A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz.14.

W ostatnim czasie toczyć się zaczyna poważna dysputa o pryncypiach leżących u podstaw ustrojowych państwa z implikacjami w postaci obowiązków władz każdego szczebla wobec obywatela i społeczeństwa. Na niwie piłkarskiej znalazła ona swoje odbicie w postaci pytania jakie zadali studenci SGH prezesowi Leśnodorskiemu podczas spotkania: jak ocenia fakt, że np. Wrocław łoży na utrzymanie drużyny piłkarskiej? /z intencją, że to źle/.

Prezes odparł, że sytuacji finansowej Ślaska nie zna, ale zaangażowanie władz samorządowych ocenia pozytywnie i żałuje, iż Warszawa tego nie czyni. O tych i o dalece dalszych implikacjach pytania są w istocie szukaniem odpowiedzi na to czym jest własność, co to jest liberalizm i po co nam potrzebna demokracja?

Zanim te kwestie wyjaśnię zacznę od stwierdzenia, że w Polsce powyższe zagadnienia zostały ograniczone do kultu rynku i przyjęte jak wiele ideałów w kraju peryferyjnym i pozostającym na uboczu głównego nurtu cywilizacyjnego zachodu w postaci wulgarnej, sprymitywizowanej i spłaszczonej. Ten nurt scalił w jedno dorobkiewicza ze znacznie  starszą pogardą wobec tego komu się w życiu gorzej powodzi, kto ma gorszy samochód i kogo nawet na jedzenie nie stać. Nie stać? Sam sobie winien. Frajer. Pseudoliberałowie są bezpośrednio odpowiedzialni za samouwielbienie bogaczy i pogardę wobec innych, za stworzenie z rynku złotego cielca, który decyduje kto jest lepszy. Życzliwie mogą doradzić zmianę pracy, albo nieposiadanie dzieci. W tym kontekście mieści się, oczywiście na innym poziomie, niepomaganie sportowi: jak nie zarabia to niech zdycha. Tylko że to nie ma nic wspólnego z zasadami nowoczesności i odsyła nas w czasy zamierzchłe, w których człowiek i jego prawa kardynalne się nie liczyły. A to wszystko pod pozorem ideologicznym, a właściwie demagogicznym.

Rozpocznę od własności. Przez wieki był to atrybut władzy suwerena. On był źródłem własności i jej jedynym dysponentem. Przez własność rozumiano tylko własność ziemi. Dopiero (albo już) w XIII wieku św. Tomasz z Akwinu dokonał niejako prywatyzacji własności, określając ją jako prawo należące do praw cywilnych przysługujących obywatelowi. On jako pierwszy od czasów rzymskich uzmysłowił, że do prawa własności przynależy nie tylko prawo posiadania, korzystania z rzeczy i pobierania z niej pożytków, ale i prawo dysponowania rzeczą czyli dokonywanie jej sprzedaży. W tym sensie był on prekursorem kapitalizmu. Dokonał też znaczącego rozróżnienia wykonywania prawa własności na jej indywidualną i prywatnopubliczna odmianę. Inny charakter ma bowiem własność np. grzebienia służącego tylko konkretnej osobie, a inny własność ziemi, której płody służą zaspakajaniu potrzeb żywnościowych wielu ludzi. Aż do czasów II wojny światowej podkreślany przez niego prymat własności prywatnej był kanonem oficjalnej nauki Kościoła i praktyki gospodarczej większości krajów. Po kataklizmie wojennym pojawił się kierunek zwany neotomizmem, który wobec, że prawo własności jest prawem cywilnym i jako takie podlega takim samym demokratycznym regulacjom jak inne tego typu prawa, uznał je za prawo demokratycznych władz. To ustawodawca ustala ochronę dla własności prywatnej, państwowej, samorządowej czy spółdzielczej, żadnej z nich nie wyróżniając i pozwalając, aby każda z nich mogła zaspakajać dobro ludzi w zakresie do jakiego jest powołana. Także kościół w konstytucji „Gaudium et spes” papieża Pawła VI z 1965 roku zajął identyczne stanowisko. Jest to zgodne z nowoczesnym ujęciem prawa natury jako prymatu rozumu praktycznego służącego ludziom, a nie jakiejkolwiek ideologii czy innej dętologii.

Liberalizm jest tą ideą, którą najbardziej w naszym kraju zwulgaryzowano. Jego początków upatruje się w poglądach angielskiego filozofa Johna Locke, która w początkach XVIII wieku uznał, że wszyscy ludzie mają prawo do wolności, a państwo ma im tę wolność gwarantować. W drugiej połowie XVIII wieku wraz z rozwojem gospodarki przemysłowej i jej próbami ograniczania przez feudałów ziemskich najpierw fizjokrata francuski  Gournay w 1758 roku sformułował zawołanie „laiisez faire” co oznacza „Pozwólcie działać”, a w 1756 roku Adam Smith napisał  pracę „Badania nad natura i przyczynami bogactwa narodów”. Obaj uznawani są za protoplastów tzw. liberalizmu gospodarczego. Liberalizm doznał największego rozkwitu w XX wieku, a jego zasady wyartykułowane  przez prezydenta USA Franka Delano Roosevelta zostały przyjęte przez cały demokratyczny świat. Brzmią one: ”Wolność to jest wolność od braku wolności głoszenia dowolnego poglądu. Wolność to jest wolność od braku wolności wyznawania dowolnej religii. Wolność to jest wolność od strachu. Wolność to jest wolność od biedy i niedostatku”. Oznaczają one wolność osobistą człowieka, wolność polityczną, światopoglądową i ekonomiczną, ale też wskazują na to, że tak pojęte wolności muszą mieć rzeczywisty, a nie li tylko deklaratoryjny charakter. Tak więc np. partie polityczne muszą mieć środki na swoje działanie, podobnie jak kościoły, w postaci bądź dotacji lub zwolnień podatkowych, a np. system podatkowy musi zapewniać kwotę nieopodatkowaną wystarczająca na utrzymanie. Liberałowie uważają, że państwo i jego agendy są potrzebne i ma to być państwo silne, bo tylko takie ochroni nasze wolności. Ale tego silnego państwa ma być jak najmniej. Aby go było jak najmniej musi ono mieć tylko tyle pieniędzy, ażeby mogło wykonać skutecznie to do czego jest powołane. Reszta pieniędzy musi pozostać w rękach obywateli, gdyż oni lepiej wiedzą jak nimi rozporządzać. Za dużo środków w rękach władz to rozrost biurokracji i zbędnych funkcji, często kosztem wolności ludzi. Dlatego państwo musi nauczyć się działać racjonalnie.

I tu przechodzimy do określenia tego co jest demokracją. W nowoczesnym ujęciu określa się ją nie tylko jako proste przetłumaczenie z greckiego, czyli władzę ludu, ale dodaje się dwa równoważne i równorzędne człony czyli władzę dla ludu i poprzez lud. Same demokratyczne wybory to za mało dla określenia, że jakieś kraj jest demokratyczny. Przy czym wybory takie, aby uznane były za wolne muszą mieć trzy przymiotniki: powszechne, równe i tajne. Władza przez lud oznacza, że władze publiczne sprawują ją  na rzecz większości obywateli przy pomocy prawa, respektując uprawnienia mniejszości i stosując w praktyce zasady sprawiedliwości. Zaś władza poprzez lud to z kolei tworzenie wspólnoty, która kieruje się zasadami solidaryzmu społecznego w postaci pomocniczości i proporcjonalności ponoszenia nakładów na dobro wspólne w stosunku do dochodów.

Jak wykazują wszystkie badania mające za przedmiot majątek narodowy w przeliczeniu na obywatela, wielkość PKB  na członka społeczeństwa i wartość  jego siły nabywczej, to  pod tymi względami wyróżnia się niewiele ponad 20 państw. I tak się dziwnie składa, że biorąc pod uwagę parametry formalne demokracji, są to dokładnie te same państwa. Oznacza to, że tylko obywatele państw w pełni demokratycznych żyją w dobrobycie. I że państwa nie respektujące zasad demokracji dobrobytu osiągnąć nie są w stanie.

Powyższe rozważania o własności, liberalizmie, demokracji można odnaleźć w różnych opracowaniach i tekstach źródłowych. Ja zainteresowanym polecałbym prace: prof. Marii Szyszkowskiej „Zarys filozofii prawa”, prof. Władysława Kuleszy i prof. Piotra Winczorka ”Demokracja na początku XXI wieku”, prof. Arno Anzenbachera „Wprowadzenie do chrześcijańskiej etyki społecznej”.

Dopiero na tym tle można zasadnie wieść dyskurs o tym czym np. powinny zajmować się samorządy i na jakie cele wydawać środki. Odpowiedz jest krótka: nie na cele związane z realizacją ideologicznej frazeologii czy to lewicowej czy to prawicowej, ale na to co jest naprawdę ważne dla danej społeczności, bo to ona wybrała władze, aby zaspakajały jej potrzeby, oczywiście w miarę posiadanych środków finansowych. Ponieważ kilku komentatorów na tej stronie wie lepiej na co samorządy maja przeznaczać środki to ukażę czy warto o finansowanie klubów w ogóle kruszyć kopie. A więc po kolei:

-Śląsk Wroclaw – budżet miasta na 2015 rok 4 mld 175 mln zł, budżet klubu 24 mln, z tego dotacja od samorządu 6 mln zł. Stanowi to ok.0,15 % budżetu miasta. Na koniec października klub miał 2 mln zł zysku. Miasto ma 50,2 % akcji klubu.
-Piast Gliwice - budżet miasta 1 mld 476 mln zł, budżet klubu ok. 21 mln, z tego dotacja samorządu 10,5 mln zł co stanowi ok. 0,8 % budżetu miejskiego. Miasto ma 66% akcji klubu.
-Korona Kielce – budżet miasta 1 mld 116 mln zł. Budżet klubu ok.16 mln zł. Dotacja dokładnie 7 mln 800 tys zł, co stanowi ok.0,7% budżetu miasta. Miasto ma ok. 90% akcji klubu i chce sprzedać posiadane akcje.
-Podbeskidzie Bielsko Biała - budżet miasta 762 mln zł. Budżet klubu ok.13 mln zł. Dotacja 7 mln zł, co stanowi ok.0,9 % budżetu miasta. Miasto chce sprzedać posiadane ok. 60% akcji.
-Górnik Zabrze – budżet miasta 832 mln zł. Budżet klubu ok.14 mln zł z czego miejska dotacja 4 mln zł co stanowi ok. 0.5% budżetu miasta. Na koniec 2014 roku klub był zadłużony u różnych wierzycieli na kwotę 32 mln zł. Współwłaściciel klubu firma „Allianz” mająca 25% akcji /resztę ma miasto/ zobowiązała się do niewindykowania wierzytelności na kwotę  8 mln zł. Na resztę /24 mln zł/ miasto wypuściło obligacje, które wykupiło, spłacając wierzycieli. Winę za zadłużenie ponosi miasto Zabrze, które na czas budowy zamknęło stadion, odcinając dopływ pieniędzy od kibiców i reklamodawców i nie zwiększając  dotacji. Miasto nie ma w najbliższych planach prywatyzacji klubu.

A teraz Warszawa, o czym mówił nasz prezes. Budżet Miasta na 2015 rok 14 mld 867 mln zł. Dotacja klub 0 zł. Opłaty klubu na rzecz miasta nieco ponad 12 mln zł rocznie.

Jak konkluzja, zapytacie? To własność, demokracja, liberalizm jest dla ludzi, a nie ludzie dla różnych poglądów, ideologii czy punktów widzenia.

Dyskusja (11)
1piątek, 18, grudzień 2015 14:38
Senator
Na początku muszę pana przeprosić, strona w wersji mobilnej dyskryminuje tekst Zezem.
dopiero wczoraj nadrobiłem braki. Myślę ,że może pan śmiało złożyć protest u naczelnego Smile
Wracając do meritum, troszki pan chyba mąci w głowach. Jak można zauważyć we wszystkich klubach na które łożą miasta mają one udziały . Legia jest w 100% w rękach prywatnych więc chyba ( piszę chyba bo do końca pewny nie jestem ) rajcy nie mają nawet prawa dotować prywatnych przedsiębiorstw. Byłoby to przestępstwo, a to się wiąże z odpowiedzialnością karną. Dziś wrzawa minęła ale przecież wszyscy pamiętamy jaki szum wywołała kwestia budowy stadiony za nasze pieniądze. Wożę ludzi różnych i tych którzy uważali to za jeden wielki skandal wcale nie była garstka. Nasze opłaty i ich wysokość jest właśnie wynikiem takiego postrzegania rzeczy. Miasto broni się w taki sposób.
Jasne te ułamki procent na które pan wskazuje w innych miastach są absolutnie do przyjęcia. Jeśli rajcy mogą dotować np przedszkola (przecież nie wszyscy korzystają) mogą więc i kluby. Szkopuł w tym, że musi zachodzić okoliczność na to im zezwalająca.
Przeciwnicy dotowania do których i ja się zaliczam widzą wady choćby w postaci nierównych szans. Zarządzanie w takich klubach również opiera się li tylko na czekaniu na przelew. Nie rozwija to klubów co ma konsekwencje dla całej piłki. Po co cokolwiek robić jak się i tak dostanie?
2piątek, 18, grudzień 2015 18:29
Zbyszek
@Senator.
Et Te Brute contra me Smile. Ty też mnie nie doceniasz. Ja wiem co piszę. Co prawda z braku czasu czynię to bez dostatecznego namysłu, gdyż jak mi jakiś pomysł wpadnie to siadam i piszę,ale może gdzieś jakąś literówkę zrobię,albo się spienię i zacznę chłostać / czego się potem wstydzę/ , ale żebym w meritum pobłądził. To rzecz rzadka. Nie tym razem.
Jest zasadnicza różnica pomiędzy zadaniami organów Państwa, głównie administracji rządowej , a samorządem terytorialnym.O państwie nie tym razem, bo w tym temacie nic mu do tego.Więc tylko o samorządzie. Naczelnym aktem jest ratyfikowana przez Polskę Europejska Karta Samorządu Terytorialnego sporządzona w Strasburgu dnia 15.10 1985 roku , która w artykule 9.1. stanowi :"Społeczności lokalne maja prawo... do posiadania własnych wystarczających zasobów finansowych, którymi mogą swobodnie dysponować w ramach wykonywania swych uprawnień ".
Polska Ustawa z dnia 08.03.1990 roku o samorządzie terytorialnym jest z Kartą zgodna.Karta i Ustawa wskazują na źródła dochodów własnych jednostek samorządu, którymi mogą one dysponować na dowolny cel na mocy uchwały lub decyzji uprawnionego organu . Czym innym są dotacje i subwencje , które jednostki samorządu otrzymują z budżetu na realizację zadań zleconych i które muszą wydać tylko na wskazane cele. Przy czym przepisy naszej Ustawy są bardziej restrykcyjne od Karty w kwestii wydatkowania środków , nawet na zadania własne.Bowiem nie tylko określają w art.7 katalog zadań własnych gmin,ale aby mogły być one finansowane muszą mieć zakotwiczenie w przepisie szczegółowym rangi ustawowej. Tak jest z dotacjami dla żłobków, szkół , zakładów opieki zdrowotnej , jak też sportu. Ustawa nie dzieli otrzymujących pomoc na podmioty prywatne, samorządowe, spółdzielcze czy państwowe. Ustala kryterium przedmiotowe czyli to czym dana jednostka się zajmuje.
I teraz przechodzę do meritum. Wzmiankowana Ustawa o samorządzie terytorialnym w art. 7 ust.1 pkt 10 do zadań własnych gminy zalicza zaspakajanie zbiorowych potrzeb tyczących kultury fizycznej i sportu.
Jak powyżej zaznaczyłem, aby mogła nastąpić konkretyzacja tego zapisu musi on mieć odpowiednik w przepisach tyczących tego zagadnienia.

I tak w Ustawie z 25.06.2010 roku o sporcie w art. 27 jest zapis,że " Tworzenie warunków, w tym organizacyjnych, sprzyjających rozwojowi sportu stanowi zadanie własne jednostki samorządu terytorialnego. I dalej "Organ stanowiący może określić w drodze uchwały warunki i tryb finansowania zadania własnego wskazując cel publiczny z zakresu sportu, który jednostka ta zamierza osiągnąć". W art. 28 ustawodawca dał jednostkom samorządu prawo do dotowania klubów,ale tylko tych, które nie działają z chęci zysku i tylko w zakresie ,w szczególności ; szkolenia, zakupu sprzętu, pokrycia kosztów zawodów, koszty korzystania z obiektów, finansowanie stypendiów i opłacanie kadry.
Na tej podstawie samorządy mogą budować stadiony, obiekty treningowe i utrzymywać kluby sportowe niższych klas , nie tylko w piłce. Nie ma przeszkód prawno - formalnych, aby Miasto Warszawa partycypowało w utrzymaniu Akademii Piłkarskiej Legii Warszawa, która jest bytem oddzielnym od klubu Ekstraklasy jako osoby prawnej działającej na podstawie Ustawy o Spółkach Prawa Handlowego..

Kolejnym aktem prawnym jest Ustawa z 29.07.2005 roku o sporcie kwalifikowanym, która w art, 2 stanowi, że : Organy samorządu tworzą warunki dla rozwoju sportu " i że "Jednostki samorządu mogą wspierać finansowo rozwój sportu kwalifikowanego", ale mogą to czynić wyłącznie w formie Uchwały.
W Polsce przyjęło się,że takie finansowanie może przyjąć różne formy :
- bezpośredniego działania Uchwały określającej rodzaj zadania ,
- wynikającej z uchwały umowy zobowiązującej podmiot otrzymujący pomoc do konkretnych działań,
- dotacji z założenia zwrotnej, która może zamienić się na bezzwrotną po wykonaniu zadania,
- umowy sponsorskiej, promocyjnej itp,
- udziałów w akcjach Spółki.
Najwyższa Izba Kontroli w 2103 roku skontrolowała kilkanaście samorządów i stwierdziła tylko przypadki w zakresie formalności np. zamiast Uchwały rady była uchwała zarządu, nie odnotowano ofert na realizacje niektórych zadań, czy w klubach nie wydzielono oddzielnych pozycji księgowych z wskazaniem otrzymanych środków i ich oddzielnego rozliczania. Jednym z efektów tej kontroli był artykuły w PS tyczące sytuacji w Zawiszy Bydgoszcz. gdyż Miastu NIK zarzucił,że nie określono warunków na dotację w kwocie 3,5 mln zł. Miasto i Pan Osuch podpisali umowę,że to kwota związana z grą Zawiszy w Ekstraklasie, z obowiązkiem zwrotu jak Zawisza spadnie.Na tych łamach dworowałem,że teraz podpiszą podobną umowę tym razem na grę w I lidze, i odroczą termin zwrotu na "świętego Nigdy". To się może nie podobać,ale to jest zgodne z prawem.Ale nie tylko. To jest istota demokracji. Nie decyduje jakaś ideologia,ale demokratycznie wybrani przedstawiciele społeczności lokalnych.Musisz Senatorze do tego przywyknąć Smile.

A co Legii i jej odbioru to ja o tym wielokrotnie pisałem.Jest to pokłosie tego co się działo na stadionie od 1994 roku. Te zadymy nagłaśniane ponad wszelką miarę przez prasę i telewizję,ta arogancka buta wynikająca z poczucia bezkarności / ludzie nie widzą, aby ktokolwiek za chuligaństwo poniósł jakąkolwiek odpowiedzialność/ ,czy strach ludzi wracających z zakupów , z pracy w czasie po zakończeniu meczów na stadionie, głównie w autobusach i tramwajach, buczenie i gwizdy na obchodach rocznicy wybuchu Powstania, tak świętego dla warszawiaków itp. Pracuję z ludżmi, mieszkam w bloku i jako członek Zarządu Wspólnoty mam duży kontakt z mieszkańcami i to co napiszę miłe nie będzie. Większość tych ludzi mówi "Za nasze pieniądze wybudowali bydłu pałac". Legia odseparowała się od mieszkańców , a poczynania i wypowiedzi prominentnych przedstawicieli klubu tylko ten proces pogłębiają.
Oddzielnym tematem jest brak w ogóle woli od dziesiątków lat dbania o młodzież w kontekście jej usportowienia. Warszawa była i jest pustynią sportową.Ten brak nawyków sportowych od pokoleń zrodził brak zrozumienia i szacunku do tej dziedziny życia. Uważa się sport za coś gorszego ,niegodnego wsparcia, jako coś nieważnego i stąd wydatek na stadion uważany jest za zupełnie zbędny zbytek.
Z tego tylko wynika jeden wniosek,że władze Warszawy i sympatyków klubu czeka mnóstwo pozytywistycznej roboty od podstaw. Ale tę pracę ktoś, kiedyś musi zacząć.Bowiem objęcie szkoleniem co najmniej kilkuset młodych chłopców , robienie dodatkowej reklamy Miastu warte jest podjęcia . A w budżecie można znaleźć możliwości ich realizacji. Wystarczy tylko trochę wyobraźni i chęci.
3sobota, 19, grudzień 2015 02:22
a-c10
@ Zbyszek:

Pozwolę sobie zacząć od sensu kruszenia kopii. Sugerujesz, że niby te wszystkie ułamki procenta to mało? Wybacz dosadność, ale to jest retoryka na poziomie Grzegorza Laty, który kiedyś dramatycznie-retorycznie dopytywał "no chyba nie będziemy karać sędziego, bo wziął pęto kiełbasy i pół litra wódki za ustawienie meczu?!". Nie kwota się liczy, ani procent, a zasada.

A wg zasad, jak sam wszystko klarownie wykładasz, samorządy mają prawo - ba, wręcz obowiązek! - wspierać sport. Piknie i nadobnie. Tyle tylko, że w chwili obecnej mamy do czynienia z sytuacją idealnie odwrotną, w której samorządy wspierają stagnację sportu. Z neolibstwa można się śmiać, wyjątkowo wdzięczny obiekt drwin, nie przeczę. Warto by jednak pośród tych żartów pamiętać, że już prawie trzydzieści lat temu postawiliśmy, jako naród, na zwrot ku gospodarce rynkowej. A w gospodarce rynkowej tak już jest zrobione, że bez pracy nie ma kołaczy. Żadne tam "czy się stoi, czy się leży". Tymczasem samorządowe dotacje dla klubów sprawiają, że w rzekomo zawodowym rodzimym futbolu można i oprzeć się o betoniarkę, i nawet rozwalić się na glebie bebzonem do góry, a kołacze tak czy siak są.

Piszesz, że to, czy tamto miasto "chce" sprzedać swe udziały w klubie. Och, popatrz. Tylko jakoś nikt ich nie chce kupić. Interesujące, prawda? Niestety (?), w ogromnej większości przypadków same chęci nie wystarczą, by znaleźć kupca na towar kompletnie bezwartościowy. A pod magistrackimi rządami te kluby stały się właśnie bezwartościowe. Nawet jeśli nie mają zadłużenia (a większość ma), to i tak grają na przewymiarowanych stadionach, których nijak nie da się regularnie zapełniać w co najmniej dwóch trzecich, ergo nie da się na nich zarabiać. Po drugie, zazwyczaj nie posiadają żadnej infrastruktury szkoleniowej (jakimś przedziwnym zrządzeniem losu nie zmieściła się bodaj w ani jednym miejskim planie "wspierania sportu"), toteż i perspektyw zarobku na sprzedaży zdolnych wychowanków kompletnie brak. Po trzecie wreszcie, kontrakty obecnego personelu kopiącego są najczęściej straszliwie zawyżone w stosunku do sportowej jakości i wartości rynkowej owego personelu. Mówiąc wprost: trzeba płacić krocie nieudacznikom, większości których nigdzie nie da się wytransferować, nawet za darmo. Nawiasem mówiąc, we Wrocławiu znaleziono wręcz fenomenalne wyjście z sytuacji: miasto sprzedało ponad połowę udziałów... spółkom należącym do miasta. Wszystko zostaje w rodzinie. Don Corleone raczej dumny by nie był, ale już taki Masa, czy inszy Kiełbasa i owszem.

W każdej normalnie funkcjonującej gałęzi gospodarki takie podmioty nie miałyby szans na przetrwanie miesiąca, o "kołaczach" nie wspominając. Ale w polskiej "zawodowej" piłce? A proszę uprzejmie. Można sobie podejmować same złe decyzje, działać po omacku i kompletne bezmyślnie, a mimo to nie ponosić żadnych konsekwencji. Pan zapłaci, pani zapłaci, społeczeństwo zapłaci.

I to nie tylko bezpośrednio, znaczy materialnie. Zapłaci też zdrowiem i kibicowską frustracją. Całkiem niedawno kolega Dalkub zalinkował Na Aucie wywiad z Ryszardem Karalusem, w którym ów doświadczony szkoleniowiec nawoływał o budowę boisk i jako "hańbę" określił stan niezdolności czterdziestomilionowej nacji do wyprodukowania choć kilkudziesięciu piłkarzy średniej klasy europejskiej. Ja się mogę z Dalkubem w wielu aspektach nie zgadzać. Wiele jego spojrzeń na futbol uważam za nazbyt uproszczone, czy wręcz - wybacz, Dalkub - infantylne. Niemniej tutaj podpisuję się rękoma i nogami. Apele Karalusa nie są może - jak zauważył Kibic50 - przesadnie oryginalne. Są za to przerażające. Znaczy przerażająca jest ta niezdolność i łatwość, z jaką się o niej zapomina.

My sobie możemy, Zbyszku, pitolić ile wlezie, że selekcjonerem powinien być Iksiński, nie Ygrekiewicz; że powoływać powinien piłkarza Alfa, nie "drewniaka" Beta; że - o czym dyskutowaliśmy pod Twoim poprzednim tekstem - w lidze ma grać tyle to, a tyle zespołów, takim to, a takim systemem, a pokazywać ma to ta, nie tamta telewizja; że polityka klubów wobec "zaangażowanej" widowni winna być taka, albo siaka; itepę, itedę. Możemy obudowywać nasze stanowiska we wszystkich tych doniosłych kwestiach nienagannie spójną, logicznie spiżową argumentacją, opartą o fachową wiedzę z szerokiej gamy dziedzin i wieloletnie doświadczenie. Tyle naszego. Bez infrastruktury choćbyśmy spuchli od własnej mundrości pozostaniemy zanurzeni po uszy w tym naszym swojskim bagienku, na które reszta świata spoglądać będzie z coraz to większym politowaniem.

Lech Poznań po moralnie chwiejnej fuzji z Amiką odziedziczył wronieckie obiekty. I popatrz, wcale nie sprzedał ich pod hipermarket. Legia od dłuższego już czasu mniej, lub bardziej udolnie stara się o budowę akademii. Cracovia po wieloletnim sporze z miastem (!) i zakonem sióstr Norbertanek weszła wreszcie (chyba, na 100% wciąż nie wiadomo) w posiadanie terenów, na których będzie mogła rozpocząć szkolenie na sensowną skalę. Nawet Wisła, z tym złym, głupim, uwstecznionym, nieszkolącym podobno Cupiałem zafasowała sobie taką bazę treningową, że osz-ja-pier-tego-tam. Dlaczego te kluby to robią? Bo ich zarządy to ludzie o gołębich sercach, całymi sobą zorientowani na dobro publiczne? A guzik tam. Po prostu wiedzą, że bez tego najzwyczajniej w świecie zdechną. Że potrzebna im dywersyfikacja dochodów, m.in. poprzez transfery, jak również oparcie składu choć w jakimś tam stopniu o wychowanków. Bo raz wydanych pieniędzy drugi raz już nie wydadzą. Bo w razie draki koffane miasteczko nie przyjdzie z pomocą i nie kopsnie pięciu baniek na dokończenie sezonu.

Czy któryś z wymienionych przez Ciebie klubów - rzekomo samorządowych narzędzi "wspierania sportu" - robi cokolwiek w tym kierunku? Dobre sobie, prawda? Takie Podbeskidzie nie ma nawet boiska treningowego. Ani sztuki.

Powiedz, Zbyszku, ile takich boisk dałoby się wybudować za koszt budowy białego słonia na wrocławskich Maślicach, czule zwanego Stadionem Miejskim? A ilu takich Ryszardów Karalusów można by opłacić z pensji jednego tylko Flavio Paixao? Powiedz wreszcie, na czym bardziej skorzystaliby ludzie mieszkający w dolnośląskiej stolicy: na rzeczywistym wspieraniu sportu, czy na utrzymywaniu Dudu Paraiby i jego agenta?

To własność, demokracja, liberalizm jest dla ludzi, a nie ludzie dla różnych poglądów, ideologii czy punktów widzenia.

No właśnie.
4sobota, 19, grudzień 2015 03:00
a-c10
@ Senator:

Jeśli rajcy mogą dotować np przedszkola (przecież nie wszyscy korzystają) mogą więc i kluby.

Wybacz, ale to porównanie jest strasznie koślawe. Wbrew temu, co piszesz, na przedszkolach korzystają w s z y s c y. Oczywiście, najbardziej bezpośrednio ci, co akurat mają dzieci w wieku przedszkolnym (no i same dzieci). Ale i ci, co nie mają/nie mieli/nie będą mieli też. I to wcale wyraźnie.

Postawmy sprawę prosto. Jeśli w mieście nie ma dostępu do przedszkoli, rodzice dzieci w wieku przedszkolnym mają zasadniczo cztery opcje do wyboru:

a) wyjechać. Albo do miasta, w którym dostęp do przedszkoli jest, albo do kraju, w którym da się wyżyć z jednej pensji. W obu wariantach "nasze" miasto traci;

b) zrezygnować z jednej z prac (kulturowo u nas najczęściej rezygnuje mama). Oznacza to brak wpływów z podatku dochodowego rezygnujących osób. No i dodatkowo kilkuletni rozbrat z aktywnością zawodową oznacza nierzadko koszmarne problemy z powrotem na rynek, ergo konieczność wydawania przez miasto kasy na przeróżne programy przywracające i inne takie, bądź po prostu "kuroniówki";

c) zatrudnić opiekunkę. Ergo powiększyć szarą strefę;

d) ubrać w rolę opiekunki na pełen etat babcię i/albo dziadka. Szkopuł w tym, że trza mieć do tego dziadków (raz) żyjących, (dwa) na podorędziu, (trzy) chętnych. No i nie pracujących, bo inaczej patrz pkt (b). To, rzecz jasna, punkt bardziej społeczny, niż ekonomiczny, ale...

Przez to wcale nie mniej ważny. Było nie było, nie każdą korzyść da się przeliczyć na złotówki, prawda? Z tych, co to się nie da: człowiek jest gatunkiem stadnym. Znacznie lepiej wychowuje się w grupie, nieporównywalnie łatwiej kształtuje w sobie kompetencje społeczne. A zatem ma sporo większe szanse zostać wartościowym obywatelem. Żeby jasność była: ani mi w głowie twierdzić, że wszyscy wychowani w przedszkolach to wzory cnót wszelakich, a wszyscy wychowani poza to typki wysoce aspołeczne. Chodzi o szanse.

A szanse są również na to, że dostęp do przedszkoli zadziała jak kapitalna reklama naszego miasta. Obśmiewany - i słusznie - kątem przez Zbyszka neolibizm odchodzi na szczęście na śmietnik historii i coraz więcej młodych ludzi nie zamierza rezygnować z rodzicielstwa w imię startu w szczurzym wyścigu i mglistych perspektyw "kariery". Z drugiej strony, nie zamierzają też kompletnie rezygnować z rozwoju zawodowego. A skoro tak, łatwy dostęp do wszelkich szczebli edukacji może być naprawdę świetną reklamą "naszego" miasta.

Na pewno znacznie lepszą, niźli "magistracki" klubik, którego istnienie obchodzi ledwie garstkę osób (z czego większość w sensie negatywnym). Dlatego nie zgadzam się, powtarzam, z podejściem typu "a, te 0,8% to może być".

Znaczy owszem, może. A najlepiej niech będzie więcej. Ale niech to idzie nie na pensję jakiegoś zagranicznego futbolowego szrociarza, czy innego ligowego repa, a na rzeczywiste wspieranie sportu. Czyli na budowę obiektów, z których skorzystać będzie mógł i przyszły reprezentant Polski w piłce nożnej, i przyszła kadrowiczka w szczypiorniaku, i przyszła medalistka ME w biegu na 200m, ale też przyszły ślusarz, kelner, czy dyrektorka banku. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że na dziesiątkach, setkach tysięcy takich, jak ostatnia trójka i na ich zdrowiu miasto skorzysta nieporównywalnie bardziej, niż na "taktycznych geniuszach" odzianych w zielone koszulki adidasa. A i zawodowy (prawdziwie) sport coś sobie z tej rzeszy uszczknie, bez obaw.
5sobota, 19, grudzień 2015 10:52
iocosus
Zbyszek -> powtarzające wypominanie ‘niedocenienia’ mogłoby świadczyć o kompleksach wypominającego. Toż to byłby paradoks. Wink

Grypa mnie złapała i trzyma głosu bym nie zabierał gdy na dodatek Albiceleste oddaje dobrze to co samemu myślę, jeden akapit mnie jednak sprowokował do małego sprostowania. Zbyszek o ile na ‘demokrację’ spojrzenie jak mi się wydaje mamy zbieżne, to ‘nie doceniłem’ jednego ze sposobów argumentacji. Po prawdzie nie o "niedocenienie" chodzi a dookreślenie, bo inaczej po słowach:

„Jak wykazują wszystkie badania mające za przedmiot majątek narodowy w przeliczeniu na obywatela, wielkość PKB na członka społeczeństwa i wartość jego siły nabywczej, to pod tymi względami wyróżnia się niewiele ponad 20 państw. I tak się dziwnie składa, że biorąc pod uwagę parametry formalne demokracji, są to dokładnie te same państwa. Oznacza to, że tylko obywatele państw w pełni demokratycznych żyją w dobrobycie. I że państwa nie respektujące zasad demokracji dobrobytu osiągnąć nie są w stanie.”

zaraz tu jakiś korwinista wpadnie i nas ‘demokratów’ będzie chciał zmasakrować za to co powyżej.

Zagadka: Z PKB per capita wg parytetu siły nabywczej na poziomie 90,1 tys. USD najbogatszym państwem na świecie jest …..? Podpowiedź: Krajem rządzi emir i powołany przez niego rząd z premierem na czele. Nie ma tu partii politycznych ani parlamentu. Aha, w 2022 roku ten kraj poznamy dokładniej i z futbolowej perspektywy.

Rozwiązanie zagadki: http://forsal.pl/galerie/610523,zdjecie,1,najbogatsze-panstwa-swiata-zobacz-ranking-zdjecia.html

Odnośnie miejskiej kasy, to kiedyś było podawane że roczny koszt utrzymania naszej akademi to ok. 5-6 mln. Gdyby w Kielcach, Gliwicach, Wrocławiu dotacja miejska w takich wymiarach szła własnie na stworzenie i utrzymanie szkoły piłkarskiej, stypendiów dla dzieciaków do niej należących, to nic bym do tego nie miał.

Co do seniorskiej piłki zaś taki cytacik:
„W grudniu 2013 r. Komisja Europejska wszczęła śledztwo przeciwko siedmiu klubom piłkarskim z Hiszpanii. Dostawały one pieniądze od swoich miast (m.in. FC Barcelona i Real Madryt). KE sprawdza, czy nie była to niedozwolona pomoc publiczna. Joaquin Almunia, unijny komisarz ds. konkurencji, podkreślał, że profesjonalne kluby piłkarskie powinny się finansować, wykorzystując sprawne mechanizmy zarządzania, a nie kosztem podatników. (...)
Komisja Europejska patrzy jednak na profesjonalne kluby piłkarskie jak na przedsiębiorstwa. A pomoc publiczna dla przedsiębiorstw jest co do zasady zabroniona. Od tej reguły istnieją pewne wyjątki – mówi Łukasz Karpiesiuk. Wyjaśnia, że takie wsparcie jest możliwe, jeśli np. program pomocowy został zaaprobowany przez KE lub jest zgodny z odpowiednimi przepisami. Z tym że przedsiębiorca musi wówczas spełnić określone warunki, przewidziane dla danego programu pomocowego. W innych sytuacjach udzielenie pomocy publicznej wymaga uzyskania zgody Komisji Europejskiej.Kluby mogą znaleźć się w trudnej sytuacji, gdy okaże się, że pieniądze z miasta były niedozwoloną pomocą publiczną. A władze miasta z darczyńcy przeistoczą się w windykatora.”
http://www.rp.pl/artykul/1080578-Komisja-Europejska-o-klubach-pilkarskich--powinny-same--na-siebie-zarabiac.html
6sobota, 19, grudzień 2015 19:45
Zbyszek
@A-c10@Iocosus.
Rozumiem,że Was Panowie ubodło stwierdzenie,że wiecie lepiej / co jest ludziom potrzebne/. Ja tylko napisałem,że nie można siebie stawiać ponad demokrację. To ona wyłania przedstawicieli ludu i to oni decydują na co idą wspólne pieniądze.Sprawa jest dość prosta,a mianowicie dziś kiedy wszystkie podmioty funkcjonujące w państwie są równoprawne to kto realizuje zadanie wspólne jest kwestią nie tego kto jest właścicielem jakiegoś dobra, tylko tego, kto jak to co jest potrzebne ogółowi robi.Mnie się np. bardzo spodobał pomysł rajców Szczecińskich, którzy ufundowali bon przedszkolny dla rodzin w wysokości 500 zł na dziecko.Każdy rodzic który odda dziecko do prywatnego przedszkola zapłaci ze swojej kieszeni o 500 zł mniej, a ten kto będzie miał taki bon jako właściciel przedszkola i okaże go w Urzędzie dostanie zwrot rzeczonej kwoty.
W całym cywilizowanym świecie dziś panuje gospodarka rynkowa tylko,że ona po coś jest. Nie dla fałszywie pojmowanej ideologii ,tylko dla ludzi. Celem działań gospodarczych jest zaspakajanie potrzeb społecznych w tym sensie,że ludzie kupują towary i usługi takie jakich potrzebują i za pieniądze jakie zarabiają.Bo rynek to hipotetyczne spotkanie popytu z podażą czyli naszych pieniędzy z odpowiadającym im wolumenem produktów. Ale jak łatwo zauważyć , a co spostrzeżono już wieki temu są dziedziny niezbędne dla ludzkiej egzystencji i rozwoju,które w ramach tak pojmowanej gospodarki rynkowej nie mają szans za funkcjonowanie dla większości społeczeństwa . Do nich m.innymi należy oświata, pobyt dzieci w żłobkach i przedszkolach, służba zdrowia, system emerytalny i również sport.Te dziedziny podlegają niejako wyłączeniu spod działania rynku w klasycznym znaczeniu. Tylko,że ja to na początku felietonu napisałem w lapidarnym skrócie. U nas nie ma pieniędzy na sport, a są na niby ratowanie górnictwa czy na pomoc społeczną dla nierobów i patologów. W normalnym kraju firmy produkcyjne czy usługowe muszą sobie radzić same. Jak nie zarabiają na siebie to upadają. I tyle. I nikt za nimi nie płacze. Pomoc społeczna przeznaczana jest najpierw na tych co nie ze swojej winy nie mogą sami o siebie zadbać czyli na dzieci i na osoby stare i niedołężne.W tym sensie nie mamy żądnej gospodarki wolnorynkowej tylko system barbarzyński. A na sport i kulturę fizyczną w budżecie przeznaczamy 0.40%/ w tym na piłkę nożną 0%/ , a w normalnym kraju ten odsetek przekracza 2% PKB.I potem się dziwimy,że mamy największy odsetek inwalidów, a dopłaty do leków / najniższe spośród większości krajów świta / rujnują budżet. Polityka społeczna jest bowiem całością i jak się gdzieś "przyoszczędzi" to gdzie indziej trzeba kilka razy więcej wydać.I taka anegdotka z ostatnich dni. Do Polski przyjechali fachowcy z Belgii od rozwoju piłki wśród dzieci i młodzieży i byli w Legii.Informowali jak taki system u nich działa i zaoferowali pomoc w jego wdrożeniu,Ale jakież było ich zdziwienie, gdy dowiedzieli się,że Legia za to musi sama płacić.Pytali :to po co macie państwo?. W liberalnym belgijskim kraju nie do pomyślenia jest,aby państwo, samorządy zrzucały swoje obowiązki w zakresie kształtowania kultury fizycznej dzieci i mlodzieży na prywatne podmioty bez ich pełnego wsparcia. To co jest u nas w tej materii to nie jest normalność, to jest patologia.
A co do sportu kwalifikowanego to można biadolić,że samorządy wydają pieniądze nie dość efektywnie,ale nie wolno im odmawiać prawa do utrzymywania klubu jako jego właściciel lub współwłaściciel.
Natomiast co do pomocy klubom profesjonalnym to Iocosusie nie przeczytałeś mojej odpowiedzi na post Senatora.W polskim prawie ta sprawa jest uregulowana w odpowiedni sposób, zgodny również z europejskimi normami w zakresie wolnej konkurencji nie zezwalającej na pomoc podmiotom gospodarczym bez zgody KE. Nie możemy mówić o niedozwolonej pomocy jeżeli samorząd jest współwłaścicielem klubu, gdyż taka pomoc sobie jest obowiązkiem, bowiem zakazane jest działanie na własną szkodę i traktowane jako przestępstwo,:dozwolone jest cedowanie zadań własnych ze środkami na ten cel przez samorządy w zakresie sportu na podmiot tym się zajmujący, oczywiście z jasnymi i konkretnymi warunkami czy traktowanie klubu jako nośnika promocji dla miasta. Również dotacja zwrotna na ratowanie klubu przed upadkiem jest operacją dozwoloną pod warunkiem,że plan takiej operacji jest realistyczny i przynosi pozytywne efekty. Natomiast generalnie to o czym mówił Pan Almunia, a co przecież Polskę dotknęło przy bezprawnym dotowaniu Stoczni polegało na tym,że środki unijne mogą być przeznaczane tylko na cele wskazane w odpowiednich Rozporządzeniach KE i tyczą wyłącznie pomocy tam wymienionej jako regionalna lub horyzontalna. Ale nie zagłębiajmy się. gdyż jak by kogoś ten temat szczególnie interesował to służę wyjaśnieniem.
Inaczej mówiąc pomoc państwa o charakterze bezzwrotnym może być świadczona wyłącznie na rzecz innych podmiotów tylko na cele wskazane w Rozporządzeniach KE,jeżeli podlega wyłączeniom, a w innych wypadkach za uprzednią zgodą KE. Odnośnie Realu,nie dopowiadasz,że samo postępowanie nie świadczy o naruszeniu czegokolwiek i jeszcze się nie skończyło. W przypadku Realu jak wiesz chodzi o to,że Madryt przekazał klubowi w 2008 roku w drodze cesji działkę,której Real z różnych powodów nie otrzymał i zamiast niej Miasto przelało na konto Realu kwotę ponad 22 mln EURO jako rekompensatę. KE kwestionuje wysokość tej rekompensaty i uważa,że jet ona o 10 mln EURO za wysoka. Jak można zauważyć nikt nie kwestionuje prawa samorządu do pomocy klubowi w formie przekazania na jego rzecz działki na działalność statutową, ani tez samej rekompensaty.Wątpliwości tyczą wyłącznie jej wysokości.Dodatkowo Madryt finansuje szkolenie młodzieży wszystkich klubów w mieście i tak jest we wszystkich samorządach Hiszpanii.Więc nie straszmy Unią Europejską, gdyż jej rozwiązania są racjonalne i rozsądne.

A teraz będzie o pryncypiach.
Wszyscy mędrcy tego świata od prawa do lewa od kilkudziesięciu lat zgodnie stwierdzają,że etyka społeczna opiera się o dwa filary : jeden to personalizm a drugi to solidaryzm. Personalizm to prawa i wolności człowieka tak te indywidualne jak i grupowe, zaś solidaryzm to dbałość o dobro wspólne. Podkreśla się,że dbanie o dobro wspólne jest obowiązkiem nie tylko władzy,ale i każdego członka społeczności. Dla władzy stanowi podstawę do jej legitymizacji, gdyż tylko wtedy ma ona prawo ją sprawować czyli rządzić.
Inaczej mówiąc jeżeli władza nie służy obywatelowi jest uzurpatorska. Różnice w ujęciu są tylko takie,że liberałowie przyznają prymat prawom indywidualnym człowieka i obowiązkom je chroniącym,zaś komunitaryści uważają, za pierwsze prawa społeczne i ekonomiczne oraz ,że to one powinny być pierwej strzeżone. Ten spór ciągnie się jeszcze od Platona i Arystotelesa i na dobrą sprawę ostatecznie rozwiązany nie został. Dodam,że Kościół Katolicki do tych fundamentów dodaje pomocniczość rozumianą jako określenie wzajemnej relacji pomiędzy obywatelem i państwem i odwrotnie, tak, aby państwo pozostawiło przestrzeń do działalności publicznej każdemu członkowi społeczności.
Czyli aby pomagało, a nie szkodziło i niszczyło.Oczywiście nie wtrącając się do gospodarki.
7niedziela, 20, grudzień 2015 08:05
a-c10
@ Zbyszek:

Rozumiem,że Was Panowie ubodło stwierdzenie,że wiecie lepiej / co jest ludziom potrzebne/.

Oj, tam zaraz ubodło. Znaczy nie wiem, jak IocosusaWink, mnie wcale. Pamiętajmy, że nie rozmawiamy na jakimś niebotycznym poziomie abstrakcji o ogólnych, zawsze działających receptach na szczęście ludzkości. Chodzi tylko i wyłącznie o w miarę jasno sprecyzowaną kwestię. No dobrze, dwie kwestie:

a) czy utrzymywanie przez samorządy (rzekomo) zawodowych piłkarzy jest korzystne dla obywateli i przez nich pożądane?

b) czy utrzymywanie przez samorządy (rzekomo) zawodowych piłkarzy jest korzystne dla rozwoju naprawdę zawodowego futbolu w RP i przezeń pożądane?

Buńczucznie śmiem twierdzić, że owszem, znam odpowiedź na te pytania ("lepiej"? Ale od kogo lepiej? O tym jeszcze zaraz). I że w obu przypadkach brzmi ona "nie". Ba, jestem także głęboko przekonany, że do sformułowania tej odpowiedzi nie jest potrzebna praktycznie żadna akademicka wiedza z zakresu polito- i socjologii. W zupełności wystarczy szczypta zdrowego rozsądku, umiejętność wyciągania prostych wniosków z obserwacji rzeczywistości, podstawy obsługi komputera oraz matematyka na poziomie szkoły podstawowej.

Ot na przykład: ciotka Wiki podpowiada, iż szacowne miasto Wrocław liczy sobie mniej/więcej 635 tysięcy mieszkańców (634487 z końcem A.D. 2014). Z kolei z zazwyczaj rzetelnych 90ciu minut wiemy, że wspomniany już w tej dyskusji tamtejszy Stadion Miejski może pomieścić 42771 widzów. Można śmiało założyć, że gdyby wrocławianie rzeczywiście uznawali zawodową (podobno) drużynę piłkarzy Śląska za bliską swemu sercu i interesom, kolejka w kolejkę zapełnialiby wysoki odsetek krzesełek na tymże obiekcie. No to sprawdzamy (linkować nie będę, żeby nie zaśmiecać, wszystko do znalezienia na tych samych 90ciu minutach).

Otóż w bieżących rozgrywkach Śląsk rozegrał na własnych śmieciach dziesięć spotkań ligowych. Każde z nich oglądało średnio ok. 7800 osób. Oznacza to, że Stadion Miejski wypełniał się zaledwie w jakichś 18tu procentach, a przede wszystkim, że boiskowymi poczynaniami futbolistów WKS, opłacanych przez magistrat w ramach "wspierania sportu", czynnie zainteresowany był plus/minus co osiemdziesiąty trzeci wrocławianin. Albo, patrząc z drugiej strony, na tysiąc statystycznych wrocławian, zaledwie tuzin korzysta czynnie z istnienia w ich mieście drużyny utrzymywanej z miejskiego budżetu. Pozostałych dziewięciuset osiemdziesięciu ośmiu ma ją w poważaniu.

Och, jasne. Wiadomo, w bieżących rozgrywkach zespół Śląska radzi sobie gorzej, niż źle. Twardo siedzi na dnie tabeli i wiele wskazuje na to, że trudno mu będzie się stamtąd wygrzebać. Żeby zatem spojrzeć na "wspieranie sportu" przez m. Wrocław nieco przychylniejszym okiem (a co tam, niech mają), cofnijmy się do wcale przecież nieodległych dni chwały dolnośląskiego giganta. My dwaj z różnych przyczyn możemy nie wspominać sezonu 2011/12 z przesadnym rozrzewnieniem (tak delikatnie rzecz ujmując), ale przecież Śląsk inaugurował wówczas nowy, och-ach-jakże europejski obiekt. I od razu, za pierwszym zamachem, po długich latach posuchy zdobył na nim tytuł Mistrza Polski. Wychodziłoby na to, że wtedy to się dopiero miejska, "wspierająca sport" władzuchna spisała i wyszła naprzeciw oczekiwaniom obywateli? Sami zaś wrocławianie musowo tłumnie walili na wiecznie przepełniony stadion, zwabieni wyczynami podopiecznych Oresta Lenczyka, nowością postawionego za publiczne (czyli, cholera jasna, ich!) pieniądze obiektu oraz - last but not least - troską rajców, kapitalnie dbających o interesy ludu? Nooo... Tak jakby... Nie do końca. Owszem, było (znacznie) lepiej, niż obecnie. Niemniej, wciąż ponad połowa (średnio 25k) miejsc na stadionie pozostawała niezajęta. A w ujęciu całego miasta ledwie dwudziestu sześciu na tysiąc statystycznych wrocławian raczyło się pofatygować i naocznie docenić wysiłki opłacanych z miejskiej kiesy Mili, Soboty, Celebana i reszty. Przy tym wszystkim pamiętajmy, że wszystkie podane wyżej szacunki są mocno... optymistyczne. Zakładają bowiem, że każdy człowiek pojawiający się na stadionie Śląska jest wrocławianinem.

Wygląda więc na to, Zbyszku Drogi, że to nie tylko ja (com wszystkiego, przyznaję, był we Wrocławiu bodaj z pięć razy) wiem, co dla wrocławian dobre. Sami wrocławianie, "głosując nogami" (a raczej, pardon, tyłkami, które nijak na Stadionie Miejskim zasiąść nie chcą), dość dobitnie pokazują, jak bardzo doceniają miejskie "wspieranie sportu". Oczywiście, można by założyć, że to tylko na tym durnym Dolnym Śląsku takie cymbały, co to sami nie wiedzą, co dla nich dobre i władzuchna musi ich w decydowaniu wyręczać. Tyle tylko, że w takim razie równie niepochlebne zdanie należałoby sobie wyrobić o inteligencji i świadomości własnych potrzeb (czy raczej braku takowej) mieszkańców Kielc, Gliwic (!!!) i w zasadzie wszystkich innych miast, których urzędy "wspierają sport" poprzez dotowanie rzekomo zawodowych klubów piłkarskich. To by jednak dopiero było "stawianie siebie ponad demokracją", nieprawdaż?

Żeby nie było: ja tam w żadnym wypadku nie zamierzam oskarżać wszystkich rajców z wiadomych magistratów o zapędy uzurpatorskie i forowanie modelu władzy, który nijak nie służy obywatelowi. Część z nich miewa naprawdę racjonalne odruchy. Ot, na przykład ci z Kielc - już parokrotnie próbowali stawiać tamę kolejnym milionom złotych wyciekającym z miejskiego budżetu w stronę Korony. Owszem, za każdym razem - jak do tej pory - uginali się pod chamskim szantażem władz klubu. Ale czy można ich winić? O demokracji można sobie skolka ugodna rozprawiać na gruncie teoretycznym. Praktyka jednak jest taka, że w naszym kraju ma ona dość ubogie tradycje i słabe korzenie. Zdecydowanie za dużo działa na emocjach, za mało na racjach. Trudno zatem się dziwić, że żaden radny nie chciał startować w kolejnych wyborach z łatką "grabarza klubu".
(cdn)
8niedziela, 20, grudzień 2015 09:34
a-c10
(cd)

No to teraz trochę o tych, jak im było, pryncypiach.

co do sportu kwalifikowanego to można biadolić,że samorządy wydają pieniądze nie dość efektywnie,ale nie wolno im odmawiać prawa do utrzymywania klubu jako jego właściciel lub współwłaściciel.

Ależ owszem, można. A to dlatego, że wszyscy mędrcy tego świata od prawa do lewa od kilkudziesięciu lat zgodnie stwierdzają, że suwerenem demokratycznego państwa prawa jest naród. Ergo suwerenem miasta są jego mieszkańcy. Ergo podatki - lwia część budżetowych aktywów - nie są już od jakiegoś czasu średniowieczną daniną, składaną po to, by jaśnie wielmożny mógł sobie ruszyć na wojenkę, wystawić kolejny pałac swej najnowszej nałożnicy, albo zafasować sobie świeżą zbroję, zastawę kuchenną, czy jakąś inną zabawkę (o, np. klub piłkarski!). Różnice w ujęciu, rzecz jasna, istnieją, czasem nawet dość przepastne. Dotyczą jednak ogólnej wysokości obciążeń fiskalnych, sposobu ich naliczania, zbierania i redystrybucji. Niemniej bardzo trudno by było czy to po prawej, czy po lewej, czy gdziekolwiek pośrodku znaleźć rozsądnego człowieka, który by przyznał, że podatki mają być czymkolwiek innym, niźli zrzutką na działanie organów państwowych i samorządowych, które to działanie ma służyć dobru obywateli.

O tym, jak to bardzo obywatele doceniają dbałość o ich dobro wyrażaną dotowaniem sportu kwalifikowanego, już pisałem. Teraz słówko o fasadzie, pod jaką owa dbałość się odbywa.

dozwolone jest cedowanie zadań własnych ze środkami na ten cel przez samorządy w zakresie sportu na podmiot tym się zajmujący, oczywiście z jasnymi i konkretnymi warunkami czy traktowanie klubu jako nośnika promocji dla miasta. (podkreślenie moje - a-c).

No właśnie. To jeszcze raz matematyka z podstawówki plus zdrowy rozsądek: Ekstraklasa jest gettem dla pomyleńców. Niegroźnych (zazwyczaj), a na pewno nielicznych wariatów. Na tyle nielicznych, że ich znaczenie ekonomiczne jest pomijalne. Co byśmy my tutaj, na Czarnej-eLce zebrani, o tym stanie rzeczy nie uważali, to jest właśnie stan rzeczy. Trzydzieści osiem i pół miliona mieszkańców kraju, w którym futbol jest podobno sportem nr 1. Tymczasem gdy łączna widownia (trybuny + tv) jednego meczu najwyższej klasy rozgrywkowej męskiej piłki nożnej osiągnie 1% tej wielkości (385k), uznawane jest to za bardzo dobrą oglądalność. Powiedzmy wprost: za stan grubo ponad normę uważa się moment, w którym dziewięćdziesiąt dziewięć procent mieszkańców Polski ma głęboko w trąbie, że właśnie toczy się mecz Ekstraklasy. Zazwyczaj czynnie zainteresowanych mierzy się w promilach. A przecież zdecydowana większość tych "promili" ogląda ligę dla zespołu, któremu kibicuje. I jest jej głęboko obojętne, czy na koszulkach rywala napisane jest "Wrocław", "Gliwice", czy "Białystok". Owszem, są niby jeszcze europejskie puchary. Te jednak dla "miejskich" klubów pozostają "pocałunkiem śmierci", nie możliwością pokazania się szerszej widowni, trudno zatem brać je pod uwagę.

Spektrum odbiorców promocji już policzyliśmy - śmieszne. Włączmy teraz rozsądek i zastanówmy się nad jego (spektrum, nie rozsądku) chłonnością. Śmiało można założyć, że świadomy, zatroskany o dobro swego klubu kibic chętniej sięgnie po - uwaga, wpis zawiera lokowanie produktuWink - "Łomżę", niźli "Królewskie", jeśli takie właśnie logo zobaczy na koszulce, bądź bandzie reklamowej. Podobnie rzecz się ma choćby z internetowymi bukmacherami (choć to u nas nielegalne), producentami elektroniki, czy nawet (choć przy zasobności polskiego społeczeństwa to raczej u nas nie zadziała) samochodów. Trzeba by jednak tej "Łomży" wyżłopać ze cztery wiadra, by móc dojść do wniosku, że ktokolwiek przeprowadzi się do Gliwic, bo akurat Piast lideruje Ekstraklasie (co jest, przypominam, kompletną anomalią i prędzej raczej, niż później ulegnie zmianie).

OK, może zatem nie chodzi o szarego Kowalskiego, co to właśnie się zastanawia nad zmianą adresu zamieszkania. Może celem promocji mają być rekyny fynansjery, prężni inwestorzy, co to w trymiga gliwickie, kieleckie, wrocławskie i jakie tam jeszcze ściernisko zmienią w (co najmniej) San Francisco? Nie no, tu już nawet cztery wiadra "Łomży" nie wystarczą. Trzeba by się kompletnie rozwieść z rozumem, by uwierzyć, że jakikolwiek właściciel/prezes/członek zarządu firmy chciałby mieć do czynienia z miastem, które zamiast dbać o rozwój rozchlapuje pieniądze swych obywateli na niedorozwiniętych piłkarsko, "zawodowych" futbolistów.

To się po prostu nie klei, Zbyszku. Gdyby Ekstraklasa była dobrym, bądź chociaż przyzwoitym nośnikiem promocyjnym, to... nie potrzebowałaby publicznych dotacji. A skoro potrzebuje, by trwać w takim stanie, w jakim jest obecnie, to przestańmy się oszukiwać. To nie jest "wspieranie sportu". To nie jest "promocja miasta". To jest działalność na szkodę obywateli prowadzona przez ludzi, których owi obywatele wybrali, by dbali o ich interesy. Jak to sam trafnie określiłeś, władza uzurpatorska. I to właśnie przedstawiciele tej władzy oraz - głównie - ci, którzy na ich działaniach korzystają, stawiają się ponad demokracją. Nie ci, którzy im to wytykają.
9niedziela, 20, grudzień 2015 09:39
Zbyszek
@A-c10.
Przepraszam,ale co to ma do rzeczy ilu ludzi przychodzi na stadion?.
Ludzie głosują realnie kartami w lokalu wyborczym raz na 4 lata na Pana Prezydenta Dutkiewicza i jego ekipę radnych i to oni decydują na co wydać pieniądze. Jak z wyników kolejnych wyborów widać, które przedłużają im mandat do sprawowania władzy ludzie pozytywnie ich oceniają.I to na tym polega demokracja. I my w Polsce musimy właśnie to zacząć szanować. To,że mamy demokrację i że,to wybrani przedstawiciele w jej ramach podejmują za nas i w naszym imieniu decyzje, które są korzystne dla nas czyli działają na rzecz dobra wspólnego.Nie żadne ideologiczne zacietrzewienie, nie woluntarystyczne przekonanie,ale wola większości, przy poszanowaniu praw mniejszości i oparciu władzy na prawie - rozstrzyga. Więc wedle mnie można działania różnie oceniać,ale nie wolno podważać samej zasady. W tym roku ukazała się książka, będąca bestsellerem,prof. ekonomii Darena Acemoglu z Massachussets Institute of Technology oraz prof. politologii z Harvardu Jamesa Robinsona zatytułowana "Dlaczego narody przegrywają", w której wykazują oni ,że nie położenie geograficzne, klimat, kultura decydują o powodzeniu narodów,ale instytucje przez nich demokratycznie stworzone . Nie oznacza to,że ludzie są nieomylni,ale suma błędów w demokracji jest znacznie mniejsza niż w jakimkolwiek innym systemie sprawowania władzy. W tym sensie błąd jest nieodzownym elementem ludzkiego działania. A we Wrocławiu bardziej od stadionu mnie rozbawia most nad Odrą , która ma w porywach ze 30 metrów szerokości, a most ze 4 kilometry długości. Jedno i drugie świadczy o mocarstwowych przekonaniach Prezydenta i mieszkańców. A swoją drogą , jak byś tak zechciał łaskawie przybliżyć na jakiej wielkości stadionach i gdzie miało się odbyć EURO 2012 w Polsce to byłbym zobligowany ?.
Bo zaczynasz lekko pobłądzać i zapominać,że stadion we Wrocławiu jest obiektem wybudowanym na potrzeby EURO 2012 roku i służy też meczom reprezentacji i choćby na ostatnim z Czechami był na nim komplet publiczności. W przypadku tego obiektu problemem jest czy on zarabia na siebie czy nie?, Bo to jest obiektywnym kryterium oceny a nie to czy kto na niego przychodzi czy nie.Każdy ma wolną wolę i może sobie iść na mecz, albo i nie. Jak piłka nożna będzie popularna to ludzie będą chodzić, a jak będzie uznawana za towar wybrakowany i do tego reglamentowany to nie będą. I tyle.
Oczywiście to o czym piszesz jet prawdą i to napawa smutkiem. Ale wybacz ; mylisz przyczyny ze skutkami.Nie w wielkości stadionów, ani w strukturze własnościowej klubów jest pies pogrzebany. Wedle twego rozumowania to im mniejszy stadion i do tego tylko prywatny to tym większa frekwencja.SmileLudzi nie interesuje już czyje co jest tylko czy dobrze im służy czy nie. W krajach zachodnich też tego poziomu frekwencji nie osiągnięto z wtorku na środę, lecz był to wieloletni proces. I był on związany ze wzrostem dobrobytu w tym sensie,że po zaspokojeniu tzw. potrzeb pierwszego rzędu jak wyżywienie, dojazdy, opłaty mieszkaniowe, ubrania, środki czystości , pozostawało im coraz więcej w kieszeniach wolnych pieniędzy. Sensowna praca popularyzatorska i reklamowa spowodowała z kolei,że z wielu możliwości ludzie akurat wybrali pójście na stadion piłkarski, aby sobie dla rozrywki i dla poddania się zbiorowym emocjom pouczestniczyć.
Dlatego nie oceniajmy przedwcześnie i przede wszystkim wszystkim szanujmy demokrację. Wtedy.to co złe przeminie, a to co dobre zagości na dłużej.
10niedziela, 20, grudzień 2015 09:51
Po długiej i wyczerpującej lekturze moją osobistą nagrodę "lubię to" otrzymuje...
a-c10 Smile

Wydawanie z miejskiej kasy setek tysięcy Euro rocznie na pensje jednego Flavio Paixao nie ma nic wspólnego z rozwojem sportowym dzieci w naszym kraju.
Nie wpływa również na mniejsze kolejki do lekarza, czy rujnowanie państwowej (naszej) kasy na leczenie schorowanej starszyzny.
W mojej ocenie jest to wyłącznie kaprys kilku osób, które demokratycznie wybrane otrzymały klucze do miejskiej kasy.
Korzyści z tego nie ma żadnych.
Rozrywka dla ludu żadna, o czym świadczy frekwencja na stadionie.
Młodych wyszkolonych talentów nie widać.
Zmniejszone dotacje do barów mlecznych z uwagi na brak kasy w budżetach.
11poniedziałek, 21, grudzień 2015 02:38
a-c10
@ Zbyszek:

Przepraszam,ale co to ma do rzeczy ilu ludzi przychodzi na stadion?.; Ludzie głosują realnie kartami w lokalu wyborczym raz na 4 lata

??? Jak to: "co to ma do rzeczy"? Zaraz, zaraz. Rozmawiamy, o ile dobrze kojarzę, o domniemanych korzyściach (czy raczej ich braku) dla społeczeństwa płynących z dotowania "zawodowego" sportu miejskimi pieniędzmi. Gdyby - dajmy na to - społeczeństwo Wrocławia taką korzyść widziało, to chyba pofatygowałoby się w jakiejś sensownej liczbie na miejski stadion oklaskiwać popisy opłacanych przez miasto grajków, hm?

Co zaś się tyczy wyborów - ależ jasne. Można sobie po prostu założyć, że jest demokracja i jest super. Moim zdaniem warto by jednak (przy pełnym poszanowaniu dla demokracji jako takiej) pamiętać o czymś, co już nadmieniałem: jej korzenie i tradycje są w naszym kraju dość wątłe, przez co m.in. wybory, także te samorządowe, są skrajnie upolitycznione (im większy ośrodek, tym bardziej). W związku z czym znacznie łatwiej jest stwierdzić, że ta, czy inna władza jest do bani, niż usunąć ją ze stanowiska.

stadion we Wrocławiu jest obiektem wybudowanym na potrzeby EURO 2012

Doprawdy? Tylko? No cóż... Koszt budowy tego obiektu szacuje się na ok. dziewięciuset milionów złotych. Rozegrano na nim trzy spotkania ME'12. Wychodzi po trzysta baniek na eurowy mecz. Jeśli więc faktycznie było tak, jak piszesz, osoby, które zaaprobowały ten pomysł, należałoby uznać za stawiające się zdecydowanie powyżej demokracji, narodu i wszystkich innych wzniosłych wartości (oraz postawić przed sądem za koszmarne marnotrawstwo publicznych środków). A co do samego Euro...

jak byś tak zechciał łaskawie przybliżyć na jakiej wielkości stadionach i gdzie miało się odbyć EURO 2012 w Polsce to byłbym zobligowany ?.

Absolutnie nie musiszSmile

Obiekt główny - Stadion Śląski w Chorzowie (54477 miejsc, wszystkie pojemności za stadiony.net). Od dawna wiadomo było, że z różnych powodów z Euro, czy bez Śląski i tak zostanie wyremontowany oraz że w finalnym kształcie spokojnie spełni wymogi areny meczu otwarcia i spotkań o medale. Zamiast pchać koszmarne pieniądze w budowę eSeNa (o nim jeszcze za chwilkę), można zatem było chorzowską przebudowę przyspieszyć. Jasne, poeurowa przyszłość Śląskiego rysowałaby się równie mgliście, jak w przypadku byłego Jarmarku Europa, przynajmniej jednak mielibyśmy na głowie jednego narodowego białego słonia, nie dwa. Ale cóż, kto bogatemu zabroni?

Pozostałe obiekty (wg malejącej pojemności) - a) Stadion Miejski w Poznaniu (42837); b) Stadion im. Henryka Reymana, Kraków (33130); c) Stadion Wojska Polskiego, Warszawa (30967). Podobnie jak w przypadku ich większego, chorzowskiego kolegi, przebudowa w/w aren nie zależała od Euro, warunki do rozgrywania spotkań na odpowiednim szczeblu (grupy, ćwierćfinały) również zostałyby spełnione. Co więcej, ich przyszłość wcale nie rysowała się mgliście. Cała trójka służy na co dzień klubom zaliczanym do najściślejszej krajowej czołówki frekwencyjnej. Śmiało można było zakładać, że wszystkie te stadiony posłużą nie tylko radosnym, acz krótkim futbolowym bachanaliom w lecie'12, lecz także długo później. Jak i zresztą służą.

Rozsądne, prawda?

Niestety, przy planowaniu naszej części ME rozsądek poszedł się relaksować, zaś na afisz wjechało staropolskie "zastaw się, a postaw się" (można by także powęszyć za podłożem politycznym, acz bardzo mi się nie chce wszczynać tego typu dyskusji w tym miejscu). Z powyższego pomysłu ostał się jedynie Poznań, do którego doszlusowały Stadion Narodowy (czule zwany Niepotrzebnym) oraz areny w Gdańsku i Wrocławiu. Łączny koszt ich budowy to prawie cztery m i l i a r d y złotych (2 mld SN, 864 mln G., 904 mln W. - wielkości szacunkowe). Kupa pieniędzy, nie? Śmiało by się dało wydać ją na mnóstwo kapitalnych, pożytecznych społecznie celów. O! Np. na... wspieranie sportu, czyli budowę autentycznego mrowia niewielkich, rozsianych po całej Polsce wielofunkcyjnych kompleksów sportowych, dostępnych dla ogółu. Lud by skorzystał, bo po pierwsze miałby gdzie iść się poruszać, a po drugie z czasem doczekałby wychowanych na tych kompleksach reprezentantów kraju w przeróżnych dyscyplinach. Niestety, jacyś demokratycznie wybrani (!) ktosie postanowili wiedzieć lepiej (!!!) i postawili sobie (bo przecież nie nam) trzy kosztowne zabawki.

O sytuacji we Wrocławiu już pisałem. W Gdańsku sprawy wcale nie mają się wiele lepiej. Co zaś się tyczy naszej praskiej, hehe, perły w koronie - teraz jest fajnie, bo udało się jakimś cudem wykreować modę na reprezentację. Cuda jednak mają to do siebie, że zdarzają się rzadko, zaś moda przemija. Podobnie jak piłkarska kariera. Za czas jakiś - wcale nie tak znowu odległy - obecne gwiazdy Biało-Czerwonych odwieszą buty na kołek. Co wtedy? Będziemy leżeć krzyżem i żarliwie modlić się o następny cud w postaci narodzin nowego Lewandowskiego? Grzecznie poprosimy Francuzów, by z wdzięczności za Chopina i Marię Curie wyhodowali nam kolejnego Krychowiaka? Nie żebym nie wierzył w uczynność braci znad Sekwany i Loary, wydaje mi się jednak, że mahne sząse. Czyli najprawdopodobniej już całkiem niedługo czeka nas kolejna dziura, podobna do tej z lat 1982-2002. Problem w tym, że obecny świat pędzi do przodu jakby szybciej i bardziej tłumnie, niż wówczas. Reprezentacji obrywającej na własnych śmieciach od Albanii i Kazachstanu (z całym szacunkiem) nikt oglądać nie zechce. A wtedy być może zupełnie poważnie przyjdzie się zastanowić nad nowym otwarciem... Jarmarku Europa.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1