkarzy

W tamtych czasach trener kształtował w zasadzie jednoosobowo elementy piłkarskiego rzemiosła. Zacznijmy więc od tego poziomu wytrenowania zwanego dzisiaj przygotowaniem motorycznym. Jak pisał na początku lat 70-tych prof. Zaciorski: "Każdy człowiek posiada określone możliwości motoryczne np. może podnieść jakiś ciężar, przebiec ileś metrów w określonym czasie itp. Są one realizowane poprzez określone ruchy odznaczające się szeregiem cech jakościowych i ilościowych. Tak więc maraton i sprint stawiają organizmowi jakościowo różne wymagania. Pojęcie cech motorycznych łączy te cechy fizyczne człowieka, które:
- wykazują się jednakowymi parametrami i mogą być mierzone w ten sam sposób - mają wspólne jednostki miary np. maksymalna szybkość,
- posiadają analogiczne fizjologiczne i biochemiczne mechanizmy i wymagają wykazania podobnych właściwości psychicznych. Na cechy motoryczne składają się głównie wytrzymałość, siła i szybkość".

Współcześnie np. prof. Chmura i inni  znawcy przedmiotu rozszerzają ten katalog o połączenie siły i wytrzymałości w wytrzymałość siłową, szybkości i wytrzymałości w szybkość wytrzymałościową i wytrzymałość szybkościową dodając do tego koordynację i gibkość, których połączenie składa się na zwinność i mobilność. Jednocześnie wprowadzają oni pojęcie mocy  dzieląc ją na następujące segmenty: moc maksymalna, wytrzymałość beztlenowa, wytrzymałość tlenowa, szybkość maksymalna i koordynacja specjalna. Ta specyfikacja tak się rozbudowała, że np. wyróżniamy szybkość: naturalną, biegową, specjalną i startową. Prof. Chmura wskazuje też, że samo rozwijanie siły bez innych cech obniża moc, zaś jej rozwój bez stabilności prowadzi do urazów bezkontaktowych. Natomiast w piłce nożnej motoryka to:
- naturalna forma lokomocji (bieg, skok),
- dynamiczny i eksplozywny charakter dyscypliny z potrzebą koordynacji - operowanie piłką wraz z narastającymi procesami zmęczeniowymi,
- pokonywanie ok. 2% z przebiegniętego podczas meczu dystansu z piłką przy nodze,
- dokonywanie ok.100-1200 przyśpieszeń, zahamowań, zatrzymań,
- ok. 16% poruszeń do tyłu i na boki,
- przyśpieszanie średnio co 90 sekund na dystansie 15 metrów

W czasach dawniejszych trenerzy i kibice przeceniali znaczenie motoryki, a zwłaszcza tzw. kondycji. Gdy drużyna przegrywała to kibice upatrywali przyczyn w braku kondycji. I pewnikiem była w tym jakaś doza prawdziwości, ale z czasem trenerzy nauczyli się te cechy kształtować w sposób optymalny. Pomimo że cechy motoryczne stanowią bazę i są punktem wyjściowym do kształtowania dalszych elementów, to ich udział w sukcesie drużyny jest procentowo niewielki. Ma on znaczenie kiedy zawodowcy grają z amatorami, a w innych przypadkach tylko wówczas, gdy przy ich kształtowaniu popełniono poważne błędy. Wynika to z prostego faktu, że w zasadzie wszyscy opanowali tę umiejętność. Przy czym stało się tak również nie tylko  wskutek doskonalenia warsztatu trenerskiego, ale też w wyniku wdrożenia badań naukowych, wspomagania farmakologicznego - co doprowadziło do wytworzenia grupy trenerów wyspecjalizowanych w przygotowaniu fizycznym. Tworzenie i doskonalenie  poszczególnych cech motorycznych stało się specyficzną dziedziną wiedzy, w której wykorzystywane są też zdobycze medycyny, biologii, anatomii, nawet genetyki.

Czasami odbywa się to z negatywnymi skutkami dla zawodników, gdy działania fizjologa, dietetyka i taktyka nie są ze sobą skoordynowane. Przeżyliśmy to w Legii nie tak dawno temu. Trener przygotowania fizycznego stosował metody eksplozywne polegające z grubsza na pracy nad poszczególnymi partiami mięśni np. nad mięśniem czworogłowym uda w celu poprawy szybkości. Trener  stawiał na to, aby zespół posiadał przewagę w posiadaniu piłki co wymagało wybiegania i eksploatowania mięśni, zaś dietetyk stosował dietę mającą na celu zmniejszenie tkanki tłuszczowej, a nie niezbędną syntetyzację białka jako budulca mięśni. Efektem dogmatycznego i niespójnego takiego podejścia stały się trudno wyleczalne kontuzje nieurazowe.

Jak już zauważyliśmy procesy specjalizacyjne w treningu motorycznym odsunęły niejako na bok głównego trenera. On tylko korzysta z graczy przygotowanych prze kogoś innego. Ma to tę dobrą stronę, że może on skoncentrować się na innych ważniejszych dziedzinach sztuki trenerskiej. Na zakończenie tych przykrótkich rozważań warto odnotować, że wzmożenie i stałe doskonalenie cech motorycznych doprowadziło do skrócenia pola gry. Jeszcze latach 90-tych zdarzało się,że piłkarze grali prawie na całym boisku, będąc w zasadzie rozstawieni na przestrzeni ok. 70 metrów. W ostatnich latach jest to często 35-40 metrów. Zrodziło to skutki w zakresie techniki i taktyki, ale też doprowadziło do zaniku pewnych wydawałoby się nie do zdarcia pozycji jak np. rozgrywającego. Ale o tym w kolejnej części rozważań.

Dyskusja (8)
1sobota, 10, styczeń 2015 11:08
iocosus
Jedno zdanie chciałbym żeby zostało doprecyzowane: „W historii piłki nożnej trenerzy "kaci" odnosili większe sukcesy niż trenerzy traktujący piłkarzy po partnersku.” To Zbyszku subiektywne odczucie czy też powołanie się na jakieś dane?

Materia złożona, w sportach indywidualnych dużo łatwiej jest określić, czy zawodnikowi o danej osobowości, temperamencie bardziej odpowiada trener „zamordysta” nakładający presję, czy też wręcz przeciwnie. Tam gdzie pracuje się jednocześnie z kilkunastoma różnymi charakterami sprawa się komplikuje. Z pewnością dużo trudniej jest być w grupie „partnerem” i jednocześnie zachować autorytet, nie dać sobie wejść na głowę, przy „miękkim trenerze” tak jak przy luźnym nauczycielu w klasie może to być uznane za słabość, znajdą się tacy, którzy będą chcieli sytuację „wykorzystać” folgując sobie, również mniej lub bardziej jawnie lekceważąc „zwierzchnika”, podkopując tym samym jego „przewodnią rolę”.

„Stanowczy” trener, nauczyciel -"dyktator" pozornie ma łatwiej w wyegzekwowaniu dyscypliny, a zatem i narzuceniu też grupie swojej sportowej idei, myśli, ale też „partner” podtrzymujący własny autorytet u podopiecznych to dopiero musi być mistrz bakalarski.
2sobota, 10, styczeń 2015 12:29
Zbyszek
@iocosus.
Na wszystko przyjdzie pora.Ponieważ jest przerwa w rozgrywkach,że tak się wyrażę sezon na Ogórki to postanowiłem trochę przybliżyć niektóre aspekty związane z trochę bardziej fachowym spojrzeniem na futbol, gdyż mówiąc obrazowo :"nie jest to taka prosta gra".Dlatego też w następnej części odrobinka o technice i psychice / nie o motywacji/, a w ostatniej o taktyce. Potem to co obiecałem, a więc 5 części o metodzie sir Alexa Fergusona w konfrontacji z trenerem Henningiem Bergiem, tam gdzie to po roku pracy w Legii jest możliwe ,w różnych aspektach. Z konieczności trochę po łebkach, bo wyszła by powieść i kto by to czytał.

A teraz tak na gorąco to ja nie chciałem krytykować Matusiaka,że nie zna podstaw prakseologii/ nazwa nadana nauce o zarządzaniu przez prof.Kotarbińskiego/, bo przecież nie musi.A ta nauka wyróżnia dwie zasadnicze metody kierowania ludżmi : autokratyczną i demokratyczną, i tę ostatnią dzieli na socjologiczną /behawioralną/ i psychologiczną.Nie wchodząc w szczegóły metoda autokratyczna oparta o wolę jednostki i narzuconą dyscyplinę sprawdza się bardziej w codziennym niejako funkcjonowaniu grupy i wykonywaniu przez nią nakazanych zadań, natomiast demokratyczna jest korzystniejsza tam gdzie grupa ma dać z siebie więcej,zwłaszcza w sytuacjach trudnych. Metody mieszane sprawdzają się w krótkich okresach czasu, ale w dłuższym horyzoncie są bezużyteczne.Np. Jerzy Engel był takiego mieszania przedstawicielem i to od niego pochodzi twierdzenie :"Bez zawodników nie ma meczu, ale bez trenera nie ma sukcesu".

I teraz bardziej osobiście, ponieważ wiem,że lubisz wiedzieć więcej to napiszę za Encyklopedią Collinsa / jak wiesz to dobrze, niech i inni się dowiedzą/, że za ojca prakseologii uznaje się polskiego polityka, historyka i moralistę Andrzeja, Maksymiliana Fredro / 1621-1679/. A teraz przybliżę jego poglądy, bo warto. Otóż w etyce uznawał on,że : 1 - czym innym jest to co się uważa za dobro, a czym innym samo dobro , 2 - dobro jest stopniowalne 3 - utożsamianie na skali dobra miejsca na zasadzie : dobry, lepszy, gorszy jest sprawą umowy.Uważał ,że najwyższymi dobrami są : przyjażń /nie mylić z życzliwością/, mądrość / nie mylić z wszechwiedzą i nieomylnością/ i cnota.Cnota może być jednostkowa i obywatelska, a najważniejszymi cnotami są : prawdomówność, szczerość, otwartość, stanowczość, sprawiedliwość, stałość,opanowanie,sprawność, ostrożność i zdolność przewidywania. Zapominamy w natłoku zdarzeń o pryncypiach , oj zapominamy.
A teraz jego wskazania prakseologiczne, równie aktualne :
- stawiaj sobie wielkie cele , jeżeli chcesz osiągnąć małe,
- zaczynaj od rzeczy trudniejszych i znanych,
- utrzymuj porządek w tym co robisz,
- staraj się sprawiać dobre wrażenie, zwłaszcza na początku,
- bądz świadom swego miejsca w społeczeństwie,
- nie rób sobie niepotrzebnych wrogów, gdyż "najlepszy sposób obrony to nie potrzebować obrony".
Pozdrawiam.
3niedziela, 11, styczeń 2015 10:19
iocosus
Zbyszek, primo, okazuje się że w wyborczym 2015 roku szermowanie pojęciem „sezon ogórkowy” może być uznane za agitację polityczną, zatem trzeba uważać! Wink Ale kolejnych peregrynacji futbolowych na c-L jak najbardziej jestem ciekaw.

Secundo, kiedyś już pisałem, ale powtórzę, Zbyszku u mnie masz nieustające pozdrowienia, nawet wówczas gdy się z Tobą w jakiejś kwestii pozwolę nie zgodzić, wówczas pozostaje to albo zapisać w „protokole rozbieżności” jak w kwestii np. „armii poborowej”, albo podjąć polemikę i spór, co bynajmniej nie oznacza, że z „pozdrowień” rezygnuję, wręcz przeciwnie, wszak uznaję że sprawa i interlokutor są godne zaktywizowania szarych komórek.

Tu chciałem jedynie doprecyzować, dookreślić skąd wywiodłeś tezę w futbolowej materii o wyższości trenerskich „katów” nad „demokratami”. Po prostu tylko mnie zaciekawiło, czy może ktoś porobił zestawienie i policzył, usystematyzował, ilu było lub jest „Łobanowskich”, a ilu „Górskich” bardzo temat upraszczając, ale to w imię „konkretyzmu Kotarbińskiego”, choć to mój brat studiował filozofię, samemu w jej zakamarkach często się gubię.

Termin prakseologia , rozkładając zawiera w sobie pierwiastek praktyczny czyli czynność, działanie w zestawieniu z logos zatem z słowem, myślą. Wychodzi nauka, teoria o sprawnym (praktycznym) działaniu. Wiedźmy zatem te nasze futbolowe debaty prakseologicznie.

Mhm, dwie małe refleksje. Zbyszku zestawiając teorię z praktyką powołujesz się na kogoś kto usankcjonował w szlacheckiej Rzeplitej liberum veto? Wink

Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach „nauka praktyki” w takich dziedzinach jak motywacja, integracja, optymalizacja działania i indywidualnego i grupowego w zestawieniu z przeszłością (choćby sprzed dekady, nie mówiąc o dwóch dziesięcioleciach) jest bardzo rozpowszechniona. Pomijając profilowane szkoły, kierunki studiów, w chwili obecnej nie tylko w wielkich korporacjach, ale i w mniejszych firmach wszelakich, różnorodnych kursów technik motywacyjnych, integracyjnych, warsztatów grupowych, programów nastawionych na optymalizację działania jest od groma i ciut, ciut. Zakładam że większość aktywnych wykształconych dwudziesto- trzydziestolatków z nimi się zetknęła i wiedzę teoretyczną posiada w tym zakresie sporą, niewątpliwie dużo większą niż onegdaj. Kwestia w jej stosowaniu. Na poziomie trenerów piłkarskich młodszej generacji moim zdaniem to też jest zauważalne. Mariusz Rumak na podstawie wywiadów sprawia wrażenie z podręcznikową teorią obeznanego, tylko mhm, co z tego? Jak na razie, praktycznych efektów brak! Jednak większa wiedza teoretyczna obecnego młodego pokolenia w tych zakresach jest niewątpliwie według mnie faktem.

Zbyszek, czekam na kolejne części.
4niedziela, 11, styczeń 2015 15:28
Zbyszek
@iocosus.
Widzisz. Ja w swojej pamięci zapisałem tylko kilku trenerów nazwijmy ich nie autokratami, gdyż nawet Pan Kazimierz pokazywał kto tu rządzi.Powiem,że w piłce jestem zwolennikiem dokonań najlepszych trenerów klubowych,/ w reprezentacji to co innego / a ci aby coś osiągnąć nie mogą pozwalać zawodnikom na współdecydowanie o dyscyplinie, obciążeniach treningowych itp. bo to jest niejako zastrzeżone dla trenera. Ci którzy na to pozwalali marnie kończyli i powinni zmienić zawód.

A teraz znowu na gorąco po obejrzeniu biegu Justyny odnośnie Andrzeja Maksymiliana Fredro i liberum veto. Otóż takie woluntarystyczne twierdzenie,że liberum veto to samo zło jest nie tyle nieprawdziwe, ile oparte wyłącznie o opinię jednego historyka Władysława Konopczyńskiego, który w okresie międzywojennym poświęcił temu zagadnieniu parę prac.Niestety był on zaciekłym endekiem i na jego poglądy historyczne ideologia miała duży wpływ.W skrócie twierdził on,że to nie Rosja była zła,ale naród polski, który anarchią zgubił państwo i zawsze jest chętny do jego zguby i dlatego trzeba go wziąć za mordę. Władze komunistyczne wysłały go w 1948 roku na emeryturę, ale z poglądów w tej materii chętnie skorzystały. Współczesna historiografia ma w tej materii odmienny pogląd.I Rzeczpospolita była najbardziej demokratycznym państwem wśród wszystkich państw tego okresu.Nie tylko z zasady liberum veto, gdyż do pierwszych lat XVIII wieku była to zasada obowiązująca wszędzie. Przypomnijmy,że pierwszy jako zasadę większości głosów zapisał John Locke w 1690 roku w "Dwóch traktatach o rządzie".W I rzeczpospolitej szlachta stanowiła w różnych okresach około 12-15 % społeczeństwa i w stosunku do innych państw była reprezentatywna / w innych jej ilość nie przekraczała 1 %/.Zasada jednomyślności była podstawą Państwa i ustroju, tak władzy państwowej jak i sądownictwa, ale i praw i wolności nazwijmy to obywatelskich Mało tego szlachcic na Sejmie był reprezentantem ziemi i był związany instrukcjami, jeżeli więc nie zgadzał się na jakieś rozwiązania to nie w swoim imieniu..
Historycznie to właśnie Andrzej Maksymilian Fredro był jako etyk za liberum veto uważając ,że daje to możliwość zadbania przez obywateli najbardziej cnotliwych,światłych i nieprzekupnych o dobro publiczne. Przypisuje mu się jako Marszałkowi Sejmu zupełnie błędnie uznanie sprzeciwu posła Sicińskiego za pierwsze zerwanie obrad poprzez liberum veto. Otóż współczesne badania wykazały,że to nieprawda, gdyż poseł Siciński tylko nie wyraził zgody na przedłużenie obrad Sejmu ponad 6 miesięczny okres w roku,a nie żadnej uchwale prawnej.Pierwsze zerwanie obrad miało miejsce podczas obrad sejmu Koronacyjnego i 5 .11. 1669 roku dokonał tego podsętek kijowski Jan Aleksander Olizar, po wyborze na króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego domagający się wzięcia w obronę sekulantów ukraińskich. Z punktu widzenia wielkich rodów na wschodzie i szlachty z Ukrainy i Wołynia była to sprawa ważna. Póżniej ta zasada się niejako rozpowszechniła. Ale Pan Konopczyński, ani żaden inny historyk nie wskazał,że zerwanie obrad było złe czyli,że powody były szkodliwe dla Państwa.Przed zastosowaniem liberum veto próbowano się bronić poprzez odraczanie obrad / obowiązywało ono tylko przez normalne obradowanie sześciomiesięczne/ oraz skonfederowanie / wówczas poseł stawał się nie posłem ziemskim,ale całej Rzeczpospolitej/. Historycy wskazują,że gdyby ta zasada była w użyciu to nie przyjęto by haniebnych uchwał posła carskiego Repnina, przeciw którym chciał" nie pozwalać" twórca słów do Hymnu Józef Wybicki, ani też Sejm nie przegłosowałby zgody na I rozbiór / daremny sprzeciw Tadeusza Rejtana/, ani na II Rozbiór.Historycy w swej większości podkreślają,że istotą liberum veto był tak naprawdę sprzeciw przeciwko uchwalaniu " złych" praw, bo te szkodzić mogły Rzeczpospolitej , Mogło się zdarzyć,że nie uchwalono praw "dobrych" , których to brak państwa być może nie poprawiał, ale na pewno to mu nie szkodziło. Na marginesie dodać wypada ,że jak wykazały te badania 99% liberum veto stosowali posłowie wywodzący się z ziem włączonych w jednolity system I Rzeczpospolitej wskutek Unii Realnej zawartej w Lublinie w 1569 roku.Widać było wyrażnie,że występowały duże różnice rzec by można cywilizacyjno kulturowe pomiędzy dawną Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim i one przy głosowaniu nad rozwiązaniami prawnymi dawały o sobie znać poprzez pilnowanie własnych interesów narodowych. Czy było to zawsze zgodne z interesami całości? Chyba nie do końca. Lecz takie były koszty pełnej integracji.Natomiast łączenie liberum veto z upadkiem państwa nie wytrzymuje krytyki. Paweł Jasienica wręcz stawia tezę,że to nieudolni , skorumpowani i zdradzieccy władcy doprowadzili do upadu I Rzeczpospolitej nie godząc się na wzmocnienie władzy i dopuszczenie do jej sprawowania szlachty.Podobnie uważa prof.Mariusz Markiewicz dodając,że Sejmy tamtego okresu miały minimalne znaczenie, gdyż zajmowały się sprawami ustrojowymi i przywilejami szlacheckimi, faktyczne rządy pozostawiając dworowi.Mało tego dziś podkreśla się,że demokracja to system zakładający spór o uniwersalia, pryncypia, ale i konkretne rozwiązania, a dobrym rozwiązaniem jest kompromis , a najlepiej konsensus, a nie dyktatura większości nad mniejszością.
Nie przeciągając tematu dodam,że zasada zgody wszystkich jest podstawową zasadą organizującą Wspólnotę Europejską od Europejskiej Wspólnoty Węgla I Stali, poprzez EWG, aż do nam znanej Unii Europejskiej.I jakoś nikt nie mówi,że to jest samo zło.Wręcz przeciwpołożnie.

A to co zapowiedziałem to już Gawinowi wysłałem i to od niego zależy,kiedy opublikuje i ile z tego wytnie.Ukłony.
5wtorek, 13, styczeń 2015 08:34
iocosus
Uwaga! Ani słowa o futbolu, sporcie, w Kalejdoskopie ze Zbyszkiem nawijamy o historii, niezainteresowani niech trzymają się z daleka! Wink

„Nierządem Polska stoi – nieźle ktoś powiedział.
Lecz drugi odpowiedział, że nierządem zginie!
Pan Bóg nas ma jak błaznów. I to prawdy blisko,
Że między ludźmi Polak, jak Boże igrzysko.”

Tak o siedemnastowiecznej Rzeplitej pisał nie endek, a Krzysztof Opaliński (1611-1655) wojewoda poznański, no cóż z wad sprawę sobie zdawał i je w „Satyrach” piętnował, ale i tak pod Ujściem przed Szwedem skapitulował. Pod rozwagę. Wink

Zbyszku masz pełne prawo do swojej wizji przeszłości, jej interpretacji, skoro twierdzisz: „łączenie liberum veto z upadkiem państwa nie wytrzymuje krytyki.” - choć wzbudza to mój wewnętrzny poznawczy sprzeciw i zdanie mam zgoła przeciwstawne, to odmienność poglądową akceptuję, choćby jako kontestator czegoś w rodzaju „polityki historycznej” narzucającej jeden właściwy punkt widzenia. Traktuję zatem twoje wynurzenia, na równi z tezą choćby historyka Adama Zamoyskiego, również negatywnie nastawionego do "polityki historycznej" i pod tym względem jestem z nim zgodny, ale odnośnie liberum veto już nie:

„Od dwustu lat bijemy się w piersi, przekonani, że liberum veto ośmiesza nas na arenie międzynarodowej. Słynne hasło "Polska nierządem stoi" odczytujemy wyłącznie pejoratywnie i krytycznie, zapominając, że alternatywą był absolutyzm, który ani nie wynikał z "konieczności dziejowej", ani nie kojarzy nam się zbyt dobrze. (…)Krytycyzm wobec demokracji szlacheckiej ma źródło w "protestanckim" twierdzeniu, że miarą sukcesu jest wyłącznie wyliczalny zysk. Rzeczywiście, w tym sensie I Rzeczpospolita przegrała. Jednak w dzisiejszej Europie - przy wszystkich jej wadach - ten sposób myślenia odchodzi na szczęście w niepamięć. Zaś "dziwaczny" ustrój demokracji szlacheckiej zawierał elementy, które stają się dziś atrakcyjne jako budulec cywilizacji Zachodu.”

Zbyszku poglądowo wydaje mi się, że zbieżnie, z tym co napisałeś, Zamoyski jeszcze dodaje: „Wracając do liberum veto: czy instynkt niezgody, który w nim tkwił, nie przyczynił się aby do tego, że przetrwaliśmy zabory, drugą wojnę światową, komunizm?...”

Cały ciekawy artykuł, którego niektóre stwierdzenia akceptuję to: http://tygodnik.onet.pl/historia/chwala-liberum-veto/95c4c

Lubię prowokacyjne tezy, jednak ponieważ z gloryfikacją „liberum veto” się stanowczo nie zgadzam przywołam inną równie „ekstremalną” być może szokującą tezę, zaczerpniętą z innego wywiadu z innym historykiem:

„Z drugiej strony Polska rozłożyła się od środka sama, rozbiory były konsekwencją uwiądu Polski jako państwa.
- Rozbiory były konsekwencją tego, że przez Polskę nie przeszła nigdy burza wojny domowej ani rewolucji.
Zabrakło szczepionki, która zahartowałaby państwo?
- Tak. Ustrój został ustalony w XVI w., później szlachta panicznie bała się zmian.
Jeśli w miejsce Sasów, którzy byli fatalnym wyborem w elekcjach królewskich, pojawiłaby się silna osobowość, rządząca twardą ręką, nawet na granicy brutalności, nie byłaby to szczepionka na uratowanie Polski?
- Na pewno tak. Nie umiem rozstrzygnąć, kiedy był ostatni moment na reformę ustroju w Polsce. To nie były czasy Sobieskiego? Myślę, że wówczas doszłoby raczej do wojny z Litwą. W moim przekonaniu ostatnim takim momentem był najazd szwedzki. To był większy wstrząs dla opinii publicznej niż pierwszy rozbiór Polski. Tak zwany potop przyniósł rozwój nietolerancji i osłabienie autorytetu królewskiego. Partia reform miałaby duże szanse na zniesienie zalążków liberum veto.”

Zbyszku skoro interesujesz się historią, to z pewnością jest ci znane nazwisko profesora Janusza Tazbira autora tych powyższych słów i tezy o potrzebie „absolutystycznej szczepionki”, lub terapii szokowej w postaci „rewolucji”, „wojny domowej” jako remedium na coś utożsamianego z wprowadzaniem i egzekwowaniem liberum veto.

Zostawmy Władysława Konopczyńskiego (u mnie szacunek za PSB) być może pod jego jakimś wpływem był prof. Władysław Czapliński, ale skupmy się na profesorach Tazbirze lub Maciszewskim również na Pawle Jasienicy.

W necie jest w miarę krótka za to bardzo ciekawa rozprawka prof. Janusza Tazbira o szlachcie - „Sarmatyzm a barok” polecam:

http://rcin.org.pl/Content/21824/WA303_33187_A52-KH-R-76-4_Tazbir.pdf

z niej można zaczerpnąć konkluzję:

„Sarmatyzm stanowił m.in. konsekwencję zrywania więzów łączących nas z kulturą zachodnioeuropejską. Przedstawiając w syntetycznym skrócie dzieje naszego stosunku do niej można stwierdzić, że przez pierwszych pięćset lat istnienia państwa polskiego różnice dzielące Polskę od Francji, Anglii czy Włoch ulegały stopniowemu zmniejszeniu. Wiek XV i XVI, a więc jesień polskiego średniowiecza i rozkwit Odrodzenia stanowiły okres, w którym dysproporcje te były chyba najmniejsze i najmniej istotne. Wiek XVII odwraca z powrotem stosunek na naszą niekorzyść. Większość krajów Europy zachodniej znalazła się wówczas na wirażu dziejowym. Ich rozwój, dokonywający się między innymi kosztem słabiej rozwiniętych krajów Europy wschodniej oraz nowo odkrytych ziem Ameryki i Azji, poszedł wtedy olbrzymimi krokami naprzód, gdy tymczasem na losy naszego kraju zaczęły oddziaływać ujemnie wojny, kryzys gospodarczy i anarchia polityczna. Wydaje się przy tym, że o ile Anglia, Francja czy Niderlandy prześcigały nas wówczas na polu gospodarki i kultury (zwłaszcza nauki), to najbliżsi sąsiedzi Polski zaczęli górować nad nią przede wszystkim sprawnym aparatem państwowym, którego niedowład w XVIII w. miał się tak bardzo dać Rzeczypospolitej we znaki.”

A teraz o Sicińskim i Andrzeju Masymilianie Fredro powołując się na „Szlachtę polską i jej państwo” Jaremy Maciszewskiego (Zbyszek niech cię gęś kopnie, muszę z książki przepisywać Wink ):

„Dnia 26 stycznia 1652 roku zebrał się w Warszawie sejm. (…) Obrady przebiegały pod znakiem intryg, sporów i kłótni. W ostatnim dniu obrad, 8 marca próbowano załatwić choćby tylko sprawę najważniejszą: ratyfikację ugody białocerkiewskiej. Nie dopuszczali do tego niektórzy posłowie, wysuwając rozmaite zastrzeżenia lub zgoła prowokacyjne wnioski (…) kiedy padła pierwsza wzmianka o prolongacie, poseł upicki Władysław Siciński, który nie odznaczył się żywszą aktywnością oświadczył – ja nie pozwalam na prolongację – i zanim posłowie zrozumieli co się stało, wyszedł z izby.
A stało się nie byle co. Nie dlatego, że jeden poseł zaprotestował, zdarzało się to i dawniej, a obrady toczyły się dalej. Tym razem jednak, gdy już wiele województw mimo protestu Sicińskiego zgodziło się na przedłużenie obrad, poseł mazowiecki Zielski sprzeciwił się dalszemu składaniu deklaracji w tej sprawie. (…) Siciński nie działał sam. Stał za nim Janusz Radziwił. Niezgody i waśnie w izbie sejmowej stworzyły klimat, w którym zerwanie sejmu było możliwe. Największą wszakże winę ponoszą posłowie, którzy w tej przełomowej chwili nie zdobyli się na odwagę, by raz na zawsze skończyć z zasadą jednomyślności i nie dopuścić do powstania niebezpiecznego w skutkach precedensu, w dawnej Rzeczypospolitej ważniejszego często od pisanej, lecz nie stosowanej w praktyce, zasady prawnej.”

Tyle profesor Maciszewski, opisując sytuację na Fredrę się nie powołał ale skądinąd wiemy że w 1652 roku Andrzej Maksymilian Fredro sprawował na sejmie funkcję marszałka sejmu. Kilka stron dalej Jarema Maciszwski taką zamieszcza wzmiankę:

„Andrzej Maksymilian Fredro, człowiek wielce oczytany w autorach klasycznych i renesansowych, erudyta niepospolity, potrafił słusznie konstatować, iż „nigdy Polacy nie mogą być zwyciężeni ani złamani, jeśli sami przeciw sobie się nie zbroją, gdy panuje wewnętrzna zgoda”, ale przecież w ówczesnej sytuacji owa „zgoda” mogła być jedynie postulatem, a „państwo zgody” czystą utopią. Fredro pisał równocześnie: „elekcja wydaje się starsza niż sukcesja”, występując przeciw królewskim planom elekcji viviente rege i broniąc zawzięcie zasady liberum veto, „rozumnej broni w ręku rozumnych i cnotliwych”.”

źródło: Jarema Maciszewski "Szlachta polska i jej państwo" s. 237, Warszawa 1986

Kwestia w tym, że szlachta rozumna i cnotliwa nie bywała, a dostała narzędzie żeby zachowawczy obskurantyzm uskuteczniać. Klientelizm wobec możnowładców był rozpowszechniony, to też element koła zamachowego „liberum veto”. Zbyszku „Paweł Jasienica wręcz stawia tezę, że to nieudolni , skorumpowani i zdradzieccy władcy doprowadzili do upadu I Rzeczpospolitej” zgoda dodam „tylko” że wykorzystując do tego celu liberum veto:

W „Rzeczpospolitej Obojga Narodów” Jasienica pisał:

„Samo liberum veto nie wynikało ze zbiorowego obłędu ani z wrodzonego instynktu anarchicznego. Było logicznym, tak! zupełnie logicznym ukoronowaniem ustroju, gwarancją jego bytu. Skoro państwo przemienione zostało w rzeszę samodzielnych domen magnackich, to zasada głosowania większością stała się nie do przyjęcia. Magnat – dajmy na to wielkopolski – natychmiast utraciłby swą przez antenatów uzyskaną pozycję, gdyby musiał podporządkować się prawu uchwalonemu przez Małopolan i Litwinów. Dla niego liberum veto było naprawdę „źrenicą wolności”, pojmowanej jako faktyczna suwerenność.”

Źródło: Paweł Jasienica „Rzeczpospolita Obojga Narodów” s. 199, Warszawa 1999

Jak widzisz „liberum veto” zostało przeciwstawione „zasadzie głosowania większością” a to jest podstawą współczesnych, nowoczesnych demokracji parlamentarnych. W Radzie Bezpieczeństwa ONZ stali członkowie mają prawo veta, no i faktycznie ONZ było i jest diablo skuteczne. Wink Veto w 1950 nie zafunkcjonowało i na Półwyspie Koreańskim mamy permanentny stan wojny, a przecież Kim Ir Sen zaprowadziłby tam wieczny pokój. Gdyby tylko ZSRR wówczas postawił „liberum veto” a nie zbojkotował. Wink

Zbyszek nie żartuj z Unią Europejską. Konglomerat 28 europejskich państw ma swoją specyfikę, w której państwa nazwijmy to są bardzo wyczulone na swoją niezawisłość w wspólnocie. Masz teraz Komisja Europejska właśnie uchwaliła, że pigułki "dzień po", czyli tzw. antykoncepcja awaryjna, mogą być sprzedawane bez recepty we wszystkich krajach Unii Europejskiej, ale równocześnie „Jeżeli jednak jakiś rząd chce utrzymać sprzedaż na recepty, to może to zrobić – wyjaśnił radiu RMF FM Enrico Brivio, rzecznik komisarza UE ds. zdrowia.”

O systemach, zasadach Unii Europejskiej jednak nie rozprawiajmy, już wolę poczytać o Sir Aleksie Fergusonie. Z ukłonami.
6wtorek, 13, styczeń 2015 16:23
Zbyszek
@iocosus.
Dość daleko odeszliśmy od biegania i skakania, a raczej zbliżyliśmy się do siłowania Smile.
Ja wiedzę czerpię z trochę innych żródeł ,ale proszę tego obrzydliwca psuedo naukowca Jaremy mnie nie cytuj.Usprawiedliwia Cię tylko to,żeś za młody ,aby wiedzieć na czym on w 1968 roku wypłynął.Niestety muszę ustąpić pola, bowiem chcę,aby ostatnia część oktawy ukazała się przed naszym meczem z Ajaxem,a jako żywo oczekuję ostrego sporu z moimi tezami ile SAFa jest w Bergu i co z tego wynika.Więc dyscyplina że tak powiem intelektualna jest niezbędna, aby wszystko było w czasie. Po wtóre znowu zaczynam być mocno zajęty. Wracam do domu z roboty, obiad i poświęcanie czasu ludziom na rozwiązywanie ich problemów, głównie z wymiarem sprawiedliwości, no i tworzenie planu remontowego, finansowego i uchwał w kilkunastu sprawach w Zarządzie Wspólnoty.I mam na "głowie " nowy pomysł na tutejsze pisanie tym razem w trochę prześmiewczym tonie o problemach sędziowskich pod przewrotnym tytułem "Osły Temidy". I już zaczynam ładować pamięć. Polega to na tym ,że czytam i zapamiętuję a jak już naładuję to eksploatuję.Jjeszcze nie wiem czy i jak,ale uczyć się zaczynam pilnie.Co prawda ukończyłem kurs sędziowski , ale było to 46 lat temu i szczegóły zatarły się w pamięci. A tematyka trudna, bo przepisy są,ale napisane nieludzkim językiem, a wspomnień , ocen zainteresowanych w zasadzie brak.
To wymaga w moim wypadku sporej koncentracji uwagi i na poważą dyskusję w innym temacie w trakcie ładowania nie mam szans. Dlatego przepraszam, ale do zobaczenia na udeptanej ziemii w innych okolicznościach. Pozdrawiam i kłaniam się nisko.
7wtorek, 13, styczeń 2015 20:55
iocosus
@ Zbyszek

Wychodzę z założenia, że lepsze „siłowanie” niż bierne, bezrefleksyjne potakiwanie i zakładam że takie podejście Zbyszku również podzielasz, inaczej głosu bym nie zabierał, czasu nie poświęcał.

Co do Maciszewskiego być może faktycznie wszystkich jego zaszłości nie znam, ale profesor Andrzej Garlicki sam się przyznał do incydentalnej współpracy z SB, co nie znaczy że rozprawiając o Piłsudskim, reaktywacji naszej państwowości na niego nie będę się powoływał jako historyka, naukowca. Umoczenie w PRL-u choć może i haniebne, nie musi przekreślać jednak całego naukowego dorobku, Maciszewski na UW pracował, więc takim zupełnym „pseudonaukowcem” specjalizującym się w XVII wieku być nie mógł. Zapewniam na żadne jego poglądy odnośnie rzeczywistości XX wiecznej jemu współczesnej, w której się aktywnie realizował, bym się nie powoływał. Rozgrzeszać go z jego przewin też nie mam zamiaru.

Zbyszek liczę na futbolowe dysputy, wszak o nie nam chodzi głównie, szkoda że Walles się też zakopał w zawodowej prozie życia, byłby dużo bardziej choćby ode mnie kompetentnym dyskutantem w sędziowskiej tematyce. Czekając na Wallesa będzie musiał Senator nadrabiać wspomagając się o konsultacje z Czarnym Elfem.
8środa, 14, styczeń 2015 19:33
Zbyszek
@iocosus.
Ja nie zamierzam prowadzić wykładu, tylko ironicznie, z dystansem się przyglądać i pod przykrywką podśmiewania się przemycać zasadnicze zręby przepisów, ale pomysł nie jest jeszcze skrystalizowany. Na razie ładuję pamięć i może nic z tego nie wyjść. To jest pewne ryzyko,ale ja od bodaj piątego roku życia czytam co najmniej jedną książkę tygodniowo z różnych dziedzin.Ogromna część z tej wiedzy jest zupełnie nieprzydatna, ale czasami się przydaje.Np. byłem fanem SAFa i wiem o nim dość dużo i zupełnie niespodziewanie trenerem Legii został człowiek, który pod nim trenował i który w pracy stara się na nim wzorować i ten trener na razie sprawdza się w Legii i zostanie w niej co najmniej jeszcze 3 lata. I ta wiedza o metodzie Sir Alexa Fergusona raptem okazała się przydatna.Bez niej niczego bym, mam nadzieję ciekawego ,o tym duo nie napisał. Tak może być z wiedzą o przepisach "sędziowskich". Na razie czytam i same przepisy jak przepisy . Są. Ale oficjalne interpretacje i interpretacje do interpretacji to są same delicje. Na razie lepszych jaj nie czytałem. Pękam ze śmiechu i na trochę muszę przerwać, bo nieszczęście gotowe. Muszę nabrać dystansu. Ta piłka rzeczywiście chyba jest kwadratowa . Nie dziwię się już komentatorom,że się tego nie uczą.Tego po trzeżwemu się nie rozbierze. Podziwiam samozaparcie i rodzaj masochizmu byłych i aktualnych sędziów. Bez nich nie byłoby piłki i dopiero teraz rozumiem Senatora, który ze dwa i pół roku temu uważał,że jak najwięcej techniki powinno pomagać sędziemu.Miał rację.Bo na wykładnie liczyć nie mogą.Ale też mam podziw : jak można w sumie proste rzeczy tak skomplikować?.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1