- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
Zezem. W kalejdoskopie cz. 18
Już przestaję się dziwić, co nie znaczy, że nie przestaje mnie zadziwiać, taka predylekcja do odwracania pojęć i do wracania do tego co w przeszłości nie najlepsze, a mówiąc wprost złe. Jak poszedłem do liceum na pierwszej lekcji z łaciny zastałem wypisane na tablicy kredą hasło: ”Historia magistra vita est”.
Od Horacego dowiedziałem się, że „Non omnis moriar” oraz co znacznie płodniejsze „Memento mori”. I to ostatnie zdanie, które weszło do powszechnego obiegu przez wieki stanowiło źródło wewnętrznego hamowania złych instynktów. Aż do czasów nowoczesnych /nie mylić ze współczesnymi/. Jedną z osobliwych zagadek polityki, i przecież nie tylko, można ująć by tak: kiedy władza była dożywotnia,zawsze jej przypominano, że jest przemijająca, lecz kiedy władza jest z założenia przemijająca, traktuje się ją jako dożywotnią. W czasach kiedy istnieli autentyczni despoci, mający nad ludźmi władzę życia i śmierci, istnieli też poeci i satyrycy, mówiący im, że ich życie też musi skończyć się śmiercią. W czasach, gdy król mógł każdego skrócić o głowę słyszał od mędrców i błaznów, że jego własne życie też ma nieodległy kres. Lecz nikt o tym nie przypomina odkąd w państwie zwyciężył ustrój zwany liberalną demokracją. Nikt jeszcze nie wytłumaczył autentycznie przemijającemu władcy, że jest przemijający, ba, nawet że jest przejściowy. A przecież filolodzy, archeolodzy czy inni historycy uparcie zaświadczają,że od zarania dziejów, a pewnikiem i wcześniej wciąż powtarzano to ostrzeżenie przed powabem doczesnej potęgi. A potem, gdzieś od początku XIX wieku nastała radykalna zmiana. Ni stąd ni zowąd zaroiło się od ludzi,którzy ogłaszali się, że czas ich się nie ima. Nie tyle ich, co ich stanowisk. Hasło ”memento mori” zapomniano, jakby nigdy nie istniało. Ludzie z wielkim optymizmem poczęli patrzeć na trwałość ziemskich mód, czy to politycznych, czy nawet światopoglądowych. A przecież nowoczesny polityk, który sprawuje jakieś tam rządy w drodze wyborów, jest w teorii uzbrojony w znacznie mniejszą władzę od faraonów, królów czy carów. I pomimo to, a może właśnie dlatego, można do niego zastosować słynne zdanie Szekspira ze sztuki „Miarka za miarkę”: ”Ustrojony w przemijającą i niewielką władzę, zapominając o tym co jedynie wie bez wątpienia – o swym kruchym losie – jak rozwścieczona małpa takie harce wyprawia, stojąc przed obliczem Niebios, że aniołowie płaczą”. Dziś pewnikiem nie bardzo płaczą, gdyż trzymają się za boki ze śmiechu. Nam chyba trochę mniej jest jednakowoż do śmiechu, chyba że przez łzy. I nie przypominam sobie, aby jakiś literat pisał w taki sposób jak Szekspir o politykach i innych władcach czegoś tam. Nikt ich nie informuje, że czy wcześniej czy później odejdą, a nawet jak tak, to i tak oni tego do świadomości przyjąć nie chcą. Nikt też nie poinformował tychże niby władców, że staną się karmą dla robactwa, nawet jeśli różnicę pomiędzy politykami a robactwem trudno dostrzec gołym okiem. I dziwne jest, że to larum przeciwko możnym i władcom tego świata ciągnące się w piśmiennictwie od „Magnificat” po „Podróże Guliwera” skończyło się jak nożem uciął, gdy tylko nastała epoka władzy parlamentarnej, z założenia będącej władzą ludu. Nikt nie zada tak obcesowego, a przecież prawdziwego pytania kandydatowi do władzy: ”Szanowny panie, czy przyszło panu do głowy, że pan pewnego dnia umrze?”. Wszystko to brzmi dziwacznie nie tylko w uszach sprawujących władzę, ale i w wielu głowach osób postronnych. Ja jednak pozwolę sobie mieć własne w tej kwestii zdanie i obawiam się, że ta właśnie sprawa zniszczyła parlament i instytucje pokrewne jako organa obywatelskie. Poczucie, że ludzie są braćmi zrównywanymi przez śmierć zanikło doszczętnie, odkąd świat uwierzył, że ludzie są równymi braćmi za życia. Każde wybory traktowane są jak dzień Sądu Ostatecznego, a każdy eksperyment społeczny jak Nowy Porządek Świata. Uczy się ludzi w ten sposób, że mają patrzeć wyłącznie w świetlaną przyszłość, chociaż ta przyszłość nie do nich już będzie należeć. Oducza się natomiast ich patrzenia w przeszłość, bo przeszłość stanowi jedno wielkie świadectwo, że wszystko przemija.
Po tym aż nazbyt optymistycznym wprowadzeniu, wszak ci co przeczytali jeszcze raczej żyją, pora na rozwinięcie teorii przeszłości. Jest ona prawdziwą udręką, skazą na ciele i duszy różnych despotów, tyranów i satrapów. W ich mniemaniu mogą oni wszystko zrobić, albo nie zrobić, zmienić, albo nie zmienić i czują się panami losu wielu. Od nich zależy bowiem nie tylko ich bytowanie, ale i wolności i prawa osobiste, tych od nich zależnych. Tylko przeszłości zmienić nie mogą. Nienawidzą więc jej z całego serca i gdyby mogli to by ją w całości wyrzucili, a najlepiej wykreślili czarnym mazakiem. Więc twierdzenie, że „historia jest nauczycielką życia” wzbudza u nich uśmiech politowania, i częściej pogardy. Za to dla nas przeszłość stanowi nieustanne źródło dodatkowej wiedzy, o ile mamy umysły otwarte na nauki z niej płynące. Zaznaczyć wypada, że doświadczenie, nazwijmy je historycznym, nie jest ani proste, ani jasne, ani łatwe do zastosowania.
Weźmy wybiórczo pod naszą lupkę historię Roberta Lewandowskiego i porównajmy ją z historią Michała Żyro. Robert Lewandowski pierwsze nauki gry w piłkę nożną pobierał w podwarszawskim Lesznie. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyż każdy kto gra, lub grał w kopaną kiedyś gdzieś zaczynał, ale do pismactwa ta prawda dotarła w postaci zeszpeconej. On, ten Wielki Robert szkolił się arkanach futbolu na piasku? Takim sypkim albo posklejanym paskudztwie. Z gruntu niemożliwe. Więc tworzą teoryjki, że gdyby ten Lewandowski pobierać począł nauki na dywanie z trawy, koniecznie za kilka milionów złotych, to byłby znacznie lepszym grojkiem. Podczas kiedy on tam nauczył się podstaw techniki, panowania nad piłką, celnego podania i strzału. Właśnie tam. Nie nabył umiejętności dryblingu, bo na piasku to rzeczywiście jest mocno utrudnione. Ale od małego brnąc w sypkim lub mokrym piachu wzmocnił mięśnie, stawy i ścięgna i co to kontuzje nieurazowe nie wie /i oby tak pozostało/. Następnie trafił do klubu specjalizującego się w szkoleniu młodzieży do MKS Varsovia, a właściwie zajął się nim doświadczony w pracy z chłopcami pan Krzysztof Sikorski. Miał on czas i widząc, że Robert ma wielki talent zaplanował jego wszechstronny rozwój techniczny, motoryczny i mentalny. Pozwalał Robertowi, aby ten piłkę traktował tak jak w tym wieku należy czyli jako zabawę. Dodajmy, iż Lewandowski w Varsovii ćwiczył i grał z chłopcami o dwa lata od niego starszymi. No i co ważne nikt z selekcjonerów różnych reprezentacji na Varsovię nie zaglądał i Robert do żadnej z nich powoływany nie był. Usprawiedliwiacze tego braku powiadają, że talent Lewandowskiego objawił się później. Trener Sikorski twierdzi jednak, iż młody Lewandowski strzelał mnóstwo bramek w trampkarzach i juniorach młodszych, więcej niż inni z innych bardziej znanych klubów, ale przy powołaniach to ci z tamtych klubów dostawali nominacje, a on nie. Podobnie było jak trafił do Legii II. Był w niej jednym z najlepszych. Ale kiedy przyszło decydować kto w okresie powstawania Młodej Ekstraklasy ma w niej grać okazało się, że dla Roberta miejsca w niej nie ma. Odebrał kartę zawodniczą w sekretariacie, a jego marzeniem była gra w Legii. Znowu miał niefart, albo wielkie szczęście. Gdyby był bowiem wychowankiem Legii to by w niej został. Różne małe interesiki legijnych szkoleniowców i działaczy złożyły się na ten stan rzeczy. Każdy ze szkoleniowców różnych grup, a i trener II drużyny, mieli swoich piłkarzy, których znali od wielu lat, wychowywali ich, szkolili i przybłędę wyrzucili. Ten trafił do niezłego otoczenia w Pruszkowie z wykształconym trenerem Ojrzyńskim, kreatywnym Majewskim i solidnymi Lewczukiem i Zawistowskim. Wędrówka do kariery i wielkich sukcesów Roberta to drabina, na której coraz wyższych stopniach spotykał coraz lepszych trenerów i coraz lepszych zawodników. Można było obserwować jak Lewandowski rośnie piłkarsko, jak coraz więcej umie, jak gra na coraz wyższym poziomie.
Wielu przydaje trenerowi Nawałce, że Robert tak znakomicie gra w reprezentacji. Zawsze podkreślałem, że zasługą Nawałki było to, że tak znakomicie życiowo ułożonego człowieka jak Lewandowski zrobił kapitanem reprezentacji. Ale każdy powinien zauważyć, że przez te ostanie dwa, trzy lata Robert poczynił dalsze niewyobrażalne postępy. Nic by żaden trener reprezentacji nie zrobił, gdyby Robert był na tym etapie piłkarskiego rozwoju co podczas Euro 2012. Najlepszy trener bez znakomitych zawodników niewiele zdziała, podobnie jak najlepsi zawodnicy bez znakomitego trenera. Bo w piłce tak jest jak w przysłowiu: z kim przestajesz takim się stajesz.
Przeciwstawmy powyższemu historię Michała Żyry. Ten nauki zaczął pobierać w klubie z Piaseczna, skąd w wieku 12 lat trafił do Legii. Pierwszy jego szkoleniowiec pan Banasik twierdzi, że był szybki, doskonale dryblował i strzelał bramki. Ale też był nadmiernie szczupły i nie miał w ogóle wytrzymałości. Że tak utalentowany chłopak był w Legii to selekcjonerzy różnych reprezentacji, a to Warszawy, a to Mazowsza, a to szkół, a to Polski powoływali go do nich. Reprezentował. Tylko się nie szkolił i nie rozwijał motorycznie, a przy tym poddawany presji wyniku od najmłodszych lat przestał w młodym wieku traktować piłkę jak zabawę. A co najgorsze to był stale w tym samym otoczeniu. Zadebiutował w I zespole Legii kiedy jeszcze nie miał 18 lat, ale znowu trafił do drużyny, której członków przerastał o głowę /dosłownie i w przenośni/. Musiał znowu grać o jakieś wygrane w Mesie, jakby to poza urzędasami w Legii i przeambicjonowanymi szkoleniowcami kogokolwiek obchodziło. Kto dziś pamięta ogóle taki dziwoląg? Można zapytać: kto z zawodników przez te lata, nie licząc Ljuboji i Radovicia, był od Żyry w Legii lepszy? Od kogo on miał się uczyć? Kto oprócz trenera Skorży miał prawdziwe papiery trenerskie? Kto go i czego miał nauczyć? A do tego ci wszyscy działacze, trenerzy mieli swoje ambicje podsycane przez presję wyniku jaką na nich i zawodników wywierali właściciele klubu. Więc kiedy Michał miał poprawić wytrzymałość, siłę i poukładać się mentalnie? Jego wadą, jeżeli można takiego sformułowania użyć, było dobre wychowanie i takie naturalne posłuszeństwo. Powinien dawno się zbuntować przeciw szkodzeniu jego osobie jako piłkarzowi. To, że teraz to wreszcie uczynił daje pewną nadzieję, że się psychicznie przełamał, że wie czego chce i przestał być bierny. Pokazał, że jest nadal ambitnym zawodnikiem i jest to kapitał na którym coś dobrego można zbudować.
Najgorsze bowiem u tych co maja choć trochę władzy nad innymi jest to, że nie myślą oni o tych innych, aby to im było lepiej, ale całą uwagę skupiają na sobie.

