- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- a-c10
Sprzedam Cię, Synu!
Dziwne mamy dziś czasy. Z jednej strony zwierzchnik kościoła katolickiego, domniemany strażnik wartości konserwatywnych, otwartym tekstem, bez żadnych upiększeń i retorycznych woalek mówi o tym, że w kwestiach rozmnażania nie należy iść za przykładem królików. Że rodzicielstwo, choć przecież piękne i wciąż stanowiące jeden z głównych powodów obecności człowieka na tym świecie, winno być odpowiedzialne i poprzedzone głębokim namysłem. Z drugiej, coraz wyraźniej widać, że posiadanie dzieci może się naprawdę opłacać. W tym najbardziej podstawowym, materialnym sensie.
O nie, absolutnie nie zamierzam stawać okoniem wobec słów Jego Świątobliwości Franciszka. Wręcz przeciwnie, wdzięcznym wielce Duchowi Świętemu, że zesłał nam właśnie takiego papieża (i wspólna nam sympatia dla pewnego klubu z Boedo naprawdę nie ma tu nic do rzeczy). Ani mi w głowie zachęcanie rodziców sześciorga, siedmiorga, czy jedenaściorga potomstwa do dalszej prokreacji. Zwłaszcza, gdy sytuacja materialna ledwie pozwala im na wyżywienie dwójki-trójki. Tym bardziej nie będę chwalić różnorakich meneli, którzy – excusez le mot – produkują kolejne bachory tylko po to, by raz jeszcze załapać się na becikowe. Ponieważ w przeciwieństwie do Franciszka świątobliwy nie jestem w ogóle, pozwolę sobie na wypowiedź jeszcze mniej „ogródkową” – pomyśl, nim zaczniesz machać biodrami.
Niemniej, gdy już pomyślisz, to… machaj. Oczywiście – nie za często, a przede wszystkim tak, by efekty nie były hurtowe. Ale machaj, bo to się serio opłaca. Pomijam metafizyczne oczywistości. Nie będę nikogo przekonywał, że rodzicielstwo to jedna z najcudowniejszych rzeczy, jakie mogą się na tym świecie złym człowiekowi przydarzyć. Kto nie rozumie, ten gamoń. Nie mam również zamiaru zbyt szeroko rozwodzić się nad korzyściami ekonomicznymi o odroczonej gratyfikacji. Bo owszem, w początkowej fazie dzieci to wydatki. Jednak z biegiem czasu dzieci to też ogromne profity, choćby w postaci zwiększonej stabilności systemu podatkowego i emerytalnego. Nie. Skupię się jedynie na dość szczególnym przypadku, który przy odrobinie szczęścia (?) może przynieść rodzicom zysk, o jakim wielu nawet nie śmie marzyć.
Wyobraź sobie, Drogi Czarno-eLkowy Czytelniku – albo po prostu sięgnij pamięcią – urodził Ci się syn. Płeć potomka podkreślam nie przez jakiś tam seksizm, sam mam dwie córki i kocham je na zabój, o powodach za chwilę. Z początku, jak to każdy świeżo upieczony tata, zapewne po prostu jesteś dumny. Mocno przeżywasz (nawet jeśli za nic się nie przyznasz) wszelkie kolki, ząbkowania i inne przypadłości niemowlęctwa. Trzymasz dziecię za łapkę, gdy uczy się chodzić, cieszysz że pierwszym wymówionym przezeń słowem było „tata” (a nie – o zgrozo! – "babcia"), patrzysz jak rośnie i – jakkolwiek nie zgrywałbyś zimnokrwistego, gruboskórnego twardziela – serducho często Ci mięknie. Na dodatek w tzw. międzyczasie odkrywasz, że Twój młody ma wyraźną smykałkę do szurania skóry. To, rzecz jasna, jeszcze wzmaga Twoją dumę. Dzień jak co dzień widzisz syna rozstawiającego kolegów po boiskowych kątach. Z nikłym, acz przecież dostrzegalnym uśmieszkiem – nic, co ludzkie, nie jest mi obce – obserwujesz ich ojców i chłoniesz ich zazdrość. W głębi siebie skaczesz z radości, gdy mały opowiada Ci o kolejnych bramkach, podaniach, zwycięstwach, etc. Bo i przecież nie łże. Podwórko, szkoła, trampkarze lokalnego klubu – wszędzie jest gwiazdą. Wieść o jego talencie zatacza coraz to szersze kręgi i powoli zaczynasz sobie uświadamiać, że być może naprawdę chłopak to ma. Że – maybe, just maybe! – dostał w nogach wystarczająco dużo, by dokazywać nie tylko w szkole, czy na dzielnicy, ale w całym kraju, albo i – aż strach pomyśleć – w szerokim świecie.
I tu zaczynają Tobą targać wątpliwości. Jesteś przecież poważnym, odpowiedzialnym rodzicem. Jasne, oczyma duszy widzisz swą latorośl, jak dokazuje na wielkim stadionie w koszulce ukochanego klubu, może nawet reprezentacji kraju. Z drugiej strony masz pełną świadomość, że piłkarz to ryzykowna profesja. Próbują miliony, udaje się jednostkom. Nie no, nie żebyś w chłopaka nie wierzył, to przecież krew z Twojej krwi i kość z Twojej kości. Tak wiele jednak nie zależy od niego: a to jakieś kontuzje, a to trener-sadysta, a to krocie innych pechów, jakie mogą znienacka wyskoczyć na drodze początkującego futbolisty. I co? Zamiast bożyszczem tłumów Twój dzieciak zostanie jednym z wielu niespełnionych talentów, połamanym tak fizycznie, jak i psychicznie dwudziestoparoletnim wrakiem człowieka. To już lepiej, żeby zdobył „normalny” zawód i zarabiał mniejsze, ale znacznie pewniejsze pieniądze. A piłkę zawsze przecież można pokopać hobbystycznie.
W takie oto przemyślenia jak burza wdziera się Pan Agent. Postać szeroko znana i ustosunkowana, nierzadko były renomowany piłkarz, dziś „pomagający w karierze” młodszym kolegom po fachu. Wraz z małżonką zostajecie przezeń zaproszeni na szykowne biznesowe spotkanie, podczas którego Pan Agent tonem znawcy wychwala zalety Waszego syna. Tak, dzieciak niewątpliwie ma to COŚ. Przez duże C, duże O i wcale nie mniejsze Ś. To jest, Szanowni Państwo, prawdziwy dar. Bez przesady grzechem byłoby trzymać go w takiej, bez urazy, dziurze. Chłopak już teraz zasługuje na profesjonalny kontrakt. Wkrótce potem Legia, a później, jak Bóg da, Bayerny, Manchestery i Reale. Bo niby dlaczego nie?
Nie mam pojęcia czy łykasz to wszystko jak młody pelikan, czy może niedowierzanie unosi Ci brew. Fakt faktem, renoma Pana Agenta i nazwiska jego podopiecznych – kilku reprezentantów, z gwiazdami włącznie plus paru naprawdę solidnych ligowców – mówią same za siebie. A jeszcze tuż po rozpoczęciu współpracy facet naprawdę zaczyna wywiązywać się z obietnic. W Waszej obecności syn drżącą dłonią podpisuje swój pierwszy zawodowy kontrakt. Po paru miesiącach jest już w topowym polskim klubie. Niewiele później Pan Agent zaczyna Was informować o zainteresowaniu kontynentalnych potentatów…
W ostatnich dniach sfinalizowane zostały dwa głośne transfery piłkarskich gołowąsów. Przypadek Krystiana Bielika analizuje na łamach czarnej-eLki kol. Iocosus. Norweg Martin Ødegaard narobił o tyle więcej szumu, że w przeciwieństwie do swego polskiego rówieśnika przed transferem zdążył wywalczyć pewne miejsce w jedenastce klubu w ojczyźnie, a nawet zadebiutować w dorosłej kadrze. Poza tym, ganiało za nim pół Europy, no i jednak Arsenal to nie Real. Jednak mimo paru różnic, obu chłopaków łączy znacznie więcej, niż rok przyjścia na świat (1998 – swoją drogą, co za smarkacze...). Pisząc o Bieliku Iocosus odwołuje się do formuły win-win (a w zasadzie win-win-win), jednocześnie zasadnie ją podważając. W zasadzie to samo można odnieść do Odegaarda. Z pozoru wygrali wszyscy. Sam chłopak znalazł się w jednym klubie z C. Ronaldo, Bale’em, Kroosem oraz czeredą innych gwiazd. I to w jakim klubie! A trenować będzie pod okiem samego Zizou, który strzelał zwycięskie bramki w finale MŚ, gdy Martin siedział jeszcze w mamusinym brzuchu. Strømsgodset, podobnie jak Legia, przytuliło całkiem przyjemną sumkę (wg różnych źródeł, od czterech, do niemal dziewięciu milionów euro). Jednakowoż największe W w swoich ‘win’ dopisać sobie mogą oba nowe kluby chłopców.
Choć być może „kluby” to nie jest dla tej rzeczy najwłaściwsze słowo. Od dawna przecież Arsenal nie jest klubem piłkarskim, tylko ekskluzywną szlifiernią futbolowych diamentów. Gablotę z trofeami darzy się tam znacznie mniejszą estymą, niźli księgi rachunkowe. Ściągając Bielika Kanonierzy kupili jego potencjał. Żeby nie było wątpliwości, przede wszystkim potencjał ekonomiczny. Niech nikogo nie zwiodą opowieści Arsene’a Wengera o tym, że w razie klapy pieniądze zapłacone za Krystiana będą „paskudnie ogromne”. Dla firmy postury Arsenalu podobne kwoty są ledwie odczuwalne. Zysk natomiast może być co najmniej kilkunastokrotny. Wystarczy, że swymi występami na the Emirates chłopak zwróci uwagę jakichś szejków, czy innych Jankesów.
A Real? Real już wygrał. Sezon 2014/5 wciąż jeszcze dość młody, do jego finalnych rozstrzygnięć pozostało naprawdę sporo czasu. W zimowym oknie transferowym mało kto dokonuje spektakularnych transferów. No, takie ogórki trochę, po prostu. Tymczasem Królewscy w tym mało chodliwym medialnie okresie zapewnili sobie czołówki wszystkich gazet i portali plus solidną burzę na fejsach i twitterach. Było nie było, dorwali przecież w swe ręce „talent stulecia”, najbardziej łakomy kąsek na rynku. Sprzątnęli go sprzed nosa Bayernowi, Manchesterowi (Manchesterom?), Liverpoolowi i paru innym tuzom. I to wszystko za marne (niechby nawet) dziewięć baniek. Na dobrą sprawę Ødegaard mógłby nigdy nie kopnąć piłki w białym trykocie. Swoje zadanie już spełnił.
A rodzice? Państwo Bielikowie i państwo Ødegaardowie? Jasne, na pierwszy rzut oka dla nich należałoby dopisać czwarte ‘win’. W końcu spełnili swój rodzicielski obowiązek. Za ich staraniem wciąż nastoletni synowie otrzymali takie uposażenie, o jakim wielu pełnoletnich, doświadczonych zawodowo śmiertelników może jedynie pomarzyć. Posiłkując się słowami Iocosusa, nie wiadomo, czy na całe życie to chłopakom starczy, ale start w dorosłość mają taki, że tylko pozazdrościć. O ile tylko wir nocnego życia Londynu i Madrytu nie okaże się nazbyt kuszący, bieda już raczej ich nie dopadnie.
I wszystko fajnie. Wciąż jednak nurtuje mnie pytanie o to, co leży pod spodem. Może jestem bezczelny, może małostkowy, niemniej nie potrafię tak do końca uwierzyć, że za wysiłkami rodziców stała wyłącznie troska o synów i ich dobro, nie podszyta w najmniejszym nawet stopniu dążeniem do tuczenia konta. Własnego konta. Messi sr i Neymar sr mogliby sporo o tym poopowiadać.
A Ty, Drogi Czytelniku? Jak daleko poszedłbyś za Panem Agentem?


Jako rodzic utalentowanego piłkarsko smryka jeszcze bym dowodził, że uczyniłem to właśnie w imię wielkiej rodzicielskiej miłości, kierowałem się dobrem potomka i niech mi ktoś spróbuje zaprzeczyć!
Rodziciele dysponują w zanadrzu argumentem nie do podważenia, nawet jeżeli jakieś błędy wychowawcze popełniają, to przecież zawsze kierują się dobrem swojego dziecka, w tym celu podpowiadają, do czegoś namawiają, lub czegoś zabraniają, zawsze jednak nieba by latorośli przychylili, a gdy ktoś ośmiela się twierdzić inaczej, to wówczas zarzuca im najgorszą z możliwych kalumnii, a zatem to musi być podły krętacz!
Co prawda wyobrażenie „rodzicielskiego nieba” nie zawsze musi odpowiadać wyobrażeniom pociech, z obiektywną obserwacją i definiowaniem też może z tym być problem, ale w sumie kto ma decydować co jest najlepsze dla własnego dzieciaka jak nie jego rodzic. Ten subiektywizm, w mniejszym lub większym stopniu często skrywający rodzicielski egoizm, własne niespełnione ambicje przenoszone na „krew z krwi”, jednak przyswajamy i uznajemy za coś obowiązującego. Trudno podważyć że intencjonalnie nie chcemy tego co najlepsze dla naszych dzieci, a że przy okazji są z tego jakieś pochodne, które i rodzicielską dumę, ambicje i taki mały szczegół jak portfel zaspokajają, to jest właśnie w sumie w tym wszystkim mały szczególik. A dlaczego wszak nie mamy być dumni z dokonań naszych dzieci, skoro poświęciliśmy im tyle własnej energii, trudu, niejednokrotnie istotnych wyrzeczeń. Nie powinni rodzice liczyć na odwdzięczenie?
W naszych futbolowo-wychowawczych aspektach jest jeszcze ta kwestia, że „niebo” może być zbieżne w rodzinnych wyobrażeniach. A jeżeli nie jest , to częściej mogę przypuścić, że jednak z Arsenalem, Realem, Chelsea utożsamiają je kilkunastoletnie młokosy niż przeszło dwa razy starsi tatusie. Co wówczas gdy pociecha stwierdza: „mam życiową szansę, może się nie powtórzyć, a ty tato, mamo, staniecie na drodze żebym ją wykorzystał, jeżeli mi zabronicie realizować marzenia, będę wam to pamiętał do końca życia!”. Łatwo będzie się przeciwstawić synowi i czy wtedy będzie to wyraz rodzicielskiej rozwagi czy egoizmu w narzucaniu swojej woli?
Rodzinne kwestie są nie tak oczywiste, chociaż w zawodowym tenisie chyba toksyczni rodzice są już łatwiejsi do zauważenia. Trochę inna specyfika dyscypliny sportowej.
Dla mnie istotniejsza w piłkarskich rozważaniach jest rola tych usłużnych, otwierających bramy raju, wszelkiej maści menadżerów. Rodzic niekoniecznie musi znać futbolowe realia, menago z nimi musi już być „za pan brat”. Tu jest kwestia, chyba łatwiejsza do wyłapania, czy ktoś taki kreśląc ścieżkę kariery, ma na celu dobro i rozwój potencjalnego podopiecznego, czy też szybkie zapełnienie swojej własnej kieszeni!? Tu też trzeba skonfrontować opinię tych agentów, którzy w jak najszybszym wyjeździe do zachodniego klubu widzą tylko i wyłącznie zysk i ten sportowy i ekonomiczny, z opinią choćby Henninga Berga. To są kwestie złożone, w indywidualnych przypadkach mogą być wyciągane odmienne wnioski, podejmowane decyzje wbrew jakimś uproszczonym regułom, ale przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości że to co powiedział Berg należy traktować poważnie.
Żeby nie być posadzonym o Legiocentryzm
https://www.youtube.com/watch?v=_N_s3DmdlXY
„Umowę z Chelsea zawarł latem ub. roku, ale przez kilka miesięcy nie mógł grać. Szefowie Akademii "The Blues" nie zdążyli w sierpniu potwierdzić transferu wychowanka Zawiszy. W konsekwencji Adamczyk mógł tylko trenować, sprawdzać się w sparingach i przede wszystkim czekać - na otwarcie kolejnego okna transferowego. Doczekał się dopiero w styczniu i od razu zadebiutował w oficjalnym meczu, i to w starszej drużynie - do lat 21. Rywalem było FC Porto. - Cieszyłem się bardzo, bo w Chelsea nigdy się nie zdarzyło, żeby ich zawodnik tak długo musiał czekać na oficjalne potwierdzenie do gry - wspomina Hubert.(…) Drużyna do lat 18, której członkiem jest Adamczyk, zdobyła w ub. roku Puchar Anglii. Ekipa 21-latków zwyciężyła w rozgrywkach Premier League w tej kategorii wiekowej. Do pierwszego zespołu, w której grają największe futbolowe gwiazdy z Brazylii, Hiszpanii, Belgii, Serbii, Anglii, droga jest jednak bardzo daleka. Ostatnio jednak zawodnicy zespołu U-21: Dominic Solanke i Ruben Loftus-Cheek zadebiutowali w ekstraklasie. - Każdy z nas w akademii o tym marzy i ja oczywiście także, ale zdaję sobie sprawę, ile trzeba jeszcze włożyć pracy, żeby tego dokonać. Na pewno będę robił wszystko, żeby ten szczyt osiągnąć. Jest odległy, ale pierwszy kroczek mam za sobą. Chelsea mnie zauważyła - mówi Hubert. ” http://www.sport.pl/sport/1,65025,17297932,Pierwszy_Polak_w_Chelsea__Urodzil_sie_na_tym_samym.html
Wszystko pięknie i ładnie, tylko moje zdanie jest takie, że większe szanse na konfrontacje z seniorami, tym samym powiększanie swoich umiejętności, Hubert Adamczyk miałby w Polsce, a przynajmniej powinien je dostawać, optymalnie w jednym z czołowych klubów Ekstraklasy, jeżeli nie w stolicy, to niech tam, niech byłby to Poznań lub Kraków. Z nich, ograny, oszlifowany, nie tylko w Ekstraklasie ale i w pucharach niechby poszedł w świat. Ciągle jeszcze jako perspektywiczny, rozwojowy gracz.
Tu nie ma prostych recept, szczególnie w indywidualnych przypadkach, przywoływany przeze mnie Jarosław Fojut w Anglii się nie przebił, ale na pytanie czy wyjazd na wyspy jako nastolatek by powtórzył odpowiedział zdecydowanie, że tak. Z drugiej strony pewnie wyjazdu nie żałuje również Tomasz Cywka, a jednak gdyby Hubert Adamczyk podążył jego śladem, odczuwałbym zawód, uznałbym że to w piłkarskich dokonaniach nie była najlepsza ścieżka rozwoju. Oczywiście jak by się potoczyła w innych warunkach nie można przesądzać, ale też wyjazd nastolatków do zagranicznych klubów to nie jest taki oczywisty imperatyw, złote runo w zwiększaniu piłkarskich umiejętności, tak jak to zda się przedstawiają menadżerowie. Na to co mówi Henning Berg też warto zwrócić uwagę.
Jeśli rodzic poprzez dziecko realizuje swoje marzenia wcześniej czy później to pierdyknie, nic z tego nie będzie no chyba ,że dzieciak, a później młodzieniec polubi to do czego ojciec, matka zmuszali.
Co do pytania to innej drogi w piłkarskim świecie nie ma, trzeba oddać syna w ręce menago, problem tylko taki aby człowieka odpowiedzialnego w końcu za syna i jego ścieżkę kariery odpowiednio wybrać. Problem też w ambicjach i samego zawodnika i rodziców. Wiadomo mój syn najlepszy i zasługuje na to i tamto, na ten klub i taką kasę. Jeśli rzeczywistość jest inna to i najlepszy menadżer nie pomoże ponieważ zaczną się kwasy, rodzice wiedzą lepiej, zawodnik wie lepiej i weź człowieku postaw się, sprowadź na ziemię? Trzeba wtedy zmienić prowadzącego syna ,a tu już prosta droga do znalezienia naciągacza a nie menadżera. Przyklaśnie , poprze znajdzie klub weźmie kasę i na tym bajka się kończy.
Jeśli istnieje nazwijmy to- RODZICIELSTWO to Jesteś Mistrzem Świata
Czytając Ciebie człowiek wraca myślami do pewnych decyzji, spraw, które stawiał na ostrzu noża, walczył o coś co ważne było.
Każde zdanie trafione w punkt i w miarę czytania przywołuje sentencje zdarzeń, które miejsce miały w tym ojcowskim sensie. Jak? potrafiłeś przelać taką myśl? Tak spokojnie, normalnie.
Do artykułu się nie odniosę, zrobiłeś to rewelacyjnie
Bardzo serdecznie pozdrawiam Twą Rodzinę życząc Jej dużo radości.
Zgred
Nie ma najmniejszych szans, aby bez ogromnego zaangażowania i wielkich wyrzeczeń rodziców (opiekunów) jakikolwiek młodzian wylądował w poważnym klubie, bez względu na dyscyplinę, która uprawia.
AC-10 przedstawił nam tu piękną bajkę, o tym jak to ojciec "zasadził w doniczce" syna, usiadł i patrzy jak ów dojrzewa i piękniejszym od rówieśników się staje, czym wzbudza ogólną zazdrość.
Aż kusi zapytać, czy autor spróbował w młodości uprawiać jakiś sport wyczynowo ?. Nie mówię o bieganiu za piłką na podwórku czy jeździe na rowerze.
Zapewne też przez przypadek zapomniał o codziennym dowożeniu pociechy na trening. Dzień w dzień, 7 dni w tygodniu przez wiele,wiele lat i to bez żadnej gwarancji, iż to właśnie jego latorośl zasili w przyszłości jakiś renomowany klub w kraju, bowiem za granice trafia margines tych, którzy na co dzień kopią piłkę na boiskach od Bugu po Odrę.
Dzisiaj wszyscy poświęcają uwagę Bielikowi, ale dlaczego nikt nie powie Sebastianowi Szerszeniowi aby pozostał w Legii na dwa sezony, tylko przeszedł testy w Nadwiślanie Góra. (z pewnością wymarzony klub ojca)
Dlaczego Michał Bajdur mówi, że "chce się rozwinąć w Dolcanie Ząbki" Nie lepiej aby pozostał na dwa sezony w Legii ?
Czy marzeniem ojca Janka Grzesika, któremu z pewnością zazdrościło wielu tatusiów było to, by syn poprzez Legię trafił do Rakowa Częstochowa ?
Czy marzeniem rodziców Efira, Bajdura, Turzynieckiego, Mikity, Tomasiewicza, Żurka i innych były kluby Dolcanu Ząbki czy Chrobrego Głogów ?
Lista tych, którym sie nie udało jest bardzo długa, choć na trening poświęcili nie mniej czasu i zaangażowania co Bielik. Ich ojcowie kont nie nabiją.
Najnowszy przykład http://www.warszawa.sport.pl/sport-warszawa/1,124558,17298913,Marcin_Bochenek_10_lat_trenowal_w_Legii__teraz_trafi.html
Jeśli zaś chodzi o Berga, to ma w składzie podobno duży talent. Niech się nim zajmie tak, aby za dwa sezony Mateusz Szwoch trafił do Arsenalu, albo choćby QPR czy Leicester.
Ps
Baz agenta nie ma sportowca, muzyka czy aktora.
„nic z tego nie będzie no chyba ,że dzieciak, a później młodzieniec polubi to do czego ojciec, matka zmuszali.” – zmuszają bo wiedzą „lepiej”, że dzieciak polubi, a zatem dla niego to będzie korzystne, a dzieciak w imię miłosci do rodziców ich aspiracje chce spełniać, zależy mu na rodzicielskiej akceptacji, a to uzyskuje poddając się woli rodziców. Do pewnego momentu … żeby nie było, bywa że faktycznie polubi, gorzej gdy rodziców nadzieje zawiedzie.
@ Zgred
Dużo radości dla Twojej rodziny, no i dla ciebie radochy z polemik na c-L.
@ Kibic50
„dlaczego nikt nie powie Sebastianowi Szerszeniowi aby pozostał w Legii na dwa sezony, tylko przeszedł testy w Nadwiślanie Góra” , „Dlaczego Michał Bajdur mówi, że "chce się rozwinąć w Dolcanie Ząbki" Nie lepiej aby pozostał na dwa sezony w Legii ?”, „Czy marzeniem ojca Janka Grzesika, któremu z pewnością zazdrościło wielu tatusiów było to, by syn poprzez Legię trafił do Rakowa Częstochowa ?”
Kibicu50 przechodzą do klubów w których mogą grać na poziomie seniorskim. Dyskutujemy o optymalnych warunkach rozwoju. Zdaniem trenerów wymienieni przez ciebie piłkarze do pierwszego składu Legii się nie przebiją, zatem trzymanie ich na zapleczu to marnotrawstwo. Tego samego obawiam się w przypadku Adamczyka i Bielika w Anglii. Konkurencję do „jedynki” w Polsce by mieli mniejszą, zatem i większe szanse na ogrywanie się na poziomie seniorskim, warunki rozwoju tym samym by były korzystniejsze.
Z piłkarzy których wymieniłeś osobiście chciałbym żeby w legijnej jedynce został zweryfikowany Tomasiewicz, żeby otrzymał ku temu realną szansę, Berg i sztab szkoleniowy tego tak nie widzi, zatem w oczywisty sposób dla Tomasiewicza korzystniejsze będzie ogrywanie się w klubie innym niż Legia , w możliwie najwyższej klasie rozgrywkowej. Gdyby Tomasiewicz miał szanse na występy seniorskie w Legii za żadne skarby nie chciałbym żeby trafił do trzeciej ligi obojętne polskiej czy angielskiej, a to Adamczyka i Bielika może spotkać.
@ agenci
„Baz agenta nie ma sportowca, muzyka czy aktora.” – to zdanie to fałsz, prawdą może być zdanie że agent jest lub bywa użyteczny lub pomocny przy zawieraniu kontraktów zawodowych. Za prawdziwą natomiast uznam tezę, że cecha tychże użyteczności w określonych warunkach nabiera wrażenia niezbędności, ale na zasadzie teoretycznej gdyby nie było agentów, to sportowcy, muzycy, aktorzy nadal by byli sportowcami, muzykami, aktorami, natomiast kim by byli agenci bez sportowców, muzyków, aktorów?
W rzeczywistości, można przyjąć: „Agent jest niezbędny, gdy profesjonalista chce skupić się na wykonywaniu tego, co umie najlepiej” (Etyczne aspekty działania agentów zawodników w piłce nożnej Autor: Zbigniew Pawlak, Andrzej Smoleń Artykuł opublikowany w „Annales. Etyka w życiu gospodarczym” ), ale i tak to będzie tylko funkcja pośrednicząca, a jeżeli jej znaczenie jest większe niż faktyczne umiejętności zawodowe sportowców, muzyków, aktorów jest to oznaką dysfunkcji, sytuacji szkodliwej w danych dziedzinach życia społecznego, kulturalnego.
Uczciwy agent będzie pomocny, nieuczciwy to tylko i wyłącznie pijawka. Kibicu50 jeżeli napiszesz że nie wolno generalizować to przyznam ci rację bo kogoś porządnego, rzetelnie starającego się wykonywać swój zawód można oczernić i obrazić, ale też mogę stwierdzić że jakiejś szczególnie pozytywnej opinii to menadzęrowie piłkarscy w Polsce jako grupa zawodowa nie mają i ja niestety również temu powszechnemu mniemaniu ulegam.
Pierwsza z brzegu podrzucona przez wujka Googlusia opinia.
„Jeden z menedżerów przyjeżdżał na zgrupowania młodzieżówki zdezelowanym samochodem, w wymiętej koszuli i - jak twierdzą świadkowie - z wybrakowanym uzębieniem. A i tak zgarniał wszystkich piłkarzy. Nieważne, że nie miał czasu, by zająć się każdym z osobna. Przypominało to... grzybobranie.
Przez długi czas interesom tamtej grupy nikt nie zagrażał. Pierwsi menedżerowie w Polsce zaczęli przecież pracować, gdy rozwijała się piłka. Niektórym z nich wyszły 1-2 "złote strzały", gdy zauważyli, że to dobry interes. W międzyczasie ich piłkarze dojrzeli, a dziś opiekunowie zbierają kasę. Monopol ich jednak rozleniwił. - Na trybunach Legii do swojego menedżera podszedł piłkarz, a on - mając z piłkarzem podpisaną umowę - nawet nie wiedział jak nazywa się jego klient! – opowiada nam jeden z zawodników śląskich klubów.
Jest sporo niekompetencji. - Jestem napastnikiem. Mój agent wysłał mnie nocnym pociągiem przez całą Polskę do Gdańska.Miałem trenować przez dwa dni. Przyjechałem, a tu trener mówi mi, żebym się ustawił w obronie, bo oni zgłosili zapotrzebowanie na obrońców! Mojemu agentowi nie zaświtało w głowie, że jestem napastnikiem. I tak próbować mnie tam upchnąć – mówi z rozżaleniem w glosie piłkarz.
Dlatego to nie przypadek, że jednemu z menedżerów piłkarze sami przekręcają zaledwie kilka liter w krótkim nazwisku i nazywają go... „Oszust”. Lubują się w tym szczególnie jego klienci. – Zdarzają się różne przypadki. Różnie ludzie postępują. Takie skargi są kierowane do Wydziału Dyscypliny – mówi Olczak z Komisji. – W PZPN jest kilka spraw założonych menedżerom przez menedżerów. Podbierają sobie piłkarzy – mówi Oster.”
http://przemyslaw-zych.blogspot.com/2009/09/jak-zostac-agentem-takim-jak-radosaw.html
Kibic50 przyznam ci rację o tyle, że na przykład bez agenta piłkarskiego polskiego futbolisty nazwiskiem Salamon by nie było w AC Milan. Ale to raczej dowód pewnej anomalii.
O agentach, również co sami o sobie sądzą, zatem starając się przedstawić obiektywne spojrzenie, odsyłam do czarnoelkowego Expressu.
czy autor spróbował w młodości uprawiać jakiś sport wyczynowo ?
Chyba próbował, aczkolwiek po latach nie jest taki znowu do końca pewien. Zresztą, co to ma za znaczenie?
Autor wcale nie zapomniał o konieczności dowożenia dziecka na trening. Po prostu nie uznał tego za kwestię wartą męczenia czytelniczych oczu. W mojej opinii nie jest to bowiem żadne tam "poświęcenie", tylko n a t u r a l n y obowiązek rodzica. Tak. Dokładnie tak samo, jak należy zapewnić dziecku ciepły posiłek, dach nad głową i czyste, schludne odzienie, tak też trzeba dbać o jego rozwój. Dlatego np. na zmianę z małżonką sześć dni w tygodniu (niedziele mamy zwykle wolne, choć nie wszystkie) rozwozimy/rozprowadzamy nasze pociechy po różnych zajęciach. I po pierwsze, żadne z nas nie ma poczucia, że robi coś wyjątkowego. Chciało się mieć dzieci, chciało się powiedzieć "a", to teraz trzeba mówić "b", "c", "d", "e" i tak dalej: zrobić obiad, uprać portki, przytulić, doradzić, pomóc w lekcjach, iść na wywiadówkę, zawieźć na trening... Wielkie mi mecyje. Po drugie, w duuu...żym poważaniu mamy jakiekolwiek "gwarancje". Najprawdopodobniej żadna z naszych córek nie zostanie Mistrzynią Olimpijską w jeździectwie, ani pływaniu. Żadna nie będzie znana jako gwiazda brazylijskich sztuk walki, ani autorka prac rozwieszanych w najbardziej renomowanych galeriach sztuki na świecie. I co z tego? Grunt że dziewuchy nauczą się pływać, jeździć konno, kontrolować swe ciało i obsługiwać pędzel. A jeśli z czegokolwiek wyjdzie coś więcej, tylko się cieszyć.
W ogóle, wybacz, straszliwie pojechałeś z tym "poświęceniem". Futbol to nie tenis, gdzie trzeba za*ierdalać z dzieckiem po całym świecie, opłacać drogi sprzęt, trenerów, podróże i na dodatek co najmniej przez pierwszych parę lat robić to wszystko z własnej kielni.
Co do Bajdurów, Grzesików i reszty - w pełni zgadzam się z Iocosusem. Trzeba grać. Grać, grać, grać i jeszcze raz grać. Jeśli nie da się w Legii, to Dolcan, czy Nadwiślan wcale nie musi być zły. Sęk w tym, że Bielikowi najprawdopodobniej by się udało.
@ Zgred:
Nie pompuj tak Iocosusa, bo nam pęknie i z żalu za kolegą trza będzie Czarną eLkę zamknąć
@ Iocosus:
Ale to przecież nie jest tak, że ja toksycznych rodziców oskarżam o całe zło futbolowego świata. W ogóle nie oskarżam, nie mam przecież podstaw. Nie znam państwa Bielików, ani państwa Odegaardów. Nie mam pojęcia, co nimi kierowało i kieruje. Tak się tylko zastanawiam. Sam nie wiem, co bym zrobił na miejscu własnego czytelnika
Chodzi mi wyłącznie o to, że rola agentów coraz wyraźniej przebija się do zbiorowej świadomości. Natomiast o roli rodziców w całym tym transferowo-kontraktowym cyrku mówi się mało, albo zgoła wcale.
We wstępie autor powiela nieprawdziwą wiedzę o istocie nauki społecznej Kościoła Katolickiego.Oświecę autora, że wszyscy Papieże od II Soboru Watykańskiego to samo tylko innymi słowy głosili.Paweł VI używał języka scholastycznego, Jan Paweł II literackiego, Benedykt XVI teologicznego ,zaś Franciszek często potocznego. I ten jego przekaz niekiedy dosadny i rubaszny trafia do mediów, a za ich pośrednictwem do nieprzygotowanej publiki. Żeby była jasność, ja nie mam pretensji do dziennikarzy niewierzących,że tej nauki nie znają ,choć wolałbym,aby się w tej materii autorytatywnie nie wypowiadali zwłaszcza potomkowie tych, których rodzice czynnie z Kościołem i wiarą w minionych niesławnych latach walczyli. Tym wolno mniej. Natomiast zdecydowanie potępiam tzw. dziennikarzy katolickich, którzy ją powinni znać , a dają wyraz swojemu nieuctwu i Kościół w ten sposób ośmieszają jako oazę ciemnoty.M.innymi o macierzyństwie i rodzicielstwie traktuje Encyklika "Humanae vitae" , obok Konstytucji "Gaudium et spes" fundament nauki społecznej Kościoła. Przytoczę tylko dwa fragmenty encykliki. Nakazuje ona "Opanowanie popędu przez rozum i wolę" i dalej "Jeżeli zaś uwzględnimy warunki fizyczne, ekonomiczne, psychologiczne i społeczne należy uznać,że ci małżonkowie realizują odpowiedzialne rodzicielstwo, którzy kierując się roztropnym namysłem i wielkodusznością decydują się na przyjście licznego potomstwa, ale też dla ważnych przyczyn postanawiają okresowo lub na czas nieograniczony unikać zrodzenia dalszego potomstwa". Zawsze lepiej korzystać ze żródła niż z zatrutych popłuczyn.Niestety Kościół uznaje tylko metody naturalne planowania ilości dzieci. Piszę niestety, gdyż odstręcza to miliony ludzi od nauki Kościoła która w tej mierze nie nadąża za osiągnięciami współczesnej medycyny.
Dodam,że jeśli idzie o aborcję to Kościół jej jest przeciwny nie tylko z względu na ochronę życia ludzkiego, ale też z uwagi na osobę człowieka i jego rozum i daną mu wolną wolę. Przesłanie jest takie :"Nie chcesz mieć potomstwa, nie zachodż w ciążę". Logiczne chyba i ludzkie.
Teza o korzyściach rodziców z faktu posiadania dzieci jest wątpliwa, chyba,że autor miał na myśli rzecz w skali globalnej / czemu nie napisał?/, a mianowicie,że następne pokolenia pracują na emerytury tych, którzy z uwagi na wiek i stan zdrowia już pracować nie mogą. Zdarza się w skali mikro,że rodzice korzystają materialnie na sukcesach dzieci, także w sporcie, ale nie jest to przecież celem wychowania w rodzinie.Natomiast na tym opiera się m. innymi bogactwo Ameryki,że przyjmuje ona imigrantów. Kto inny łożył na dorastanie dzieci, a oni bez nakładów korzystają z siły roboczej. Czysta korzyść.. Z reguły jednak rodzice upatrują przyszłości swoich dzieci w zdobyciu dobrego zawodu i w ich wykształceniu.Wiedzą bowiem,że sport to rodzaj hazardu i odrzuca on od sukcesów i pieniędzy ogromną większość, a nagradza nimi jeno tę minimalność.Zdarzają się pasjonaci, którzy wierzą,że ich pociechy zdobędą splendory w tych dziedzinach,które wymagają treningu od najmłodszych lat, jak tenis ziemny czy przed wieloma laty łyżwiarstwo figurowe.Czyli w tych sportach w których talent może być nieobecny, bo liczy się nakład pracy. I tu w jakiejś mierze należy doceniać takich rodziców, aczkolwiek ich pretensje o to,że Państwa akurat im nie ścielą kobierców pod stopy są śmiesznawe.Chcą, to niech robią co chcą. Ich pies, ich pchły. Ryzykują ,ale to ich sprawa. Obciążanie innych za własną nieudolność jest nie na miejscu.Ale też nie traktowałbym tego w kategoriach obowiązku. Raczej katorgi i gwałtu stwarzanego małym istotom.Nie chcę tego tematu rozwijać, ale zasada "Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe" i tu powinna obowiązywać. Nie dotyczy to jednak piłki nożnej, w której to talent jest decydujący.Choćby beztalencie harowało 24 godziny na dobę to w piłce niczego wielkiego nie osiągnie, w odróżnieniu od innych dziedzin, zwłaszcza tych w których nepotyzm i protekcja odgrywają rolę decydującą.
Rozumiem rolę menedżerów piłkarskich.Niestety rynek piłkarski tak się sprofesjonalizował,że chałupnicze metody musiały odejść do lamusa. Ale oczywiście muszą być oni profesjonalni. I większość z nich taka jest.Dbają o rozwój kariery piłkarzy i o ich jak najlepsze warunki materialne. Zdarzają się i w tym zawodzie czarne owce i jak to zwykle dziś bywa to im przydaje się nadmierną rangę i ich łotrostwa się nagłaśnia. Najgorsi jedakowóż są ci co działają bez licencji i rozumiem,że A-c 10 o nich negatywnie pisze i ma rację.Rynek piłkarski powinien ich wyrzucić na śmietnik. Jeżeli tego nie czyni to znaczy,że jest głęboko nieuczciwy i zdemoralizowany.Taki oszust zawiera bowiem umowy z rodzicami małolatów na reprezentowanie ich dzieci i wmawia tym rodzicom,że ich dziecię to czyste talenty warte miliony i że oni na tym zarobią krocie. A potem handlują tym "towarem" jak chłop na targowisku padliną.Mieliśmy i w Legii takiego i do dziś Prezesowi nie mogę wybaczyć, iż z nim chciał interesy robić.Tak jak są te złe menagi, tak są i dobre i Lewandowski Robert nie byłby tym kim jest gdyby nie jego menedżer.W moim przekonaniu robią więcej dobrego niż złego, a przede wszystkim cywilizują stosunki w piłce i zwalczają czynnie paraniewolnictwo graczy.
Piłkarz nie jest dzięki nim skazany na terrorystę trenera i dyktatora prezesa .
A to,że trenerzy chcą młodych piłkarzy uczyć fachu jest normalne. Pod warunkiem,że tę trudną sztukę posiedli. Bowiem są trenerzy, którzy potrafią oszlifować kamienie, ale przede wszystkim diamenty. Inni nawet kamieni nie za bardzo.Nie można mieć pretensji to Arsena Wengera,że posiadł umiejętność szlifowania diamentów. Każdy młody piłkarz może tylko marzyć,aby pod jego pieczę trafić. Ale nie każdemu jest to dane.
Już starożytni wymyślili powiedzenie :"Pecunia non olet". W piłce nie da się jednak przewidzieć czy dane przedsięwzięcie przyniesie efekt sportowy i odpowiadający mu finansowy. Z reguły jest jednak tak,że niczego nie osiągają ci którzy stawiają wóz przed konia czyli najpierw pieniądze a sukces sportowy potem. Tacy muszą zrozumieć ; pieniądze w sporcie to efekt, a nie cel działania.
I jeszcze o ruszaniu biodrami.Ja bym się z tego nie naśmiewał. Bez tego i nas by nie było i piłkarzy by nie było i czegoś ważnego w życiu by ubyło.
Pozdrawiam serdecznie.
Miło poczytać mądrego człowieka. Mądry człowiek zrozumie i te trudniejsze przekazy i te mówione językiem prostym. Niektórzy dziennikarze nie rozumieją trudniejszych słów, a za proste się obrazaja. To że kompromitują siebie to nawet i dobrze, wiemy kto ile wart, gorzej że dają argumenty wrogom wartości których rzekomo są przedstawicielami, a niech idą w ch....
Dziękuję również za normalną, rzeczową i prawdziwą ocenę menadżerów. Czarna owca znajdzie się w każdym zawodzie ( bodaj rok temu w Poznaniu prokurator napadł na bank).
Moim zdaniem obecnie bez nich już się nie da. Gnojenie wszystkich sensu nie ma, tak jak nie mają sensu Iocosusowe przykłady, rynek wyeliminuje słabych i chciwych.
W tym temacie najmniej wskazane są osobiste niechęci.
Acha kibica50 zupełnie nie rozumiem.
O kościelnej nauce i jej rozumieniu (czy raczej porażającym niezrozumieniu) przez polskie społeczeństwo moglibyśmy dyskutować naprawdę długo. Dziennikarzy to tam akurat kibic Wisły trącał. Wierzący, niewierzący, z dawna już zdążyłem się przyzwyczaić, że ich wiedza w dowolnie wybranym temacie bywa zastraszająco płytka. Znacznie mocniej uderza mnie nieznajomość/niezrozumienie choćby wspomnianej przez Ciebie Humanae Vitae przez naszych księży. I to przez całą hierarchię, od wikarego w parafii Szczere Pole Kolonia, po wielu członków episkopatu. Pięćdziesiąt lat już za chwilę stuknie od jej wydania, tymczasem cała masa duchownych wciąż nie chce przyjąć tego tekstu i jego nauki i pozostaje w mentalnym średniowieczu. A w ślad za nimi rzesze wiernych...
Dobra, bo się zanadto rozkręcę
Dalej, expressis verbis wspomniałem przecież o systemie emerytalnym i podatkowym. Nie wymagaj ode mnie wymachiwania retoryczną łopatą, bo ani nie potrafię tego czynić z jakąkolwiek bądź gracją (tu np. zazdroszczę choćby obecnemu papieżowi), ani niespecjalnie mieści się to w konwencji moich tekstów.
Na tzw. menedżerów patrzę znacznie mniej przychylnym okiem od Ciebie. Owszem, są potrzebni. W zasadzie to sami jesteśmy winni, czy może raczej odpowiedzialni za ich istnienie. Domagamy się przecież, jako kibicowski ogół, coraz wyższego poziomu, coraz lepszych meczów, sezonów, turniejów, coraz większych emocji. A to wymusza coraz to większą profesjonalizację, ergo zaistnienie profesji piłkarskiego doradcy. Obawiam się jednak, że czarnych owiec jest w tejże profesji znacznie więcej, niż sugerujesz.
Jakkolwiek by jednak nie było, rynek nie będzie ich wypluwał tak długo, jak pozostanie zasadniczo nieuregulowany. Jasne, są niby jakieś tam licencje, wciąż jednak woda, w której pływają te rybki, pozostaje bardzo, ale to bardzo mętna. A to w oczywisty sposób sprzyja nieczystym praktykom i zagraniom.
Finalnie, przepraszam za rubaszność, ale jestem zdeklarowanym miłośnikiem machania biodrami. I nie widzę w tym absolutnie nic śmiesznego
Przepraszam ,ale ja mam taką predylekcję do prostowania czasami błędnych przekonań i to co napisałeś było li tylko pretekstem. Gdyż nie ukrywam,że uważam, iż kibice są przede wszystkim ludżmi i obywatelami i im też należy się ociupinka prawdziwej wiedzy z różnych dziedzin.Zwłaszcza, gdyż są jak i inni zainfekowani fałszem. Co do księży to w tych zagadnieniach czyli nauki społecznej Kościoła czy dogmatyce odnośnie nich to nie masz racji. Po prostu księży obowiązuje posłuszeństwo wobec doktryny, a wielu ludzi oskarża kościół o to,że nie godzi się na realizację ich fanaberii i chwilowych zachcianek. Nie może,bo ma głosić Ewangelię,a nie podporządkowywać się modom, które znikną za jakiś lat i śladu po nich nie będzie.A Państwo nie może być ani wyznaniowe, ani tym bardziej ateistyczne.I jego obowiązkiem jako bytu neutralnego światopoglądowo jest dbanie o to, aby swoboda wyznaniowa obywateli nie była zakłócana. Natomiast potwornym błędem wielu księży, biskupów, zakonników jest zaangażowanie polityczne i takich nie tylko wolno, ale należy ostro krytycznie oceniać. Ale tylko na tym polu. Na innym już nie. I też dalej nie będę się rozpisywał, podobnie jak Ty, gdyż byłyby to własne oceny a nie przedstawienie stanu faktycznego i prawnego.
Niestety twojego zapału do regulowania działania menedżerskiego nie podzielam.Wybacz, ale pogląd,że rynek wymaga jakiś regulacji jest zupełnie nietrafny. Jest zgoła odwrotnie .Rynek ma to do siebie,że jest nieregulowany. On sam jest regulatorem.Wszelki regulacje są sprzeczne z rynkiem.Bo rynek to jest pojęcie teoretyczne, Określa się nim hipotetyczne spotkanie popytu z podażą.Narzędziem które pozwala rynkowi być regulatorem pomiędzy popytem i podażą jest konkurencja.
Ona powinna oczyszczać ten segment z oszustów.W tym sensie licencje są czymś niewłaściwym.Ja poniekąd rozumiem tych wszystkich naprawiaczy, uzdrawiaczy ,ale się z nimi fundamentalnie nie zgadzam / większość ekonomistów też nie/. Bo u podłoża takich zachowań leży narcyzm i wiara w swoją mądrość i wybitność, a niewiara w rynek.
Też w jakiejś mierze mają niby dobre intencje, gdyż chcą kontrahentom pokazać, ci a ci znają podstawy prawne funkcjonowania i zobowiązali się do etycznego działania. Więc każą im się szkolić i zdawać egzaminy. Tylko,że rynek wie swoje i na nim działać poczynają ci którzy tych licencji nie mają, bo są często skuteczniejsi.I wtedy powstaje dylemat kto tak naprawdę psuje rynek.Bo "normalnie" to powinno być tak,że , aby być lepszym na tym rynku to się powinno uczyć, nabierać doświadczenia i w inny sposób się doskonalić. I rynek tych nieudolnych i nieudaczników by sam z siebie wypluł, bo by po prostu nie zarabiali.A tak mamy dyplomowanych "doktorów' tylko wielu z nich to "konowały".Ale ten sam rynek wytworzył menedżerów. Zawodnicy uwolnieni z więzów niewolnictwa za sprawą różnych "praw" i poprzez znaczący wzrost finansów w piłce nożnej musieli znależć pośredników w załatwianiu swoich spraw z klubami i Federacją. Ich rolą jest grać, a nie negocjować, które to działanie wymaga znajomości prawa, innych regulacji i zapotrzebowania klubów na ich usługi.To jest tak jak z płodami rolnymi. Część narzeka,że pośrednicy w handlu żywnością są i oni windują ceny. Postulują,żeby "chłop" sam sprzedawał najlepiej na targowisku.Wtedy większość z nas pomarłaby z głodu. Wytwórca nie jest od handlu, tylko od produkcji. A pośrednicy pojawili się wtedy kiedy liczba konsumentów znacznie przerosła liczbę producentów, w konsekwencji wzrosło zapotrzebowanie na żywność, jej przechowywanie, dostarczanie itd. ,a konsumenci wytworzyli taki dochód,że byli i są w stanie płacić za żywność cenę powiększoną o zarobek pośrednika. Tylko na tym rynku nikt niemądry nie wpadł na pomysł, aby dawać komukolwiek licencje.
Już dziś trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie piłki nożnej bez menedżerów, za kilka lat będzie to prawie niemożliwe.Życie się doskonali, specjalizuje i profesjonalizuje. I dobrze i tak trzymać.Tylko zgodnie z tym co się sprawdziło i daje efekty.
Pozdrawiam.
"Acha kibica50 zupełnie nie rozumiem'
Wybacz, "nieskładnie mówię, trzy noce nie spałem"
Mój przekaz był niezwykle prosty, niestety nie nabyłem takiej umiejętności ubierania myśli w słowa jak wielu tu piszących, gdyż w młodości poświęciłem więcej czasu praktyce niż teorii, a chyba o praktyce tu pitolimy...
Tak z grubsza chodziło mi o to, że aby w dzisiejszych czasach "mieć szansę" na odniesienie sukcesu w zawodowym sporcie IMO, choć wiem, ze to banalne należy:
1. Zacząć treningi w bardzo młodym wieku (6, 7 może 8 lat)
2. Tylko temu się podporządkować
3. Trenować bardzo ciężko, znacznie więcej od innych.
4. Koniecznie mieć dobrego agenta (menedżera)
5. Mieć sporo szczęścia
Oczywiście można się "poświęcić" dla swoich pociech i nawet 7 dni w tygodniu, po szkole zawozić na różnego rodzaju "treningi"
Pon - jazda konna, Wt - angielski, Śr - sztuki walki, Czw - francuski, Pt - pływanie, Sob - piłka nożna, Ndz - lekcje pianina
Pomijając już fakt kosztów z tym związanych, to taka postawa. nader słuszna i godna pochwały z pewnością przyniesie pociechom wiele radości, satysfakcji a rodzicom powody do dumy. Być może pozwoli wykształcić przyszłych dyrektorów wielkich korporacji, może i prezydentów. Jednego możemy być pewni. "Medali olimpijskich" z tego nie będzie.
"Wielkie mi mecyje" zaczynają się po latach, żmudnych, podobnych, ciężkich ćwiczeń. Z dala od komputera, koleżanek i kolegów z podwórka.Kiedy pociecha zaczyna odczuwać ból, wkrada się rutyna, zwątpienie, i niechęć do wszystkiego. Dzień w dzień to samo, z tymi samymi ludźmi, przez wiele, wiele lat. Niekiedy daleko od rodziców.
O menedżerach dużo napisał Zbyszek, a o patologiach wspomnianych przez iocosusa nie ma co gadać.
Ten zawód u nas dopiero raczkuje i jak wszystko w gospodarce rynkowej wymaga czasu. Do niedawna ta profesja zarezerwowana była jedynie dla "fryzjerów"
Śmiem twierdzić, że gdyby nie Kucharski, to Bielik przebywałby dzisiaj na obozie z rezerwami Lecha.
Tylko w jednym Górniku Konin (dawne Aluminium) pierwszym klubie Bielika na co dzień trenuje 260 marzycieli o Arsenalu. Ilu z nich spełnią się marzenia ???
Odnośnie pracy bioder, to fajnie jest leżąc na plecach, dać im czasami odpocząć
Senatorze ja jestem uprzedzony do pośredników, to fakt, co nie znaczy, że każdego mam za krętacza, albo uznaję ich za zbędnych, ale w futbolu oni sami sobie czasem wystawiają „rekomendacje”: „podobno najbardziej skuteczny agent w Polsce Jarosław Kołakowski mawiał, że Pan Czarek, gdy jeszcze grał w piłkę, bardziej był zainteresowany kasą przy wyborze klubu niż rozwojem piłkarskim.”(mariuszchrapinski.natemat) – bynajmniej takimi słowami o konkurencie w menadżerce to Kołakowski sobie wystawia świadectwo, tam jest ostra walka o kasę, wpływy, według mnie zasadami sobie głowy nie zawracają, kto chce niech wierzy że są moralni i etyczni, osobiście w pełni wierzę Leśnemu gdy twierdzi: „Agenci krążą wokół klubów, za wszelką cenę chcą zarobić trochę pieniędzy. Jedni słusznie, inni na krzywy ryj...” (polsatsport.pl), Leśny odwrotnie niż ja deklaruje: „jestem zupełnie wyzuty z emocji jeśli chodzi o agentów piłkarskich” i przy tym zapewnia „Na pewno nie będziemy frajerami i nie będziemy płacili prowizji w wysokości 10 procent ludziom, którzy przy danych transferach nie mieli udziału. Rynek jest jaki jest.” (legia.net) Według mnie trzeźwo ocenia sytuację, a realia zna już lepiej niż my tu na czarnej eLce razem wzięci.
@ Zbyszek
Rozróżniam handlowca od impresaria, agenta reprezentującego czyjeś interesy, jeden i drugi to pośrednik - mimo wszystko według mnie to nie to samo, zatem i analogia „chłopska” moim zdaniem nietrafiona. Sytuację w której „prawa właścicielskie” od klubów piłkarskich przejęłyby agencje menedżerskie uznam za równie niekorzystną co onegdaj „klubowe niewolnictwo”, tego mam nadzieję Zbyszku nie postulujesz?
@ agentura
Temat „agenturalny” jest diablo na czasie bo w tym roku będą w nim kluczowe zmiany, zda się że tak jak chce Zbyszek następuje „rynkowe otwarcie”.
„Od 1 kwietnia 2015 roku zaczną obowiązywać nowe przepisy FIFA regulujące jeden z najbardziej kontrowersyjnych zawodów związanych z piłką nożną- agentów. Celem zmiany było wdrożenie nowego systemu, który zagwarantowałby spełnienie wysokich standardów etycznych w relacjach pomiędzy klubami, piłkarzami oraz podmiotami trzecimi, …”
https://marcinmrozblog.wordpress.com/2014/11/05/nowa-regulacja-dotyczaca-agentow-zawodnikow-w-pilce-noznej/
Mhm, ocean dyskusyjny.
@ A-c10
„o roli rodziców w całym tym transferowo-kontraktowym cyrku mówi się mało, albo zgoła wcale.” – właśnie dlatego, że to delikatna sytuacja wchodzić z butami w konkretne rodzicielskie relacje. Jeszcze nie mając wiedzy, danego rodzica nawet na oczy nie widzieć, słowa z nim nie zamienić, a publicznie dowodzić jak to „handluje” synem, przez pryzmat własnych korzyści, tym samym nijako rodzicielską miłość podważać. Nawet poznawszy sytuację, utwierdziwszy się we własnych ocenach, wynosząc te kwestie na światło publiczne można okazać się zwyczajnym padalcem, bo prawda nie musi być oczywista, a nawet błąd w wyborze klubu przez nastoletniego syna pod tatusiowym wpływem, nie świadczy już o złych rodzicielskich intencjach. Co najwyżej potwierdza ludową prawdę, że dobrymi chęciami, piekło wybrukowane!
Przy kuflu piwa w knajpie, lub w maglu, można pitolić czy to, że superutalentowany diamencik w bardzo nieodpowiednim dla siebie momencie udał się do słonecznej Italii stało się wynikiem marzeń samego nastolatka, podpowiedzi menago, czy też skutkiem wpływu rodziciela? Mieliśmy przecież coś takiego, w kibicowskim pitoleniu na forach sytuacja była roztrząsana, ale po prawdzie nie wiadomo co przeważyło, błąd został popełniony, ale jeżeli nawet to może „tylko” na zasadzie „piekła wybrukowanego”.
Na zasadzie ogólnej, bo chyba tylko taka nam pozostaje, mogę się zżymać na rodziców obwożących niczym komiwojażer swoje pociechy po europejskich klubach, konkretne przypadki są znane, determinację w tym procederze trzeba będzie jednak publicznie przypisać tylko temu że rodzice pragną znaleźć optymalne warunki rozwoju dla swojego dziecka, intencyjnego zarzutu robić im nie można, co nie znaczy, że sam „proceder” w kategoriach ogólnych mam akceptować lub chwalić.
@ A-c10 & Zgred & all
Czarna eLka z pewnością od pisaniny iocosusa nie jest uzależniona, (tego by tylko brakowało), niszowa ale jakaś popularność tej strony wręcz jest funkcją właśnie różnorodności autorów, stylów prezentacji, odmiennych punktów widzenia. Teraz Monrooe ma głowę zajętą czymś innym niż piłka, ale przecież wypada wierzyć, że nadejdzie odpowiednia pora gdy na stronę powróci, wolę czytać teksty wirtuoza blogowego Albiceleste i erudyty profesorskiego Zbyszka niż iocosusa bo u tego typa zawsze coś znajduję co należałoby poprawić, inaczej wyrazić. Chciałbym też na ten przykład przeczytać analizę potencjału Legii przed wiosną 2015 popełnioną przez analitycznego Dzynka! Żałuję, że brak na stronie „zimnej”, punktującej krytyki polityki Leśnego wobec kibiców, JJ czyli Dżej Dżej to potrafił (Senator mnie zabije), fajnie by było merytorycznie popolemizować weryfikując tezy. Nikt dla mnie nie jest lepszym w wyrażaniu poglądów piknika niż tenże Senator, reprezentanci Żylety też głos zabierają, jest wielu, wielu komentatorów na c-L do których mam tylko pretensję że się za rzadko ujawniają. Powołujemy się, że u genezy tej strony było „Blogiem z Krytej” ależ by było teraz fajnie coś autora przeczytać, Krzychu jeśli tu zaglądasz, to napisz jak obecnie legijne sprawy postrzegasz. Ależ byłbym takiego artykułu, artykułów ciekawy i chyba nie tylko ja.
Dla mnie w naszym gronie jest tylko jeden niezastąpiony, bez którego c-L sobie nie wyobrażam, znaczy się tej naszej różnorodnej zbieraniny na stronie zawiadowca czyli Gawin.
A Zgred raz dwa sprowadzi mnie na ziemię i jeszcze w nią wkopie, jak tylko coś negatywnego napiszę o siatce!
Jestem jak najdalszy od tego, by oczekiwać od księży podążania za czyimiś tam fanaberiami, zachciankami, czy ogólnie rzecz ujmując modą. Wręcz przeciwnie, jako człowiek wierzący oczekuję, że Kościół będzie dla mnie i mnie podobnych swoistym punktem odniesienia. Trwałym i poddającym się zmianom jedynie po naprawdę głębokim namyśle.
Z drugiej strony cieszę się, że jednak od czasu do czasu te zmiany następują. W końcu Kościół też powinien się doskonalić, i fakt, że się stara, jako jego członek odbieram z niekłamaną radością.
Z trzeciej - mam w sobie, jak mi się zdaje, dość sporą dozę tolerancji i rozumiem, że np. ustalenia Soboru Watykańskiego II, jak i późniejsze uzupełnienia nauki Kościoła nie wszystkim muszą iść w smak. Jako że żyjemy w wolnym kraju, jestem za tym, by każdy mógł głosić swe przekonania. Nawet jeśli stoją w ostrej opozycji do w/w nauki. Uczciwie by jednak było, gdyby ktoś taki oddał najpierw pastorał, zrzucił sutannę i wypowiadał się jako osoba prywatna, nie kościelny hierarcha.
I to tyle ode mnie w kwestii "wyznaniowej". Obawiam się, że i tak ostro wynudziliśmy niezainteresowanych czytelników
Kwestię "agenturalną" proponuję przenieść tutaj, bo tekst zdecydowanie tego wart. Co zresztą niniejszym zaraz uczynię.
Jednego możemy być pewni. "Medali olimpijskich" z tego nie będzie.
Czekaj, czekaj. Jeszcze Ci kiedyś oko zbieleje
A poważniej: zniechęcenie, znużenie, zanik wiary w sens - to wszystko może towarzyszyć każdemu aspektowi rozwoju młodego człowieka. Treningom hokeisty, panczenisty, piłkarza, zapaśnika, ale też przecież lekcjom gry na puzonie, czy nauce francuskiego. I - powtarzam po raz kolejny - n a t u r a l n y m obowiązkiem rodzica jest zmierzyć się z takimi trudnościami, gdy dziecko je napotyka. Wesprzeć na duchu, dodać energii i wiary, postawić cel na nowo przed oczyma, etc. To naprawdę żadne bohaterstwo.
Skoro już się tu tak uzewnętrzniam, gdybyśmy z żoną odkryli u którejś z naszych córek predyspozycje do uprawiania takiej dyscypliny sportu, która kiedyś w przyszłości mogłaby stanowić treść jej życia zawodowego, to byśmy za tym poszli. I tyle. Nie zaniedbując ogólnego rozwoju (żeby w razie co mała nie została całkiem na lodzie), ukierunkowalibyśmy ją na tę całą koszykówkę, czy co tam innego. Owszem, mogłoby paść na dyscyplinę wymagającą szczególnych nakładów finansowych. Wtedy być może, po zmaganiach z kalkulatorem i domowym budżetem, zmuszeni bylibyśmy odpuścić. Ale sama kwestia dowożenia na treningi? Pilnowania, by dziecko jadło, co trzeba i spało, jak trzeba? Przełamywania oporów i walki ze zniechęceniem? Powtarzam znów - żadne bohaterstwo.
Bohaterstwem to jest dla mnie poświęcenie całego życia choremu dziecku. Tak, aby mogło choć trochę normalnie funkcjonować. A jak się ma dziecko zdrowe i jeszcze utalentowane w tym, czy innym kierunku, to - ja pier-tego-tam! - trza dziękować Stwórcy i po prostu robić swoje.
@ Iocosus:
Jasne, że temat delikatny. Dlatego właśnie daleko mi do piętnowania, czy wygłaszania kategorycznych, tworzących pozory każdorazowej sprawdzalności osądów. Ja w ogóle nie mam pretensji do rodziców. Wiadomo, poza kompletnymi patolami każdy chce dla swego dziecka jak najlepiej. Sęk w tym, żeby tych rodziców uzdolnionych sportowo dzieci nie zostawiać samych sobie na pastwę mętnych agenciaków i niedoinformowanych, nierzetelnych gryzipiórków.
A tę skromność fałszywą to se w dupę wsadź
Ooo, skromniś to Senator, mecz w części obejrzał, ale jak zawsze twierdzi że się „nie zna” i już uważa że się wymigał, sprawa załatwiona, bo przecież on niegodny wyrażenia własnego zdania, opinii, bo on przecież nie fachowiec. Ooooo, to jest wielki skromniś!
Ja tylko mam nadzieję,że żartujesz z potępieniem rynku.Ja w odróżnieniu od Ciebie już ten czas mam , oby na zawsze za sobą, gdy w przodującym ustroju najmądrzejsi z mądrych urządzali nam świat i dobrobyt we wszystkich dziedzinach.Mieli przekonanie,że wiedzą lepiej. Nie udało im się. A właściwie udało , bo niczego nie było , więc i rynku też nie
Z innymi zawodami czy towarami takoż. Z rynku wypierani są gorsi przez lepszych. Przy każdej reglamentacji dzieje się często odwrotnie. Więc może już do realsocjalizmu nie wracajmy, niech sobie na stałe pogrzebany leży. Bo w niesławie zdechł.
Zapomni pan o wolnym rynku w sytuacji kiedy ludy zgadzają się, a właściwie pod wpływem indoktrynacji przez media żądają regulacji wszystkiego. Wystarczy tylko wygłosić formułę dla waszego dobra i bezpieczeństwa.
Z naszego tzw. polskiego punktu widzenia to masz rację. Ale rozmawiając z wieloma młodymi ludżmi jest nadzieja na przyszłość.
Postawy roszczeniowe wygasają. Coraz bardziej uwidacznia się odpowiedzialność za siebie i za swój byt.
Przy czym Senatorze ja nie jestem radykalny w potępieniu większości naszego społeczeństwa. W krajach tzw. cywilizowanych mieli oni ok.200 lat, aby się stosunku do wolności nauczyć .Można by rzec,że rośli razem z liberalizmem w tej jego prawdziwej postaci i to stał się ich systemem i dobrze im w nim. Znają granice tego co zależy od nich a co od Państwa i temu Państwu byle czym głowy nie zawracają.My nie mieliśmy tego czasu. Zostaliśmy rzuceni do basenu na głęboką wodę , bez umiejętności pływania i bez kapoka. Nie dziwota,że ludzie czują,że jak się topią to wołają Państwo na ratunek. A Państwo Polskie w odróżnieniu od normalnych państw zakrzyknęło głosem Balcerowicza :"A topcie się!". Pozbawieni zostali obywatele zwykłej ochrony prawnej i wmawiało im się,że najważniejsza jest równość stron,tak jak by np. kredytobiorca miał cokolwiek do powiedzenia w starciu z bankiem. Państwo nie stworzyło ram prawnych kredytów , ubezpieczeń , umów o świadczenie usług itd. Zmieniono przepisy Kodeksu Cywilnego ,aby nawet cząstkowej ochrony tam zawartej obywatela pozbawić. Bezczelnie łamana jest Konstytucja, która określa hierarchię aktów prawnych ,najważniejsza jest Ona, potem Ustawy z niej wynikające, Rozporządzenia zgodne z ustawami i niższe rangą .
U nas zmieniono zasadę,że postanowienia umów sprzeczne z Ustawami są z mocy prawa nieważne, jeżeli naruszają interes strony.
Wilki z mocy prawa mogą bezkarnie zagryżć owieczkę. W Polsce Narodowy Bank Polski jest organem Państwa , ale uważał,że jest od Państwa niezależny i może niszczyć przedsiębiorczość i rozwój kraju ,bo jego zadaniem miało być tylko zwalczanie inflacji.
W USA odpowiednikiem NBP jest całkowicie prywatny FED/Bank Rezerw Federalnych/ i on najpierw ma dbać o rozwój gospodarczy, następnie o niskie bezrobocie, potem o politykę pieniężną i na końcu jako wypadkową tych czynników o niską inflację.W tym liberalnym kraju obywatele, którzy czują się oszukani, wykorzystani, pokrzywdzeni mają prawo do porady i opieki prawnej,też przed sądem za darmo za pośrednictwem kancelarii prawnych utrzymywanych przez państwo. Ustawy wyrównujące szanse na rynku małych i dużych jego uczestników liczą setki stron.Więc nie należy się dziwić tamtym ludziom,że szantażują strajkami tylko jak mają nóż na gardle, bo mają świadomość,że system nie jest nastawiony na ich okradanie.U nas ludzie takiej świadomości nie mają. Wręcz odwrotnie, Państwo mówi,że nie ma, a jak się go przyciśnie to okazuje się,że ma. No to cisną. A ponieważ zostali rzuceni jak cielęta na rzeż to chcą mieć poczucie bezpieczeństwa. Masz rację,że złudnego,że obracającego się przeciwko nim,ale przecież nikt im nie tłumaczy,że wolny rynek jest dobry, jak widzą na co dzień,że jest on przeciwko nim. Tylko to nie jest żaden wolny rynek, lecz zmowa bogatych przeciwko reszcie. Dopóki tego nastawienia nie zmienimy to moje pochwały pod adresem wolnego rynku spotkają się z pukaniem w czoło.A jakie ja mam argumenty?Doktryna, pisma twórców, poziom rozwoju gospodarczego, zamożność obywateli w innych krajach, normalność i uczciwość w kontaktach pomiędzy ludżmi.Też i to, że Polacy głosują nogami i wyjeżdżają i za cholerę tu wracać nie zamierzają. Na pytanie dlaczego?: odpowiadają:Tam jestem kimś, a tu śmieciem.Taki "liberalizm" po polsku. Nawet taki mądry system nie do zdarcia potrafiliśmy spaprać.To domaganie się osłon, licencji, regulacji, wsadzania do więzień itp. to rodzaj samoobrony.Taki odruch jak u psa Pawłowa - silniejszy niż rozum. Przykre.