- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
Zezem. Luna? cz. 1
Zapuszczam się w krainę drzewostanu mieszanego dopiero co rozpoznawanego. Gdy sir Alex Ferguson /w dalszej treści w skrócie SAF/ zaczynał swą robotę w MU nie znał jej kresu, ani tego co go na tej drodze spotka. Po prostu kroczył, podejmował nowe wyzwania, rozwiązywał problemy, mozolnie wznosił gmach drużyny i klubu na wyższe poziomy.
Taki już miał charakter i taką osobowość. Na tej jego drodze na okres 3 lat pojawił się Henning Berg, od ponad roku trener Legii Warszawa. Postaram się na miarę moich skromnych możliwości przybliżyć zasadnicze zręby metodologii pracy SAF, tak aby czytelnicy byli w stanie ocenić ile w Bergu jest SAF. Zaznaczam, że dla mnie naśladownictwo SAF jest zaletą, bowiem lepsze jest światło odbite od słońca niż żadne.
Na początku przypomnijmy sobie co mówił SAF o Henningu Bergu po zatrudnieniu go na stanowisku trenera Legii: "Był zawsze osobą odznaczającą się wybitnymi cechami przywódczymi i wiedzą dotyczącą piłki nożnej. Z czasów kiedy łączyły nas relacje zawodnik - trener pamiętam jego taktyczną dociekliwość, chęć dyskusji o niuansach naszego stylu i podejścia do kolejnych przeciwników. Ponadto Henning jest człowiekiem bardzo pracowitym, o nienagannej kulturze pracy i profesjonalnym podejściu do zawodu. Legia to był wielki klub. Jednak świat piłkarski uległ ogromnej transformacji. W obecnej sytuacji klub taki jak Legia, aby osiągnąć znaczące sukcesy musi skupić się na kształtowaniu młodych zawodników, dbaniu o ich wszechstronny rozwój. Więc ważne jest, aby miał wsparcie władz klubu w zmianach w funkcjonowaniu pierwszej drużyny, które będzie sukcesywnie wprowadzać. Bowiem Henning jest zdeterminowany, ciężko pracuje, szybko się uczy i posiada swoją wizję piłki nożnej". Passus tyczący tego, że Legia to był wielki klub nie jest przypadkowy. Dla ludzi futbolu w Europie i w świecie, tych dziś 60-letnich i starszych Legia z lat 1969-71 była symbolem sukcesu. Analizowano jej dokonania i metodę jaką stosując doszła do wielkości. A była to sprawność organizacyjna, właściwy dobór trenera i stawianie na odkrywanie i kształtowanie w klubie młodych talentów. Taką też receptę dziś nam SAF ordynuje i powiada, że Berg zadaniu temu ma szansę sprostać.
Hierarchia, struktura, zasady, dystans
Kiedyś zapytano Kazia Deynę jak to się stało, że on taki młody 19 letni chłopak, gdzieś z prowincji znalazł miejsce w podstawowym składzie naszpikowanego reprezentantami zespołu Legii Warszawa. Na to ów odpowiedział: "Każdy dobry piłkarz znajdzie swoje miejsce w zespole.” W tym miejscu przypomnijmy, że "Kaka" przyszedł do Legii jako napastnik o dopiero trener Vejvoda zrobił z niego rozgrywającego, podobnie jak ze Stachurskiego - skrzydłowego obrońcę. Sam Deyna znał i akceptował sytuację w której w szatni i w drużynie i na boisku obowiązywała hierarchia. Na jej czele stoi trener, za nim jest kapitan, potem najbardziej doświadczeni gracze, następnie inni podstawowi zawodnicy zespołu, a dopiero na końcu młodzież. Ta hierarchia była przez lata skrzętnie przestrzegana. Młodzi zajmowali miejsce w katach szatni, na treningi wchodzili na końcu, na końcu też z niego schodzili znosząc uprzednio sprzęt. Przebić się można było na wyższe szczeble nieformalnej struktury swą i przydatnością dla zespołu. A to oceniał lider czyli trener. Jego zadaniem było dawanie szans na rozwój uzdolnionym graczom, a ich rolą było tym wymogom i oczekiwaniom sprostać. Młody dopiero wskakiwał do zespołu jak był wyraźnie lepszy od tego starszego i bardziej ogranego. Uczyć się musiał na treningu. To tam był jego uniwersytet. Kiedyś tak było z Deyną jak dziś z Dudą. Od pierwszego treningu byli powyżej poziomu. Z czasem młodzi z tamtej Legii wykosili z pierwszego składu tych starszych /poza Lucjanem Brychczym/ i zajęli ich miejsce i to oni święcili największe sukcesy w historii klubu. Nikt im nie dawał niczego za darmo, tylko dlatego,że byli młodzi, o miejsce w życiu boiskowym musieli walczyć.
Ten sam proces dokonał się w ciągu kilku lat kiedy SAF przejął MU. Tak on sam to skomentował: "Od momentu, w którym dołączyłem do MU miałem tylko jeden cel - zbudowanie klubu piłkarskiego. Chciałem go stworzyć od podstaw, od absolutnych fundamentów. Tylko tak mogliśmy sobie zagwarantować "płynność" w dostawie zawodników do pierwszego zespołu. Gracze dorastają razem, tworzy się pomiędzy nimi więź, która z kolei gwarantuje tzw. "team spirit". Kiedy tu przybyłem miałem zaledwie jednego zawodnika poniżej 24 roku życia. Potraficie to sobie teraz wyobrazić? Wiedziałem, że skupienie się na młodzieżowej strukturze będzie odpowiadało historii klubu, a ja nauczony doświadczeniem z obiecującymi talentami miałem pewność - z nimi da się wygrywać. Było to odważne, ale los zwykle takich nagradza. Nie można myśleć krótkoterminowo, że wygra się jeden mecz a później nie będzie się głowy zawracało ewentualna porażką w następnym. Miałem to szczęście, że dano mi 4 lata na zbudowanie ekipy".
Od czasu wielkiej Legii patrzałem z rosnącym niesmakiem jak kolejni prezesi i trenerzy /z nielicznymi wyjątkami/ coraz bardziej pogrążali się w małość i bylejakość. Do drużyny trafiali zawodnicy z reguły już ograni, sprawdzeni, którzy owszem poziom reprezentowali, tyle że krajowy. Brakowało odwagi w postawieniu na radykale zmiany, na danie szansy tym, których nie zadowalało bycie najlepszym w przysłowiowym Pcimiu. Tylko że oni muszą być naprawdę zdolni do osiągnięcia wielkich celów. Mają być mocni na boisku, a nie w gębie. Nie tak dawno przeżyliśmy w Legii inwazję młodych i zawłaszczenie prze nich szatni. Pytałem wtedy siebie: "Gdzie się schował trener? Czyż nie widzi, że to są miernoty, które w II lidze niemieckiej nie załapią się na ławę? To oni maja zbawić Legię?". I przyszedł Henning Berg i to co latało bezwładnie wróciło na swoje należne i właściwe miejsce. Nastał elementarny ład. Do pierwszego składu drużyny mają trafiać najlepsi. A więc ci, którzy posiadają wyższe umiejętności techniczno-taktyczne i ci, którzy w okresie przygotowawczym pracą na treningach udowodnią swą wyższość nad kolegami. Nowo zakupiony zawodnik może trafić do drużyny, jak będzie do tego przygotowany motorycznie, ale też będzie w sposób dostateczny zgrany z kolegami. Nie od razu. Pozwala to też na ocenę, czy taki "nowy" jest w stanie podporządkować się regułom, czy też będzie wywyższał się ponad zespół i ustalona w nim hierarchię. Samo jednak ustalenie zasad funkcjonowania drużyny to za mało. Trener musi umieć zachować odpowiedni dystans. Tego nie da się nauczyć. To trzeba mieć. Ten dystans to oczywiście stosunek do piłkarzy, swego rodzaju odległość. Nie może być za blisko , bo wtopi się w nich i przestanie być arbitrem, wychowawcą, a stanie się stroną. Będzie także żył wszystkimi, często drobnymi problemami, które z czasem przesłonią te większe, prawdziwe problemy. Nadmierny zaś dystans oddalić może na tyle, że w ogóle przestanie dostrzegać problemy i zacznie żyć w ułudzie, że wszystko jest w najlepszym porządku, gdy tymczasem drużyna zacznie się dezintegrować. SAF posiadł tę trudną umiejętność i w Bergu też ją dostrzegam. Wielu bowiem trenerów po roku, półtora nawet wydawałoby się owocnej pracy z zespołem nagle z przerażeniem dostrzegało, że drużyna nie gra tego co powinna,że wyników nie ma i nie wiadomo co robić, aby ten stan zmienić. Takim klasycznym przykładem był Orest Lenczyk, który ten dystans wydłużał za bardzo. Z drugiej strony był Janusz Wójcik, który tak go skrócił, że pozbawił się zupełnie autorytetu.
Henning Berg na razie skromnie mówi, że nie jest bossem /szefem, przywódcą/, ale coachem. Jeżeli podobnie rozumiemy ten termin to oznacza, że korzystając z wiedzy, umiejętności i doświadczenia jest takim przewodnikiem i nauczycielem piłkarzy, aby dzięki pracy z nim podnosili swój poziom i osiągali coraz wyższe cele. (cdn.)

