A+ A A-

Wiara, nadzieja i... niespełnienie z lat '70

Rok 2012 obrodził wysypem wielu, młodych, utalentowanych piłkarzy. Czyżby w polskiej kopanej pojawiło się światełko nadziei w ciemnym tunelu marazmu, rozbudziło oczekiwania, że nie tylko „trójkąt dortmundzki” będzie stanowił o sile polskiej piłki?

Wiara w to, choć płocha, ale podsycana, potrzebą właśnie kibicowskiego katechizmu, atrybutu wyznania, polegającego na zawierzeniu wbrew doświadczeniom rozumu, sprowokowała mnie do sformułowania i przedstawienia we Fleszu czarno-eLkowym hipotetycznej reprezentacji Polski złożonej z zawodników urodzonych tylko w latach dziewięćdziesiątych.

Gwoli przypomnienia tak się prezentowała:

Wojciech Szczęsny (ur. 18.04.90)

Paweł Olkowski (ur.13.02.90)

Grzegorz Krychowiak (ur.29.01.90)

Bartosz Salamon (ur.01.05.91)

Marcin Kamiński (ur.15.01.92)

Daniel Łukasik (ur.28.04.91)

Karol Linetty (ur.02.02.95)

Paweł Wszołek (ur.30.04.92)

Rafał Wolski (ur.10.11.92)

Mariusz Rybicki (ur.13.03.93)

Arkadiusz Milik (ur.28.02.94)

Rezerwowi:

Jakub Słowik (ur.31.08.91), Filip Modelski (ur.28.09.92), Ariel Borysiuk (ur.29.07.91), Michał Żyro (ur.20.09.92), Michał Kucharczyk (ur.20.03.91), Łukasz Teodorczyk (ur.03.06.91), Mariusz Stępiński (ur. 12.05.95)

Do tego okazałego grona można już zdecydowanie dorzucić i przede wszystkim Kubę Koseckiego (1990), i Dominika Furmana (1992), i debiutującego właśnie niedawno w Serie A – Piotra Zielińskiego (1994), inni zapewne też dołączą, choćby i z legijnej akademii.

Kibicowski entuzjazm, optymizm jest potrzebny, bez wiary w potencjalny sukces, życie w malkontenckim ateizmie jest szare, co najwyżej żeruje na szyderczym, złośliwym, frustrującym czarnowidztwie, gdzie każdy sukces traktuje się jako przypadkowe, szczęśliwe zrządzenie losu, a porażka jest potwierdzeniem dla zrzędliwego, przemądrzałego krytykanctwa.

Co zrobić,  żeby nie być traktowanym niczym neofita, obnoszący się ze swoim ‘objawieniem’ niczym kościelna dewotka, żeby nieroztropnie i beztrosko namaszczanym na następców Deyny i Bońka młodym, zdolnym chłopakom w głowach nie namącić, a jednocześnie, żeby przy nadziei i wierze pozostać.

Kompresem z lodu na rozgrzaną głowę, niech będą jedenastki tych, w których pokładano równie wielkie nadzieje, roztaczano piękne perspektywy, a którzy w minionych latach ich nie spełnili.

Jedenastka „niespełnionych” z pokolenia urodzonego w dekadzie lat osiemdziesiątych została przedstawiona:

1. Michał Miśkiewicz (ur.20 stycznia 1989)

2. Krzysztof Król (ur. 6 lutego 1987)

3. Błażej Augustyn (ur. 26 stycznia 1988)

4. Maciej Sadlok (ur. 29 czerwca 1989)

5. Grzegorz Bronowicki (ur. 4 sierpnia 1980)

6. Marcin Smoliński (ur. 5 kwietnia 1985)

7. Marcin Burkhardt (ur. 25 września 1983)

8. Patryk Małecki (ur. 1 sierpnia 1988)

9. Radosław Matusiak (ur. 1 stycznia 1982)

10. Radosław Mikołajczak (ur. 5 lipca 1988)

11. Dawid Janczyk (ur. 23 września 1987)

kto ciekawy uzasadnienia niech zerknie do Flesza.

Powołania do ‘kadry’ z ’70 otrzymali:

Aleksander Kłak (ur. 24 listopada 1970) – „Rozpoczynałem karierę w wieku 14 lat, kiedy podpisywałem prawie zawodowy kontrakt przenosząc się z Dunajca Nowy Sącz do Igloopolu Dębica. Teraz po dwudziestu latach występów odchodzę nie mając łez w oczach, bo wiele w sporcie osiągnąłem.” – w  wywiadzie dla Gazety Krakowskiej w 2006 roku.

Aleksander Kłak jest spełnionym  facetem, który dzięki piłce ułożył sobie rozsądnie 20 lat życia, oby wielu rozpoczynających piłkarską przygodę z piłką mogło podążyć  jego śladami, sukcesami. Umieszczenie w „jedenastce niespełnionych”  ich nie podważa, wskazuje tylko, że w pewnym momencie były rozbudzone wokół danego zawodnika, ogromne medialne nadzieje, perspektywy iście królewskiej kariery, która z różnych powodów, czasem niezależnych  kompletnie od piłkarza, potoczyła się troszeczkę mniej spektakularnie niż  oczekiwano. Jedenastka niespełnionych to dowód  talentu i przestroga, że nie zawsze z różnych względów musi się on rozwinąć do tego stopnia jak przepowiadano.

Podstawowy bramkarz  srebrnej jedenastki z Barcelony 1992. Odważny, sprawny. Jak wielu kolegów z pola, wydawało się, że zmieni szyld z olimpijskiego na pierwszej reprezentacji i będzie stał między słupkami w kadrze przez długie lata. Niestety głównie z powodów permanentnych groźnych kontuzji, najczęściej kłopotów z barkiem, skończyło się na 11 spotkaniach, ośmiu towarzyskich i trzech w eliminacjach do Mistrzostw Świata.

Pan Aleksander zasłynął  jeszcze jedną decyzją po zakończeniu kariery: „Kiedy postanowiłem, że kończę z grą w piłkę zastanawiałem się co robić dalej. Trafiłem do dużej firmy, która obsługuje w Antwerpii miejską komunikację. Mimo że jestem dopiero kandydatem na kierowcę, ta praca bardzo mnie wciągnęła. Może to moje spełnienie dziecięcych marzeń? Koledzy, z którymi razem wykonuję kursy znają mnie z gry, dużo rozmawiamy, panuje fajna atmosfera.” (WP). Nie każdy potrafi sobie znaleźć miejsce  po rozbracie z futbolem, były bramkarz  poradził z tym sobie skutecznie.

Maciej Terlecki (ur. 9 marca 1977) - Mistrz Europy z 1993 roku w kadrze U -16. Znany tata, piłkarski internacjonał, Stanisław Terlecki, próbował nastoletniego syna okrzyczanego ogromnym talentem umieścić wpierw w Bayernie Monachium, później w Anderlechcie Bruksela, suma sumarum, nic z tego na dłużej nie wyszło, Terlecki junior wrócił do Polski, zaliczył masę klubów, w reprezentacji seniorskiej zagrał tylko jeden raz.

Plotkarskich przyczyn takiego stanu rzeczy, nie będziemy cytować. Dziś Pan Maciej udziela się jako telewizyjny komentator sportowy.

Paweł Drumlak (ur. 2 marca 1976) – do jedenastki niespełnionych z ’80 nie został powołany Piotr Giza, zatem w obecnej znajduje się miejsce, dla nieco starszego kolegi, który z krakowskim klubem miał swoje perturbacje. Obaj panowie w pryzmacie ekstraklasy mogli się wyróżniać dobrą techniką, przeglądem pola, niezłym strzałem z dystansu, ogólnie elegancją gry. Talent Pawła Drumlaka dostrzegli skauci ze Szwajcarii ściągając go do FC Luzern jako dziewiętnastolatka. Oknem do europejskiej kariery ten klub się jednak nie okazał. Powrócił do Pogoni Szczecin, żeby później podbijać ekstraklasę w Lubinie, wspomnianej Cracovii, ŁKS-ie. Jednokrotnie wypróbowany w reprezentacji, Pan Paweł postanowił jednak dorabiać się na piłce w lidze. Czynił to na tyle skutecznie, że w kwietniu 2011 został oskarżony o udział w ustawieniu meczu Cracovii z Zagłębiem Lubin.

Paweł Skrzypek (ur. 23 sierpnia 1971) – do Legii trafił z Rakowa Częstochowa w wieku już dojrzałym, 26 lat. Mógł jednak mieć reprezentacyjną karierę porównywaną z Henrykiem Kasperczakiem lub Jackiem Zielińskim, równie późno wchodzącymi na piłkarskie salony, zaimponował w meczu Polska-Włochy (0:0) w Chorzowie wiosną 1997. Oto jak sam go po latach wspominał w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego: 

„Nie będę skromny, wyszedł mi ten mecz. O tym, że gram, dowiedziałem się dwie godziny przed spotkaniem. Trener Piechniczek uznał, że będę lepiej nadawał się do krycia Gianfranco Zoli, niż wysoki Marek Jóźwiak. Przyznam, że byłem trochę spięty: ja na boisku przeciwko najlepszym piłkarzom świata.
Przegląd Sportowy: Zola, ówczesna gwiazda ligi angielskiej i Chelsea, nic przy panu nie pokazał.
Paweł Skrzypek: To był mecz walki, a ja byłem świetnie przygotowany. 90 minut nie odpuszczałem Zoli na krok. On zresztą chyba mnie docenił. Po meczu podszedł do mnie, powiedział, że świetnie grałem i wymieniliśmy się koszulkami. To chyba najlepszy rywal, z jakim się mierzyłem. No i straszny walczak.
PS: To był pana najlepszy mecz w karierze?
Paweł Skrzypek: Na pewno najsłynniejszy.
Niestety Skrzypek na reprezentacji zatrzymał się na dziesiątym meczu, powtórki z Henriego i Zielka nie było.
LN: Czym obecnie zajmuje się Paweł Skrzypek?
- Nie tylko piłką, jak pan pewnie sądził, choć futbol zawsze miał dla mnie duże znaczenie. Jestem agentem ubezpieczeniowym i grającym trenerem w Victorii Przecław." (maj 2011/legia.net)

Mariusz Piekarski (ur. 22 marca 1975) – który z rodowitych Polaków ma w swoim piłkarskim CV takie kluby jak brazylijskie Atletico Paranaense, czy Flamengo Rio de Janeiro, jeżeli uwzględni się jeszcze Legię i francuską Bastię, czy można kogoś takiego obarczyć mianem „niespełnionego”. Zdaniem obecnego „selekcjonera” tej jedenastki, zdecydowanie tak. Piekario z dwoma występami w reprezentacji jest ewidentnym, klasycznym przykładem gracza niespełnionego.
Dziś Mario realizuje się jako futbolowy menago i bloger.

Damian Gorawski (ur. 4 stycznia 1979) - grubo ponad setka rozegranych meczów w Ekstraklasie, 25 w niej strzelonych goli, dwukrotny Mistrz Polski z Wisłą Kraków, 14 występów w reprezentacji i angaż do solidnego rosyjskiego klubu, jak można przypuszczać z godziwym uposażeniem. Ilu młodych chłopaków rozpoczynających przygodę z piłką o takich dokonaniach by marzyło, gdyby je osiągnęli, uznali za spełnienie!?

Umieszczenie w "jedenastce niespełnionych" jest subiektywnym odczuciem jej 'selekcjonera', funkcją odczuć skali talentu do dokonań. Z sukcesami Wisły są łączone inne nazwiska w pierwszym szeregu, Damian Gorawski był raczej w tym drugim, miał być w kadrze na Mundialu w Niemczech, ale z powodu kontuzji zastąpił go Bartosz Bosacki, który zapisał się w statystykach Mistrzostw Świata bramkami z Kostaryką. W FK Moskwa ‘Góra’ specjalnej furory nie zrobił, w Szynniku Jarosław również, a po powrocie do Polski i Górnika Zabrze kompletnie się zagubił, tworząc z Pawłem Strąkiem wykpiwany przez żurnalistów, duet utożsamiany ze śląską odmiana "klubu Kokosa".

Damian Gorawski w wywiadzie dla eurosportu opublikowanym 27 września 2012:

"Proszę więc powiedzieć, co słychać u pana?
Mieszkam w Krakowie, zakończyłem już granie w piłkę. Powoli dochodzę do siebie po poważnym zabiegu operacyjnym, który przeszedłem dwa tygodnie temu. Wstawiono mi protezę stawu biodrowego. Niestety. Teraz trzeba się cieszyć zwykłym chodzeniem, choć na razie tylko o kulach.
Wrócę do pełnej sprawności fizycznej, ale przede mną długa droga. (...)
W Monachium badano, skąd u mnie tyle tych kontuzji i okazało się, że biodra były ustawione pod innym kątem i przez to miałem duże napięcia. Żal. Gdybym był zdrowy, nadal kopałbym piłkę. Przecież mam tylko 33 lata i mógłbym jeszcze dwa lub trzy sezony pograć na dobrym poziomie. Życie jednak weryfikuje plany i pisze nowe scenariusze.
A jaki pan ma scenariusz na nowe życie?
- Ciężki miałem już ostatni rok. Właśnie tyle czasu minęło, od kiedy nie gram w piłkę. Teraz zaczynam twardo stąpać po ziemi. Zrobiłem kurs instruktora trenera i zamierzam nadal iść w tym kierunku, zapisałem się na AWF w Warszawie. Uczęszczam także do Akademii Fotografii. Chciałbym również niedługo zacząć jakiś kurs językowy. Nie chcę siedzieć w domu i staram się sobie wymyśleć, jak najwięcej zajęć.
(...)
Kibice zapamiętali pana jako szybkiego skrzydłowego z dobrym dryblingiem. W Górniku Zabrze rozmienił pan jednak sławę na drobne.
- Tak było, nie ma co ukrywać. Nie wiem tylko, czy tak źle wpłynęło na mnie tamto otoczenie, czy o co chodzi? Faktem jest jednak, że doznałem poważnej kontuzji, już wtedy czyszczono mi te biodra i od tego momentu zaczęło się wszystko, co najgorsze.(...)
Prezesi z Roosevelta zarzucali panu brak ambicji i żerowanie na finansach Górnika. Żałuje pan tego pójścia do Górnika?
- Miałem i mam ambicję. Gdybym był wtedy zdrowy, nie odpuściłbym i właśnie ambicją oraz umiejętnościami wywalczył miejsce w składzie, grał w piłkę do dzisiaj. Zdrowie mnie jednak pokonało. Niestety. Z perspektywy czasu uważam, że przejście do Górnika było najgorszym wyborem w całej mojej przygodzie z piłką. Gdybym mógł teraz cofnąć czas, zupełnie inaczej pokierowałbym karierą. Ale nic już z tym nie zrobię. Wybory był takie, a nie inne."

http://eurosport.onet.pl/pilka-nozna/ekstraklasa/gorawski-chce-byc-fotografem-ale-natalii-siwiec-zd,1,5261332,wiadomosc.html

Sławomir Wojciechowski (ur. 6 września 1973) - czy mistrza Bundesligi i zdobywcę Pucharu Niemiec, gracza Bayernu Monachium można uznać za gracza niespełnionego? Tak, jeżeli nazywa się Sławomir Wojciechowski, angaż do bawarskiego hegemona potwierdza skale talentu, a piłkarskie losy jego zaprzepaszczenie.

Pierwsze piłkarskie kroki Wojciechowski stawiał w Lechii, ale w Ekstraklasie zadebiutował w sezonie 1993/94 w Zawiszy Bydgoszcz. Klub spadł z ligi, ale nie mający jeszcze 20 lat piłkarski talent trafił do GKS Katowice, który grywał na europejskich arenach. To właśnie stamtąd latem 1998 roku przeniósł się do szwajcarskiego FC Aarau. Wybrano go najlepszym piłkarzem tamtejszej ligi.

Na początku stycznia 2000 roku Wojciechowski za kwotę 1,5 miliona marek przeniósł się do Bayernu Monachium, pod skrzydła Ottmara Hitzfelda, podpisując dwuipółletni kontrakt z mistrzem Niemiec. W klubie zadebiutował 12 lutego 2000 w wyjazdowym meczu ligowym przeciwko SpVgg Unterhaching, (wygrana 2:0), zmieniając w ostatniej minucie Paulo Sergio. W sumie w Bayernie wystąpił w 7 meczach: trzech Bundesligi (64 minuty, 1 gol), dwóch Pucharu Niemiec (21 minut), jednym Ligi Mistrzów (90 minut) i finale Pucharu Ligi (90 minut). Niemiecka prasa uznała zakup Wojciechowskiego za jeden z największych błędów transferowych w historii klubu. Po zakończeniu sezonu został odsprzedany do FC Aarau, skąd szybko powrócił do Polski, ale niczym znaczącym piłkarsko się już nigdy nie zapisał.

Bartosz Karwan (ur.13 stycznia 1976) - Na pierwszoligowych boiskach rozegrał 249 meczów, w których strzelił 43 bramki, dwukrotnie zdobywał Superpuchar Polski (raz w barwach GKS-u Katowice, raz w Legii Warszawa). Ze stołeczną drużyną sięgnął również dwukrotnie po tytuł mistrza Polski. W reprezentacji rozegrał 22 spotkania zdobywając 4 gole, w tym bardzo ważny w meczu eliminacji do Mistrzostw Świata 2002 z Norwegią w Oslo na 3:2. Był bliski wyjazdu na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii, jednak plany pokrzyżowała kontuzja. Będąc zawodnikiem Herthy Berlin wygrał rozgrywki pucharu ligi niemieckiej, ale właśnie bundesligowe perypetie stały się "głośne". Oto co sam piłkarz o nich twierdzi:

"W całej swojej karierze rozegrałem kilka fajnych spotkań, jednak kibice i dziennikarze non stop wracają praktycznie do tego jednego. Chodzi oczywiście o mecz z Bayerem Leverkusen i incydent z koszulką. Ciągnie się za mną ta sytuacja, a wszystko przez to, że wyolbrzymili ją polscy dziennikarze. W Niemczech pośmialiśmy się z tego chwilę i na drugi dzień sprawy już nie było. W Niemczech panują zupełnie inne zasady. Tam na rozgrzewkę przebierają się wszyscy, nawet rezerwowi. Po niej zawodnicy z podstawowej jedenastki ubierają stroje meczowe. Jako że to spotkanie zaczynałem na ławce, razem z innymi rezerwowymi po rozgrzewce poszedłem się nieco odświeżyć. Chyba byłem zbyt zaabsorbowany całym spotkaniem, ubrałem dres i wyszedłem na mecz. Koszulkę zwykle brałem do ręki, tym razem jednak tego nie zrobiłem, po prostu jej zapomniałem. Zauważyłem, że jej nie mam dopiero wtedy, gdy w drugiej połowie trener przywołał mnie do siebie. Poprosiłem kierownika, by po nią pobiegł, ale stadion był tak wielki, że zajęło mu to sporo czasu. Pewnie nikt by się o tym incydencie nie dowiedział, gdybym nie zdjął dresu i nie stał w tym białym podkoszulku. Później na konferencji jeden z dziennikarzy spytał szkoleniowca o co chodziło i żadnej afery nie było. Opisano to zupełnie inaczej niż u nas. Po spotkaniu podszedł do mnie jeden z Holendrów i powiedział, że też kiedyś zdarzyła mu się podobna sytuacja. Co ciekawe, tydzień wcześniej koszulki zapomniał Tomek Kuszczak, ale cały mecz przesiedział na ławce, więc mu się udało. A w Polsce pisano nawet, że trener przez tę sytuację nie wystawi mnie w następnym meczu, że jestem już u niego spalony! A ja w kolejnym spotkaniu, z APOEL-em w Pucharze UEFA, strzeliłem nawet bramkę i w jakimś tam stopniu przyczyniłem się do tego, że przeszliśmy do kolejnej rundy. U nas ktoś złośliwy zrobił z tego incydentu sensację, mimo że nie znał żadnych szczegółów. Od zawsze moim marzeniem była gra we włoskiej Serie A. Liczyłem, że liga niemiecka będzie tylko przystankiem, taką trampoliną, która pozwoli mi wybić się i wylądować we Włoszech. Niestety się nie udało. Przenosząc się do Berlina, jak na tamte czasy jednak trafiłem bardzo dobrze i w żadnym wypadku tego nie żałuję".
http://www.2x45.com.pl/aktualnosci/5266/polacy-w-wielkich-ligach-bartosz-karwan-tydzien-wczesniej-tomek-kuszczak-tez-zapomnial-koszulki/

Niestety incydent z koszulką stał się obiegową etykietką dokonań Bartka Karwana w Hercie, moim zdaniem swojej piłkarskiej kariery nie ma prawa się wstydzić, może być z niej dumny, jednak do 'jedenastki niespełnionych' zostaje powołany w imię swoich szczerych własnych słów:

„Od zawsze moim marzeniem była gra we włoskiej Serie A. Liczyłem, że liga niemiecka będzie tylko przystankiem, taką trampoliną, która pozwoli mi wybić się i wylądować we Włoszech. Niestety się nie udało."

Marek Citko (ur. 27 marca 1974) - kto z nas, którzy lata dziewięćdziesiąte doświadczali świadomie, nie pamięta citkomanii?

Dwukrotny zdobywca Mistrzostwa Polski (1996r i 1997r), raz Superpucharu Polski (1996r) w barwach Widzewa Łódź, z którym w sezonie 1996/97 grał w Lidze Mistrzów (6 meczów, 2 gole). W spotkaniu z Atletico Madryt na stadionie przy al. Piłsudskiego w Łodzi strzelił bramkę, pokonując bramkarza ówczesnych mistrzów Hiszpanii, Jose Francisco Molinę uderzeniem z niemal 40 metrów. W  kadrze narodowej seniorów, rozegrał 10 meczów i zdobył 2 gole (z Anglią i Brazylią); 9 października 1996 w meczu eliminacji do Mundialu 1998 strzelił na londyńskim stadionie Wembley bramkę Wyspiarzom, co uczyniło go jednym z najpopularniejszych polskich sportowców, w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski 1996, przeprowadzonym przez TVP, Program III PR i "SE", zajął pierwsze miejsce, wyprzedzając wszystkich medalistów olimpijskich z Atlanty. W konkursie tygodnika "Piłka Nożną" został "Odkryciem Roku". W kolejnych miesiącach uwagę kibiców sportowych przykuwała sprawa zagranicznego transferu Citki do angielskiej ekstraklasy (Blackburn był najbliższy realizacji kontraktu). Jego karierę przerwała na 16 miesięcy kontuzja ścięgna Achillesa, której doznał w meczu z Górnikiem Zabrze 17 maja 1997. Po rehabilitacji nie udało mu się powrócić do dawnej formy.

Andrzej Sazanowicz (ur. 22 sierpnia1973) - można w 'jedenastce niespełnionych' umieścić jeszcze piłkarzy z nazwiskami, dokonaniami, którzy coś tam ugrali, niekiedy nawet znaczącego, ale którym prognozowano karierę jeszcze dużo większą, okazalszą. Mogliby w niej się znaleźć na tych zasadach napastnicy i Grzegorz Król, i Marcin Kuźba, i Wojciech Kowalczyk, szczególnie o tym ostatnim, można dyskutować w nieskończoność jako niewykorzystanym do końca talencie, a jednak powołanie otrzymał Andrzej Sazanowicz, któremu wieszczono piękną, strzelecką karierę, a który na poziomie ekstraklasowym w zasadzie nie zaistniał. Miał konkurenta do jedenastki niespełnionych z linii pomocy, w Krzysztofie Przale (1974), można by rzec, że to legijne młode wilki z początku lat dziewięćdziesiątych, (zdobywcy trzeciego miejsca Mistrzostw Europy under 16 z 1990 roku) którym wróżono równie ciekawe kariery jak obecnie: Żurkowi, Gąsiorowi, Jagielle. Ku rozwadze!

Igor Sypniewski (ur. 11 października 1974) – „Już w drużynie juniorów ŁKS-u Łódź był najlepszy i śmiało rywalizował z seniorami. Jednak nie tylko pod względem sportowym. Jak sam kiedyś przyznał swoje pierwsze piwo wypił mając 9 lat. Papierosa zapalił niewiele później. A potem? A potem zaczęło się na dobre… Już w wieku 21- lat został wyrzucony z łódzkiej drużyny. Przeszedł do Ceramiki Opoczno, gdzie w jednym sezonie strzelił 35 bramek. Jak sam mówił, większość z nich wpadała w przerwach między jednym a drugim browarem. Jego kariera z każdym miesiącem nabierała niebywałego wręcz tempa. Grał w AO Kavala a po dobrych występach przeniósł się do Panathinaikosu Ateny.”(redblog.wspolczesna.pl/2009/11/30/byli-na-szczycie-upadli-na-samo-dno)

Przed meczem Koniczynek z Czerwonymi Diabłami na Old Trafford, jak sam przyznał opróżnił hotelowy barek, do tego stopnia, że rano czuć  było jeszcze alkoholowe wspomnienia upojnego wieczoru, ale i tak rozegrał mecz przypisywany mu jako jeden z najlepszych w karierze.

Po przygodzie z Panathinaikosem "Sypek" był zawodnikiem m. in. Wisły Kraków, ŁKS Łódź i szwedzkich Halmstads, Malmoe, Trelleborgs i Bunkeflo. W tym ostatnim klubie wystąpił w siedmiu meczach, w których zdobył pięć bramek. Niestety został złapany na prowadzeniu auta pod wpływem alkoholu. Po tym wydarzeniu piłkarz został dyscyplinarnie zwolniony z klubu.

W 2008 roku został skazany na półtora roku więzienia za znęcanie się nad matką, grożenie byłej partnerce oraz policjantom. Po wyjściu z więzienia wiele osób starało się wyciągnąć rękę do dwukrotnego reprezentanta Polski. Nadużywanie alkoholu, a później, po kuracji odwykowej skłonności do stanów depresyjnych, były silniejsze.

Ostatnie doniesienia na temat Igora Sypniewskiego są coraz smutniejsze. - Z Igorem jest bardzo źle - powiedział serwisowi Futbolnews.pl jego kolega z Łodzi, były reprezentant Polski, Piotr Soczyński. - Martwię się o niego. Jeszcze trzy miesiące temu trenował młodych chłopaków na Orliku na Bałutach, a teraz słuch po nim zaginął.

- Gdy odstawił alkohol, zaczął mieć lęki. Przestał wychodzić z domu, odbierać telefon. Nawet psa już nie wyprowadza - dodał przyjaciel 38-letniego Sypniewskiego. - Chciałem, żeby trenował z nami w oldbojach ŁKS, jeździł na mecze. Dwa razy w tygodniu po godzinie mógłby potrenować, a za mecz w weekend zarobiłby chociaż 100 złotych. Miałby jakąś motywację do życia. A tak, zamknął się u mamy w domu i nie ma z nim żadnego kontaktu. Naprawdę, szkoda chłopa. Człowiek chce mu pomóc, a nie ma jak. (Wirtualna Polska)

Uzupełnienia i inne selekcje kadr „niespełnionych”:

http://www.weszlo.com/news/9480-Pilkarze_upadli_Janczyk_i_pechowy_peleton_
http://www.2x45.com.pl/aktualnosci/5089/11-najwiekszych-zmarnowanych-polskich-talentow-ostatnich-lat-w-ekstraklasie/
http://www.futbolnews.pl/rozgrywki/reprezentacja-polski/artykuly-reprezentacja-polski/art,180,reprezentacja-zmarnowanych-talentow.html

Dyskusja (1)
1wtorek, 11, grudzień 2012 09:21
iocosus
Jeszcze jedna selekcja:

http://tustrzelajatamstrzelaja.republikafutbolu.pl/2011/03/28/to-nie-tak-mialo-byc/

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1