A+ A A-

Pucharowe delicje

legrapLegia rozpoczyna przygodę z fazą grupową Ligi Europy w sezonie 2013/14 meczem z Lazio w Rzymie. Jeżeli był, bądź nadal w nas jest niedosyt po porażce ze Steauą Bukareszt w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów, teraz najwyższy już czas, żeby porzucić wspomnienie tamtego niepowodzenia i cieszyć się tym, co przed nami. To fajne uczucie, móc uczestniczyć w tak wspaniałej zabawie jak europejskie puchary.

My, kibice Legii, jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami. Spoglądając na rzecz nie tylko z perspektywy bieżącej, ale i historycznej, jako jedni z zaledwie kilku przedstawicieli polskiej piłki naprawdę dobrze wiemy, co oznacza gra w europejskich pucharach, jaki ładunek emocji ze sobą niesie, jak smakuje oczekiwanie na kolejne mecze, jak łatwo wyrzuca się z pamięci klęski i niepowodzenia, a jak pielęgnuje wspomnienia wielkich gier i niezapomnianych zwycięstw.

Dla mnie osobiście gra w europejskich sprowadza się w pierwszej kolejności do faustowskiego 'Chwilo, trwaj!'. Mecze w Europie budują naszą wspólną kibicowską świadomość, pozwalają wierzyć, że byliśmy, jesteśmy i będziemy klubem w Polsce szczególnym, prawdopodobnie najlepiej rozpoznawanym w Europie przedstawicielem polskiej piłki klubowej, drużyną, która dała się zapamiętać w wielu miastach naszego kontynentu. To próżność, tak, ale jakże przyjemna. Każde zwycięstwo, każdy sukces jest wartością samą w sobie. Dziś wiele mówi się w kontekście europejskich pucharów o rankingach, o pieniądzach, owszem, to wszystko jest istotne, lecz najważniejsze wciąż są nadzieje, emocje, rywalizacja, doping. 'Chwila'.

Są na czarnej-eLce kibice, którzy pamiętają największe sukcesy Legii, sukcesy odnoszone jeszcze za czasów, kiedy koszulkę naszego klubu nosił legendarny Kazimierz Deyna, są wśród nas i tacy, którzy widzieli na własne oczy nieprawdopodobne mecze z Interem Mediolan, przed którymi Legia odprawiała z kwitkiem drużyny takie jak Videoton Szekesfehervar (w tamtym momencie - aktualny finalista Pucharu UEFA!) czy Dniepr Dniepropietrowsk. Mój w pełni świadomy odbiór występów Legii w europejskich pucharach obejmuje między innymi awans do półfinału PZP, w tym rewanż z Sampdorią w Genui, który oglądałem z odtworzenia na kasecie VHS w nieświadomości wyniku, do momentu, w którym biorąca kąpiel w łazience, pięć lat młodsza od mnie siostra, krzyknęła że co prawda nie poda mi końcowego wyniku, ale... był remis. Następnego dnia w szkole nawet ci koledzy, którzy nie interesowali się piłką nożną, z wypiekami na twarzy dzieli się wrażeniami z tamtego zdumiewającego spotkania. Pamiętam mecz z Goeteborgiem w środku dzikich lat dziewięćdziesiątych, kiedy Legia udowodniła, że może walczyć jak równy z równym z solidną europejską marką, a w tak zwanym międzyczasie kibice siedzący na górnej krytej, nie mieli żadnego problemu z rzucaniem achtungów na głowy kibiców siedzących, tak jak ja, na trybunie przed krytą. Pamiętam mecz z Panathinaikosem z 1996 roku, na który szliśmy z grupą znajomych, bez większego entuzjazmu przecinając chłodny wrześniowy deszcz po porażce w Atenach 2:4, a z którego wracaliśmy w stanie wręcz wniebowzięcia. Tych pięknych wspomnień było jeszcze wiele, spina je klamrą fantastyczna pucharowa przygoda sprzed dwóch lat, spontaniczne szaleństwo po sensacyjnym meczu w Moskwie, huśtawka nastrojów podczas meczu z Hapoelem, niezapomniany obraz naszego nowego, pięknego stadionu, pierwszy raz wypełnionego do ostatniego krzesełka podczas meczu z Rapidem Bukareszt.

Bardzo chciałbym, żeby z tegorocznej przygody Legii w Europie również można było wybrać jakąś pozycję, która dołączy do prywatnego hall of fame, przechowywanego w pamięci każdego z nas. Wspomnienie chwili - tylko to jest pewne. Raz zakorzenione, nie zniknie już nigdy.

W zasadzie w tym miejscu mógłbym zakończyć, ale zejdźmy jeszcze na moment na ziemię, żeby przyjrzeć się pozostałym profitom wynikającym z naszej gry w Lidze Europy. W końcu, jak rzekłem wyżej, one również są ważne:

O korzyściach finansowych była mowa na czarnej-eLce przed meczami ze Steauą. Gwoli przypomnienia - za awans do fazy grupowej Ligi Europy Legia zainkasowała 1,3 miliona euro, za każde zwycięstwo otrzyma 200 tysięcy euro, za remis sto tysięcy euro. Dodatkowo płatne będą ewentualne awanse do kolejnych rund, na przykład wyjście z grupy to znów 200 tysięcy euro. Do tego trzeba doliczyć przychód z dnia meczowego oraz pieniądze z podziału praw telewizyjnych (tzw. market pool). Jest zatem o co grać, każde podniesione z boiska euro to z pewnością cenny zastrzyk gotówki dla naszego klubu, jednak prawdziwy finansowy sukces zapewni nam dopiero start w Lidze Mistrzów. Żeby zarobić na Lidze Europy, trzeba sporo wygrywać. O to łatwo nie będzie.

Korzyści rankingowe, szalenie istotne w kontekście naszej przyszłości w Europie. Na razie mamy zagwarantowane kolejne 2,5 punktu do rankingu (0,5 z rankingu krajowego i minimum 2 punkty za start w fazie grupowej). Ponieważ każde zwycięstwo w grupie to dwa punkty, remis to jeden punkt, osiągając bilans korzystniejszy niż dwa remisy lub pojedyncze zwycięstwo, zaczynamy poprawiać aktualny ranking. To cenna zdobycz na poczet przyszłych rozstawień, choć pamiętajmy, rankingi nie grają. Lech Poznań już drugi raz z rzędu popisowo zmarnował swój świetny ranking, a białoruscy mocarze z BATE Borysów, którzy mieli cieszyć się z rozstawienia aż do IV rundy eliminacji do Ligi Mistrzów, już w II rundzie polegli w rywalizacji z Szachtiorem Karaganda.

Wreszcie korzyści w zakresie budowy drużyny, być może najmniej wymierne, lecz z pewnością równie ważne. Zawodnicy nabierają doświadczenia, uczą się reagować na inny futbol, na inne, często wyższe umiejętności piłkarzy spotykanych w europejskich pucharach. Drużyna jako organizm powinna się w takich warunkach hartować, zgrywać, z każdym kolejnym tygodniem stawać się maszynerią coraz bardziej niebezpieczną, pewną siebie, funkcjonującą w coraz płynniejszy sposób. Legii, co widać było jak na dłoni w meczach z Molde i Steauą, bardzo brakuje walorów, które można nabyć wraz z regularną grą w Europie. Trzeba jednak pamiętać, że niestety, nie tylko zresztą w naszym przypadku (spójrzmy choćby na przypadek Molde!), teoria często rozmija się z rzeczywistością, a sukcesy w Europie okazują się zaskakująco trudne do zdyskontowania. Dwa lata temu graliśmy wspomniane wyżej piękne mecze ze Spartakiem czy Rapidem, a jednak wiosną objawiła nam się zupełnie inna drużyna, która fatalnie przegrała mistrzostwo Polski na rzecz Śląska Wrocław. Latem, o kolejny awans, z Rosenborgiem Trondheim rywalizował zespół, który pod względem mentalnym i taktycznym, Legię z meczów ze Spartakiem przypomniał jedynie nazwą.

Nic w naszym starcie w Lidze Europy nie jest pewnego, nie powinniśmy nastawiać się na żaden konkretny wynik. Pragmatycznie nie wolno nam stracić z oczu rozgrywek Ekstraklasy, ponieważ to liga krajowa, a nie ta europejska może doprowadzić nas do Ligi Mistrzów. Natomiast wolno nam czerpać czystą przyjemność - czego życzę sobie i wszystkim kibicom Legii.

Dyskusja (3)
1czwartek, 19, wrzesień 2013 15:21
Postronny
No to mamy delicje przed telewizorem
2czwartek, 19, wrzesień 2013 15:36
gawin76
Taaa... To się popisałem się wyczuciem chwili...
3czwartek, 19, wrzesień 2013 16:21
Zbyszek
Oglądałem dwa mecze Lazio w ostatnim czasie z Juve /1:4/ i Chievo/3:0/. W obu Lazio zagrało takim samym systemem 1-4-1-4-1 i w sposób prawie tożsamy. W odróżnieniu od LN nie będę podawał składu, bo nazwiska nie grają, lecz tylko kilka spostrzeżeń natury taktycznej. Bramkarz Lazio ma nazwisko, ale popełnia szkolne błędy decyzyjne /łapać czy wybić piłkę, zostać na linii czy wyjść/, a do tego wyrażnie widać braki w komunikacji z obrońcami. Tak więc zapominamy,ze ponoć jakaś klasa tylko walimy, aby trafić w światło bramki. Obrońcy grają w prostej strefie czasami ustawiając się w jednej linii. Ustawieni są ok.20-25 metrów od własnej bramki zachowując głębię obrony jak i jej wysokość,grając często na pułapki ofsajdowe. Kierownikiem obrony jest starszawy Biava, zaś jedynym, który włącza się w ofensywne poczynania jest prawy obrońca Konko. Przy tej organizacji gry w obronie są szczególnie narażeni do utraty kontroli nad wydarzeniami po zagraniu piłki po przekątnej ze skrzydła na dalszy słupek i prostopadłej piłce pomiędzy dwóch środkowych obrońców. Najwartościowszym ich piłkarzem jest defensywno-ofensywny pomocnik Ledema. Pracuje za trzech i czyści przedpole aż miło. Rado powinien grać tak, aby go unikać. Trzech ich pomocników lubi zmieniać pozycje. W II linii nie czyni tego najlepszy technicznie ich zawodnikiem Candreva. On też strzelając na bramkę nadaje piłce rotację zstępującą przez co nawet takiemu fachmanowi jak Buffon wypadała z rąk. Skaba jego strzały musi wybijać do boku. W napadaniu na bramkę rywali nie stosują w zasadzie ataku pozycyjnego, gdyż większość akcji kończą strzałami lub też wrzutkami w pole karne do wysuniętego napastnika.

Zgadzam się z Monrooe, który w innym miejscu zauważa, że wynik meczu zależy od naszego zaangażowania i realizacji planu taktycznego. Dodam optymistycznie, że w tym roku /z Lechem i Molde u siebie/ zagraliśmy zdyscyplinowanie i konsekwentnie taktycznie na nieprzegranie meczu. Czyli potrafimy.

I na koniec trochę optymizmu. Piłkarze Lazio poruszają się owszem żwawo, lecz w jednostajnym tempie i nie mają znaczącego przyśpieszenia, a więc ich forma nie jest najwyższa. Nadto w niedzielę mają derby Wiecznego Miasta i mecz z nami nie jest dla wszystkich w Lazio najważniejszy.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1