- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
Zezem. W kalejdoskopie cz. 23.
Tak się układa w pewną prawidłowość, że o zarobkach piłkarzy najwięcej dyskutują ci, których ta sprawa bezpośrednio nie dotyczy. A właściwie dotyczy jako złudzenie optyczne. Dostrzegają żałosną marność własnych dochodów w porównaniu z tymi jakie osiągają zwykli kopacze, którym na dodatek te czynności sprawiają frajdę, w odróżnieniu od normalnych pracowników, którym taka zgodność się przydarza z rzadka.
Ja się przy różnych takich okazjach nadziwić nie mogę, że taka obskurancka mentalność w kraju nad Wisłą nie zanika. Nadal jak się wykaże, że jakaś grupa zawodowa zarabia więcej niż średnia to można z góry założyć, że większość wolała będzie, aby im zabrano. Chyba w genach mamy taki zapis o równości, że to musi być równanie w dół. O niebezpieczeństwie fałszywej równości pisze Bertrand Russell: „Wśród rzeczy, którym grozi poświęcenie na ołtarzu demokratycznej równości, najważniejszy chyba jest szacunek dla siebie. Mam tu na myśli pozytywną część dumy, określaną jako godność własna. Negatywną częścią dumy jest poczucie wyższości. Godność własna chroni przed poniżeniem człowieka będącego w mocy wrogów i daje mu poczucie, że może mieć rację choćby cały świat był przeciwko niemu. Człowiek , który tej cechy nie posiada, będzie traktował poglądy wyznawane przez większość albo przez władzę jako nieomylne, a jeśli taka postawa stanie się powszechna, uniemożliwi wszelki postęp moralny i intelektualny”. Wtedy dla wielu będzie dobrze, a tak po prawdzie najlepiej. Mnie od takiego rozumienia sprawiedliwości rzygać się chce, dlatego nikomu innemu do kieszeni nie zaglądam. Więc jak ktoś się spodziewa, że pisał będę o konkretnych zarobkach piłkarzy to się zawiedzie. I w tym momencie pozwolę sobie na kolejny cytat z Bertranda Russella, który między innymi w sporcie, a zwłaszcza w piłce nożnej upatruje jednej z recept na uchronienie ludzkości przed nieszczęściami jej grożącymi: ”Choć rywalizacja pod wieloma postaciami wywołuje poważne obiekcje, odgrywa, moim zdaniem, zasadniczą rolę w promowaniu niezbędnego wysiłku, a w niektórych dziedzinach stanowi stosunkowo nieszkodliwe ujście dla popędów, które w innej sytuacji doprowadziłyby do wojny. Nikt nie będzie nawoływał do zniesienia rywalizacji w sporcie. Gdyby dwie rozgrywające mecz drużyny piłki nożnej powodowane miłością bliźniego postanowiły umieścić piłkę najpierw w jednej bramce, a potem w drugiej, nie uszczęśliwiłoby to nikogo. Nie ma powodu, by energia wywodząca się z rywalizacji ograniczała się do sportu. Pożytecznych bodźców może dostarczać współzawodnictwo między zespołami, lokalnymi społecznościami czy organizacjami. Jeśli jednak nie chcemy, by rywalizacja stała się bezwzględna i szkodliwa, karą za przegraną nie może być zagłada, jak na wojnie, ani głód, jak przy nieuregulowanej konkurencji ekonomicznej, lecz tylko utrata sławy. Nikt nie lubiłby piłki nożnej, gdyby pokonane drużyny skazywano na śmierć lub morzono głodem.” I ten aspekt funkcji futbolu przy ocenie kwestii finansowych w piłce brać do świadomości musimy. Że jest ona swego rodzaju piorunochronem. Kiedy słusznie traktujemy sport jako zabawę, polegającą na rywalizacji zgodnej z regułami to musimy także zrozumieć, że ona ma miejsce również poza bezpośrednią areną, na której walkę o wygraną widać. Jednym z istotnych części składowych tak rozumianej rywalizacji jest konkurowanie w dziedzinie finansów, w tym zarobków jakie oferowane są pracownikom, w tym wypadku zawodnikom. Na tym polu współzawodnictwo odbywa się przecież nie pomiędzy operatorem maszyn, nauczycielem, a sportowcem, a pomiędzy klubami sportowymi. Najłatwiej tym zazdrośnikom powiedzieć : „Trzeba było być dobrym piłkarzem, a nie … (tu nazwa zawodu)”. Ja kiedy mam dobry humor lubię stare powiedzonko: ”Kibic z dala, niech się nie wp...”.
Dopiero kiedy oczyszczone zostało przedpole z demagogii i populizmu mogę przejść do dalszych rozważań. Nie jest więc żadną winą piłkarza, że zarabia tyle to a tyle. Żaden pracownik nie zarabia za dużo, gdyż otrzymuje od pracodawcy tyle na ile tamtego stać i na ile ocenia umiejętności, wkład pracy i jego przydatność. Tak i zawodnik z wysokiego uposażenia mu zaproponowanego będzie zadowolony, a kiedy miałby otrzymywać zbyt mało, byłby głupcem gdyby się na to godził. Tzw. przywiązanie do barw klubowych nie ma nic do rzeczy. Piłkarz zawodowy do zawód, a nie hobby. A pracę świadczy się za wynagrodzeniem, bo taka jest istota tego stosunku. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że pracodawca kształtuje nie tylko wysokość zarobków, ale też ustala politykę płacową. I ma do tego pełne prawo, tylko że czasami brak pieniędzy tłumaczony jest trzymaniem się ustalonych zasad. Ostatnio prezes Lecha tłumaczył, że nie zatrzymał u siebie Fina, ponieważ u nich kominów płacowych nie będzie i ujawnił ile to rzeczony Fin w Legii zarabiał będzie. I dodał, że oni też mogli tyle, a nawet więcej, ale morale im nie pozwalało. Jak się nie ma, to i nie ma się czym chwalić. A hipokryzją nie warto.
Tylko, że ten pan dotknął ważkiego zagadnienia, a mianowicie w jaki sposób kształtować zarobki zawodników. Generalnie wyróżnia się w rozwiązaniu tego zagadnienia dwie szkoły. Jedną głoszącą, że wszyscy powinni na tych samych stanowiskach zarabiać tak samo i drugą, że zarobki powinny być zróżnicowane. Pierwsza ma swoje źródło w traktowaniu pracownika jak jednego ze środków produkcji w zgodzie z regułami rynkowymi. Tyle jest wart, ile za niego zapłacimy i ile mu oferujemy zarobków. O przyczynach tej metody pisał prof. Abercombie w pracy „Greater London Plan” /cytuję za opracowaniami/: „Praca i płaca w dzisiejszych czasach ze względu na swój charakter nie jest zależna od określonego zasobu siły roboczej, bowiem wymaga stosunkowo niewielkich kwalifikacji, za to dużej sumienności i solidności, a te cechy można wśród robotników znaleźć prawie wszędzie”. O drugim sposobie pisze naukowiec i biznesmen John Spedan Lewis w pracy „Partnership for All – A 34-year Old Experiment in Industrial Democracy” /cytuję za opracowaniami/ : „Fałszywe jest wyobrażenie, jakoby zarówno talent, jak i chęć jego przejawiania stanowiły to, co matematycy nazywają stałymi, i że różne może być tylko wynagrodzenie otrzymywane przez pracownika. Tymczasem to od wynagrodzenia zależy w znacznej mierze nie tylko chęć do pracy, ale i uzdolnienia. Ludzie nie tylko są wysoko wynagradzania bo są zdolni; przejawiają uzdolnienia, ponieważ są dobrze wynagradzani”. Lewis na podstawie swoich 34 lat badań ekonomiczno-socjologicznych doszedł do przekonania, że musi być przeciwny zrównaniu zarobków i to nie dlatego, że ludzie lepiej wykonujący swoją pracę zasługują na wyższe zarobki, ale z powodów odmiennych – lepsze wynagrodzenie stanowi bodziec do lepszej pracy.
Tak ukształtowana polityka placowa musi być jednak zachęcająca dla każdego zawodnika. Niezmiernie istotna w tym względzie jest więc proporcja zarobków pomiędzy najmniej zarabiającymi i tymi najlepiej. Jedna z najpopularniejszych teorii behawioralnych w USA głosi, że właściciel musi na stanowisko kierownicze kogoś sam mianować, ale powinna to być taka osoba, którą, gdyby były wybory, wybrałaby również załoga. Odpowiednio stosując to do sytuacji zarobkowej to system powinien być tak ukształtowany, aby był do zaakceptowania dla każdego członka drużyny, ale też każdy musi mieć poczucie, że o tym decyduje właściciel, a nie wola pracobiorców. W klubach, które ujawniają wysokość zarobków piłkarzy zaliczanych do kadry I zespołu np. w Bayernie Monachium proporcja ta wynosi 1 do 12, podobnie jest winnych klubach tzw. wielkiej piątki poza Francją, gdzie te proporcje są jak 1 do 10. Oznacza to, że żaden zawodnik przychodzący do takiego klubu nie otrzyma propozycji zarobków niższych niż minimum np. 1 mln euro, ale też żaden nie może liczyć na więcej niż 12 mln. euro. W takich klubach więc jak np. rośnie górna kwota to i wzrastają proporcjonalnie płace tych najniżej uposażonych. Kwestia konkretnych sum zależy od zasobności portfela właściciela. W Legii do czasu przyjścia prezesa Leśnodorskiego nie było żadnej polityki płacowej, było za to szabrowanie kieszeni ITI przez obrotnych menedżerów. Dochodziło do takich paradoksów, że zawodnicy grający w pierwszej drużynie otrzymywali miesięcznie 30-40 razy mniej od zawodników, którzy nie zawsze łapali się do kadry meczowej. W takiej sytuacji sukcesy sportowe były nieosiągalne być może także z uwagi na fakt nieakceptowania przez większość tak woluntarystycznego opłacania wartości i przydatności graczy dla drużyny. Nie powinno też dziwić pchanie się do Legii różnych graczy, głównie zagranicznych, liczących na łatwy i wysoki zarobek, zgodnie z zasadą rąbania frajera. A z drugiej strony uwidoczniła się chęć ucieczki z Legi graczy mniej zarabiających czujących się finansowo niedocenianymi bez względu na to kiedy i gdzie. Obok innych dokonań pana Leśnodorskiego uporządkowanie tej chorej sytuacji uważam za poważne osiągnięcie. Żartobliwie też dodam, że nie jest winą właścicieli Legii, że są w stanie finansowo przyciągnąć niezłych jak na skalę, nie tylko krajową, piłkarzy. Wzbudza to zazdrość innych klubów oraz nieudolne i śmieszne próby usprawiedliwienia ich niepowodzeń na rynku transferowym tym, że Legia to albo tamto. Ale to też świadczy o tym, że do normalności w dziedzinie akceptowalności braku formalnej równości w zasobności klubowych kas nam daleko. Kibice w Polsce będą musieli przywyknąć do sytuacji, w której Legia może więcej. Nieco odmienną kwestią jest pytanie: czy i na ile Legia tę niewątpliwą przewagę wykorzystuje. I tu odpowiedz zadowalająca nie jest. Jest to co prawda temat na inne opowiadanie, ale tak z pamięci mógłbym wymienić ponad 20 młodych krajowych zawodników wyróżniających się w innych klubach Ekstraklasy, a którzy byliby przydatni w Legii i na jej chwałę , a i na finanse z transferów by grali. Przy okazji zachwytów jakimi to jesteśmy królami polowania jest to taka pełna łycha dziegciu.
Powyższe uwagi, tylko z lekka dotykające tematu struktury i metodyki kształtowania płac oraz jej różnorakich funkcji żadną miarą nie odmawiają tzw. zwykłym ludziom prawa do oceny wysokości zarobków piłkarzy zwłaszcza w dwóch aspektach: czy na nie rzeczywiście zasługują i co z nimi robią? Te dwa zagadnienia w ocenie opinii publicznej nierozerwalnie wiążą się ze sobą. Znowu nie rozwinę tematu tylko go delikatnie zasygnalizuję. Ludzie nie aprobują niesportowego tryby życia, dowiadując się o wielu sprawach po czasie, bo różne wspomnienia byłych piłkarzy ukazują przerażający obraz. Oni chyba nie grali w piłkę, skoro niewiele o niej piszą, oni tylko upijali się, grali w kasynach i rozrabiali. A z drugiej strony, trudno oszacować jak duża jest to rzesza. Psychologowie znaleźli sobie dobrze płatne zajęcie, lecząc uzależnienia i nazywając niektóre stany np. zakupoholizmem. Ale normalnie myślący człowiek wie, że gdyby oni nie mieli nadmiaru pieniędzy, to by nie mieli za co chlać, uprawiać hazardu i kupować cokolwiek, byle za dużo. Więc taki przeciętny zjadacz chleba, który ledwo wiąże koniec z końcem, ma prawo do pytania: czy w ogóle warto im tyle płacić, skoro i tak wszystko, a nawet więcej, wyrzucają w przysłowiowe błoto?

