- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
Zezem. W kalejdoskopie cz. 25.
Jak twierdzą ludzie mądrzy, w każdym razie mądrzejsi od waszego uniżonego sługi, istnieją dwa sposoby pisania o przyszłości: naukowy i utopijny. W pierwszym wypadku piszący usiłuje wykryć to co jest prawdopodobne, w drugim przedstawia to co odpowiada jego pragnieniom.
Żaden z adeptów wielce rozwiniętej nauki w rodzaju astronomii nie obrałby metody utopijnej: ludzie nie przepowiadają zaćmień dlatego, że byłoby rzeczą przyjemną, gdyby one zaistniały. Czynią to, gdyż wiedzą, iż w którymś momencie, w jakimś czasie, słońce, ziemia i księżyc zajmą takie miejsca na nieboskłonie, które to zjawisko umożliwia. W sporcie, a osobliwie w piłeczce naszej kopanej te dwa spojrzenia na przyszłość zostają dokładnie zmieszane, tak że nie jesteśmy w stanie odróżnić prawdopodobnego od urojonego. Bowiem kibice klubu pragną całym swoim jestestwem, aby ich drużyna stale wygrywała. Tak jak kibice Legii, którzy nie tyle wierzą, ile mają przekonanie, że to się ziści. I do tak dookreślonego marzenia dorabiają teorie bardziej lub mniej prawdopodobne. W każdym razie w jakimś stopniu racjonalne. Zmieniono trenera – oczywiście na lepszego. Zakupiono zawodników – są wzmocnieniami. Oddano zawodników – baba z wozu koniom lżej. Piłkarze padają ze zmęczenia podczas treningu – będą wytrzymalsi w meczach. Trenują bardzo lekko – będą mieli świeżość. Trener nie dokonuje zmian – zwycięskiego składu się nie zmienia. Trener zmienia zawodników – wie co robi. A kiedy sukces stanie się faktem to kibice dostają argument do ręki: a nie mówiłem, a nie przewidziałem, przecież to było wiadome. W jednej z audycji w TVP Warszawa Stefan Szczepłek swoje rozmowy z ludźmi z Legii kończy słowami: „W maju spotkam się z wami jako mistrzami Polski”. Gorzej jak nadzieje spłoną w obliczu porażki. Wówczas w pierwszym momencie działają emocje, te w wymiarze negatywnym wyrażające się w szukaniu winnych. Często wskazywani jako winni zawodnicy czy trener, są nimi rzeczywiście. Ale potem emocje zastępuje namysł. Toć to tylko sport. To nie my kibice przegraliśmy tak naprawdę, to przegrali nasi chłopcy. Więc należy im współczuć, nie kopać ich, bo to życie ich już pobiło. A potem traumę zastępuje najlepsze lekarstwo, działanie czasu, zapomnienie. I wszystko zaczyna się od nowa. „I znowuż jestem” - to ja, niepowstrzymana i wieczna nadzieja.
Ci sami, a nawet mądrzejsi od nich dzielą ludzi na porządnych i tych występnych. Wszyscy mniej więcej wiemy co się kryje pod pojęciem porządnego człowieka. Idealnie czysty moralnie osobnik nie pije trunków, nie pali, unika przekleństw i wymysłów, rozmawia z mężczyznami tak jakby to czynił w obecności kobiet, uczęszcza regularnie do kościoła i trzyma się w każdej sprawie ogólnie przyjętych poglądów. Odczuwa on zbawienną obawę przed złym postępowaniem i zdaje sobie sprawę, że naszym smutnym obowiązkiem, podkreślam obowiązkiem, jest karcenie grzechu. Jeszcze większą odrazą przejmuje go nieprawomyślność i dlatego uważa, że władze powinny chronić, szczególnie młodzież, przed tymi, którzy kwestionują mądrość i zasadność dominujących poglądów, na ogół korzystnych dla tych lepiej prosperujących. Poza swoimi obowiązkami zawodowymi, które gorliwie wypełnia, zużywa on wiele czasu na zbożną pracę: popiera patriotyzm i własną nację, propaguje i krzewi zdrowe moralnie idee, zwalcza wrogów, dając baczenie i domagając się, aby uchybienia pod tymi względami spotkały się z zasłużona karą.
Każdy kto powyższy, przykładowy katalog cnót przeczyta, ma prawo zastanowić się czy tak ukształtowany porządny człowiek czyni cokolwiek dobrego, a w każdym razie więcej niż człek występny. Bowiem jego czyny są z reguły przeciwne deklarowanej porządności. I zbliżają go do tego nieporządnego. On bowiem przy sposobności wypije, a nawet zaklnie, gdy ktoś mu na odcisk nastąpi lub nazwie głupiego głupcem, durnia durniem, oszusta oszustem, błazna błaznem, nieuka nieukiem i można jego przewiny jeszcze mnożyć. Rozmowa jego nie zawsze nadaje się do druku, bo widzi wiele rzeczy inaczej niż większość. I inaczej je definiuje i inaczej nazywa. W stosunku do złego postępowania przybiera tę sama naukową postawę co do zepsutego samochodu, dowodząc przy tym, że kazania i karania nie mogą więcej wyleczyć z występku niż naprawić zepsutą oponę. Żywi niepohamowaną sympatię do różnych odszczepieńców i często nie ukrywa swoich pośliźnięć w dziedzinie moralności, uważając że lepiej być uczciwym wobec siebie i innych, niż udawać, że się daje dobry przykład. To wszystko dowodzi, że nie jest nam potrzebna wola wiary, ale pragnienie wykazania prawdy, co jest rzeczą wprost przeciwną. Jeśli więc przypuścimy, że racjonalny sceptycyzm, co u siebie nazywam przekornie ekscentrycznością, jest pożądaną cechą umysłu, to niewątpliwie zainteresuje nas pytanie: a jakim to sposobem jest pod dostatkiem bezrozumnej pewności w świecie. Wielką jej część należy przypisać wrodzonej nieracjonalności i łatwowierności współczesnego człowieka, czemu sprzyja nacisk tzw. opinii publicznej czyli mediów, a właściwie uprawiana przez nie propaganda. Więc i kibic piłkarski stale znajduje się pomiędzy Scyllą i Charybdą. I nie wie jak się odnaleźć w tej sprzeczności, pomiędzy tym co racjonalne, a co emocjonalne. Czy będzie sceptyczny, że tylko jego drużyna może wszystko wygrać, czy też włączy się w ogólną tromtadrację? I będzie szukał wszędzie potwierdzenia, że tak być musi. Z wygody wybierze z reguły tę drugą możliwość. W grupie zawsze łatwiej i przyjemniej. Daje ona poczucie przynależności i bezpieczeństwa oraz zapewnia komfort niesprzeczności pomiędzy swoimi poglądami, a odczuciami większości. Razem będziemy świętować wygrane i razem opłakiwać porażki. I nie ma tym nic zdrożnego. Tylko że jak wyjdzie się z tego zaklętego kręgu wzajemnej adoracji i zetknie się z tymi, którzy myślą i czują inaczej i dla nich wygrane Legii Warszawa nie są sukcesem, ale porażką – dozna rozdwojenia jaźni. Czy przyjmie postawę tolerancyjną w poczuciu wyższości, którą daje zwycięstwo, czy postawę obrony własnej godności i szacunku dla przeciwnika, nawet kiedy przegra? To dopiero może zaświadczać, że porządność z występkiem zostały pojednane. Nie stanowi to żadną miarą przygotowania do porażki, wręcz przeciwpołożnie, stanowi to przygotowanie do przewidywanego pełnego sukcesu. A więc do tego abyśmy pamiętali, że kiedy my się będziemy cieszyć to inni się będą smucić. Więc radość wypada miarkować, tak aby była do zaakceptowania dla tej pozbawionej radości wygranej, większości. Bowiem i w innym przypadku traci się te moralną przewagę wynikającą z akceptacji nas, jako tych lepszych. I dominującą staje się postawa wrogości i odrzucenia.
Najbardziej uczeni w piśmie, których nawet nie śmiem wymieniać uważają, nie bez słuszności, że świat byłby naprawdę dobry, a każdym razie lepszy niż jest, gdyby ludzie egoistycznie dążyli do urzeczywistnienia w nim swoich interesów. Bowiem prawdziwe interesy prawie wszystkich ludzi są tożsame i w istocie swej niesprzeczne ze sobą. Nie jest to wezwanie do hołdowania utylitaryzmowi, gdyż miarą naszej postawy wobec bliźniego nie może być samozadowolenie. W ten sposób wyrażamy wyłącznie swoje pozytywne nastawienie do sensu naszego bytowania. Nagminną bowiem, co stwierdzam nie bez osobistej przygany, postawą ludzi wobec siebie stanowi nastawienie negatywne. Inaczej mówiąc, najpierw baczymy, aby komuś nie powiodło się lepiej niż nam i wręcz się cieszymy jak mu się noga powinie. Jest to stan zarówno umysłu jak i świadomości. Spotykamy się z tym zjawiskiem wszędzie: w życiu codziennym, w pracy, w mediach, w sporcie. Ta smutna konstatacja znajduje choćby potwierdzenie w takich powszechnie widzianych faktach jak chociażby to, że nie tak dawno piłkarze Wisły, Ślaska czy Lecha zdobywając mistrzowskie tytuły, nie potrafili dobitnie wyartykułować, że „To my jesteśmy na teraz najlepsi”. Nie. Oni musieli publicznie ryczeć, że zrobili to na złość Legii. Gdyby dbali o własne interesy i właściwie je rozumieli, nie doprowadzaliby do pogłębienia podziałów i powiększenia skali wrogości. Więc kiedy nasza drużyna odniesie sukces winniśmy potraktować to w kategoriach naszej wygranej. A nie jako klęskę przeciwników. Nie odpowiadajmy pięknym za nadobne. Bowiem ktoś musi tę spiralę nonsensu, chociaż w sporcie, chociaż w piłeczce naszej kopanej, przerwać. Dla swojego dobra.
A tak w ogóle to „obyśmy tylko zdrowi byli”.

