A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 16

W natłoku zdarzeń, zanurzeni w codzienności trochę poczynamy ślizgać się po powierzchni zjawisk, nie dostrzegając ich wzajemnych korelacji i proporcji. Blisko 30 lat temu w drugim obiegu Tadeusz Komender opublikował w zbiorze esejów „Zostaje kantyczka” pracę zatytułowaną „Godzina zero”, w której  z bólem pisze, że budowana przez pokolenia świadomość historyczna zanika.

Młodzi żyją zgodnie z zasadą godziny zero. Wszystko zaczyna się w momencie ich pojawienia się na scenie życia. Mają świadomość, iż przeszłości nie da się zmienić, a przyszłości przewidzieć więc żyją teraźniejszością. Każde wydarzenie jest w tym ujęciu incydentalne, unikalne i wieszczy albo rozpacz, albo euforię. Brak namysłu, że po dobrym przychodzi gorsze, a po złym dobre. Jeżeli stałość nawet istnieje to nie wywiera istotnego wpływu na oceny tego co na co dzień powinno stanowić doświadczenie, a jest utożsamianiem się z płynnością. Nie poszukuje się również pomocy w statystyce, uznając że uśrednianie wszystkiego bardziej zakłamuje niż daje prawdziwe informacje. Nie przydają wiarygodności staraniom o widzenie zdarzeń jako powiązanych media galopujące za sensacją, które z natury rzeczy cierpi na ‘bieżączkę’, ani wydawnictwa bazujące nie na tekstach, lecz na zdjęciach.

To wszystko jak w krzywym zwierciadle odbija się i na tej stronie po każdym meczu Legii Warszawa. A przecież wystarczy trochę przystanąć w biegu i trochę się zastanowić, aby wiedzieć, iż wszystko tak naprawdę już było i to samo wszystko jeszcze będzie, gdyż jest to coś co możemy określić jako prawdy oczywiste. Nie redukowalne i nie wymagające dowodu.

O tym, że nikt nie ma zapisu na wygrywanie.
Gdyby tak się rozejrzeć po innych krajach i po innych ligach to łacno można dojść do wniosku, że albo wymagania tam są inne, albo świat sportowy uświadomił sobie, że tak naprawdę w sporcie wygrywa tylko jeden, a reszta to przegrani. A w piłce ten jeden nigdy nie wygrywa wszystkich spotkań. Felieton ma swoje prawa i nie tylko nie ma obowiązku, ani nie powinien być dowodzeniem czegokolwiek, więc statystyk, całościowego ujęcia nie będzie. Wystarczy, aby porównać liczby zdobytych punktów przez tych co zdobyli tytuły mistrza, aby zoczyć , iż ten bilans jest oczywiście korzystny, ale zależnie od kraju mieści się w granicach pomiędzy 60% a 75%.Oznacza to, że są drużyny, które nie wygrywają 4 na 10 meczów, a są i takie, które nie wygrywają 5 na 20 meczów. Odpowiednio jak w Ekstraklasie mistrz przegra, w uproszczeniu 8-9 meczów to jest to norma. Czasy w których kupowano mecze i te proporcje były ‘lepsze’, mam nadzieję odeszły w historyczny niebyt. Pamiętam jak w latach 80-tych grając w Totka piłkarskiego trafiałem 13 i ledwo uciułałem podwojenie stawki. A dziś każdy kto gra w zakładach bukmacherskich „wagonem” wie jak trudno cokolwiek nim wygrać. Mamy też doświadczenie w naszym typerze. Tylko że ta wiedza, przecież zupełnie oczywista, rzadko jest przekładalna na codzienne opinie. I tego, że drużyna niby lepsza pod każdym względem jednak od czasu do czasu przegrywa z tą słabszą niekiedy nie da się racjonalnie objaśnić. Sztaby fachowców z różnych dziedzin siedzą, główkują, mając do pomocy najnowocześniejszy sprzęt, aby optymalizować, zapobiegać, pomagać  i nic. Nazywa się takie przypadki chwilowym spadkiem  formy, mini kryzysem albo zgoła wypadkiem przy pracy. Bo wiedza jaką mają przekonuje ich, że porażka w określonym meczu ze słabeuszem nie powinna się zdarzyć, a przecież jest faktem. Wiec te zużyte określenia na to co się stało stanowią w istocie próbę usprawiedliwienia tego, że nie można wygrać ze wszystkimi, czyli z samym sportem. Natomiast ja każdemu doradzę, aby stosował się do rady mojego sprzed lat ortopedy. Ponieważ po kilku operacjach miałem ogromny ból i leczenie w poradni przeciwbólowej nie pomagało, rozpytałem go czy on nie ma jakiegoś procha tę dolegliwość, czyniąc ją znośną. Ten mi odrzekł: ”Panie Zbyszku przecież pan nie popełni samobójstwa, więc ma pan tylko jedno wyjście. Przyzwyczaić się!”. Pomogło.

O tym, że aby umiejętności grały to trzeba je mieć.
Nasz prezes nie tak dawno powiedział, że Legii trudno się wygrywa, gdyż wszystkie drużyny są dobrze fizycznie przygotowane i zasuwają po boisku 90 minut. Dziś jak kto nie popełni jakiegoś babola w przygotowaniach to przy istniejącej aparaturze badawczej, wiedzy na temat suplementacji, musi mieć motorykę na właściwym poziomie. Przed laty różnice, zwłaszcza pomiędzy reprezentacjami na tym tle były ogromne i nasza drużyna potrafiła ogrywać Norwegów 9:0, co dziś jest niemożliwe z tą drużyną, a udać się może jedynie z zupełnymi amatorami z Gibraltaru. Nie w tym należy upatrywać przewagi jednej  drużyny nad drugą, ale w indywidualnościach, ogólnym poziomie przygotowania technicznego oraz wyszkoleniu taktycznym i mentalnym. W komentarzach wielu piszących podnosi kwestię umiejętności technicznych w tym  sensie, że one powinny być. Jest to taki ton postulatywny, gdyż nie jest tak, że ich nie ma, ale one są na coraz niższym poziomie. Można by więc wręcz zaryzykować stwierdzenie, że im lepsze warunki treningowe tym poziom umiejętności niższy. W moim przekonaniu ogromną role odgrywa tu fakt bardzo niskich umiejętności kadry szkolącej. A oto przykłady. W bodaj 1992 roku odbył się na Legii turniej z okazji rozpoczęcia nadawania telewizji Polonia 1 i w jego ramach rozegrany został mecz pomiędzy drużynami aktorów i dziennikarzy. W drużynie artystów grał pan Lucjan Brychczy. Syn nie mógł wyjść z podziwu. Bo „Mistrz”, mężczyzna już z 58-letni np. podawał piłkę do partnera stojącego od niego o kilkanaście metrów, a pomiędzy nimi był przeciwnik tak, że a to wewnętrzną częścią przodu stopy kopał piłkę, a ta robiła łuk z prawej strony i trafiała do kolegi, a to zewnętrzną stroną prawej stopy tak, że piłka robiła łuk z lewej strony, a to kopał futbolówkę nad głową bezradnego wroga tak, że ta znowu docierała wprost pod nogi partnera. Strzelał bramki, kierując piłkę pod spojenie słupka i poprzeczki lub tuż nad ziemią milimetry od słupka. Wtedy nawet „Dziekan” tego nie potrafił. Często jako zupełne minimum powiada się, że piłka ma nie przeszkadzać. Dobre i to chociaż lepiej, aby pomagała. Mnie najbardziej wdjabla brak nawyków technicznych, które powinny być kształtowane od najmłodszego, które stanowią umiejętności czysto piłkarskie. Znowu podam przykłady. Normalny człowiek jak skacze do góry to odbija się z palców, a spada na całe stopy. Piłkarz musi  to robić odwrotnie, gdyż odbijając się z całej stopy zapewnia ruchomość kręgosłupa w jego szyjnym odcinku oraz wyprost bioder, zaś spadając na palce jest gotowy do natychmiastowego biegu. Podobnie normalnie cywil strzelający piłką na bramkę rozgląda się, gdzie ona leci /na ogół w niebo/, za to piłkarz, aby ją zdusić do ziemi musi brodę przyciągnąć do klatki piersiowej. Prawie nie wspomnę o tym, że każdy biegając stara się wydłużyć  krok poprzez unoszenie bioder, a piłkarz musi obniżać środek ciężkości, aby zapewnić sobie stabilność w razie starcia z rywalem. Można powiedzieć, że się czepiam i każden będzie miał rację tak jak w opowieści mojego znajomego: ”Mam syna i chcę, aby mi pomagał w prowadzeniu firmy, więc go zostawiam na gospodarstwie jak muszę wyjechać. Kiedy wracam to go na stanowisku pracy nigdy nie ma. Mam do niego pretensje, ale w jego obronie staje żona. Czego ty od niego chcesz. Nie pije. Nie kradnie. Nie jest rozrzutny, nie łazi na baby, z byle kim się nie zadaje. No, nie. No to faktycznie, czego ja od niego chcę?”.

O tym, że bycie w grupie nie tylko wymaga schowania łokci.
W obiegu jest takie powiedzenie, że piłkarze nie muszą się kochać, byle tylko dobrze grali. Ono jest szalenie nieprecyzyjne, bo co to oznacza: kochanie się i czy może dobrze grać zespół złożony z nieprzyjaciół. Taki zupełnie powierzchowny ogląd relacji międzyludzkich zakłada, że opierają się one na tym co ładne, dobre i piękne. Tylko, że to bardzo kruchy fundament, który pierwszej burzy nie przetrzyma. Każdy człowiek ma bowiem wady i zalety i dopiero aprobata dla wad zapewnia zarówno trwałość związku jak i jego zgodność. Podobnie trudno odnieść jakiś liczący się sukces grupowy, kiedy nie ma pomiędzy uczestnikami zgody, a jest uczucie niechęci, wzajemnych pretensji czy zazdrości. W grupie dążącej do jakiegoś wspólnego celu sama tolerancja nie wystarcza, musi być jeszcze wzajemna akceptacja. Ja nie chcę tego oceniać, ale wśród piłkarzy Legii /może poza Kuciakiem/ jest jakaś tęsknota za większą integracją wewnątrz grupy, za większym co najmniej koleżeństwem i zrozumieniem. Starsi wspominają wspólne wypady w miasto, wspólne świętowanie różnych ważnych wydarzeń w życiu osobistym, pozostawanie w klubie na dodatkowy trening czy na zwykłe pogaduchy. Ale tego nie ma. Jak to się dzieje, że prawie wszyscy chcą, a nic z tego nie wychodzi. I mamy takie kwiatki, że na boisku potrafią mieć do siebie pretensje o byle co, o to, że nie podał, mimo że komuś wydaje się, że był lepiej ustawiony, o to, że strzelił, a nie powinien, o to, że stracił piłkę itp. Być może i mają częściową rację ci niezadowoleni, ale boisko nie jest do rozstrzygania takich sporów. One powinny być załatwione w duchu koleżeńskim na gruncie niemalże prywatnym. Ale w każdym takim przypadku arbitrem powinien być trener. Wedle mnie bez ducha walki i wygrywania przepajającego całość i każdego z osobna osiągnięcie sukcesu jest niepotrzebnie utrudnione. Mam różne zastrzeżenia do Janusza Wójcika, ale kiedy prowadził Legią to w krótkim czasie zintegrował drużynę /poza Maciejem Szczęsnym/, że mógł w przerwie meczu z Szombierkami 02.11.1992 roku wpaść w przerwie do szatni i krzyknąć: ”Nieważne jak, ale macie k... to wygrać'”. Ktoś powie, że czasy się zmieniają. Ja odpowiem, że nie akceptuję tego, że zamiast na lepsze to na gorsze. Jest sprawą normalną i całkiem naturalną, że każdy pragnąłby jak najlepiej dla tych z którymi jest emocjonalnie związany, głównie swojej rodziny, ale również dla swojej drużyny. Należy jednak rozważyć dobór środków jaki temu celowi służy. Czy aby na pewno potępianie, ośmieszanie, wygwizdywanie itp. jest najwłaściwsze? Czy w momencie, w którym zrozumiałe emocje opadną nie powinna górować w słowach i czynach rozwaga, pewien poziom nawet akceptacji, zrozumienia, wybaczenia. Ja mam taki zwyczaj, że nie tylko nie kopię leżącego, ale go nawet pocieszam. Jak kto upadnie, nawet ze swojej winy to najpierw mu trzeba rękę podać, aby wstał, a ewentualne pretensje mieć po udzieleniu pomocy. Nie przed. Bo czyż prawdziwych przyjaciół nie poznaje się w biedzie? Podobnie nie zwykłem popadać w euforię jak wygrana jest naszym udziałem. Nadmiar radości może bowiem przyzwyczaić do tego, że chcemy, aby tak było zawsze. A potoczna wiedza przekonuje, że tak się nie da. Że radości i smutki trzeba miarkować, aby się nie rozchorować. I na zakończenie fragment wiersza Osipa Mandelsztama o tym żebyśmy zawsze pamiętali kim jesteśmy i gdzie jesteśmy:
„I pod niebem czyśćca tymczasowym
Zdarza się zapomnieć nam
Jak pojemny jest niebiański schowek
Dożywotni dom z ruchomych ścian”.

Dyskusja (1)
1poniedziałek, 18, styczeń 2016 09:22
Chevalier Tom herbu Stare Bielany
Czym się kończy siłowe zduszenie w sobie człowieka w celu stworzenia imaginacji o byciu nadczłowiekiem to już widzieliśmy.
W sporcie presja na cudowne wyniki i hodowanie niezniszczalnych prowadzi tylko do coraz większego zakłamania:
http://www.sport.pl/kolarstwo/1,64993,19467640,doping-syberia-straszy-w-sporcie-czy-hiszpanie-ostatecznie.html
Wspomnę w ww. kontekście mecz Rosja - Holandia na ME w Austrii i Szwajcarii.
Ciekawy jestem czym oni wtedy nakarmili "Sborną"...?
Może cudownym napojem Asterixa i Obelixa? :O)

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1