A+ A A-

Tęsknota za klasykiem

Niedzielny mecz Realu z Barceloną był widowiskiem niezwykłym, zapierającym dech w piersiach. Obserwując morderczą walkę współczesnych gladiatorów, rajdy Messiego, dryblingi Modricia, finezję Iniesty, siłę Bale'a, pojawia się pełne zrozumienie dla przepaści dzielącej polską piłkę nożną od futbolu na najwyższym światowym poziomie.

Podobno każdy kibic interesujący się piłką nożną musi kiedyś wybrać – Real albo Barcelona. Być może tak jest w istocie, skoro nawet ja, zawzięty futbolowy monogamista, w którego kibicowskim serduchu jest miejsce tylko dla Legii, przyznaję, że również dokonałem swojego wyboru, i była nim Barcelona.

Moja sympatia do Barcelony to jednak nie efekt ostatnich lat i tiki-taki, nie skutek podziwu dla komputerowej precyzji ruchów, podań i strzałów Lionela Messiego. To bardzo dawne dzieje, początek lat dziewięćdziesiątych, okno otwierające się na świat dzięki telewizjom kablowym, transmisje meczów ligi hiszpańskiej dostępne w DSF i TVE, pierwsze chwile, w których można było zacząć realnie oswajać się z herosami, znanymi wcześniej tylko ze stron 'Przeglądu Sportowego', 'Piłki Nożnej', ewentualnie z rzadkich transmisji meczów w europejskich pucharach.

Uwiodła mnie wtedy nieprzewidywalność Barcelony Johana Cruyffa, trwale zaszczepiony tej drużynie pierwiastek geniuszu i szaleństwa. Nie mam wprawdzie wątpliwości, Real również był i jest drużyną genialną i szaloną, jednak metafizyczne 'coś' kazało mi wybrać Barcelonę i do dziś to Katalończykom sprzyjam przy okazji każdego El Clasico.

Mój znakomity kolega Iocosus napisał kilka tygodni temu artykuł o piłkarskich komentatorach, w którym, nieco na marginesie, pojawił się wątek przesytu futbolem. Piłki nożnej dostępnej obecnie przez siedem dni w tygodniu, a w weekendy od wczesnego popołudnia do późnego wieczoru. Mecze Realu z Barceloną, mimo że czasem w istocie trudno się od nich opędzić (bo to niekiedy i Primera Division, i Puchar Król, i Liga Mistrzów) to nadal święto, nadal coś wielkiego, nadal ten moment, kiedy futbol pokazuje światu wszystko to, co ma najlepszego. Ponad dwadzieścia lat temu, siedząc przy małym telewizorku, myślałem urzeczony: „Ludzie, to mecz Real – Barcelona, a ja go oglądam we własnym domu!”. Te romantyczne chwile odeszły, dziś to norma, tamto niedowierzanie może wydawać się niezrozumiałe przedstawicielom pokolenia internetu i platform cyfrowych. Ale raz zaszczepiony szacunek do El Clasico pozostał. Ba, nawet moja Ulubiona Żona, która w normalnych okolicznościach zapewne z dużą nerwowością przyjęłaby wieść, że małżonek zamierza dokonać aneksji telewizora w niedzielę od 21:00, usłyszawszy że chodzi o mecz Realu z Barceloną, tylko westchnęła, ujęła książkę i nie stawiała weta. El Clasico to, dosłownie, 'więcej niż mecz', to symbol piłki nożnej, jej doskonale rozpoznawalny znak firmowy.

Oczywiście, piłka nożna w wersji El Clasico to produkt maksymalnie rozdmuchany wizerunkowo i marketingowo, a pieniądze, które biegają po boisku odziane w koszulki obu drużyn, budzą skrajne emocje. Podczas meczów takich jak wczorajszy, kibica rozgrzewa jednak między innymi to, że te wszystkie miliony euro potrafią mylić się w swoich zagraniach i decyzjach jak zwykli ludzie, potrafią walczyć jak lwy o każdą piłkę, potrafią spontanicznie cieszyć się i smucić jak dzieci w reakcji na to, co dzieje się na boisku.

W polskiej piłce bodaj najbardziej brakuje mi takich właśnie meczów. Naturalnie, nie sposób znaleźć w Polsce odpowiedniego odwzorowania Barcelony i Realu, z całym szacunkiem dla wyobrażenia naszego, kibiców Legii, o Legii. Brakuje mi jednak meczów, w których piłkarze zupełnie zatracają się w walce o zwycięstwo, mając świadomość, że tego właśnie, zatracenia, rzucenia do boju wszystkiego co najlepsze, oczekuje od nich publiczność na stadionie i przed telewizorami.

Nie wszystkie mecze Realu z Barceloną to wielkie widowiska. Zdarzają się wśród nich i zwykłe gnioty. Jednak żeby znaleźć mecze niezapomniane, nie trzeba głowić się niczym nad wyjątkowo skomplikowanym kwadratem sudoku. Z początków swoich przygód z El Clasico pamiętam choćby spektakularne 5:0 Barcelony ze stycznia 1994 roku (to już 20 lat!) po trzech bramkach Romario i wielki rewanż natchnionego Realu w kolejnym sezonie, kiedy trzy bramki strzelał Ivan Zamorano, a po jednej dokładali Luis Enrique i Amavisca. Tylko w ostatnim dziesięcioleciu mieliśmy wyniki takie jak 4:2, 3:3, 2:6, 5:0 i teraz 3:4.

Banalna jest ta moja tęsknota za takimi meczami, wiem. Nie da się przeskoczyć ograniczeń wynikających z braku umiejętności. Tylko czy to tylko umiejętności? Przecież również intensywność gry, nastawienie mentalne, taktyka trenerów.

Kiedy ekipa Chelsea dopadła Arsenal w sobotnie popołudnie, zawodnicy Jose Mourinho nie przestawali kąsać, zwietrzyli krew i zamierzali upokorzyć lokalnego rywala. Bo jak często masz ku temu równie dobrą sposobność? Kiedy Legia miała na widelcu Wisłę w zeszłym tygodniu, nasi futboliści, jak sami zgodnie przyznawali, postanowili 'sprytnie' ograniczyć swoją boiskową aktywność do minimum niezbędnego, żeby dotrwać do końcowego gwizdka... Czasem myślę sobie, że zamiast reform ekstraklasy, przydałaby się wśród polskich trenerów i piłkarzy pozytywistyczna akcja uświadamiająca i budująca szacunek do wizerunku produktu, który tworzą.

Dyskusja (11)
1poniedziałek, 24, marzec 2014 17:12
Zbyszek
Ależ masz zupełną rację. Tylko w tej odległej Hiszpanii obie drużyny solidarnie się na tę wizję i to magiczne istnienie składają od wielu, wielu lat. Obie dbają o siebie nawzajem. Dopóki nie zaczniemy walczyć o siebie, a nie tylko ze sobą, niczego, nigdy konstruktywnego nie osiągniemy. I tu jestem wobec tego naszego wszechogarniającego kundlizmu raczej pesymistą.
2poniedziałek, 24, marzec 2014 20:47
corazstarszy
Chyba każdy kibic piłki, mając 7-dniową ofertę jest już trochę za bardzo podkarmiony piłką. Nawet jak grają fajne drużyny, to czasem nie jest takie oczywiste, że się zmobilizujemy i obejrzymy uczciwie. Ale takie mecze jak wczoraj, przypominają, że jednak są wielkie stawki w futbolu, najwyższy poziom, możliwość kontaktu z samą esencją futbolu, wolną od takich sympatii i całego z nimi związanego ładunku emocjonalnego, jakich doświadczamy, gdy np. gra Legia. Takie 100 proc. futbolu w futbolu.
Bardzo uzasadniony tekst. Kapitalny mecz. Kto nie oglądał, polecam przejrzeć program dostępnych stacji - na pewno trafi się jakaś retransmisja.
3wtorek, 25, marzec 2014 11:19
Monrooe
@ Gawin

- "Uwiodła mnie wtedy nieprzewidywalność Barcelony Johana Cruyffa, trwale zaszczepiony tej drużynie pierwiastek geniuszu i szaleństwa."


Nie wiem, pewnie wtedy byłem za głupi by rozpatrywać takie niuanse jak to, kto siedzi na ławce trenerskiej. Przyznaję, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, nie w momencie gdy na boisko wychodził Christo Stoiczkow. Piłkarz którego gra zachwycała mnie niesamowicie, mieszanka maestrii z boiskowym lenistwem. Od tamtego momentu Barcelona ma dla mnie (nie mam pojęcia czemu) jakieś "większe" znaczenie. Niemniej jednak, mam tą przyjemność, że oglądając takie widowiska jak to opisywane przez Gawina mogę delektować się grą. Spokojnie kibicuję lepszym, emocje wzbudza każda akcja, przeprowadzana przez graczy jednego, lub drugiego zespołu. Nie inaczej było tym razem. Rewelacja.
4wtorek, 25, marzec 2014 16:48
a-c10
@ Gawin:

Nnno! Nareszcie napisałeś coś, z czym da się uczciwie popolemizować, a nie tylko zmieniać się w usłużnego potakiwaczaWink

Niedzielny mecz Realu z Barceloną był widowiskiem niezwykłym, zapierającym dech w piersiach.

Że co proszę?Wink Doprawdy, zdumiewa mnie powszechna łatwość, z jaką ilość bramek uznaje się za główny (jedyny?) czynnik decydujący o atrakcyjności widowiska. Pisałem już u siebie: krakowska klasa C uber alles! PKS Albertus i Powiśle Ochodza gwarantują takie emocje, że Bale'e i Neymary bez cienia wstydu mogliby chłopakom pachołki na treningu rozstawiać. Jestem święcie przekonany, że gdyby w przedwczorajszym starciu w Madrycie obie defensywy zagrały na choćby przyzwoitym poziomie, nikt by się nad wspaniałością tego meczu nie roztkliwiał.

Podobno każdy kibic interesujący się piłką nożną musi kiedyś wybrać – Real albo Barcelona

Mhmmm. A pasta Kolgejt czyści zęby tak doskonale (sic), jak nigdy dotądWink

piłka nożna w wersji El Clasico to produkt maksymalnie rozdmuchany wizerunkowo i marketingowo; romantyczne chwile odeszły, dziś to norma

No więc właśnie. Może to tylko ja i moja przekorna natura, aczkolwiek ilekroć słyszę/czytam o "niepowtarzalnym widowisku, wspaniałym, unikalnym klasyku europejskiego futbolu" (hmmm, to już trzeci taki w tym tygodniu...), ciśnie mi się na usta/pod palce nieśmiertelne powiedzonko o kawiorze, który - za przeproszeniem - wpierdalany chochlą z wiadra przestaje być kawiorem i zamienia się w ordynarne rybie jaja. Winny takiego stanu rzeczy jest tak zalew transmisji, jak i regulamin europejskich rozgrywek. Kiedyś na szlagiery się czekało. Tak będąc kibicem, jak i - przypuszczam - piłkarzem. No bo szansę występu w prawdziwym, niezapomnianym, elektryzującym tłumy hicie miałeś dwa, trzy, cztery, może pięć razy w całej karierze. Dziś masz ją praktycznie co dwa tygodnie.

Te wszystkie "wiekopomne" starcia Barcelony z Realem, Arsenalu z Chelsea ("derby", też mi coś...), Bayernu z Borussią, etc., etc. zlewają mi się w zwykłą ligową młóckę. A jak mam oglądać ligową młóckę, to zdecydowanie wolę tę naszą. Słabą, mizerną, nieprofesjonalną i zaściankową, ale naszą. Dlatego np. poniedziałkowy mecz Piasta z Legią wzbudził we mnie nieporównywalnie większe emocje, niż jakieś tam Gran Derbi. Ze zwycięskiej bramki Dwaliszwilego cieszyłem się pewnie nie mniej, niż Wy. Bo dzięki m.in. tej bramce strata Piasta do Cracovii uległa powiększeniu. Niby tylko o punkcik, ale lepiej tak, niż wcale. I cholera wie, może to właśnie spotkanie będzie jednym z czynników, które sprawią, ze Cracovia załapie się do górnej ósemki i może nawet - a co, marzyć wolno każdemu - powalczy o puchary? A mecz Realu z Barcą? Nooo... był. I tyle.

Wziąwszy to wszystko do kupy uważam, że Wy akurat, w swej tęsknocie za klasykiem, powinniście trzymać kciuki nie za jakąś tam Barcelonę, Real, kogokolwiek, a za... Polonię (tę z Wawy, nie z Krakowa, chociaż teżWink). Za odrodzoną, silną Polonię, zdolną rzucić Wam rękawicę tak w przeciągu całego sezonu, jak i - przede wszystkim - w meczach o stołeczny prymat. Bo takich meczów, prawdziwych derbów, naprawdę nie trzeba reklamować. Bez względu na to, czy poziom ich jest wysoki, czy też taki, jaki w niedzielę prezentowali Pepe i MascheranoWink
5wtorek, 25, marzec 2014 18:34
Zbyszek
@a-c10.

Powiedz mi tak z czystej ciekawości kiedyś oglądał mecze Parafialnego Klubu Sportowego Albertus z Powiślem Ochodza. Toż to oni w innych grupach tej C klasy Krakowskiej grają Smile Też niedługo, bo Powiśle ostro walczy o B klasę.

A co do oceny meczu to w takich przypadkach zawsze z pokorą przyjmuję taką postawę, że jak wychodzę trzeżwy z domu i mam swoje zdanie drastycznie różne od innych i mi parę osób mówi, że jednak nietrzeżwy jestem to idę do domu i zastanawiam się przed snem, czy aby na pewno się nie mylę Smile Nie zawsze jak płynie się pod prąd to płynie się do prawdziwego zródła.

Natomiast jest dobrym pytanie dlaczego u nas takich Derby nie ma? Bo kluby się nie szanują, bo różnym typom swoje kluby oddają, bo poziomu nie trzymają. To jest tradycja, jak w dowcipie o Amerykaninie, który pyta Anglika jak on to robi, że ma taką zadbaną trawę. Ten odpowiada, iż kosi i wałuje trawę codziennie. Amerykanin mówi: Lecę i od jutro, będę robił tak samo. A Angol "I tak od sześciuset lat". Ja może i chciałbym, aby taka Polonia była silna, tylko, że oni tego nie chcą.
6wtorek, 25, marzec 2014 21:22
a-c10
@ Zbyszek:

kiedyś oglądał mecze Parafialnego Klubu Sportowego Albertus z Powiślem Ochodza.Toż to oni w innych grupach tej C klasy Krakowskiej grają

No ale ja przecież nie napisałem, że grają ze sobąSmile A to, że w różnych grupach występują, to akurat dobrze dla kibiców, bo i ci podążający za grupą Kraków 1, i ci od Kraków 2 mają szanse na wielkie meczeWink

jak wychodzę trzeżwy z domu i mam swoje zdanie drastycznie różne od innych i mi parę osób mówi,że jednak nietrzeżwy jestem to idę do domu i zastanawiam się przed snem ,czy aby na pewno się nie mylę

No taaak. Ale jak mi niski, miękki głos z telewizora kładzie do głowy, że używając pewnej tandetnej wody kolońskiej stanę się muskularnym Murzynem ujeżdżającym białego rumaka, to jednak nie do końca jestem skłonny wierzyćVery Happy

Co do tradycji, derbów, etc. - wiadomo, cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało na raz.
7wtorek, 25, marzec 2014 21:36
Zbyszek
@a-c10.
Można na Ciebie liczyć, ale z tym Białym Murzynem toś lekko przeholował Smile
8środa, 26, marzec 2014 10:17
gawin76
@ a-c10

Doprawdy, zdumiewa mnie powszechna łatwość, z jaką ilość bramek uznaje się za główny (jedyny?) czynnik decydujący o atrakcyjności widowiska

Najważniejszym czynnikiem jest wszechstronnie pojmowana dramaturgia. Tej w niedzielę było aż w nadmiarze, czemu ilość zdobytych bramek wyraźnie sprzyjała Wink

Czy słabość defensywy była czynnikiem generującym te bramki i te emocje? Dobra, jednym z nich, zapewne tak. Ale skąd się ta defensywna słabość wzięła. Pomijając taki drobiazg jak indywidualna jakość zawodników ofensywnych, wzięła się ona z nastawienia obu drużyn, które przez cały czas musiały na zmianę gonić wynik (i gonić go mogły, bo gdyby Benzema zapakował do przerwy cztery bramki, pewnie byłoby pozamiatane), zwłaszcza Barcelona zagrała w sposób chciałoby się rzec szalony, gdyby nie to że oni już mają permanentnie Very Happy W pierwszej połowie mogła (powinna?) zostać za to ukarana. Naprzeciw stoją Ronaldo i Bale, a Alves i Alba jadą do przodu jak klasyczni skrzydłowi, Mascherano skaczący do głowy z Benzemą itp.

W futbolu rządzonym przez przygotowanie fizyczne i organizację gry, gra ofensywna wiąże się z oczywistą skłonnością do podejmowania ryzyka, czego Tobie jako kibicowi Cracovii tłumaczyć zapewne nie muszę Wink Z tym że moim zdaniem Cracovia nie ma argumentów do prowadzenia takiej gry. Ale weź takiego Rumaka, który jesienią 2012 chciał zgnieść Legię u siebie. Dostał 0:3 w plecy do przerwy, ale śmiało mogło być 3:3 albo 2:4, bo tyle było sytuacji z obu stron. Rumak oberwał mocno po tyłku i już więcej tak z Legią zagrać nie próbował. A ja ciekaw jestem jak wyglądałyby mecze Lecha z Legią, gdyby Rumak miał w poważaniu to co stało się w tamtym konkretnym meczu, gdyby pomyślał, OK, raz przegram 0:5, innym razem wygram 5:0, gdyby w ogóle filozofia rozgrywania meczów Lecha (czy Wisły) z Legią była oparta na wyjściowym założeniu, żeby nastrzelać tym drugim ile wlezie. Bo jeżeli nie my (oni) to kto? Podbeskidzie?

Te wszystkie "wiekopomne" starcia Barcelony z Realem, Arsenalu z Chelsea ("derby", też mi coś...), Bayernu z Borussią, etc., etc. zlewają mi się w zwykłą ligową młóckę.

Tu nie popolemizujemy Wink bo mam tak samo.

Z tym, że mecze Realu z Barceloną wciąż uważam za coś ekstra, tych jednych jedynych nigdy nie odpuszczam. W innym przypadku zawsze wybieram polską ligą, np. wczoraj oglądałem ćwierćfinał PP Lechia - Jagiellonia zamiast derbów Manchesteru i nie uważam, żebym cokolwiek stracił Very Happy
9środa, 26, marzec 2014 13:25
a-c10
@ Gawin:

Najważniejszym czynnikiem jest wszechstronnie pojmowana dramaturgia. Tej w niedzielę było aż w nadmiarze

Kurczę, a ja mam wrażenie, że cała dramaturgia tego meczu poszła w las wraz z pierwszym karnym dla Barcelony i czerwoną kartką dla Ramosa. Potem to już było tylko czekanie na egzekucję...

moim zdaniem Cracovia nie ma argumentów do prowadzenia takiej gry.

Ano widzisz, a moim zdaniem Cracovia nie ma argumentów do prowadzenia jakiejkolwiek innej grySmile Średnia wzrostu drużyny (metr pięćdziesiąt na obcasach) wymusza trzymanie piłki na ziemi, a ogólna ciapowatość defensywy wymusza trzymanie posiadania. Jestem święcie przekonany, że właśnie taki styl gry dla właśnie tego zestawu osobowego jest - wbrew pozorom - najmniej ryzykowny.

Ale mniejsza o to. Rumak pewnie by się jeszcze z raz, czy dwa na Legię rzucił. Ale nie jest głupi i wie, jak wygląda pozycja trenera w polskich klubach. I to jest, jak na moje, jeden z głównych czynników "przeciwklasykowych" w naszym futbolu. W zasadzie każdy szkoleniowiec kombinuje tak, żeby przede wszystkim nie stracić roboty, o co zdecydowanie łatwo. A ryzyko, dbałość o widowisko, etc.? Eee... to może później.

wczoraj oglądałem ćwierćfinał PP Lechia - Jagiellonia zamiast derbów Manchesteru i nie uważam, żebym cokolwiek stracił

Ja też. I jeśli faktycznie opierać się na dramaturgii, no to chyba jesteśmy mocno do przoduSmile
10czwartek, 27, marzec 2014 10:01
gawin76
@ a-c10

Kurczę, a ja mam wrażenie, że cała dramaturgia tego meczu poszła w las wraz z pierwszym karnym dla Barcelony

No jeżeli Waszeci wszystko było colgate jedno kto wygra i na chłodno całą rzecz przyjmowałeś to być może tak Wink Ja natomiast taki pewny skuteczności 'egzekucji' nie byłem, sądziłem wręcz, że Real jeszcze skontruje Barcę i wygra. Bez Benzemy to już jednak nie było to samo.

W zasadzie każdy szkoleniowiec kombinuje tak, żeby przede wszystkim nie stracić roboty, o co zdecydowanie łatwo.

O to, to. Tutaj to błędne koło się zamyka. Musi być wynik, a żeby był wynik, to trzeba się przyczaić i kąsać zza węgła. Dlatego pisałem o 'pozytywistycznej akcji uświadamiającej', taki mój pipe dream Very Happy
11czwartek, 27, marzec 2014 23:31
a-c10
No jeżeli Waszeci wszystko było colgate jedno kto wygra i na chłodno całą rzecz przyjmowałeś

No i właśnie tutaj jest chyba ten hund begraben. Cały ten zalew transmisji i nachalne kampanie marketingowe spowodowały, że absolutnie nie potrafię się zmusić (zresztą po co?) do choćby delikatnej sympatii dla którejkolwiek ze stron. Dynda mi i furkocze, czy Real ogra Barcę, czy vice versa, czy City oprztyka United, czy BVB pogoni kota Schalke, etc., etc. W ostatnich sezonach nawet Derby della Madonnina i spotkania San Lorenzo z Huracanem - ostatnie klasyki, które jeszcze umiały wzbudzić we mnie jakieś emocje - kompletnie mi zobojętniały. Owszem, popatrzeć popatrzę. Ale żeby się przejmować wynikiem?

Dlatego pisałem o 'pozytywistycznej akcji uświadamiającej', taki mój pipe dream

Ale dlaczego od razu pipe?Wink Wiesz, ja też mam szczerą, choć pewnie faktycznie naiwniutką nadzieję, że któregoś pięknego dnia włodarze naszych klubów zrozumieją, iż jakość widowiska (nawet przegranego), może im przynieść nieporównywalnie więcej korzyści, niż trzy ligowe punkty. Jakichś tam cieplejszych promyczków upatruję w reformie systemu rozgrywek. Bo przecież w sezonie zasadniczym te trzy punkty to tak naprawdę punktu półtora. Można jakoś odcierpieć. Zwłaszcza, że dobry mecz dziś to przypuszczalnie więcej ludzi na trybunach (i przed tv) za dwa tygodnie. Z kolei w rundzie dodatkowej - zwłaszcza w grupie mistrzowskiej - wiadomo przecież, że nie wszyscy będą walczyć o tytuł, czy choćby o puchary. Skoro więc wiadomo już, że nie spadniemy, to spróbujmy fajnie pograć w piłkę.

Cóż, pożyjemy, zobaczymy (ile prawdy nam mak i fajka pokazałyWink).

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1