A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 40.

Bardzo dobrze znałem tego małego chłopca, który grał w piłkę na dużym podwórku pomiędzy wysokimi blokami. Piłka była nieduża, do gry w szczypiorniaka, gdyż dla zupełnie małych chłopców futbolówka była za duża i za ciężka. Tymczasem chłopiec rósł i pragnął zostać piłkarzem.

Dostał się do klubu w małym mieście, w którym mieszkał. Już nie grał na podwórku, które okazało się małe, a bloki nie takie wysokie. Piłkarzem nie został, bo talentu i zapału było przymało, a i poważna kontuzja nie pomogła. Ale pilnie śledził kiedy chłopcy z jego rocznika zaczną grać w dorosłą piłkę na poziomie ligowym. Grali przez kilkanaście lat, lecz było ich coraz mniej, aż ustali zupełnie. Wówczas przeniósł swoje zainteresowanie na trenerów ze swojego rocznika. Było ich kilku, ale również zaprzestali już działalności szkoleniowej. Teraz coraz częściej widzi daty swoich urodzin na klepsydrach, w nekrologach i na płytach nagrobnych. Bardzo dobrze znam tego małego chłopca… On się nie zmienił. To świat się postarzał.

Przed laty lekturą szkolną była powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego „Stara baśń”. Na podstawie tej powieści reżyser Jerzy Hoffman zrealizował film zatytułowany „Kiedy słońce było bogiem”. Nawiązuję do tytułów dzieł, bowiem poniżej powspominam niektórych z tych piłkarzy o   czasach  których można by rzec: „Stare dzieje, czyli opowieść o tym kiedy taktyka była piłkarzem”.

Najpierw o największym z największych, czyli o Edsonie Arantesie do Nascimento, rocznik 1940, znanym jako Pele. W Muzeum Obrazu i Dźwięku w Rio de Janeiro wśród najcenniejszych eksponatów znajduje się zapis życiorysu opowiedzianego przez Pele oraz utrwalone video z jego występów na boiskach całego świata. Jego karierę opisano w kilkudziesięciu książkach, nakręcono o nim kilkanaście filmów. On sam wydał dwie autobiografie, za które dostał złoty medal Ministerstwa Kultury i Oświaty Brazylii, co ze wszystkiego co zdobył ceni najwyżej, gdyż między dzięki tym książkom w Brazylii zmniejszył się analfabetyzm. Miliony dzieci chciały je na własne oczy przeczytać. W czasie kariery nazywany był „Paganinim futbolu”, „Einsteinem boiska” lub po prostu „Królem”.

Pele najwięcej zawdzięcza ze swoich piłkarskich umiejętności oczywiście niebywałemu talentowi, ale i pierwszemu trenerowi w Bauru Athletic Club, Valdemarowi de Brito. On to nauczył Pelego przyjmować piłkę na piersi, ramiona, biodra, kolana, stopy. Kładł nacisk na ustawianie się zawodnika równolegle do lotu piłki. Ma się wtedy jasny obraz pozostałych piłkarzy na boisku, przegląd sytuacji. Po przyjęciu piłki można ją natychmiast przekazać partnerowi bez rozglądania się. Nauczył dryblingu, zwodów polegających na błyskawicznym obejściu przeciwnika w momencie, gdy piłka idzie obok niego. Nauczył wchodzenia ciałem pomiędzy piłkę a przeciwnika, tak aby nie dać sobie jej odebrać. Nauczył strzelać na bramkę również tak, aby nadać piłce wirowy lot w lewo lub prawo, co jest szczególnie ważne przy rzutach wolnych i karnych. Nauczył główkować, a to w taki sposób, że wieszał trzy piłki wysoko na żerdzi, pierwszą uderzało się czołem po wyskoku z lewej nogi, drugą po wyskoku z nogi prawej, a tę najwyżej zawieszoną po wyskoku z obu nóg. Najważniejsze, że de Brito nauczył punktualności, dyscypliny i wzajemnej lojalności. Oduczył palenia i picia. Pele znajdował w piłce nożnej przede wszystkim radość. Bramki dla niego i wynik meczu były pochodną raczej żywiołowych niż wyrachowanych działań. Inaczej niż w Europie, w której od zawsze działania na boisku były podporządkowane końcowemu rezultatowi meczu. Po raz pierwszy wystąpił w finałach Mistrzostw Świata w Szwecji w 1958 roku. Wraz z Garrinchą uznani zostali za głównych autorów sensacyjnego zdobycia tytułu oraz twórców nowego stylu gry zwanego „brasilianą”, a opartego na fenomenalnej technice. W 1962 roku w Chile  miał miejsce drugi triumf Brazylii. Tym razem Pele po kontuzji w pierwszym meczu z Czechosłowacją nie grał, ale drużyna, która uwielbiała Pelego za jego kunszt piłkarski, ale i za bezpośredniość, skromność i koleżeńskość, publicznie złożyła przysięgę, że tytuł zdobędzie dla niego. Po wygranej w finale cała drużyna podbiegła do Pelego i niosła go na ramionach w rundzie honorowej wokół boiska. Po turnieju Pele oddał hołd obrońcom drużyny czechosłowackiej, którzy widząc, że doznał kontuzji, starannie pilnowali się, aby jakimś ostrym wejściem go nie urazić i nie spotęgować kontuzji. Inaczej było na następnych mistrzostwach w Anglii w 1966 roku, gdzie już w pierwszym meczu Bułgarzy przy przymykaniu oczu przez sędziów bezkarnie kopali Pelego, a nawet spowodowali głębokie rozcięcie jego łuku brwiowego. W trzecim meczu, ostatnim dla Brazylii, Portugalczyk Morais bez piłki staranował Pelego i skopał leżącego na ziemi. Klęska Brazylii w 1966 roku stała się zarodkiem ponownego sukcesu w 1970 roku w Meksyku, znowu z Pelem w roli głównej. W finale z Włochami zdobył pierwszą bramkę, a potem był tak pilnowany, że jego koledzy mieli ułatwione zadanie. Jest to być może najpiękniejszy finałowy mecz Mistrzostw Świata, niedościgły wzór ukazujący do czego zdolni są piłkarze jeżeli da im się grać. A Pele był tym najwspanialszym. O szacunku dla niego może zaświadczyć zdarzenie jakie miało miejsce podczas tournée Santosu w Kolumbii. W meczu z drużyną z Bogoty sędzia najpierw nie uznał bramki strzelonej przez Pelego, a później usunął go z boiska. Na trybunach wybuchły zamieszki i trwały tak długo aż sędzia zszedł z boiska. Zastępujący go liniowy wezwał Pelego na boisko, co zostało powitane owacją. Jeden z dziennikarzy tak o nim napisał: ”Żeby wyłączyć Pelego z gry trzeba trzech obrońców. Jeden łapie go wpół, drugi próbuje odebrać piłkę, a trzeci wyjmuje piłkę z siatki”.

W 1972 roku piłkarze Ajaksu Amsterdam zdobyli puchar i mistrzostwo Holandii, wygrali w finale rozgrywek o Puchar Klubowych Mistrzostw Europy z Interem, a następnie ukoronowali swe występy zwycięstwem w Pucharze Świata nad Indepediente Buenos Aires. Wprawdzie w tenisie wymyślono pojęcie „wielkiego szlema”, ale i w futbolu użyto tego określenia po raz pierwszy właśnie w stosunku do Ajaksu. Asem atutowym tego klubu był Johan Cruijff, rocznik 1947. Trenerem, który doprowadził Ajax na szczyt był Stefan Kovacs. Młody Johan urodził się w biednej rodzinie, a na dodatek gdy miał 9 lat, zmarł mu ojciec. Szansą dla niego na odmianę losu stała się piłka nożna. Jednak był wątły i w klubie spychano go do do coraz młodszych zespołów. Aż zauważył go trener pierwszej drużyny, Anglik Vic Buckingham. Zajął się nim osobiście, aplikując ćwiczenia wzmacniające oraz pomagając materialnie, dzięki czemu Cruijff lepiej się odżywiał i stał się sprawnym sportowcem. Jako pierwszy piłkarz w historii podpisał zawodowy kontrakt w wieku 18 lat. W wieku 21 lat wygrał plebiscyt „France Football” na najlepszego piłkarza Europy jako genialny rozgrywający Ajaksu i reprezentacji Holandii. Był wielką gwiazdą i wcieleniem wszystkiego co miał najlepszego do zaoferowania tzw. futbol totalny. Łatwo jest atakować i bronić się wszystkimi siłami w hokeju na lodzie czy koszykówce, ale w piłce nożnej, której boisko jest olbrzymie, wymagało to położenia ogromnego nacisku na kondycję. Właśnie dzięki kondycji na początku lat siedemdziesiątych piłkarze Ajaksu i reprezentacji Holandii dominowali na boisku. Potem i inni zaczęli zwracać większą uwagę na poprawę wydolności zawodników, szanse wyrównały się i przestano mówić o futbolu totalnym. Ale nie przestano o Cruijffie. Grał on w każdej drużynie w której występował rolę wiodącą. A inni piłkarze byli mu posłuszni, bo wiedział i widział na boisku więcej od nich, lepiej potrafił wszystko przewidzieć, a zasób umiejętności czystko piłkarskich  pozwalał mu na wprowadzanie zamiarów w skuteczne działanie. Ja zapamiętałem sylwetkę Cruijffa, który poruszał się raz wolno, raz niezwykle szybko, ale zawsze wyprostowany, przyczajony i gotowy do ataku. Wielka postać.

Trudno jest do dziś ustalić kto wymyślił i kto jako pierwszy wprowadził na boisko hasającego swobodnie po wszystkich pozycjach i liniach zawodnika nazwanego z czasem libero. Jedni teoretycy futbolu twierdzą, że był nim Alfredo di Stefano, który wyprzedził epokę. Di Stefano był jednak napastnikiem, a funkcje libero są raczej obronne. Druga grupa fachowców twierdzi, że libero wymyślili Włosi, wszak to włoska nazwa, a konkretnie Helenio Herrera, który z obrony Interu wyłączył Armando Picchiego i ustawił go przed bramkarzem. Ale tego gracza nazwano wymiataczem. Z biegiem czasu w którym w futbolu zaczęto rezygnować z prymatu obrony nad atakiem coraz częściej zaczęto funkcję libero łączyć również z ofensywą. To Franz Beckenbauer, rocznik 1945, był pierwszym, który w sposób idealny stworzył nowy typ ofensywnego libero i tym samym obalił istniejący dotychczas porządek. On sam po meczu z Polską w 1971 roku tak charakteryzował swoją rolę na boisku: ”W Anglii w 1966 roku grałem raczej nogami niż głową. Wtedy kopałem piłkę , to prawda, że nawet bardzo dobrze, strzeliłem przecież  aż 4 bramki, dziś natomiast cała moja gra polega na tym, aby znaleźć się na boisku w tym miejscu, gdzie jest to potrzebne. Wtedy grałem bardziej ofensywnie, dziś jestem libero. Stanowię zarówno ostatni punkt oporu przed bramką, ubezpieczam, naprawiam błędy popełnione przez kolegów, jak również inicjuję akcje ofensywne, przechodzę do ataku, szukam luk w obronie przeciwnika i natychmiast w nie wchodzę”. Hołd oddał mu także Jacek Gmoch, który w książce „Alchemia futbolu”, tak pisał: „Wymienność funkcji w zespole, idealna współpraca zawodników były czynnikami, które doprowadziły reprezentację RFN do wielkich sukcesów w latach 70-tych: w 1972 roku zdobyła ona tytuł mistrza Europy, a w 1974 roku tytuł mistrzów świata. U podstaw tych sukcesów między innymi leżało dysponowanie idealnym, nowoczesnym libero jakim był właśnie Franz Beckenbauer”.

Kolejnym z wielkich był nasz Kazimierz Deyna. Napisano o nim wiele i jeszcze zostanie napisane. Ja sam na tej stronie popełniłem felieton o nim zatytułowany: ”Mała opowieść o wielkim piłkarzu” oraz opisałem jego grę i rolę jaka odegrał w dwóch felietonach o Wielkiej Legii. Wielokrotnie również odnoszę się w komentarzach do jego gry na zasadzie porównania lub wzorca, kapitana, przywódcy i wielkiego piłkarza. Dlatego w tym felietonie nic więcej nie dopiszę. Skonkluduję, że  bez niego nie było by sukcesów Legii w latach 1969-1971 oraz reprezentacji w latach 1972-1978. W 1974 roku został uznany za trzeciego piłkarza na świecie po Beckenbauerze i Cruijffie. Gdyby go określić jednym mianem to najbardziej pasującym byłoby: DYRYGENT.

Końcówka będzie raczej minorowa, gdyż zauważam, że historii nie ma się co uczyć, nie ma czego zapamiętywać, nie ma do czego wracać, bo wszystko się tak szybko zmienia. Czy aby nie za szybko?

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1