A+ A A-

Czynnik Q

Futbol jest sportem niskowynikowym. W innych dyscyplinach zespołowych, aby myśleć o zwycięstwie, należy osiągnąć cel gry kilka, kilkanaście, nawet kilkadziesiąt razy w ciągu spotkania. W futbolu nierzadko wystarczy jeden gol. Piłka raz wepchnięta za linię bramkową wskutek jakiegoś zamieszania, kompletnego przypadku, czy nieporozumienia obrońcy z bramkarzem śmiało może stanowić o wyniku rywalizacji. I na odwrót: pudło w dogodnej sytuacji zdolne jest – zwłaszcza wziąwszy pod uwagę głupkowatą zasadę goli wyjazdowych – zamienić zwycięstwo w porażkę.

Oczywistości? Jasne, niemniej zaskakująco często nieobecne w spektrum futbolowych dyskusji. A przecież w dużej mierze to właśnie ta niskowynikowość tworzy grunt pod niekończące się okołopiłkarskie pitolenie. Bądźmy szczerzy, gdyby Legia mierzyła się z Ajaksem w ramach, dajmy na to, play-offów NBA, moglibyśmy jedynie spekulować, czy będzie sweep*, czy może jakimś psim swędem uda się podopiecznym Berga urwać pojedyncze spotkanie. Jednak jako że futbol nie koszykówka (a Liga Europy nie National Basketball Association), można było luźno puścić wodze wyobraźni i wierzyć, że a nuż „nasz” szkoleniowiec przechytrzy „ichniego”. A nuż niespodziewany błysk indywidualnego geniuszu któregoś z Legionistów sprawi, że Holendrzy stracą gola w Amsterdamie, a potem nie będą w stanie odrobić strat w rewanżu. Albo w drugą stronę – zespołowa determinacja, nieustępliwość i przysłowiowe jeżdżenie na tyłkach zatriumfują nad talentem i przepchną dalej Mistrzów Polski kosztem Mistrzów Holandii. A nuż to, a nuż tamto, a nuż siamto.

Niestety. Niskowynikowość niskowynikowością, ale ilość cudotwórczych sztućców też ma swoje granice. A gdy te zostaną przekroczone, decyduje Pani Jakość.

Aby dostrzec różnicę w klasie Ajaksa i Legii, wystarczy przeprowadzić dwa proste, „biegunowe” porównania. W bramce de Godenzonen stoi Jasper Cillessen, który broni nawet, gdy nie może. W bramce Legii – Dusan Kuciak, który nie broni nawet, gdy musi. Szpica Mistrzów Eredivisie to (za Aleksandarem Vukoviciem) Arkadiusz Milik – w ciągu stu osiemdziesięciu minut gry jedna okazja, trzy bramki. Szpica Mistrzów Ekstraklasy – Orlando Sa. Cztery szanse, zero goli.

Można podobne paralele ciągnąć dalej. Zestawić Dossę Juniora z Veltmanem, Guilherme z Boilesenem, etc. Ale po co się pastwić? Po prostu tym razem żadnego „nuż” nie było (no, z pominięciem faktu, że druga połowa rewanżu była straszliwie nużąca). Trawestując jedno z nieśmiertelnych zdań polskiej kinematografii – jedni się starali, drudzy się starali, wygrali lepsi.

Dziś jest smutno. Jest żal, może łzy, na pewno świst powietrza ulatującego z przebitego balonu. Wydaje mi się jednak, że gdy kurz opadnie, po tegorocznej przygodzie Legii z Europą pozostaną całkiem pozytywne wspomnienia. A także, mam nadzieję, obszerny materiał do dalszej nauki. I dla piłkarzy, i dla sztabu szkoleniowego, i dla władz klubu. Jak również, choć to niby na marginesie, dla kibiców. W końcu czynnik Q nie jest nikomu dany raz na zawsze. Można go stracić, ale można też go zyskać.

Czego, patrząc z oddali, zarówno Legii, jak i całej polskiej piłce szczerze życzę.

* sweep – seria wygrana do zera.

Dyskusja (7)
1sobota, 28, luty 2015 12:39
iocosus
Eeeeeetam. Jaki czynnik Q, tu chodzi o punkt G, byłem świadkiem jak zacne grono facetów z zajęciem rozprawiało o tym punkcie, a byli to zda się tak zwani spece piłkarscy. Smile

Senator mnie zbeszta, trudno!

No więc chodzi o to, żeby zrobić dobrze, tak żeby było rozkosznie, no i o tej chwili uniesienia, każdy ma prawo marzyć, że jej doświadczy, znajdzie, ci mniej wykwalifikowani, zdolni, mniej urodziwi, eleganccy, wyrafinowani również. A nuż im się przytrafi!

O takiej chwili w czwartkowy wieczór też ktoś marzył, a nuż się przydarzy i tegoż prawa odbierać mu nie było wolno, tylko że choć jakimś szczególnym przystojniakiem nie był, na zbyt eleganckie robiące wrażenie ciuchy i pachnidła też go za bardzo nie było stać, to jeszcze na dodatek w przeddzień ząb jedynkę utracił, rodacy Brucea Lee i Jackie Chana ją wybili, druga z pary na szczęście nie wyleciała, ale jeszcze wcześniej wymagała borowania, kanałowego leczenia i diabli wiedzą czego, twarz cała spuchła i jak tu w takim stanie na chwile uniesienia się nastawiać, choć randka umówiona.

"Złoty ząb" wstawiony pospiesznie za „jedynkę” budzi wątpliwości czy nie jest z tombaku, czy do całego uzębienia na stałe będzie pasował, a plomba też póki co to taka maślana, to znaczy nadająca się do spożywania produktów mlecznych, jak nie stwardnieje to surowego mięsa z kośćmi gryźć się nie da. A co to za facet, który testosteronem ma ociekać i wabić, który tylko owsiankę będzie wcinał.

Ajax kwalifikacje nabył i wiedział gdzie jest punkt G, a złoty ząb legijnego Odysa już nie!

„Punkt G” to oczywiście „gol”, punkt do którego zmierzać zawsze należy, to on pochłania uwagę, ekscytuje, wzbudza euforię.

Nie na darmo i nie bez kozery zacne grono futbolowych speców zastanawiało się czy portal piłkarski nie nazwać „Punkt G”!
2sobota, 28, luty 2015 12:51
CTP
Mnie to najbardziej intryguje, jak to się stało, że ogórek z naszej Eklapy (no tak trzeba go opisać, gdy odchodził) po nieudanej przygodzie za zachodnią granicą idzie do Ajaksu i nagle z brzydkiego kaczątka zamienia się w Pana Piłkarza. A przede wszystkim, dlaczego u nas tak nie można? Dlaczego do tej pory "pan piłkarz" Żyro w dalszym ciągu nie dość, że nie potrafi posługiwać się prawą nogą, to jeszcze najwyraźniej druga noga przestaje go słuchać?
3sobota, 28, luty 2015 14:49
Senator
@iocosus
zboczony jesteś i tyle Wink
@a-c10
W dłuższej perspektywie niż jeden dwa mecze nie mam żadnych wątpliwości czynnik Q jest decydujący. W pojedynczych potyczkach da się różnice zniwelować czy to walką , taktyką czy wykorzystaniem rozkojarzenia rywala. Dojście do 1/16 karze przypuszczać z tym czynnikiem Q aż tak źle u nas nie było.
Na jakość składa się wiele elementów, w tym dwumeczu naszą jakość zepsuły czynniki nie do końca sportowe. Tak myślę i piszę o tym w swoim tekście.
4niedziela, 01, marzec 2015 00:11
a-c10
@ Iocosus:

A fe, Iocosusie, z kim Ty się zadajesz...!? Ja tam, przyznam szczerze, wolę towarzystwo dżentelmenów, którzy miast gapić się na ponętną pupę pani kelnerki, docenią raczej finezję, z jaką uzupełnia ona (kelnerka, nie pupa) niedobory pieprzu i soli w pojemniczkachWink

No ale skoro już wlazłeś na ten teren bardzo grząski, trudno nie zauważyć, iż ars amandi i nabywanie piłkarskiej jakości mają całkiem sporo na wspólnej. W relacjach damsko-męskich warto przecież zdobyć serce (i, hmmm..., inne części ciała) tej, na której nam naprawdę zależy, nie zaś brać co podleci, lub - co gorsza - czekać na taką, która będzie wystarczająco pijana i/lub zdesperowana. Pamiętajmy takoż, że nie wszystko złoto, co się świeci. Powszechnie adorowana długonoga blondynka w łóżku może się okazać czymś między śniętą rybą, a spróchniałą kłodą. A jak już przyjdzie co do czego, nie od rzeczy byłoby się szkolić w te klocki. Wiadomo, coś, co ujdzie podczas szybkiego numerku na tylnej kanapie samochodu, raczej nie wywoła entuzjazmu podczas upojnej nocy na łożu z baldachimem.

Analogicznie w futbolu dobór partnerów do igraszek jest niezwykle istotny. "Złotnicze" zastrzeżenie takoż aktualne. Może zamiast (obok?) glanc-technika z Bydgoszczy należało się rozejrzeć za kimś znacznie mniej efektownym, za to o wiele pożyteczniejszym w tyłach? Może - tak a propos technik interpersonalnych - cała ta składowa wirówka przyniosła efekt odwrotny do zamierzonego i miast eleganckiego dżentelmena zespół Legii przypominał nuworysza w za ciasnej koszuli, z wielkim kajdanem na klacie, ale za to kompletnie bez ogłady? A może po prostu należałoby sobie uświadomić, że choć ściernisko daleko za Wami, to do Frisco jednak wciąż kawał drogi?

Tak jeszcze na marginesie: na pewno nie od rzeczy byłoby spojrzeć na uwagi czynione gdzie indziej przez kol. CTP. Podczas rządów nowego reżimu największy rozwój Legia zanotowała w dziedzinie propagandy. O, ja wiem, że to wcale nieźle umieć przedstawić swą osobę (czy, w tym konkretnym przypadku, klub) w korzystnym świetle. Trza by jednak przy tym znaleźć jakieś proporcje. Bo - jak to kiedyś szepnęła na uszko moja prześliczna koleżanka swemu nachalnemu absztyfikantowi - krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje.

@ CTP:

Wiesz, odsuwając wszystko inne na boczek, tak naprawdę trudno skleić jak to jest z tymi kaczątkami. Konia z rzędem - ba, całą stajnię! - temu, kto po nieudanym pobycie Milika w Leverkusen (a potem w Augsburgu) wierzył, że chłopak nie wróci z podkulonym ogonem do kraju, tylko zaczepi się w silnym europejskim klubie i jeszcze będzie tam wiodącą postacią.

A czemu u nas się nie da? Cóż, u Was w Legii to wiesz lepiej ode mnie, co Ci będę tłumaczył. U nas w Polsce się nie da, bo kluby - większość z nich - nie muszą sprzedawać, żeby żyć. Po co? Przecież miasto da i/albo komisja licencyjna przymknie oko na wielomilionowe długi. Można śmiało poczekać, aż zdarzy się bogaty kontrahent z zagramanicy.

@ Senator:

O Twoim tekście pod Twoim tekstem. Tu tylko pokrótce wyrażę przekonanie, że nawet w naszym kochanym niskowynikowym futbolu, nawet na przestrzeni dwumeczu, zwycięstwo jakości jest normą, nie odstępstwem od niej.
5niedziela, 01, marzec 2015 00:37
Senator
@a-c10
Zwycięstwo jakości jest normą nie ma dyskusji. Chodziło mi o to, że w dłuższej perspektywie zawsze będzie górą, natomiast zdarza się polegnie w jednym dwóch meczach z przyczyn różnych.
6niedziela, 01, marzec 2015 00:42
a-c10
@ Senator:

No zdarza się, jasna sprawa, to przecież chciałem w tekście podkreślić. Niemniej liczyć na to, że zdarzy się akurat "nam" i akurat w nadchodzącym meczu to czysta naiwność.
7niedziela, 01, marzec 2015 00:45
Senator
No to nie ma o czym pilolić Smile ▪albiceleste10

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1